Ilustracja: Basia Pospischil
Maggie Shipstead grudzień 2025

Zostawiłyśmy go krabom

A oto ta część tej historii, której nikomu nie opowiadamy, ani pismakom z gazet, ani naszym nowym mężom, ani naszym matkom czy siostrom.

Artykuł z numeru

Ile nas dzieli od szczęścia

Ile nas dzieli od szczęścia

Tym mówimy tak: „Z tą strzelbą był jak bóg. Trzymał ją zawsze w jednej ręce, a w drugiej dziecko – co mogłyśmy począć? Byłyśmy niewolnicami, więźniarkami. Bałyśmy się o dzieci”. Między sobą nic nie mówimy. Udajemy, że na tej wyspie zostawiłyśmy swoje kości. Wszystkie jesteśmy martwe, a nasze ciała zostały rzucone krabom. W skrytości ducha przyznajemy: na dobrą sprawę byłyśmy ochoczym haremem. Uwiedzenie stanowiło przyjemną odskocznię od zgryzot, od wspomnień o naszych tchórzliwych mężach z krwawiącymi dziąsłami. I przez jakiś czas pożądałyśmy zarządcy. A przynajmniej nie chciałyśmy być gorsze od konkurentek. Albo pożądałyśmy ryb, które łowił i oferował nam w handlu wymiennym, jego skrzelołusków i makreli.

Po raz pierwszy od roku nie byłyśmy głodne ani otępiałe. Ryby leczyły nasze ciała. W koszarach unosił motki naszych słonych włosów i wąchał je, jakby wdychał słodkie perfumy. Prosił nas, byśmy opowiadały mu historie (mówiliśmy już naszym własnym pidżynem), a kiedy opowiadałyśmy te same baśnie, które lubiły nasze dzieci, on bawił się naszymi ciałami i szarpał nas za sutki. „Jestem rybakiem łowiącym kobiety” – mówił każdej z nas, tak jakby przed chwilą wymyślił ten żart.

– Nienawidzę go – powiedziała Madame Sauvage – ale nie mogę rezygnować z tych ryb.

– Kłamiesz – odrzekła Madame Lemieux.

– Jak przestaniesz się z nim spotykać, będę się z tobą dzielić moimi rybami – zaproponowała Madame Fournier.

Madame Sauvage wzruszyła ramionami.

– To go tylko rozzłości.

– Nie pochlebiaj sobie – rzuciła Madame Adenot.

Madame Sauvage ponownie wzruszyła ramionami.

– Żeby przetrwać, wszystkie musimy sobie pochlebiać – powiedziała.

Dzieci stale wieszały mu się na szyi stęsknione za swoimi ojcami. Walczyły o jego uwagę. Dopraszały się opowiastek o miejscach, które odwiedził: Nowym Jorku, San Francisco, Quito, Makau. Obstępowały go, a on ostrzył brzytwę na skórzanym pasku i golił się, korzystając ze stłuczonego lusterka i odrobiny zaoszczędzonego mydła. Opowiadał im, jak pewnego razu zabił niedźwiedzia na Alasce i lwa w Tanganice i że kiedyś sam John Philip Sousa zaprosił go, by grał na klarnecie w jego zespole. Opowiadał, że widział syrenę. Posyłał dzieci na wierzchołek góry, by wypatrywały statków. Kazał im kraść ptasie jaja, ścinać trawę na poszycie dachów i odpędzać od siebie kraby, gdy jadł. Zabierał je na ryby i opowiadał im o rekinach.

Odmawiała mu jedynie żona gubernatora. Kiedyśmy się zbierały wieczorami, by posłuchać patefonu, traktowała go z wyniosłą uprzejmością, pytając o zdrowie i połów na rafach tego dnia, jakby był pośledniejszym urzędnikiem, któremu należało dotrzymać towarzystwa, dopóki do domu nie wróci mąż. Nasze zabiegi o jego uwagę obserwowała obojętnie, patrząc na nasze gierki z góry, ze swojego domu na palach. Niczym zimna infantka przynoszone przez niego ryby kwitowała tylko skinieniem głowy, podobnie reagowała na jego szalone opowieści – nieznacznym opuszczeniem wąskiego podbródka, niczym więcej. Jego pochlebstwa – ale też kąśliwe uwagi, przechwałki, proroctwa – kwitowała tym samym skinieniem głowy i mruganiem wiecznie spuchniętymi od płaczu różowymi powiekami.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się