70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Spowiedź – dialog między grzesznikami

Ksiądz musi mieć świadomość, że kiedy mówi, to najpierw mówi do siebie. Wierni świetnie wyczuwają, czy ktoś naucza ich tak, jakby wykładał matematykę, czy też słowo przeżył, przeżuł, zinterioryzował, a dopiero później się nim dzieli.

M.B.: Jedną z konsekwencji procesów indywidualizacji, psychologizacji i subiektywizacji, jakie zachodzą w Europie Zachodniej, jest zanikanie pojęcia grzechu. Grzechem jest to, co jest złe „dla mnie”. My, katolicy, mamy z grzechem inny problem, wewnątrzkościelny. Pasterze wolą mówić o grzechach świeckich niż własnych. Jako współzałożyciel i dyrektor Szkoły dla Spowiedników, ma Ojciec szczególną wiedzę i doświadczenie. Co to jest grzech?

P.J.-Ś.: Katechizm Kościoła Katolickiego za grzech uważa świadome i dobrowolne wystąpienie przeciwko przykazaniu Bożemu lub kościelnemu. Archetypem każdego grzechu jest występek przeciwko pierwszemu przykazaniu: „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną”. Cały czas wraca rajska pokusa, człowiek chce być jak Bóg. Św. Augustyn rozumiał grzech pierworodny jako przejaw dwóch tendencji: chciwości i pychy. Człowiek przywłaszcza sobie to, co Bóg mu dał, mówi: „to jest moje”, albo z pychą stwierdza: „ja Boga nie potrzebuję, zrobię to lepiej”. Grzech jest zamknięciem się w sobie. Wszystko jedno, czy chodzi o grzech bałwochwalstwa, gdy kładę tarota, aby przewidzieć przyszłość, czy o normy życia seksualnego, które sam sobie ustalam. Ostatecznie chodzi o stwierdzenie, że „ja” jestem najważniejszy, ode mnie pochodzi prawda o tym, co jest dobre, a co złe.

Grzechu nie da się pojąć bez odniesienia do Boga, ale człowiek w niewielkim stopniu ma świadomość buntu przeciwko Stwórcy. Nie wybiera zła, żeby zrobić Ojcu w Niebie na złość. W praktyce to się przekłada na codzienne zachowania.

Grzech jest pojęciem teologicznym, a z punktu widzenia teologii nasze życie jest całkowicie otwarte na Boga. Nie ma przestrzeni, w których przestaję być Bożym dzieckiem. W jakiejś konkretnej sytuacji może nie będę tego brał pod uwagę: na przykład patrzę na kogoś, chcę mu dać w zęby i rozważam – dać mu czy nie dać. Zanim dam, pomyślę: Pan Bóg mówił, że trzeba miłować. Ale w innym momencie kogoś będę chciał okłamać i przypomni mi się po prostu, że nie powinienem. Nie muszę uświadamiać sobie zawsze ostatecznego odniesienia do Boga w tej wewnętrznej dyskusji, ale to nie znaczy, że zasady moralne, które przyjąłem, nie opierają się na Bogu.

 

Grzech, błędy, upadki 

Jednak większość katolików za grzech uzna jakieś zachowanie sprzeczne z przykazaniem.

Robienie z chrześcijaństwa religii kodeksów praw to olbrzymi problem. Zarówno Ewangelia, jak i etyka mogą stać się rodzajem kodeksu takiego jak drogowy: w ten sposób nie wolno wyprzedzać, tam nie wolno parkować. Koncentrujemy się na tym, gdzie stoi zakaz: tego nie mogę, tamtego mi zabronili, a więc Ewangelia zabiera mi tyle rzeczy. Jeżeli grzech widzę w perspektywie relacji do Boga, a Ewangelię jako Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie, to rozumiem, że chrześcijaństwo nie jest religią przepisów, ale osoby Jezusa Chrystusa, który jest Słowem miłości Boga do człowieka. Wtedy wszystko zaczyna grać. 

Adhortacja apostolska Reconciliatio et Paenitentia rozróżnia grzechy społeczne i osobiste, ale grzech nigdy nie jest prywatną sprawą. Uderza w relację z drugą osobą.

Grzech jest indywidualną decyzją osoby, ale skutki jego są zawsze społeczne. Nawet grzech czyniony w ukryciu ma skutek społeczny, osłabia jedność wspólnoty Kościoła. Lubię, kiedy podczas spowiedzi penitent używa formuły, w której znajdują się słowa: takimi grzechami wystąpiłem przeciw Bogu i zraniłem Kościół. Jeśli wypowiada ją świadomie, to wie, że grzech uderza w miłość, w jedność. Grzechy są czynione przeciwko konkretnemu człowiekowi, na przykład gdy ktoś kogoś bije. Ale na poziomie głębszym, archetypowym, ważne jest uzurpowanie sobie prawa do tego, że mogę to robić. Kain odwraca się od Boga. Skutkiem tego jest zniszczenie relacji z bratem.

Autorzy Memoriału Episkopatu Polski w sprawie współpracy niektórych duchownych z organami bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944-1989 podkreślili: „Pragniemy przypomnieć, że świadoma i dobrowolna współpraca z wrogami Kościoła i religii jest grzechem. (…) Trzeba jeszcze dodać, że zawsze jest to grzech publiczny. Jeśli nawet nikt z wiernych o nim nie wiedział, to jednak wiedzieli o nim pracownicy komunistycznych służb bezpieczeństwa. Bóg zaś oczekiwał, że to wobec nich zostanie złożone świadectwo wiary i prawego sumienia”.

Grzech jest to działanie świadome i dobrowolne, pozostaje zatem pytanie, w jakim stopniu zgoda była świadoma.

Kościół słowacki próbował to rozgraniczyć. Inaczej ocenimy decyzję współpracy podjętą ze względu na korzyść materialną czy rozwinięcie kariery, a inaczej jeśli ktoś był bity czy szantażowany. Żyłem w czasach komunistycznych i naprawdę nie wiem, jak bym zareagował, gdybym był bity. Chociaż prawda jest też taka, że niewielu kapłanów w Polsce było aż tak źle traktowanych w czasach postsalinowskich.

Kiedy czytam wypowiedzi niektórych hierarchów, mam wrażenie, że grzech w czasach realnego socjalizmu przestał być grzechem. Tak bardzo podkreśla się represyjność systemu, że współpracownicy SB stają się tylko biernymi ofiarami.

Nigdy nie można wyrokować o odpowiedzialności, każdy rozstrzyga to w swoim sumieniu. Można mówić o odpowiedzialności wobec społeczności, narodu czy wspólnoty Kościoła. Etyka określa, jak ktoś powinien wybrać, ale nie do końca jesteśmy w stanie stwierdzić, czy to był grzech czy nie. Motywy są uwewnętrznione i dopiero gdy je poznamy, można coś powiedzieć. Nie można jednak domagać się publicznego ich ujawniania.

Widzę też inny problem. Hierarchia dała się zmusić do uznania pojęcia lustracji. Moim zdaniem mówienie o lustracji w Kościele to błąd, bo ustawa lustracyjna dotyczy odniesienia człowieka do państwa czy do narodu. Można mówić, że ksiądz jako obywatel Polski nie zachował się właściwie. Badanie relacji kapłana w Kościele do jego władz i do wiernych to nie jest lustracja. Ludzie domagają się od władz kościelnych, aby przeprowadzały lustrację na wzór państwowej. To nie lustracja, lecz oczyszczanie pamięci, stawanie wobec prawdy historycznej, a także proces pojednania i naprawiania krzywd.

Czy to nie jest mierzenie podwójną miarą? Kościół podkreśla wyjątkowość, broniąc się przed lustracją. Wierni mają czasem przekonanie, że nie chodzi o szczere szukanie prawdy (absolutnej czy historycznej). Wyjątkowość oznacza przywileje, które mogą służyć ukryciu grzechu. Nasi pasterze chętnie pokazują tylko heroiczną stronę Kościoła, a wtedy pękniecie jest tym bardziej wyraźne i bolesne. Ksiądz nie jest tylko obywatelem.

Heroiczna walka z komunizmem jest prawdą, co nie zmienia faktu obecności grzechu w Kościele. Natomiast mówienie o lustracji w Kościele jest nadużyciem semantycznym. Zresztą ludzie, którzy się jej domagali, nie zabiegają o lustrację dziennikarzy czy naukowców.

Język memoriału jest odważny, mamy tu terminy „grzech”, „grzech publiczny”, „kłamstwo”, „zło moralne”, „odpowiedzialność publiczna”, i stwierdzenie, że grzech głęboko zranił Kościół i każdego z nas. Słowo „grzech” rzadko padało przy sprawie nominacji abpa Stanisława Wielgusa. Zamiast przyznania się do winy słyszeliśmy o spisku mediów. Potem była wspólna pokuta w czasie Wielkiego Postu. Pod jej koniec w kościołach odczytano „List biskupów polskich do kapłanów na Wielki Czwartek”, a w nim jednoznaczne pojęcie grzechu się nie pojawia (oprócz cytatu z memoriału), przeprosiny obejmują kapłańskie „niewierności, błędy, upadki, pomyłki, brak konsekwencji i ewangelicznego radykalizmu”, zło i zgorszenie.

Niewierności i upadki są synonimami grzechu.

Błąd i upadek nie są świadome, grzech z definicji zakłada złą wolę. To nie jest to samo.

Jeśli ktoś za coś przeprasza, to uznaje, że zawinił, a tym samym że miał jakąś świadomość złego wyboru.

Tylko czemu to jest takie wymuszone? Przepraszamy za zgorszenie, bo wstyd nam, że wy, wierni, to zobaczyliście. Jeśli ktoś ma pretensje, to przepraszamy, ale nie czujemy się winni.

Myślę, że to nadinterpretacja. Choć z drugiej strony wierni mają prawo żądać, żeby ich kapłani byli święci. Może świętość Kościoła była zbyt pomnikowa? Dla mnie wzorem jest ojciec Pio. Całe życie był porywczy, ochrzaniał penitentów; zdarzało mu się przyłożyć komuś sznurem od habitu i całe życie płakał, bo chciał oderwać się od tego grzechu. Wierni mają prawo żądać przede wszystkim tego, żeby ksiądz się nawracał, był pokorny wobec słabości, która jest w nim, i ciągle próbował z niej się wyzwalać.

 

Po stronie ofiary

Co może zrobić wspólnota, kiedy grzesznik się lęka, wstydzi lub w sumieniu uważa, że nie uczynił nic złego? Jak skłonić kogoś do żalu za grzech?

Kryteria ewangeliczne są jasne. Jeśli twój brat zgrzeszy, to idź i upomnij go w cztery oczy. Dziś to się przekłada na miliony par oczu siedzących przed telewizorami. Dalej: jak zaprzeczy, to weź dwóch, trzech, aby na ich świadectwie oparła się sprawa, a w końcu, jeśli ich nie posłucha, donieś Kościołowi. Uważa się często, że grzech trzeba naświetlić tak jak przestępstwo, publicznie. Chrześcijaństwu zależy nie tylko na tym, żeby obronić społeczeństwo przed przestępcą, który stanowi zagrożenie. Trzeba walczyć o grzesznika, aby odkrył w sobie na nowo dziecięctwo Boże, mógł doświadczyć przebaczenia Boga. Ale najpierw potrzebny jest ktoś, komu można o tej swojej winie opowiedzieć.

Trzeba walczyć o grzeszników, a co z ich ofiarami? James Gilligan, jeden z największych autorytetów w dziedzinie terapii sprawców przemocy, twierdzi, że choć przyczyny agresji są wieloczynnikowe, to w swojej ponadtrzydziestoletniej praktyce nie spotkał sprawcy, który nie byłby wcześniej ofiarą. Sprawcy molestowania seksualnego sami byli ofiarami w dzieciństwie. Jedne ofiary stają się sprawcami, a inne nie…

Zgoda, ale tu się zmienia język. To jest dziedzina socjologii czy kryminologii, a doświadczenie grzechu jest związane z rozpoznaniem sumienia i stanięciem przed Bogiem. Jeżeli grzech zostaje ujawniony i miał skutki publiczne…

… miał skutki dla konkretnej osoby…

Gdy miał niszczące skutki dla osoby czy dla wielu osób, to w pewnym momencie trzeba publicznie zło nazwać złem i wezwać do zadośćuczynienia. Oczywiście nie można tego procesu mylić z sakramentalną pokutą. Być może trzeba będzie sprawcy zaproponować zmianę funkcji.

Jan Paweł II podkreślał: człowiek jest drogą Kościoła. Kościół Chrystusowy musi stać po stronie niewinnej ofiary, konkretnego człowieka, żeby był wiarygodny. Boli, gdy troska dotyczy bardziej dobrego imienia instytucji Kościoła niż człowieka.

Grzechy wyznaje się wobec Boga i przed spowiednikiem. Natomiast problem publicznego skutku grzechu wymaga rozmowy ze swoim biskupem.

Mamy tu jednak dwa istotne problemy: osobistej odpowiedzialności sprawcy wobec ofiary i utraty zaufania do Kościoła, który nie dość stanowczo broni ofiar w sferze publicznej. Nie zgadzam się z tym, że to jest grzech przeciwko państwu. To jest zdrada Chrystusa i drugiego człowieka. Jak potem znów ufać?

Ciągle widzę most pojednania i przebaczenia. Rozumiem, że komuś trudno byłoby się spowiadać u kapłana, który świadomie donosił SB. Chociaż rozgrzeszenie byłoby ważne, można mieć barierę psychologiczną. Z drugiej strony w patrzeniu na Sakrament Pokuty konieczna jest perspektywa wiary.

 

Ecclesia loquens. Ecclesia audiens

Jedną z przyczyn powstania Szkoły dla Spowiedników jest potrzeba przystosowania formacji spowiedników do zmieniającego się w szybkim tempie świata. „Drugim Chrystusem” (alter Christus) nie jest się z urzędu, choć tak się wydaje. Księża mają słabości, grzeszą, uczą się jak i my.

Nie lubię uogólnień. Pierwsze pytanie, jakie mi zadaje mój prowincjał na corocznej wizytacji brzmi: „Czy masz stałego spowiednika?”. Dla niego to jest jakaś gwarancja tego, że się ciągle nawracam. Kodeks prawa kanonicznego zaleca kapłanom bardzo częstą spowiedź. Stawanie w rachunku sumienia, uznawanie własnej grzeszności, stawanie przed Bogiem z prośbą o miłosierdzie znaczy, że wielu kapłanów walczy o świętość. W praktyce życia kościelnego mamy zbyt silny podział na Ecclesia audiens i Ecclesia loquens. Ktoś naucza, a ktoś inny tylko słucha. Może się czasem wydawać, że nauczający stoi na piedestale. Świadomość czasów i pokolenia księży zmieniają się, na przykład coraz częściej słyszy się homilie nawiązujące do doświadczenia. Weźmy przykład ojca Rafała, mojego współbrata, autora książek Rekolekcje wypasione i Spowiedź jest spoko[1]. On nie ma problemu, żeby w kazaniu mówić o swoim doświadczeniu. Ksiądz nie może bawić się w ekshibicjonistę, ale musi mieć świadomość, że kiedy mówi, to najpierw mówi do siebie. Wierni świetnie wyczuwają, czy ktoś naucza ich tak, jakby wykładał matematykę, czy też słowo przeżył, przeżuł, zinterioryzował, a dopiero później się nim dzieli. Mogę mówić: „grzeszycie”, „to czy tamto robicie źle”, ale muszę pamiętać: „halo, najpierw ja mam się zmieniać“.

Bywam w kościele braci kapucynów i spotykam się z niezwykłą prostotą i szczerością. Słyszę w homiliach o początkach powołania, o kryzysach, o siostrze, o rodzicach.

Kocham kapucynów i dlatego jestem jednym z nich. Ale znam księdza diecezjalnego, proboszcza, który był u nas w Szkole dla Spowiedników. Ma swoje lata, a jego prostota, sposób spowiadania, reakcje na ludzi, dobroć są takie, że naprawdę chciałbym być w jego parafii. On pracuje na wsi. Denerwuję się, gdy słyszę, że dobrzy są tylko zakonnicy w wielkich miastach.

A to nie jest wyjątek od reguły?

Absolutnie nie. Znam wielu naprawdę mądrych kapłanów żyjących gdzieś na wsiach czy w miasteczkach. Jeśli kapłan jest otwarty na Słowo Boże, na drugiego człowieka, umie mu współczuć, umie go słuchać, to będzie dobrym księdzem. Jestem wrogiem patrzenia na Kościół i na kler polski tylko pod kątem cieniów – są także blaski, i to niemało.

Może gdyby więcej o cieniach mówili kapłani, to wierni podkreślaliby ich jasne strony?

Ksiądz, który siedzi w konfesjonale i ma nam pomóc w ocenie naszych czynów, też jest człowiekiem. Idzie do Boga swoją drogą, ma spowiednika, przed którym klęka i z pokorą wyznaje grzechy.

Nie drażni Ojca termin „kierownik duchowy”? Język sugeruje zbiurokratyzowanie relacji. Kierownik jest ponad, wyżej w hierarchii. Jezus był Mistrzem, a nie kierownikiem.

To słowo przyjęło się w terminologii. Mnie bardziej się podoba niemieckie geistliche Begleitung – towarzyszenie duchowe. Tylko jak w postsocjalistycznej Polsce mówić, że jestem towarzyszem duchowym? Benedykt XVI w tegorocznym przemówieniu do Penitencjarii Apostolskiej używa terminów „ojciec” i „duchowy sędzia”. Jan Paweł II w jednym z listów do kapłanów pisał, że spowiednik ma być jakby „starszym bratem”. Ta wizja najbardziej mi odpowiada. Brat idzie po tej samej drodze, jest na niej bardziej zaawansowany. Może pomagać.

Szkoła dla Spowiedników uczy dialogu, formowania penitenta do dojrzałości w wierze. To raczej nie jest rola spowiednika, ale kierownika duchowego.

Można traktować spowiedź jak rytuał. Przychodzę, wypowiadam grzechy, dostaję pokutę i rozgrzeszenie. Jeśli człowiek chce się nawrócić, nie traktować spowiedzi jak prysznica, to pyta, ma dylematy. Ksiądz nie jest maszyną do rozgrzeszania, ale przedstawicielem Kościoła, z którym prowadzi się dialog. Odpowiada na wątpliwości. Dziś ten sakrament zmienia swoje znaczenie. Nie da się ściśle odróżnić spowiedzi od kierownictwa duchowego. Nie powiem człowiekowi: „rozgrzeszam cię, a na rozmowę przyjdź za dwie godziny”. W Szkole pokazujemy współczesne uwarunkowania, brak czasu, pośpiech człowieka, problemy z językiem. Nie można się posługiwać językiem, który dla wiernego będzie niezrozumiały. Przyszła do mnie kiedyś pani i zapytała, jak ma zrobić pokutę komputerową, bo ksiądz jej kazał, a ona nie ma komputera. Ksiądz jej powiedział, że ma wzbudzać intencje wirtualne. Widać znał rozróżnienie między intencją habitualną, wirtualną i aktualną, ale język nie był czytelny.

A co to jest intencja wirtualna?

To intencja przed rozpoczęciem jakiejś czynności, aktualna jest obecna w jej trakcie, a habitualnej sobie nie uświadamiam, choć jest ciągle we mnie obecna. Na przykład ofiarowuję cały ten dzień Chrystusowi, a potem o tym nie myślę, przy takiej, czy innej pracy.

Za nowoczesne zakony uważa się dominikanów i jezuitów – oni prowadzą intelektualny dialog ze światem. Wy prowadzicie ten dialog bez kamer, w ciszy konfesjonału.

Ogromnie szanuję oba te zakony, sam wychowałem się na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i mam estymę dla wielu wybitnych jezuitów. Tam robiłem doktorat. Często jednak zaczyna się myśleć takimi fleszami, uproszczeniami medialnymi, które sugerują że w Kościele istnieją środowiska postępowe, a reszta to taka sympatyczna ciemnota.

W Szkole nie ma egzaminów? Jak często odbywają się wykłady?

Aby spowiadać, nie wystarczą święcenia. W polskich diecezjach uprawienia jurysdykcyjne biskupa otrzymuje się, przynajmniej przez pierwsze lata kapłaństwa, po egzaminie z elementów prawa, teologii moralnej itd. Szkoła ma być przede wszystkim miejscem wymiany doświadczeń, dlatego chcieliśmy, żeby kapłani byli różni. Mieliśmy propozycję zrobienia Szkoły dla jednej wspólnoty zakonnej i odrzuciliśmy ją. Teraz mamy księdza z Węgier, księdza z Ukrainy, kapłanów z różnych stron Polski. Są wykłady, egzaminów nie ma. Cykl podstawowy obejmuje dwa lata, czyli cztery intensywne, sześciodniowe zjazdy w ośrodku w Skomielnej Czarnej. Dla absolwentów (jest ich w tej chwili około 50) planujemy sesje szczegółowe, jeśli jakiś temat będzie ich interesował.

Bracia mniejsi kapucyni mają dar spowiadania. Mieliście bardzo znanych spowiedników, jak ojciec Pio czy ojciec Leopold Mandić.

Nie chciałbym nas tak wyróżniać. Czasem się mówi: „idź do kapucyna, on cię pocieszy”. To ma być nasz charyzmat. Ale z wielu uczestników Szkoły naprawdę jestem dumny, w diecezjach i zakonach są znakomici spowiednicy. Z jaką miłością mówią o swoich penitentach i posłudze… To świadectwo, które mnie umacnia. Rzeczywiście, my zawsze staraliśmy się robić w Kościele rzeczy najmniejsze, takie jak posługa więźniom, żołnierzom, może dlatego posługa sakramentalna stała się szczególnie bliska naszemu charyzmatowi. Mieć wielkich świętych współbraci spowiedników to nie splendor, lecz zobowiązanie.

 

Kontrkultura miłosierdzia

W przemówieniu do Penitencjarii Apostolskiej Benedykt XVI pisze, że spowiednik ma być narzędziem miłosierdzia. Biblia, począwszy od Ozeasza, poprzez Józefa sprzedanego przez braci po ojca syna marnotrawnego uczy, że logika miłości jest logiką wybaczenia. Chrześcijaństwo bywa jednak krytykowane za wychowywanie, zwłaszcza kobiet, do uległości, do naiwnego nadstawiania drugiego policzka.

Osobę Chrystusa trzeba zawsze interpretować w kontekście Jego życia. Chrystus mówi co prawda: „Jak cię ktoś uderzy w jeden policzek, to nadstaw drugi”, ale patrzmy, co sam robi. Uderzony w twarz pyta: „Czemu mnie bijesz?” (J 18, 22–23). To nie jest bierna zgoda. Przebaczenie chrześcijańskie nie polega na tym, że ty mnie nożem, a ja ci się rzucę na szyję i będę cię obcałowywał. Jeśli popatrzymy na skrajne przypadki doświadczenia zła, na więźniów obozu koncentracyjnego, to czym jest dla nich przebaczenie? Mają mówić, że nic się nie stało, do swoich katów? To byłoby straszne, chore. Młoda kobieta, która była przez bliskiego krewnego wykorzystywana seksualnie, ma udawać, że nic się nie zdarzyło? To byłaby karykatura przebaczenia. Przebaczenie to trudny proces, dokonuje się etapami. Pierwszy z nich to wyrzeczenie się zemsty, postanowienie, że nie odpłacę złem za zło. Jeśli ktoś został okrutnie skrzywdzony, potrzeba mu na każdym etapie przebaczania olbrzymiej wiary i wsparcia wspólnoty.

Józef Augustyn SJ w książce Ból krzywdy, radość przebaczenia pisze, że człowiek ma naturalny odruch reagowania złością. Aby przebaczyć, trzeba przekroczyć naturę.

Nie chodzi o emocjonalną reakcję, ale o nastawienie woli. Jeśli ktoś planuje wyrównać rachunki, sam się krzywdzi, zanurza się w złu. Ale wyrzeczenia się zemsty nie wolno mylić z wyrzeczeniem się sprawiedliwości. Chrześcijanie też podają ludzi do sądu. Rodzina ks. Jerzego Popiełuszki powiedziała podczas procesu, że wybacza oprawcom, co nie znaczy, że mają oni nie być sądzeni.

Czy nie zbyt łatwo przywołuje się Jana Pawła II, który wybaczył Ali Agcy w karetce, a potem odwiedził go w więzieniu? Zamachowca skazano.

To prawda. Wyrzeczenie się zemsty to dopiero pierwsze zwycięstwo. Drugie to gotowość do pomocy nieprzyjacielowi, gdy ten jest w biedzie. Stary Testament mówi: „Jeżeli osioł twojego nieprzyjaciela wpadnie do studni, pomożesz mu go wyciągnąć”. Tych etapów może być wiele, sam proces przebaczania trwa czasem latami.

Jean Monbourquette OMI w książce Jak przebaczać wymienia dwanaście etapów. Przebaczenie jest istotą chrześcijaństwa, ale nie można go pojmować płytko. Łatwo mówić: zrozum, wybacz, bądź miłosierny. Przebaczenie nie może być wymuszone.

Przebaczenie to nie jest usprawiedliwianie. Jeśli przebaczam, to ze świadomością, że ktoś jest mi coś winien. Żeby przebaczyć, trzeba oderwać się od sytuacji krzywdy, znaleźć dystans. To wymaga radykalnej zmiany życia i do tego momentu trzeba nieraz długo kogoś prowadzić.

Żeby przebaczyć, trzeba się wyrzec jedynego, co mi w tym cierpieniu zostało, swego „ja”.

Do tego potrzeba wiary i poczucia, że to, co się stało, nie było bez sensu. We mnie cierpiał Chrystus. Jeśli my cierpimy, to On jest z nami solidarny. W cierpieniu nie jestem sam, ale też nie mogę dać się zwyciężać złu, zawsze mam zło dobrem zwyciężać. Ostatnim słowem o mnie nie jest to, że jestem skrzywdzony, tym ostatnim Słowem jest Chrystus. Gdy odkryję, kim jestem, znajdę siłę psychiczną nie w sobie, bo psychicznie jestem w fatalnym stanie, ale w miłości Boga. A ikoną Boga będzie dla mnie osoba, która mnie kocha – takiego zranionego. Dzięki niej znajduję siły, aby przebaczyć, jestem w stanie to zrobić.

Chyba jedynym powodem tego, abyśmy przebaczali sobie, jest to, że Bóg nam przebaczył.

Ważna jest tu przypowieść o niemiłosiernym dłużniku. Gdy mam świadomość mojego grzechu wobec Boga, doświadczam Jego miłosierdzia, to mi pozwala naśladować Ojca. Aby przebaczyć, trzeba odkryć prawdę o sobie. Najpierw ja potrzebuję wybaczenia.

A jeśli sprawca nie zna pokory, nie czuje żalu, jest arogancki? Ofiara nie może brać odpowiedzialności za naprawienie takiej relacji.

Ten proces nie musi prowadzić do powrotu, do istniejącej wcześniej relacji społecznej. Akt wyrzeczenia się zemsty może być niedostrzegalny z zewnątrz. Najpierw odbudowuję moją relację do Boga i do siebie samego.

Przebaczenie nikomu się nie należy. To jest dar i ofiara. Etyka zna pojęcie supererogacji. Akty supererogacyjne są czymś dobrym, ale nie wymaganym, ich niespełnienie nie jest moralnie złe. Słowo ma genezę ewangeliczną, występuje tylko raz w łacińskim przekładzie przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. W pierwotnym sensie supererogare oznacza „wypłacać ponad należność”. Akt przebaczenia nie jest zatem prostą powinnością.

Wolną decyzją jest przyjęcie Chrystusa jako mojego Pana i Zbawiciela we wszystkich obszarach życia. Przebaczenie jest wolnym darem, ale i obowiązkiem. Odkrywam zobowiązanie wobec mojego Pana, aby wybaczyć w Jego imię. Idąc za Chrystusem, coraz mocniej odkrywam Jego miłość i chcę ją innym ofiarować. Przebaczenie to w końcu także przejaw miłości.

Chrześcijanie, kapłani i świeccy zbyt rzadko mają poczucie, że nie są z tego świata. W etyce przebaczania jesteśmy chyba czasem większymi relatywistami niż w etyce seksualnej.

Zgadzam się. Dla wielu osób, nawet pobożnych, to straszny wysiłek. Podsycają w sobie złość. To ten element chrześcijaństwa, który jest wyzwaniem i wciąż domaga się dawania świadectwa. Dzisiaj przebaczanie jest wręcz kontrkulturowe, bo kultura narzuca standardy walki, a nie bezinteresownego daru. W tym sensie chrześcijaństwo jest wciąż awangardą. My już doświadczyliśmy przebaczenia i jest ono tym, co możemy ofiarować dziś światu.

Wybaczenie bywa aktem heroizmu. Nie wyklucza sprawiedliwości, jest darem, wymaga wolności i opiera się na prawdzie. Kiedy prawda wyzwala, a kiedy niszczy?

Prawda czasem zabija.

Trzeba pokazać najpierw miłosierdzie, drogę przebaczenia, a na tej drodze konkretny warunek prawdy. Nie można tylko domagać się prawdy – jak ktoś wyzna prawdę, to będzie miłosierdzie. To nie ten kierunek.

Na czym polega sens pokuty?

Pokuta jest komplementarna wobec przebaczenia, ona jest realizacją zalecenia „nawracajcie się”.

Jej istotą jest odwracanie się od ego, które często jest deifikowane, do Boga i drugiego człowieka. Metanoia musi mieć zewnętrzne skutki, nie może być aktem tylko wewnętrznym. Dlatego pewne akty pokutne muszą mieć wymiar społeczny.

Mam poczucie, że trudne chwile prawdy o Kościele w Polsce są paradoksalnie szansą na przebudzenie świeckich. Nie czujemy się tylko stadem nędznych owiec, bo pasterze nie są bez skazy. Gdzieś ginie taki klarowny podział na świeckie profanum i kapłańskie sacrum.

Taki podział zakładałby potężne niezrozumienie Chrystusa. Chrystus przyjął człowieczeństwo w całości, z wyjątkiem grzechu, a więc dla chrześcijanina nie ma czynności, które nie byłyby sakralne. To nie jest tak, że w kościele jest sfera sacrum, a jak z niego wyjdę, to wchodzę w profanum. Może te doświadczenia pomagają nam uświadomić sobie prawdę o wspólnocie Kościoła, że jest ona święta, bo założona przez Chrystusa, a grzeszna, bo tworzą ją zwykli ludzie. W Kościele potrzeba nam ciągłej rozmowy, ale bardzo spokojnej. W niej ważne będzie uznanie specyficznego zadania, które ma w Kościele każdy, zgodnie ze swoim powołaniem.

Do tej pory to był odgórny monolog, a nie dialog.

Ale to wynika niejednokrotnie nie tylko z winy księży, ale i bierności świeckich. Odpowiedzialność to nie jest tylko poznanie prawdy, ale uczestnictwo w życiu Kościoła. Nie tylko współdecydowanie, ale też autentyczne zaangażowanie. Trzeba podjąć ciężar bycia świadkiem. Zwiększanie praw powinno się wiązać ze świadomością obowiązków.


Piotr Jordan Śliwiński OFMCap – dr filozofii, ceniony spowiednik, założyciel Szkoły dla Spowiedników, kierownik duchowy i rekolekcjonista, wykładowca seminarium duchownego kapucynów w Krakowie i Katedry Lingwistyki Komputerowej Uniwersytetu Jagiellońskiego.


[1] Chodzi o książki Rafała Szymkowiaka OFM CAP Spowiedź jest spoko, Kraków 2006, wydawnictwo AA i Ekstremalnie wypasione rekolekcje, Kraków 2007, wydawnictwo M

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata