70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Talenty i estetyka potrzebne od zaraz

Redakcja „Tygodnika Powszechnego” pyta: „Czy Polacy potrzebują sztuki nowoczesnej?”. Są to właściwie dwa pytania. Pierwsze jest takie: „Czy Polacy mają potrzebę sztuki nowoczesnej?”. Drugie zaś takie: „Czy Polakom sztuka nowoczesna jest potrzebna?”. Odpowiedzi mieszają oba pytania, zresztą niegroźnie. Redakcja, publikując je, upublicznia dyskusję toczoną od dawna w różnych kręgach i na różnych poziomach. Ta widoczna w „Tygodniku Powszechnym” za sztukę nowoczesną bierze, jak się zdaje, tylko tak zwaną sztukę krytyczną i do niej zbliżoną. Są to głównie powstałe pod koniec wieku XX instalacje, performanse, akcje i obrazy; także realizacje ostatnie. Wszystkie wedle dyskutantów są znane w świecie.

Metoda wyróżniania sztuki nowoczesnej nie jest dla mnie jasna, wszak poza pojawiającymi się w dyskusji nazwiskami działają w Polsce artyści tworzący bardzo nowoczesne realizacje w różnych dziedzinach nieuwzględnianych przez respondentów. Może na wyborach, których dokonali autorzy tekstów, zaważyła atmosfera skandalu wokół omawianych przez nich dzieł, może ignorancja Polaków, którzy pomijają to, co autorzy uznają za doniosłe dla polskiej nowej sztuki.

Dotychczasowe opinie i sądy w jakiejś mierze rekapitulują Stanisław Rodziński i Piotr Piotrowski.

Stanisław Rodziński na pierwsze pytanie odpowiada „nie”. We „Wiadomościach ASP” (nr 39)ogłosił tekst pod tytułem: Sztuka współczesna – świadectwo niepokoju, poszukiwanie prawdy czy medialne skandale? Pisze:

Zwiedzałem niedawno wystawę najbardziej eksponowanych twórców najnowszej sztuki polskiej. Obiekty, instalacje, monitory, jakieś druki i puste kompletnie sale ekspozycyjne [podkr. P.T.]. Stanąłem przed kilkoma dużymi ekranami, na których prezentowana była popularna bardzo realizacja jednej z artystek. Film ukazywał grupę starszych, nagich kobiet w łaźni. Nieporadnie poruszające się, z widocznymi deformacjami może kiedyś pięknego ciała kobiety myły się pod prysznicami. (…) I oto weszła grupa miłych młodych ludzi, dziewcząt i chłopców dwudziestokilkuletnich. W rękach mieli katalogi wystawy, co wskazywało na zainteresowanie sprawą. Stanęli przed monitorami, zaczęli się śmiać, po chwili jedna z dziewcząt powiedziała: „O k…!”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem i poszli dalej.

Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że film skierowany do „współczesnego” widza, a więc w większym stopniu do nich, a nie do mnie – budzi w oglądających zaledwie chamską reakcję, nie ma więc szans dotarcia w takiej formie do szerszego odbiorcy, do ich wnętrza, by pobudzić myślenie.

W dalszym ciągu tekstu mowa jest o wystawie Irreligia i o innych instalacjach czy obiektach odczytanych przez wielu jako bluźniercze. Taka sztuka wedle Rodzińskiego jest chyba Polakom niepotrzebna. Przykłady, które Rodziński przytacza, dobrze ilustrują, o co mu idzie:

Polski projektant mody prezentował podkoszulki i modne bluzeczki z wizerunkiem Serca Pana Jezusa i cierniową koroną. Inny artysta domalował wąsy wizerunkowi Madonny Częstochowskiej, co być może nawiązywało do gestu Duchampa – tylko, że znaczenie i sens Czarnej Madonny w Polsce różni się jednak od sensu i znaczenia obrazu Leonarda. Kolejny artysta kopulował z krucyfiksem. (…) Kolejna artystka pokazała w galerii obraz-montaż pod tytułem Pasja, który przedstawiał krzyż i wmontowaną w jego formę fotografię męskich genitaliów.

Instalacja Łaźnia – bo o niej mowa najpierw – podważa opresywny ideał kobiecego ciała, performatyw kobiecości. Wedle Stanisława Rodzińskiego sztuka ta i jej podobna Polakom nie jest potrzebna. Świadczą o tym puste sale galerii i przekleństwo na ustach dziewczyny. W dwóch następnych instalacjach chodzi o transgresję, w trzeciej o krytykę performatywu: męskość. Naturalnie owa transgresja ma być również krytyczna… Zresztą sens tych właśnie dzieł jest niezrozumiały bez kontekstu, w którym się pojawiły i powodów, dla których zmierzają do wywołania skandalu (na nim się raczej wyczerpują).

Sztuka taka jest tylko „medialnym skandalem”! – pisze Rodziński – a polityczna poprawność nie pozwala na „krytykę krytyki” (to słowa Marksa), ponieważ jest to dla niej „demonstracja ciemnogrodu”. Przekonuje, że poprawność „przywołuje peerelowską cenzurę, kościelną inkwizycję i brak intelektualnego poziomu…”. Bez takiej sztuki Polacy mogą się obejść.

Dla Rodzińskiego istnieje jednak także nowoczesna sztuka godna najwyższej uwagi, ta, która „świadczy o niepokoju” epoki. To np. malarstwo Bacona, Czapskiego… Taka sztuka jest Polakom potrzebna, choć nie odczuwają oni jej potrzeby. Rodziński powiada, że do tego, by rozeznać, czy mamy do czynienia ze świadectwem niepokoju, z medialnym skandalem czy ze zwykłym bluźnierstwem – konieczna jest paideia, której zdobywanie zaczyna się już w szkole. Choć – dopowiem – dla niektórych paideia też jest opresywnym performatywem, z którym walczyć ma bezstresowe wychowanie. Paideia ma wbudować w Polaków potrzebę sztuki, tej, która jest im potrzebna.

Zatem paideia plus edukacja – kantowskie humaniora. Bez tego nie wybrniemy z sytuacji. Sama krytyka nie wystarczy. Pisze Rodziński – „Sztuki współczesnej – takiej, jaka ona jest – nie objawią ludziom krytycy ani prasowe czy telewizyjne dyskusje”. Zresztą krytyk, aby krytykować, musi mieć poglądy, nawet gdy jego poglądem jest brak poglądów.

Piotr Piotrowski na pytanie: „Czy Polacy mają potrzebę sztuki nowoczesnej?”, odpowiada „nie”, zaś na pytanie: „Czy Polakom sztuka nowoczesna jest potrzebna?”, odpowiada zdecydowanie „tak”. Tyle że leży przed nimi skarb, którego nie umieją ocenić („Tygodnik Powszechny” nr 37, 16 września 2007). Wspiera się opinią amerykańskiej studentki, która pisze u niego pracę na temat polskiej sztuki współczesnej. Otóż „u nas” nie widzą tego, co widzą na szerokim świecie. Że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – wiadomo do dawna. Tu jednak chodzi o coś więcej: Piotrowski – nie bez racji – uważa, że Polacy w swej masie są ignorantami, a ponadto panuje kulturalna ochlokracja. Amerykańska studentka i uczestnicy debaty „Tygodnika Powszechnego” twierdzą zgodnie, że „na świecie polska sztuka współczesna (…) cieszy się uznaniem i popularnością”. Natomiast „u nas” (to fragment tytułu książki starego Witkiewicza: Sztuka i krytyka u nas) – już niezależnie od ochlokratów – „wielu bardzo wykształconych ludzi, wręcz intelektualistów, nie ma na ten temat większego pojęcia”.

Polacy nie wiedzą, że sztuka nowoczesna jest im potrzebna, bo są niedouczeni. Polacy potrzebują więc najpierw edukacji w sprawach sztuki nowoczesnej! Piotrowski – jak się zdaje – rozpatruje tę sztukę „poza dobrem i złem”, jako empiryk, socjolog i historyk sztuki, który ma przed sobą badawcze zadanie – inwentaryzuje, opisuje i analizuje, rzadziej expressis verbis ocenia, bo w aksjologię i sens oceniania chyba nie za bardzo wierzy. „Chyba” – bo nie jestem do końca tego pewny. W każdym razie walczy o zrozumienie. O kształcenie społeczeństwa, by rozumieć umiało. Pisze: „Jestem przekonany, że szansą na większe zrozumienie sztuki współczesnej w Polsce (co wcale nie musi oznaczać akceptacji)[podkr.- P.T.] jest (Piotrowski przechrzciłby zapewne Rozprawę… Descartes’a na Dyskurs o metodzie) pogłębienie dyskursu krytyczno-artystycznego, przede wszystkim w mediach”. Odpowiedź na pierwsze pytanie zapośredniczona rozumieniem może więc brzmieć również „nie”. Brak rozumienia uniemożliwia niezależny sąd, wówczas miłośnicy sztuki spod znaku szczerbca i moherowego beretu [kulturalni ochlokraci – P.T.] rozpętują kampanię polityczną, sprowadzając dzieło do prymitywnej sensacji. Odpowiedzią poważnej prasy nie powinno być podejmowanie tej sensacji i sianie głupoty, lecz rzetelna analiza. Każdy czytelnik może sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy taka albo inna sztuka mu się podoba [a więc jednak: „podoba”, placet! – P.T.] (…) ale najpierw trzeba dać mu szansę zrozumienia (podkr. P.T.).

Piotrowski konkluduje: „Może po raz pierwszy w dziejach wszystkich Rzeczypospolitych mamy sztukę, którą interesuje się świat. Dlaczego zatem nie możemy mieć wykształconego artystycznie społeczeństwa na miarę tej sztuki?” (a jednak „miara”). Myślę, że Piotrowski jest przekonany, iż nowa sztuka zrozumiana – będzie zaakceptowana. Nie jest to jednak dla niego konieczność, bo zaakceptowana być nie musi.

Piotrowski kładzie akcent na kształcenie, a kształcić mają media, wedle Rodzińskiego – przede wszystkim szkoła. Powiem: i szkoła, i media!

Niedawno jeszcze nowa sztuka budziła mój gwałtowny sprzeciw. Zaliczałem się do wskazanej przez Piotrowskiego grupy „ludzi wykształconych, którzy nie mając o nowej sztuce pojęcia, ją odrzucają”. Stawiając sobie oba sformułowane w „TP” pytania, odpowiadałem „nie”. Sprzeciw mój sformułowałem był przed laty m.in. w recenzji z książki rzeczonego Piotra Piotrowskiego Oblicza modernizmu. Będąc pod wrażeniem rozprawy (broń Boże „dyskursu”!) Piotrowskiego, dałem wyraz niechęci temu, o czym ona mówi – z różnych zresztą powodów. Pierwszym i najważniejszym było właśnie niezrozumienie nowej polskiej sztuki – poczynając od tej tużpowojennej, na najnowszej kończąc. Niezrozumienie pociągnęło za sobą zaślepienie ułatwiające znakomicie negację tej sztuki en bloc. Myślę, że drażniła mnie ona, ponieważ zajmowałem wobec niej postawę czysto estetyczną, która oczekuje pobudzenia przez wartości z estetycznego kręgu. Oczekiwałem, że artyści powojennego pokolenia czy pokoleń późniejszych dadzą mi coś analogicznego do tego, co daje mi Leonardo, Rembrandt czy – z późniejszych – na przykład Balthus… Tymczasem tutaj oferta była inna niż oczekiwanie, a nastawienie estetyczne zastąpić należało nastawieniem pytającym, skierowanym na dialog i rozumienie. Najogólniej – nastawieniem hermeneutycznym. Prace wielu artystów powojennych, zwłaszcza artystów aktualnych trzeba rozumieć, a w każdym razie najpierw zrozumieć, a potem dopiero – ewentualnie – estetycznie przeżywać. Sytuacja jest niejako odwrotna do tej, która miała miejsce na pierwszej wystawie impresjonistów. Publiczność nastawiona na zrozumienie opowiedzianych realistycznym malarstwem historii zmuszona została przez malarzy do estetycznego przeżywania zarejestrowanych pędzlem płynących barwnych dat wrażeniowych, co wzbudziło jej wściekłość. Przyszli po jedno, dostali drugie. Co innego brak zainteresowania już zrozumianą sztuką. Ktoś mógł wiedzieć, o co impresjonistom chodzi, i impresjonizmem się nie interesować, zajęty na przykład grafiką barokową…

W wypadku sztuki aktualnej analogicznie i odwrotnie – oczekiwałem dzieła, nawet pięknego dzieła, dostawałem coś, co nie jest piękne, a jeśli jest, to nie w warstwie wizualnej, zmysłowej, tylko – z grubsza mówiąc – konceptualnej. Tu piękny może być sens, do którego trzeba dopiero dotrzeć… i go zinterpretować. Sens musi być wyłożony i interpretowany.

Nasuwa się pytania, czy pannica, która zaklęła przed instalacją Łaźnia, dobrze ją zrozumiała? I czy gdyby ją zrozumiała, też by zaklęła? „Zrozumienie nie oznacza akceptacji”. Piotrowski chce pannicę edukować, Rodziński także. Każdy nieco inaczej, w innym nieco kierunku, ale w tym samym celu. Aby sama mogła wartościować i oceniać rozumnie. Piotrowski wierzy w krytyków, Rodziński w szkołę i paideię – spór między nimi to już spór o metodę edukowania. Piotrowski uważa, że wyedukowana pannica uzna Łaźnię, Rodziński zdaje się sądzić, że nie. Uzna czy nie uzna – w to nie będę wchodził, choć sporu nie unikam, ba – toczy się on we mnie nieustannie.

W tej chwili myślę, że edukacja i idące za nią zrozumienie prowadzą do akceptacji niektórych, nie wszystkich, realizacji nowej sztuki – wewnątrz której różne dyscypliny znajdują swe miejsce. Myślę też, że wprawdzie Polacy nie mają potrzeby sztuki nowoczesnej, ale Polakom sztuka nowoczesna jest potrzebna, a nawet niezbędna.

Potrzebę tę uświadomili mi ostatnio kandydaci na studia podyplomowe w krakowskiej ASP. Dwóch młodych ludzi przedstawiło dwie prace na temat sacrum i świętości. Pierwsza powierzchownie kontynuowała tradycję. Prowadziła dalej to, co znamy z kościołów barokowych i dziewiętnastowiecznych. Praca tylko ilustrowała sacrum… Nie uwzględniała ogromnego duchowego wysiłku, który w tej dziedzinie podjął wiek XX. Druga – ryzykowna – drążyła twórczo tematykę biblijną… Ta pierwsza była nie do przyjęcia, jak odgrzewane po raz setny pierogi. Tego, co w niej przedstawiono, nie sposób kontynuować! Nie sposób dalej strugać świątków czy wykonywać pastiszów dawnej sztuki. Sztuka stara-nowa jest martwa (o czym także pisze Rodziński). Druga – ryzykowna – starała się sacrum uobecnić, powtórzyć święte wydarzenia, analogicznie do tego jak Msza święta powtarza i uobecnia ofiarę krzyżową. Dawała nadzieję odpowiedzi na potrzeby duchowe nadchodzących pokoleń.

Zrozumiałem, iż nie ma powrotu do sztuki dawnej i że narzędzie intelektualne i emocjonalne, którego należy użyć wobec nowej sztuki polskiej, jest inne, nowe i że nie zawsze jest to przeżycie estetyczne w dotychczasowym rozumieniu. Zrozumiałem też, że nowa sztuka nie likwiduje malarstwa czy rzeźby, ale to temat na dłuższą rozprawę…

Czy się „nawróciłem” na nową sztukę? Tak, na jej rozumienie. Nie odrzucam jej już a limine, jednak nie padam bezkrytycznie w jej ramiona. „Nawrócenie” nie znaczy także, że jej problematyka artystyczna jest moją problematyką. Zrozumienie, akceptacja, podjęcie problematyki – to trzy różne sprawy. Poza tym to, że coś jest nowe, niekoniecznie znaczy, że jest dobre, tak jak coś przez to, że jest stare, nie jest eo ipso dobre. Są knoty barokowe, są i knoty w dziedzinie instalacji oraz happeningu, są knoty konceptualne. Są też arcydzieła barokowe i arcydzieła instalacji czy happeningu oraz sztuki konceptualnej.

To, że także dziś dokonują się wartościowania, oceny i wybory, ujawnił mi pokaz sztuki aktualnej w Sukiennicach. Znalazła tam miejsce krytyczna wobec PRL praca Edwarda Dwurnika. Nie znalazła – równie, a może bardziej wobec PRL krytyczna – praca Andrzeja Mleczki. Dlaczego? Bo dla kuratora Dwurnik jest artystą, a jego malarstwo sztuką, zaś Mleczko nie jest, a jego rysunki nie należą do obszaru sztuki. Postmodernistyczni filozofowie i artyści walczyli z wykluczaniem i podziałami, łączyli sztukę „wysoką” i „niską”, tymczasem okazuje się, że kuratorzy ekspozycji bez podziałów i hierarchii obyć się nie umieją, bo nie mogą.

Wartościowanie i hierarchia pozostają i obecne są także w tekstach Piotrowskiego, który przecież dokonuje wyboru zakładającego ocenę.

Performatyw „ciało mężczyzny”, który krytykuje Nieznalska… Krzyż grecki w jej pracy nie jest znakiem graficznym, mimo iż ona sama to sugerowała. Artystka wyzyskała bowiem motyw ukrzyżowania (nagie ciało męskie podwyższone na krzyżu!)… Instalacja zawiera więc daną przez samą artystkę wskazówkę, że sięga po analogię z Męką Pańską. Czy wolno? Odpowiedź zależy od stanowiska: dla jednych wolno, dla drugich nie. Dla mnie nie.

Zresztą instalacji podobnie krytycznych można wykonać więcej, bo i performatywów jest więcej – powiedzmy: „zakonnik”. Krytyką byłaby na przykład instalacja przedstawiająca mnicha z powbijanymi w ciało szpilkami, gwoździami i cierniami albo, jeśli wziąć na warsztat Nowy Testament mówiący o rzezańcach dla Królestwa, możliwa jest akcja: rzeczoną operację „moherowe berety” wykonują na kandydacie do seminarium… Dość!

Dalsza sprawa to pytanie o to, czy praca jest czy nie jest banalna… Zrozumiana i uznana za niebanalną, nie musi być uznana! Piotrowski słusznie stwierdza: „zrozumienie wcale nie musi oznaczać akceptacji”!

Duch mój nie karmi się sztuką krytyczną, ponieważ z problematyką, którą swymi metodami podejmuje, wolę mierzyć się raczej z pomocą filozofii. Polskiemu katolicyzmowi przyglądam się z pomocą Józefa Tischnera, nie Rumasa. Czy go zrozumiałem? Gipsowa Madonna zanurzona w cieczy wypełniającej foliowy worek, który można interpretować jako termofor. Świętość zredukowana do gipsowego odlewu marnej rzeźbiarsko figury – a „termofor”? To jakaś zredukowana świadomość osobnicza, którą wypełnia nieokreślona ciecz nijakiej religijności ze zbanalizowaną Madonną w środku. Rumas mówi nam: „Oto wasza maryjność”, ale ja znam tę maryjność i bez Rumasa, a poza tym: czy ktoś, kto stawia sobie gipsową Madonnę na domowym ołtarzyku, rzeczywiście jest aż tak płasko pobożny? Zapewne możliwa jest inna, głębsza interpretacja sztuki Rumasa, może potrzebne są w tym celu pogłębione badania. Ostatecznie jest on dla mnie banalny – oskarżenia o bluźnierstwo czynią jego instalacjom zaszczyt. Podobnie Nieznalska – raczej banalna. Performatyw męskości lepiej podważa Libera… Ale po co? Instalacja Kozyry – hmm… Bywałem w miejscach, Laski warszawskie na przykład, w których ciało kalekie, ułomne, chore czy stare uznawane jest od dawna za piękne… i Kozyra nie musi mi tego unaoczniać Łaźnią. W Laskach lat 20. dokonano – avant la lettre – krytyki ciała pięknego à la Tamara Łempicka, Kisling czy à la Art déco… Naturalnie dzieła sztuki są wieloznaczne i dalsza interpretacja odsłoni z pewnością nowe sensy. Jest to jednak także problem każdej sztuki moralizującej i anestetycznej – a nuż innymi środkami można sprawę postawić lepiej, głębiej?

Jednak nowa sztuka to nie tylko sztuka krytyczna! To także nowa sztuka sakralna, z którą zetknąłem się ostatnio i którą dyskutanci pomijają. Dlaczego? Jakie jest ich a priori? Widziałem też interesujące projekty konceptualne czy społeczne o charakterze artystycznym.

Sztukę nowoczesną muszę uznać. W całym zakresie jej zainteresowań. Najpierw – bo jest! Muszę uznać jej istnienie. Dalej – muszę podjąć wysiłek jej wykładni i rozumienia. Czy potem uznam jej sens i wartość? Zakładając naturalnie, że sens i wartości istnieją. Powtarzam za Piotrowskim: „zrozumienie wcale nie musi oznaczać akceptacji”.

Walka z nową sztuką – obojętne, z jakich pozycji – nie ma sensu, jest stratą czasu, jednak nie dlatego, że należy poddać się konieczności, nieuchronności nowej sztuki tak, jak swego czasu należało – rozumiejąc ją – ulec konieczności komunizmu. Walka z nową sztuką nie ma sensu dlatego, że sztuka ta nie tylko jest, ale i odsłania, wciela wartości, które raczej nie kryją się w tym, co dane zmysłowo, bardziej wiążą się z sensem dzieła i dlatego nie wolno przystępować do niej z nastawieniem czysto estetycznym. Notabene nie jestem wcale pewny, czy nastawienie czysto estetyczne odsłoni mi jakąkolwiek sztukę, wszędzie chyba niezbędna jest komponenta rozumienia. Jakie Wartości odsłania sztuka krytyczna? Jakie ta, która będąc nowoczesna – krytyczna nie jest? Może raczej powinienem spytać: w jaki sposób odsłania? Czy odsłaniane wartości są nowe, a może tylko częściowo nowe? Może są przez tę sztukę stanowione? Ponadto sztuka ta stawia mi nieustannie przed oczy pytanie ogólne: jaki jest jej sens w całości? Czy to tylko „medialny skandal”, czy też odsłona świata schyłku, zmierzchu Zachodu? Czy też przeciwnie, narodziny nowego, początek, zwrot ku przyszłości?

Powiem jedno: ona sama, nawet zrozumiana, samodzielnie czy z pomocą licznych komentarzy, nie jest tym, z czym chciałbym żyć. Zgódźmy się, że Olimpia, Łaźnia, Pasja, Plażowicze… otworzyły mi oczy na jakiś problem, jednak ciągle nie wiem, czy problem ten nie odsłania się lepiej na innej drodze.

Mimo że nie padam jej w ramiona, uważam, że nowa sztuka jest potrzebna, a nawet konieczna, i to każda, nawet bluźniercza, bo zmusza do samookreślenia. Trochę tak jak herezja zmusza do sprecyzowania ortodoksji, a wiadome Radio zmusza do określenia swej wiary. Potrzebne jest zrozumienie i zajęcie postawy wobec tej sztuki. Jednakże potrzebne jest także jej wartościowanie i ocena. W tym celu krytyka nie wystarczy, bo krytyka zawsze zakłada jakąś filozofię, brak filozofii – też jest filozofią… Przede wszystkim jednak potrzebne są talenty! Beztalencie jest katastrofą tak malarstwa, jak instalacji, akcji czy performansu.

Potrzebę tę trzeba uzasadniać. Trzeba analizować jej sens i oceniać wartość. Trzeba edukować Polaków i tak jak chce Rodziński, i tak jak chce Piotrowski. Na pewno nie wszystko się ostoi, ale czy z malarstwa holenderskiego złotego okresu ostały się wszystkie obrazy, choć ich miriady zapełniają muzea?

A zatem:

Potrzebni są artyści z talentem.

Potrzebne jest nowe malarstwo i nowa rzeźba.

Potrzebna jest nowoczesna sztuka sakralna, już nie biblia pauperum a artystyczne powtórzenie świętych wydarzeń.

Potrzebna jest sztuka krytyczna, która zresztą istniała i dawniej – przypomnę Goję i Daumiera…

Potrzebna jest nowa sztuka scenografii, której wiele do powiedzenia ma teatr Kantora.

Potrzebne jest nowoczesne projektowanie…

Czym innym jest nowa postawa artystyczna, czym innym realizacje. I jedno, i drugie mieści się między biegunami sensu i bezsensu. Nowi artyści ustawiają się poza estetyką – czy każdą czy tylko estetyką dzieła sztuki i estetycznego przeżycia? A może estetyczne przeżycie przenosi się w sferę przywoływanych przez nowego artystę sensów?

Powtarzam za Stanisławem Rodzińskim: niezbędna jest szkolna wiedza o sztuce; za Piotrem Piotrowskim: „krytycy potrzebni od zaraz” i dodaję: od zaraz potrzebne talenty i potrzebna „filozofia”, także ona.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter