70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W zwierciadle Kanibala

W przeciwieństwie do człowieka puszczy, my, Europejczycy – pisał Montaigne – „mamy oczy większe niż żołądek i większą chciwość niż możność: obłapiamy rękoma wszystko, ale chwytamy jeno wiatr”. Jakże aktualna jest ta szesnastowieczna obserwacja w naszym świecie przerostu konsumpcji i wiecznej pogoni za nowością, która nigdy nie zaspokaja wewnętrznej pustki.

Amazońskie silva rerum to, zgodnie z tym, co sugeruje tytuł, nie rzetelne kompendium wiedzy na temat Amazonii, lecz wybór szkiców raczej rozbudzających, niż zaspokajających ciekawość. Więcej tu pytań niż odpowiedzi; książka jest pełna ledwie zarysowanych, zapraszających do dalszych przemyśleń wątków. Siewierski zaczyna ab ovo – kreśląc krótką historię geologiczną i ewolucyjną Amazonii i szukając w odległych erach początków porastającej ją puszczy. W ten sposób niegdysiejszy krakowski polonista, a obecny profesor literatury porównawczej Uniwersytetu w Brasílii zapuszcza się w odległe od swoich zwykłych zainteresowań rejony, by dokonać czegoś, na co dzisiaj mało kto się waży, czegoś w rodzaju powrotu do dziewiętnastowiecznej chyba, może Humboldtowskiej koncepcji wiedzy, kojarzącej z pełną swobodą tak różne dziedziny i aspekty rzeczywistości, jak geologia, etnologia i polityka. Całość, właśnie na sposób dziewiętnastowieczny, autor wzbogaca quasi-literackimi opisami rojącymi się chwilami od konotujących egzotykę nazw miejsc, zwierząt czy ludów. Sypie liczbami, zestawia Amazonkę z Nilem czy Gangesem, jakby to był szkolny podręcznik geografii. I nieprzypadkowo postacią patronującą tej książce jest przywołany we wstępie Arkady Fiedler, ten oczywiście od ryb, które śpiewają w Ukajali. W sumie ten tom szkiców jest chyba owocem pewnej nostalgii – tęsknoty za światem dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy nie tylko powieść, lecz nawet najbanalniejszy szkolny podręcznik mógł skłonić do marzeń o dalekich wyprawach i przygodach w świecie egzotycznym, czyli radykalnie odmiennym od wszystkiego, co znane.

Dzisiaj świat skurczył się. Wszystko stało się znacznie bardziej dostępne, osiągalne i poznawalne. W czasach globalizacji egzotyka stała się czymś wręcz nie do pomyślenia. Ale jednocześnie jest nadal czymś niezbędnym. Dlatego, że jedynie z perspektywy egzo-tycznej, a więc z perspektywy tego, co, jak wskazuje greckie éksō-, znajduje się na zewnątrz, poza naszym światem i spoza naszego świata do nas przemawia, możemy przemyśleć dogłębnie nasz własny status i nasze miejsce w szerszym kontekście ludzkości. Nasze, czyli Europejczyków, ludzi Zachodu, przedstawicieli chrześcijańskiej, misjonarskiej i ekspansywnej, często zaborczej i niszczycielskiej cywilizacji.

Amazonia w naturalny sposób objawia człowiekowi bezsilność narzędzi analitycznych, które i tak nigdy nie sprostają jej bogactwu. Ukazuje jednocześnie zalety ujęć syntetyzujących, które jako jedyne, choć w niedoskonały sposób, zdolne są podołać jej złożoności. Tom, wydrukowany na żółtawym, „ekologicznym” papierze, jest swego rodzaju dziełem otwartym, jak sam autor pisze we wstępie: „rejestrem prób poznania i zrozumienia Amazonii”. Mamy tu wybór esejów, które nie składają się ani na zalążkową historię literatury brazylijskiej, ani na pracę etnologiczną, ani na prawdziwe kompendium o Amazonii. Literatura mówiąca o jej problemach – a nawet sama Amazonia – jest jedynie punktem wyjścia. Dostarcza pretekstu do rozważań nad sprawami ogólniejszymi i bynajmniej nie amazońskimi, takimi jak opozycja natura – kultura, sens postępu czy wręcz sama celowość istnienia cywilizacji, przesłanie ewangeliczne, ludzkie pragnienie wiedzy i eksploracji świata. Spotkanie z Indianinem dostarcza okazji do postawienia sobie pytań o miejsce zachodniej cywilizacji w globalnym porządku i w ramach wielości kultur, jakie stworzyła ludzkość. Ale i na tym sprawa się nie kończy, bo pojawia się też pytanie o miejsce i zadania człowieka jako takiego w świecie jako doczesnej i eschatologicznej rzeczywistości.

Amazonia jest więc w tej książce uniwersalną metaforą. Ożywiająca ją rzeka oznacza przemijanie i nadzieję, jaką przynosi ze sobą upływający czas. Zlewisko wód to jednoczenie i rozpraszanie. Amazonia to także nowy Babel, gdzie ogarnięty totalizującą obsesją misjonarz, taki jak siedemnastowieczny jezuita António Vieira, zostaje boleśnie skonfrontowany z wielością języków i lokalnych prawd. Pragnie zjednoczenia całej ludzkości „w jednej owczarni i pod jednym pasterzem”, w idealnym, sprawiedliwym i gwarantującym powszechny pokój państwie, a napotyka wokół siebie opór różnorodności, która nie poddaje się jego jednoczącym i jednolicącym wysiłkom. Zmaga się z komunikacyjną barierą, pragnąc przemawiać do Innego i objawić mu swoją własną prawdę. Ale Inny nieustannie się wymyka i nie daje się ani skatechizować, ani ująć w karby obcego sobie układu odniesień.

Na kartach fascynującej, choć nieukończonej Historii przyszłości Vieira próbował odnaleźć Amazonię w Biblii, nagiąć jej rzeczywistość do tego, co mógł wyczytać ze swojej własnej tradycji. I to także musiało się skończyć porażką. Radykalna odmienność Amazonii i zamieszkującego ją człowieka nie poddała się wysiłkom misjonarza i do końca nie przestała stanowić dla jezuity niemal tragicznego wyzwania. Czy pozostanie tak dalej w świecie przyspieszonych procesów integracyjnych, które zdają się w nieubłagany sposób zacierać wszelkie różnice? Jak przypomina nieco dalej Siewierski, przywołując Euclidesa da Cunha, potężny nurt rzeki przemieszczający ławice piasku ku odległym brzegom jest również metaforą przekładu, a nawet samego Boga, który jako patronujące komunikacji tertium staje się gwarantem przekładalności, a więc i nadziei na porozumienie ponad różnicami. Przekład oznacza jednak nie tylko przekroczenie radykalnej odrębności czyniącej język oryginału czymś nieosiągalnym, nie tylko wdarcie się na obce terytorium. Oznacza także przetrwanie oryginału, nawet jeśli tekst miałby się stać pogrobowcem kultury, z której się narodził.

Amazonia otwiera się na porozumienie, ale nie na asymilację. Musi zachować swoją radykalną odmienność, także dla naszego dobra. Dzięki temu Indianin będzie mógł stać się dla nas na nowo Kanibalem ze słynnego rozdziału Prób Montaigne’a. Nie realnym człowiekiem, lecz swego rodzaju widziadłem objawiającym się nam w inicjacyjnym doświadczeniu, rodzajem lustra pozwalającego nam dostrzec ograniczenia naszej własnej kondycji kulturowej. Francuski humanista przedstawił niegdyś Kanibala jako wzorzec męstwa stanowiącego cel sam w sobie, a nie sposób zdobywania materialnych bogactw czy władzy nad bliźnimi. Dziki człowiek lepiej od Europejczyka rozumiał, że „prawdziwe zwycięstwo polega na walce, a nie na korzyści; honor rycerski domaga się bicia, a nie pobicia”. Niósł ze sobą autentyzm i głębię doświadczania świata i drugiego człowieka, nawet jeśli miałby on być wrogiem. Przypominał, że ani odmienność, ani rywalizacja nie musi prowadzić do nienawiści; w przeciwniku można, a nawet należy mieć upodobanie i czynić z niego ośrodek naszych pragnień i tęsknot.

W przeciwieństwie do człowieka puszczy, my, Europejczycy – pisał Montaigne – „mamy oczy większe niż żołądek i większą chciwość niż możność: obłapiamy rękoma wszystko, ale chwytamy jeno wiatr”. Jakże aktualna jest ta szesnastowieczna obserwacja w naszym świecie przerostu konsumpcji i wiecznej pogoni za nowością, która nigdy nie zaspokaja wewnętrznej pustki. Siewierski przytacza głos szamana z plemienia Yanomami, przeciwstawiającego swoją własną wiedzę opartą na harmonijnym i głębokim uczestnictwie w świecie – wiedzy akumulowanej, lecz zapośredniczonej i wtórnej, jaka składa się na cywilizacyjny dorobek Zachodu. Yanomami nie gromadzi wiedzy, tak samo jak nie gromadzi bogactw; nie konsumuje na wyrost ani w wymiarze materialnym, ani intelektualnym; nie dowiaduje się niczego ponad to, co wiedzieli jego przodkowie, a więc żyje poza wszelkim postępem. Za tę cenę nabywa autentyzm leżący poza zasięgiem doświadczenia człowieka zachodniego, któremu zarzuca życie w świecie ułudy: „Widzimy na własne oczy. (…) Nasi przodkowie widzieli [rzeczy] przed nami i my widzimy je teraz. Nie studiujemy ani nie chodzimy do szkół. Wy, biali, kłamiecie. Nie widzicie-poznajecie rzeczy. Wydaje wam się, że je poznajecie, ale widzicie tylko zarysy ich pisma”.

Dla Montaigne’a prymitywny z pozoru Indianin był ucieleśnieniem cnót stoickich. Przyrównanie się do niego miało Europejczyka zawstydzać i obligować do większego wysiłku, by mógł osiągnąć podobne wyżyny moralne. Ale było też pełne nostalgii za utraconą niewinnością i hartem Złotego Wieku, o którego przywróceniu śniła renesansowa Europa. My także żyjemy w świecie schyłku. Początek kolejnego milenium nie przyniósł, jak się wydaje, nowej nadziei czy nowego entuzjazmu. Skłania to do postawienia wielkich pytań o dalsze drogi cywilizacji, do ponownego przejrzenia się w zwierciadle, jakie podstawia nam nagi mieszkaniec amazońskiej puszczy.

Naiwnością jest zapewne tęsknota za zrzuceniem pludrów i ponownym wkroczeniem do Amazonii – „raju nie do utracenia”. W tym świecie nigdy nie zdołamy się zadomowić; być może nie uda się nam nawet w pełni go zrozumieć. Utopią jest wszelka tęsknota za ewentualną zamianą naszych własnych wartości na prawdy Indianina. I nie do tego zapewne wzywa nas Siewierski. Proponuje nam raczej refleksję – w sensie bliskim etymologicznemu znaczeniu tego wyrazu, a więc krytyczne przyjrzenie się własnemu odbiciu. Skonfrontowani z odmiennością, być może nareszcie będziemy mogli dojrzeć w amazońskim zwierciadle swój własny obraz i dowiedzieć się, po wiekach i tysiącleciach poszukiwań, kim właściwie jesteśmy.

Spotkanie z Amazonią nie ma nic wspólnego z karnawałem. Nie chodzi tu o przymierzanie minimalistycznego stroju Indianina, lecz o umocnienie naszej własnej tożsamości. Dlatego właśnie Siewierski przywołuje prowokacyjne zdanie Kołakowskiego, który widział w konkwistadorach „ostatnich Europejczyków” przyjmujących ze śmiertelną powagą swoją misję cywilizacyjną. Konfrontacja kultur, do jakiej wówczas doszło być może istotnie, jak zastanawia się Siewierski czytając Thiago de Mello, sprowadza się do filozofii miejsca. Konkwistadorzy przybyli z nadzieją budowy utopii, „miejsca, którego nie ma”, kosztem „miejsca, które jest”, tworzonego od zawsze na zasadzie harmonijnego współżycia z przyrodą. Czy jesteśmy nadal ludźmi projektu przedkładającymi przyszłe, idealne spełnienie nad skromniejsze „tu i teraz”? Przytoczony przez Siewierskiego Kołakowski zarzucał naszym postkonkwistadorskim czasom pasję muzealniczą, a więc instynkt zamykania w szklanych gablotach zarówno reliktów tego, co niszczymy (w tym Amazonii i amazońskiego człowieka), jak i naszego własnego dorobku, który przestaje być dla nas żywym dziedzictwem, a staje się okazowym i z rzadka odwiedzanym eksponatem. I znowu, nie chodzi o to, byśmy się stali na nowo kimkolwiek, ani Indianami, ani konkwistadorami, ale byśmy sobie zadali pytanie, czy rzeczywiście nasza własna cywilizacja stała się nam obojętna. A jeśli nie zamierzamy zamknąć samych siebie do muzealnej gabloty, to jaką drogę chcemy dla naszej cywilizacji wytyczyć.


Henryk Siewierski, Raj nie do utracenia. Amazońskie silva rerum, Universitas, Kraków 2006, ss. 260.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata