70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O duchowym atlasie świata i zgubnych iluzjach filologa

Duchowy atlas świata musi liczyć ogromną liczbę stron. Nie sposób pewnie ich dokładnie policzyć, zresztą niektóre zmieniają po pewnym czasie swój wygląd, inaczej są już interpretowane, modyfikowane, czy nawet bezwzględnie wyrywane. Naturalnie istnieć muszą i takie, które trwają niezmienione, ciągle w podobnym kolorze duchowym i z tym samym przesłaniem; są jak karty tytułowe sugerujące dalszą treść, a tym samym sposób rozumienia naszej egzystencji.

Jak jednak trafić do tych rozrzuconych po świecie duchowych centrów, z których każdy opiera się na własnym fundamencie kulturowym, do tego zamkniętym we własnym języku, dla postronnych całkowicie niezrozumiałym? Czy wejście do odmiennego świata duchowości może ograniczać się wyłącznie do obserwacji gestów, symboli, emocji i znaków? Czy doświadczenie tego, co duchowe może obejść się bez znajomości języka, dzięki której to, co nieznane, wydaje się chociaż częściowo poznane? Wielu zapewne powie, że jest to możliwe, że język nierzadko kieruje wyłącznie w stronę intelektu, że zbyt dużo słów raczej przeszkadza aniżeli pomaga, i że zbytnia akademicka wiedza rodzi pokusę pychy, która ma być największą przeszkodą w drodze ku ostatecznej iluminacji.

Takie argumenty są naturalnie prawdziwe, i trzeba je przyjmować z odpowiednią dawką pokory. Ale przecież istnieje też najzwyczajniejsza w świecie intelektualna pokusa, aby poprzez żmudne ćwiczenia językowe osiągnąć świat, który z zewnątrz wydaje się tajemniczy i pełen obietnic. I że poprzez język dotrzeć tam, gdzie inni dotrzeć nie mogą. I zobaczyć coś więcej, i doświadczyć czegoś inaczej. Ów egzotyczny język, niczym tajemny szyfr do skarbca, miałby być środkiem do szlachetnego celu. Bez jego znajomości, jak sądzimy, skazani bylibyśmy na domysł, intuicję i własną fantazję.

Ryszard Kapuściński pisze:

Ciągle odczuwałem obecność Wielkiego Muru, ale nie był to ten, który kilka dni temu widziałem na północy w górach, ale Mur o wiele dla mnie groźniejszy i nie-do-pokonania – Wielki Mur Języka. Ten mur otaczał mnie zewsząd, pojawiał się za każdym odezwaniem jakiegoś Chińczyka, tworzyły go niezrozumiałe dla mnie gazety i radio, napisy na murach i transparentach, na towarach w sklepach i na wejściach do urzędów, wszędzie. Jakże chciałem napotkać wzrokiem jakąś znaną mi literę czy wyraz, zaczepić się o nie, odetchnąć z ulgą, poczuć się swojsko, u siebie w domu – ale na próżno! Wszystko było nieczytelne, niezrozumiałe, nieodgadnione.

            Zresztą podobnie było w Indiach! Tam też nie mogłem przedrzeć się przez gąszcze miejscowych, hinduskich alfabetów. A gdybym pojechał dalej, czy nie napotkałbym podobnych barier?

            A w ogóle skąd wzięła się ta językowo-alfabetyczna wieża Babel? I jak powstaje alfabet? Kiedyś, u swojego początku, musiał zaczynać się od jakiegoś znaku. Ktoś postawił znak, żeby coś zapamiętać. Albo żeby coś przekazać drugiemu. Albo żeby zakląć jakiś przedmiot czy terytorium. („Podróże z Herodotem”, s.66)

Początki nauki języka, który dla Europejczyka wydaje się niemal magiczny –  nawet nie egzotyczny, bo to oczywiste, ale właśnie magiczny, ukrywający w sobie jakiś bliżej niesprecyzowany sekret – wyglądają niemal jak pierwszy stopień wtajemniczenia w świat całkowicie odmienny, zupełnie nie do ogarnięcia na pierwszy rzut oka; świat, gdzie wszystko jest odległe, skryte, niezrozumiałe. Najpierw jest sam alfabet, czy raczej samo pismo. Estetycznie niezwykle pociągające i pachnące obietnicą, że w niedługim czasie przedrzemy się przez gąszcz znaków: kreseczek, pochyłości, linii krótszych i dłuższych, daszków, zawijasów, krągłości i rozmaitych kątów nachylenia, wreszcie kropek: pojedynczych, podwójnych i ułożonych w trójkąt. Początkowo wszystko zlewa się w jeden, wydawałoby się niepodzielny obraz, w fotografię widzianej z daleka orientalnej dżungli, niemożliwej do rozplątania. Ale zaraz potem zaczynamy stopniowo dostrzegać pojedyncze elementy, jakby drzewa, które przecież różnią się od siebie. Widzimy, że „b” różni się od „p” zaś „k” nie wygląda identycznie jak „g”, albo że samogłoski mają inny kształt na początku, a inny na końcu słowa. Pojedyncze litery łączą nam się coraz płynniej, bardziej elegancko, a my nabieramy z czasem wprawy i piszemy własne imiona w alfabecie, który dla postronnych niewiele się różni od egipskich hieroglifów. Obca początkowo kultura już wydaje się mniej obca, czujemy wręcz pokusę pełnego zanurzenia się w świecie, który ma nam tak dużo do powiedzenia.

Na początku nauki dowiadujemy się, że alfabet dewanagari, w którym zapisywane są starożytny sanskryt i współczesne języki hindi i nepali, zawiera w sobie boski pierwiastek, albowiem pierwsza część nazwy: „dewa” to „bóstwo”. Jakże w takim razie nie poczuć, że wkraczamy do krainy bogów, których w cywilizacji indyjskiej mogą być tysiące, setki tysięcy i miliony, chociaż ostatecznie i tak są emanacjami Jedynego. Niestety, bardzo szybko estetyczne i metafizyczne uniesienie ustępuje banalnym zmaganiom adepta języków Wschodu z filologiczną materią. Bo analiza potwornie trudnych, mimo swej elegancji, złożeń sanskryckich zdań, dumanie nad właściwym przypadkiem, czasem, formą, osobą i czym tam jeszcze, wreszcie zwyczajne wkuwanie kolejnych setek słów to prozaiczny warsztat tych, którzy zamierzają kiedyś zajrzeć za zasłonę Orientu.

Artur Basham, autor monumentalnego dzieła „Indie”, daje tylko skromny przykład filologicznych męczarni: dawno, dawno temu we wcześniejszej fazie rozwoju sanskrytu, czyli w literaturze wedyjskiej i w klasycznych epopejach pojawiało się sporo tzw. członów złożonych, najczęściej dwu- lub trójczęściowych, na wzór chociażby angielskich houseboat lub blackbird. Ale już w sanskrycie klasycznym, używanym w dworskich panegirykach, członów może być nawet dwadzieścia lub trzydzieści. Przykładowo: potężny cesarz Samudragupta bywał opisywany jednym, ale za to wyjątkowo bogatym znaczeniowo słowem: atma-niwedana-kanj-opajana-dana-garutmad-anka-swa-wiszaja-bhukti-siasana-jaczan-adj-upaja-sewa-krita-bahu-wirja-prasaradharani-bandhasja, co znaczy mniej więcej: „związujący cały świat przez ujawnianie swej siły i przez [przyjmowanie] usług [od innych królów], takich jak składanie osobistego hołdu, przesyłanie w darze dziewcząt i proszenie o akty nadania opatrzone pieczęcią boga Garudy, w celu stwierdzenia ich władzy nad ich krainami.” To uczące pokory Europejczyka sformułowanie mogło być przyczyną wielu nieprzespanych nocy, potwornych stresów intelektualnych, a nawet zwątpienia w sens dalszych studiów. Bo czymże były nasze proste, nieskomplikowane komunikaty językowe w epoce nowożytnej wobec potęgi określeń cesarzy w dawnych Indiach? Jakże niewielkie wydawały się nasze umiejętności językowe, kiedy stawaliśmy wobec tak gigantycznych słów, które tworzyły do tego nie mniej gigantyczne zdania, te zaś cały tekst, porażający już całkowicie nasz umysł swoim ogromem znaczeniowym. Pocieszeniem mogła być jedynie wspólna melorecytacja (koniecznie w chórze męskim, jak tysiące lat temu) najświętszego hymnu Gajatri, coś jakby odpowiednika Modlitwy Pańskiej, który wprawiał nas w nieustanne metafizyczne uniesienie:

Tát  Sawitúr wáreniam

bhárgo dewásja dhimahi

dhijo jó nah praczodájat

To Sawitara najwspanialsze,

Obyśmy światło osiągnęli,

Niech nasze myśli w górę wzniesie

Ale przecież sanskryt, zabierający nam setki godzin studiów, nie był całym filologicznym universum. Była jeszcze poczciwa łacina z niezapomnianą Accusativus cum Infinitivo, zachodnioeuropejskie języki nowożytne i język palijski. Ten ostatni wydawał się już o niebo łatwiejszy od sanskrytu, co naturalnie było całkowitym złudzeniem, z którego szybko nas wyleczono. Konstrukcje okazały się bowiem nie mniej zawikłane, słowa podobne łudząco do sanskryckich, ale jednak inne, zaś pułapki fonetyczne zaskakiwały nas niemal w każdym zdaniu.

Język pali wprowadzał nas do innej jeszcze komnaty pałacu Orientu. O ile sanskryt przedstawiał głównie pełen przesady estetycznej krąg hinduizmu, to palijski prowadził do wyciszonej krainy buddyzmu. Do naszych czasów pali jest językiem obrzędowym buddystów na Cejlonie, Birmie i Azji południowo-wschodniej. Wydaje się bliżej spokrewniony z językiem wedyjskim aniżeli z sanskrytem klasycznym.

Wiele lat później razem z grupą zacnych buddyjskich mnichów w Tajlandii czy Laosie można było recytować wielce pobożny tekst: Buddham saranam gaććhami, sangham saranam gaććhami, dhammam saranam gaććhami – oddaję się pod opiekę Buddy, oddaję się pod opiekę zakonu, oddaję się pod opiekę nauki buddyjskiej. Lata studiów i ślęczenia nad zdradliwymi regułami gramatycznymi dawały wspaniałą nagrodę: kilka chwil w buddyjskim zakonie, gdzie przyjmowano obcych przybyszów z życzliwością i wspólnie mocnymi głosami głoszono chwałę nauki Mistrza sprzed dwóch i pół tysiąca lat. Zapamiętane słowa stawały się doskonałą przepustką do kolejnego kręgu Orientu, który przyciągał swoją duchową odmiennością i składał obietnice, o których długo potem się pamięta.

Oczywiście starożytność językowa żyła przede wszystkim w tekstach, albo w żywej recytacji modlitw. Jednak prawdziwie mocnym wyzwaniem dla nieustraszonego orientalisty były języki nowożytne, używane na co dzień przez miliony ludzi. Tutaj nie było mowy o biernej znajomości, lekturze ze słownikiem, lekceważeniu właściwej wymowy. Nic z tych rzeczy! Trzeba było odpowiednio wymawiać samogłoski długie i krótkie, zbitki spółgłoskowe i spółgłoski cerebralne, których na próżno szukać w mowie europejskiej. Język hindi stanowił zatem kolejny sprawdzian ludzkiego intelektu, zginając nasze harde karki konstrukcją ergatywną, patiensem w rodzaju żeńskim w liczbie pojedynczej, czy trybem warunkowym IV ciągłym. Potem dochodziła jeszcze sandhizacja i prefiksacja, z oczywistym rozróżnieniem na prefiksy typu tadbhawa i typu tatsama, nie mówiąc już o  prefiksach perskich i arabskich. Pojawiały się również groźne derywacje afiksalne, mylące się niektórym z derywacjami prefiksalnymi albo też – nie daj Boże! – z derywacjami prefiksalno-sufiksalnymi. Prawdziwym koszmarem, co tu ukrywać, były jednak liczebniki. Żadne tam twenty-three, twenty-four i twenty-five czy siebenunddreizig, achtunddreizig i neununddreizig. Język hindi idzie systemem setnym, tak więc trzeba wkuć na pamięć wszystko: od jeden do sto! Najłatwiejszym dla Polaka, powiedzmy to otwarcie, jest liczebnik „paćpan” czyli pięćdziesiąt pięć, zresztą podobnie swojsko brzmią inne słowa: „pan”, czyli „betel”, bądź „pani”, czyli „woda” albo imperativus „cicho!”, co tłumaczy się jako „krzycz!”. Reszta jest wyłącznie filologiczną ezoteryką, porażającą magią zaklętą w najbardziej nieprawdopodobnej wymowie, intonacji, słowotwórstwie i niewiarygodnej idiomatyce.

Po takim filologicznym treningu nauka kolejnych języków orientalnych mogła wydawać się zwykłą kaszką z mlekiem, komfortowym zjazdem na sankach z górki. Nic bardziej złudnego! Język urdu, używany w Pakistanie, dodawał otuchy podobną do hindi gramatyką i słownictwem, ale całkowicie zniewalał swoim alfabetem opartym na arabskim, a bardziej jeszcze na perskim. Co prawda codzienny język mówiony w sumie niewiele się różnił w obydwu krajach, zatem osoba znająca hindi mogła jako tako dogadać się z osobą mówiącą w urdu, problem jednak narastał kiedy mierzyliśmy się z  językiem poezji i oficjalnymi tekstami z dziedziny polityki. Tutaj urdu zbliżał się z prędkością światła do perskiego, od którego różnił się z kolei wymową i akcentem (nie mówiąc o takim drobiazgu jak cała gramatyka). To samo słowo zapisane w alfabecie persko-arabskim inaczej wymawiane jest w Iranie, a inaczej w Pakistanie. Ucząc się perskiego natrafiamy na znajome słowa z urdu, które stanowią jednak niebezpieczną pułapkę. Kuszą ogromnie swoim podobieństwem znaczeniowym i wyglądają graficznie tak samo, ale kubeł zimnej wody przywraca nas do filologicznej rzeczywistości, albowiem rozmówca z dalekich stron dziwi się niepomiernie, kiedy wymawiamy identycznie (czyli niepoprawnie) słowa po persku i w urdu. Potrzebna jest zatem nieustanna koncentracja i świadomość ciągle popełnianych błędów. I pełne pokory przekonanie, że nie wszystko da się wrzucić do własnej głowy, że język jest, to prawda, bramą do ogromnego świata odmiennej kultury i nierzadko porażającej ogromem duchowości, ale bramą zarazem niezwykle wąską, przez którą nie zawsze da się przecisnąć.

A przecież sam język nie istnieje w próżni. Zanurzony jest w tradycji, a raczej sam stanowi odbicie wyobrażeń, zakazów i nakazów, wiary i dobrego wychowania. Jak to wszystko oddać w tłumaczeniu, w języku przynależnym do całkowicie innej cywilizacji, innego myślenia, a nawet innych kolorów i kształtów? Jak oddać najgłębszą warstwę duchowości, skoro poszczególne słowa i wyrażenia niekoniecznie przystają do siebie? Jak, przykładowo, interpretować mistyczny wiersz w języku perskim, skoro akurat płci ten język nie rozróżnia? Nie ma żadnego „on”, „ona” czy „ono”, nie ma fundamentalnego, zdawałoby się, podziału na rodzaj żeński i męski. Czy to tekst o Bogu i Jego wiernym oblubieńcu podany w poetyce „Pieśni nad pieśniami”? A może jednak wyrafinowany erotyk o miłości mężczyzny do kobiety, albo o miłości dwóch młodzieńców czy też – wszystko zależy od spojrzenia – miłości dwóch niewiast? Jak oddać wszystkie te dwuznaczności by nie zniekształcić przekazu albo nie urazić wrażliwych estetów? I jak nie zasugerować się własną interpretacją świętego przekazu, która może być nieskończenie odległa od metafizycznych (albo erotycznych) intencji natchnionego autora?

I nagle doznajemy olśnienia. Dość przykrego olśnienia. Bo cała żmudna translatorska praca nad materią obcych języków okazuje się przede wszystkim pracą nad formą, troską o estetyczne oddanie tego, czego do końca oddać się nie da. Krople duchowej mądrości oryginału gdzieś tam wysychają w procesie przekładu. Nie wiemy już, co jest esencją przekazu, a co zwykłą interpretacją tłumacza. Gdzie mądrość, a gdzie nasze własne (i niekoniecznie trafne) rozumienie mądrości. Pojmujemy, że do tej pory żyliśmy w krainie filologicznej iluzji, albowiem nasze pełne pychy przekonanie, że poprzez język dotrzemy do orientalnego świata sacrum może przemienić się ostatecznie w niespełnioną obietnicę. Poza tym spotkaliśmy bardzo wielu wędrowców z Europy, którzy bez ciężkiego bagażu akademickiej wiedzy o odmiennej kulturze byli w stanie doznać nieznanej nam iluminacji. Tylko dzięki własnej intuicji, podpartej do tego nie danym nam talentem metafizycznym, dotarli akurat tam, gdzie my sami pewnie nigdy nie dotrzemy. Siedzimy więc nad brzegiem Gangesu i szeptem mówimy do siebie: to wszystko plewy, cała ta nasza wiedza to słoma tylko, nic więcej.

Na szczęście mamy w pamięci utwór Muhammada Allamy Iqbala, który sam pisywał w trzech językach: po angielsku traktaty filozoficzne, po persku i w urdu poezję. Jego przesłanie w Zamin-o-asman, czyli w „Ziemia i niebo” jakoś dodaje nam otuchy.

To całkiem możliwe, że to, co ty uważasz za wiosnę,

W oczach innych jest czasem jesieni.

Bo łańcuch wydarzeń w każdej chwili nabiera innej barwy.

Wędrowcze na drodze myśli, nie troszcz się o zysk i stratę.

Być może to, co bierzesz za bliskie ci niebiosa,

Jest ziemią zupełnie innego świata.

I tak pełni pokory i zwątpienia, okraszonymi (na szczęście) metafizyką poetyckiej otuchy podejmujemy się, mimo wszystko, nauki kolejnego języka Orientu. Bo przecież chcemy przeskoczyć przez Wielki Mur, o którym pisał Ryszard Kapuściński, i pragniemy zobaczyć, co też znajduje się na następnych stronach Duchowego Atlasu Świata. Tym razem z pełną świadomością, że ciągle jesteśmy w kręgu iluzji. Ale co tam…raz kozie śmierć. Orientalistycznej kozie, rzecz jasna.

Duchowy atlas świata musi liczyć ogromną liczbę stron. Nie sposób pewnie ich dokładnie policzyć, zresztą niektóre zmieniają po pewnym czasie swój wygląd, inaczej są już interpretowane, modyfikowane, czy nawet bezwzględnie wyrywane. Naturalnie istnieć muszą i takie, które trwają niezmienione, ciągle w podobnym kolorze duchowym i z tym samym przesłaniem; są jak karty tytułowe sugerujące dalszą treść, a tym samym sposób rozumienia naszej egzystencji. Jak jednak trafić do tych rozrzuconych po świecie duchowych centrów, z których każdy opiera się na własnym fundamencie kulturowym, do tego zamkniętym we własnym języku, dla postronnych całkowicie niezrozumiałym? Czy wejście do odmiennego świata duchowości może ograniczać się wyłącznie do obserwacji gestów, symboli, emocji i znaków? Czy doświadczenie tego, co duchowe może obejść się bez znajomości języka, dzięki której to, co nieznane, wydaje się chociaż częściowo poznane? Wielu zapewne powie, że jest to możliwe, że język nierzadko kieruje wyłącznie w stronę intelektu, że zbyt dużo słów raczej przeszkadza aniżeli pomaga, i że zbytnia akademicka wiedza rodzi pokusę pychy, która ma być największą przeszkodą w drodze ku ostatecznej iluminacji.

Takie argumenty są naturalnie prawdziwe, i trzeba je przyjmować z odpowiednią dawką pokory. Ale przecież istnieje też najzwyczajniejsza w świecie intelektualna pokusa, aby poprzez żmudne ćwiczenia językowe osiągnąć świat, który z zewnątrz wydaje się tajemniczy i pełen obietnic. I że poprzez język dotrzeć tam, gdzie inni dotrzeć nie mogą. I zobaczyć coś więcej, i doświadczyć czegoś inaczej. Ów egzotyczny język, niczym tajemny szyfr do skarbca, miałby być środkiem do szlachetnego celu. Bez jego znajomości, jak sądzimy, skazani bylibyśmy na domysł, intuicję i własną fantazję.

Ryszard Kapuściński pisze:

Ciągle odczuwałem obecność Wielkiego Muru, ale nie był to ten, który kilka dni temu widziałem na północy w górach, ale Mur o wiele dla mnie groźniejszy i nie-do-pokonania – Wielki Mur Języka. Ten mur otaczał mnie zewsząd, pojawiał się za każdym odezwaniem jakiegoś Chińczyka, tworzyły go niezrozumiałe dla mnie gazety i radio, napisy na murach i transparentach, na towarach w sklepach i na wejściach do urzędów, wszędzie. Jakże chciałem napotkać wzrokiem jakąś znaną mi literę czy wyraz, zaczepić się o nie, odetchnąć z ulgą, poczuć się swojsko, u siebie w domu – ale na próżno! Wszystko było nieczytelne, niezrozumiałe, nieodgadnione.

Zresztą podobnie było w Indiach! Tam też nie mogłem przedrzeć się przez gąszcze miejscowych, hinduskich alfabetów. A gdybym pojechał dalej, czy nie napotkałbym podobnych barier?

A w ogóle skąd wzięła się ta językowo-alfabetyczna wieża Babel? I jak powstaje alfabet? Kiedyś, u swojego początku, musiał zaczynać się od jakiegoś znaku. Ktoś postawił znak, żeby coś zapamiętać. Albo żeby coś przekazać drugiemu. Albo żeby zakląć jakiś przedmiot czy terytorium. („Podróże z Herodotem”, s.66)

Początki nauki języka, który dla Europejczyka wydaje się niemal magiczny –  nawet nie egzotyczny, bo to oczywiste, ale właśnie magiczny, ukrywający w sobie jakiś bliżej niesprecyzowany sekret – wyglądają niemal jak pierwszy stopień wtajemniczenia w świat całkowicie odmienny, zupełnie nie do ogarnięcia na pierwszy rzut oka; świat, gdzie wszystko jest odległe, skryte, niezrozumiałe. Najpierw jest sam alfabet, czy raczej samo pismo. Estetycznie niezwykle pociągające i pachnące obietnicą, że w niedługim czasie przedrzemy się przez gąszcz znaków: kreseczek, pochyłości, linii krótszych i dłuższych, daszków, zawijasów, krągłości i rozmaitych kątów nachylenia, wreszcie kropek: pojedynczych, podwójnych i ułożonych w trójkąt. Początkowo wszystko zlewa się w jeden, wydawałoby się niepodzielny obraz, w fotografię widzianej z daleka orientalnej dżungli, niemożliwej do rozplątania. Ale zaraz potem zaczynamy stopniowo dostrzegać pojedyncze elementy, jakby drzewa, które przecież różnią się od siebie. Widzimy, że „b” różni się od „p” zaś „k” nie wygląda identycznie jak „g”, albo że samogłoski mają inny kształt na początku, a inny na końcu słowa. Pojedyncze litery łączą nam się coraz płynniej, bardziej elegancko, a my nabieramy z czasem wprawy i piszemy własne imiona w alfabecie, który dla postronnych niewiele się różni od egipskich hieroglifów. Obca początkowo kultura już wydaje się mniej obca, czujemy wręcz pokusę pełnego zanurzenia się w świecie, który ma nam tak dużo do powiedzenia.

Na początku nauki dowiadujemy się, że alfabet dewanagari, w którym zapisywane są starożytny sanskryt i współczesne języki hindi i nepali, zawiera w sobie boski pierwiastek, albowiem pierwsza część nazwy: „dewa” to „bóstwo”. Jakże w takim razie nie poczuć, że wkraczamy do krainy bogów, których w cywilizacji indyjskiej mogą być tysiące, setki tysięcy i miliony, chociaż ostatecznie i tak są emanacjami Jedynego. Niestety, bardzo szybko estetyczne i metafizyczne uniesienie ustępuje banalnym zmaganiom adepta języków Wschodu z filologiczną materią. Bo analiza potwornie trudnych, mimo swej elegancji, złożeń sanskryckich zdań, dumanie nad właściwym przypadkiem, czasem, formą, osobą i czym tam jeszcze, wreszcie zwyczajne wkuwanie kolejnych setek słów to prozaiczny warsztat tych, którzy zamierzają kiedyś zajrzeć za zasłonę Orientu.

Artur Basham, autor monumentalnego dzieła „Indie”, daje tylko skromny przykład filologicznych męczarni: dawno, dawno temu we wcześniejszej fazie rozwoju sanskrytu, czyli w literaturze wedyjskiej i w klasycznych epopejach pojawiało się sporo tzw. członów złożonych, najczęściej dwu- lub trójczęściowych, na wzór chociażby angielskich houseboat lub blackbird. Ale już w sanskrycie klasycznym, używanym w dworskich panegirykach, członów może być nawet dwadzieścia lub trzydzieści. Przykładowo: potężny cesarz Samudragupta bywał opisywany jednym, ale za to wyjątkowo bogatym znaczeniowo słowem: atma-niwedana-kanj-opajana-dana-garutmad-anka-swa-wiszaja-bhukti-siasana-jaczan-adj-upaja-sewa-krita-bahu-wirja-prasaradharani-bandhasja, co znaczy mniej więcej: „związujący cały świat przez ujawnianie swej siły i przez [przyjmowanie] usług [od innych królów], takich jak składanie osobistego hołdu, przesyłanie w darze dziewcząt i proszenie o akty nadania opatrzone pieczęcią boga Garudy, w celu stwierdzenia ich władzy nad ich krainami.” To uczące pokory Europejczyka sformułowanie mogło być przyczyną wielu nieprzespanych nocy, potwornych stresów intelektualnych, a nawet zwątpienia w sens dalszych studiów. Bo czymże były nasze proste, nieskomplikowane komunikaty językowe w epoce nowożytnej wobec potęgi określeń cesarzy w dawnych Indiach? Jakże niewielkie wydawały się nasze umiejętności językowe, kiedy stawaliśmy wobec tak gigantycznych słów, które tworzyły do tego nie mniej gigantyczne zdania, te zaś cały tekst, porażający już całkowicie nasz umysł swoim ogromem znaczeniowym. Pocieszeniem mogła być jedynie wspólna melorecytacja (koniecznie w chórze męskim, jak tysiące lat temu) najświętszego hymnu Gajatri, coś jakby odpowiednika Modlitwy Pańskiej, który wprawiał nas w nieustanne metafizyczne uniesienie:

Tát  Sawitúr wáreniam

bhárgo dewásja dhimahi

dhijo jó nah praczodájat

To Sawitara najwspanialsze,

Obyśmy światło osiągnęli,

Niech nasze myśli w górę wzniesie

Ale przecież sanskryt, zabierający nam setki godzin studiów, nie był całym filologicznym universum. Była jeszcze poczciwa łacina z niezapomnianą Accusativus cum Infinitivo, zachodnioeuropejskie języki nowożytne i język palijski. Ten ostatni wydawał się już o niebo łatwiejszy od sanskrytu, co naturalnie było całkowitym złudzeniem, z którego szybko nas wyleczono. Konstrukcje okazały się bowiem nie mniej zawikłane, słowa podobne łudząco do sanskryckich, ale jednak inne, zaś pułapki fonetyczne zaskakiwały nas niemal w każdym zdaniu.

Język pali wprowadzał nas do innej jeszcze komnaty pałacu Orientu. O ile sanskryt przedstawiał głównie pełen przesady estetycznej krąg hinduizmu, to palijski prowadził do wyciszonej krainy buddyzmu. Do naszych czasów pali jest językiem obrzędowym buddystów na Cejlonie, Birmie i Azji południowo-wschodniej. Wydaje się bliżej spokrewniony z językiem wedyjskim aniżeli z sanskrytem klasycznym.

Wiele lat później razem z grupą zacnych buddyjskich mnichów w Tajlandii czy Laosie można było recytować wielce pobożny tekst: Buddham saranam gaććhami, sangham saranam gaććhami, dhammam saranam gaććhami – oddaję się pod opiekę Buddy, oddaję się pod opiekę zakonu, oddaję się pod opiekę nauki buddyjskiej. Lata studiów i ślęczenia nad zdradliwymi regułami gramatycznymi dawały wspaniałą nagrodę: kilka chwil w buddyjskim zakonie, gdzie przyjmowano obcych przybyszów z życzliwością i wspólnie mocnymi głosami głoszono chwałę nauki Mistrza sprzed dwóch i pół tysiąca lat. Zapamiętane słowa stawały się doskonałą przepustką do kolejnego kręgu Orientu, który przyciągał swoją duchową odmiennością i składał obietnice, o których długo potem się pamięta.

Oczywiście starożytność językowa żyła przede wszystkim w tekstach, albo w żywej recytacji modlitw. Jednak prawdziwie mocnym wyzwaniem dla nieustraszonego orientalisty były języki nowożytne, używane na co dzień przez miliony ludzi. Tutaj nie było mowy o biernej znajomości, lekturze ze słownikiem, lekceważeniu właściwej wymowy. Nic z tych rzeczy! Trzeba było odpowiednio wymawiać samogłoski długie i krótkie, zbitki spółgłoskowe i spółgłoski cerebralne, których na próżno szukać w mowie europejskiej. Język hindi stanowił zatem kolejny sprawdzian ludzkiego intelektu, zginając nasze harde karki konstrukcją ergatywną, patiensem w rodzaju żeńskim w liczbie pojedynczej, czy trybem warunkowym IV ciągłym. Potem dochodziła jeszcze sandhizacja i prefiksacja, z oczywistym rozróżnieniem na prefiksy typu tadbhawa i typu tatsama, nie mówiąc już o  prefiksach perskich i arabskich. Pojawiały się również groźne derywacje afiksalne, mylące się niektórym z derywacjami prefiksalnymi albo też – nie daj Boże! – z derywacjami prefiksalno-sufiksalnymi. Prawdziwym koszmarem, co tu ukrywać, były jednak liczebniki. Żadne tam twenty-three, twenty-four i twenty-five czy siebenunddreizig, achtunddreizig i neununddreizig. Język hindi idzie systemem setnym, tak więc trzeba wkuć na pamięć wszystko: od jeden do sto! Najłatwiejszym dla Polaka, powiedzmy to otwarcie, jest liczebnik „paćpan” czyli pięćdziesiąt pięć, zresztą podobnie swojsko brzmią inne słowa: „pan”, czyli „betel”, bądź „pani”, czyli „woda” albo imperativus „cicho!”, co tłumaczy się jako „krzycz!”. Reszta jest wyłącznie filologiczną ezoteryką, porażającą magią zaklętą w najbardziej nieprawdopodobnej wymowie, intonacji, słowotwórstwie i niewiarygodnej idiomatyce.

Po takim filologicznym treningu nauka kolejnych języków orientalnych mogła wydawać się zwykłą kaszką z mlekiem, komfortowym zjazdem na sankach z górki. Nic bardziej złudnego! Język urdu, używany w Pakistanie, dodawał otuchy podobną do hindi gramatyką i słownictwem, ale całkowicie zniewalał swoim alfabetem opartym na arabskim, a bardziej jeszcze na perskim. Co prawda codzienny język mówiony w sumie niewiele się różnił w obydwu krajach, zatem osoba znająca hindi mogła jako tako dogadać się z osobą mówiącą w urdu, problem jednak narastał kiedy mierzyliśmy się z  językiem poezji i oficjalnymi tekstami z dziedziny polityki. Tutaj urdu zbliżał się z prędkością światła do perskiego, od którego różnił się z kolei wymową i akcentem (nie mówiąc o takim drobiazgu jak cała gramatyka). To samo słowo zapisane w alfabecie persko-arabskim inaczej wymawiane jest w Iranie, a inaczej w Pakistanie. Ucząc się perskiego natrafiamy na znajome słowa z urdu, które stanowią jednak niebezpieczną pułapkę. Kuszą ogromnie swoim podobieństwem znaczeniowym i wyglądają graficznie tak samo, ale kubeł zimnej wody przywraca nas do filologicznej rzeczywistości, albowiem rozmówca z dalekich stron dziwi się niepomiernie, kiedy wymawiamy identycznie (czyli niepoprawnie) słowa po persku i w urdu. Potrzebna jest zatem nieustanna koncentracja i świadomość ciągle popełnianych błędów. I pełne pokory przekonanie, że nie wszystko da się wrzucić do własnej głowy, że język jest, to prawda, bramą do ogromnego świata odmiennej kultury i nierzadko porażającej ogromem duchowości, ale bramą zarazem niezwykle wąską, przez którą nie zawsze da się przecisnąć.

A przecież sam język nie istnieje w próżni. Zanurzony jest w tradycji, a raczej sam stanowi odbicie wyobrażeń, zakazów i nakazów, wiary i dobrego wychowania. Jak to wszystko oddać w tłumaczeniu, w języku przynależnym do całkowicie innej cywilizacji, innego myślenia, a nawet innych kolorów i kształtów? Jak oddać najgłębszą warstwę duchowości, skoro poszczególne słowa i wyrażenia niekoniecznie przystają do siebie? Jak, przykładowo, interpretować mistyczny wiersz w języku perskim, skoro akurat płci ten język nie rozróżnia? Nie ma żadnego „on”, „ona” czy „ono”, nie ma fundamentalnego, zdawałoby się, podziału na rodzaj żeński i męski. Czy to tekst o Bogu i Jego wiernym oblubieńcu podany w poetyce „Pieśni nad pieśniami”? A może jednak wyrafinowany erotyk o miłości mężczyzny do kobiety, albo o miłości dwóch młodzieńców czy też – wszystko zależy od spojrzenia – miłości dwóch niewiast? Jak oddać wszystkie te dwuznaczności by nie zniekształcić przekazu albo nie urazić wrażliwych estetów? I jak nie zasugerować się własną interpretacją świętego przekazu, która może być nieskończenie odległa od metafizycznych (albo erotycznych) intencji natchnionego autora?

I nagle doznajemy olśnienia. Dość przykrego olśnienia. Bo cała żmudna translatorska praca nad materią obcych języków okazuje się przede wszystkim pracą nad formą, troską o estetyczne oddanie tego, czego do końca oddać się nie da. Krople duchowej mądrości oryginału gdzieś tam wysychają w procesie przekładu. Nie wiemy już, co jest esencją przekazu, a co zwykłą interpretacją tłumacza. Gdzie mądrość, a gdzie nasze własne (i niekoniecznie trafne) rozumienie mądrości. Pojmujemy, że do tej pory żyliśmy w krainie filologicznej iluzji, albowiem nasze pełne pychy przekonanie, że poprzez język dotrzemy do orientalnego świata sacrum może przemienić się ostatecznie w niespełnioną obietnicę. Poza tym spotkaliśmy bardzo wielu wędrowców z Europy, którzy bez ciężkiego bagażu akademickiej wiedzy o odmiennej kulturze byli w stanie doznać nieznanej nam iluminacji. Tylko dzięki własnej intuicji, podpartej do tego nie danym nam talentem metafizycznym, dotarli akurat tam, gdzie my sami pewnie nigdy nie dotrzemy. Siedzimy więc nad brzegiem Gangesu i szeptem mówimy do siebie: to wszystko plewy, cała ta nasza wiedza to słoma tylko, nic więcej.

Na szczęście mamy w pamięci utwór Muhammada Allamy Iqbala, który sam pisywał w trzech językach: po angielsku traktaty filozoficzne, po persku i w urdu poezję. Jego przesłanie w Zamin-o-asman, czyli w „Ziemia i niebo” jakoś dodaje nam otuchy.

To całkiem możliwe, że to, co ty uważasz za wiosnę,

W oczach innych jest czasem jesieni.

Bo łańcuch wydarzeń w każdej chwili nabiera innej barwy.

Wędrowcze na drodze myśli, nie troszcz się o zysk i stratę.

Być może to, co bierzesz za bliskie ci niebiosa,

Jest ziemią zupełnie innego świata.

I tak pełni pokory i zwątpienia, okraszonymi (na szczęście) metafizyką poetyckiej otuchy podejmujemy się, mimo wszystko, nauki kolejnego języka Orientu. Bo przecież chcemy przeskoczyć przez Wielki Mur, o którym pisał Ryszard Kapuściński, i pragniemy zobaczyć, co też znajduje się na następnych stronach Duchowego Atlasu Świata. Tym razem z pełną świadomością, że ciągle jesteśmy w kręgu iluzji. Ale co tam…raz kozie śmierć. Orientalistycznej kozie, rzecz jasna.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata