fot. Getty
Z Londynu do Ladysmith przez Pretorię wrzesień 2019

Z Londynu do Ladysmith przez Pretorię

Na przestrzeni minionych lat miałem szczęście do wielu osobliwych przeżyć, z których badacz realiów mógłby wyciągnąć korzyść i naukę. Nic jednak nie było równie ekscytujące jak bieganina między tymi pudłami z żelaza, pośród nieustających eksplozji bomb i ostrzału armatniego, pocisków uderzających w wagony bądź przelatujących ze świstem.

Artykuł z numeru

Migawki z frontu

Migawki z frontu

Estcourt: 6 listopada 1899 r.

W wielkim pośpiechu wyruszyliśmy z Cape Town, a jako że mieliśmy szczęście przemierzyć południowe pogranicze z De Aar do Stormbergu ostatnim pociągiem przed odcięciem linii, żywiliśmy głęboką nadzieję, że do Ladysmith dotrzemy, zanim wokół miasta zamknie się na dobre pierścień oblężenia. Chciałem jak najszybciej spisać relację z naszej podroży statkiem z East London do Durbanu, jednakowoż pogoda była tak burzliwa, a niewielkim parowcem z niespełna stutonowym ładunkiem tak srogo miotały fale, że zmożony chorobą morską, leżałem plackiem i nie miałem głowy do niczego innego. W dodatku z powodu przeciwnych wiatrów mieliśmy jakieś dwadzieścia godzin opóźnienia; dopiero gdy minęliśmy St. John’s, wichura, niby w akcie skruchy, z nagła skręciła na południowy zachód, zwiększając naszą prędkość w takiej samej mierze, w jakiej wcześniej nas spowalniała. Ze zmianą kierunku wiatru zelżała też nieco gwałtowność fal i choć nie byłem w stanie tego odnotować, to miałem możność wyrobić sobie pewne pojęcie o ogólnej fizjonomii wybrzeża Pondolandu i Natalu. Te urokliwe krainy opadają ku oceanowi łagodnymi stokami porośniętymi przebujną zielonością, z rzadka tylko zaburzanymi przez pokryte lasami urwiste klify. Rozliczne strumyki, którym te błonia zawdzięczają swoje istnienie, a ziemia swe bogactwo, przetaczają się ku pobrzeżu głęboko wciętymi rozdołami i jarami, tudzież spadają z urwisk kaskadami, rozbryzgującymi się na silnym wietrze w tumany wodnego pyłu.

To kraina brzemienna w możliwości i gdy przy sprzyjającym teraz wietrze posuwaliśmy się naprzód, nie mogłem powstrzymać się przed snuciem domysłów co do przyszłości. W miejscu tym występują rozległe połacie żyznej ziemi, nawadnianej obfitymi opadami deszczu. Łagodne słońce ogrzewa kwitnące w glebie życie. Rześka bryza orzeźwia tubylca. Wyborny klimat pokrzepia Europejczyka. Na owoce jego pracy czeka gościniec morza. Cała natura uśmiecha się, oto nareszcie ziemia, gdzie biali ludzie mogą rządzić i prosperować. Dotąd jej szczodrością cieszył się jedynie leniwy Kafr, a wedle prastarej filozofii liberalizmu do tych właśnie powinna wiecznie przynależeć. (…)

Parostateczek bezpiecznie zawinął do Durbanu o północy 4 listopada i następnych sześć niespokojnych godzin przepędziliśmy w uśpionym mieście, czekając na świt i wieści. Pierwszy i drugie nadeszły we właściwym sobie porządku. Gdy wzeszło słońce, dowiedzieliśmy się, że Ladysmith zostało odcięte od świata. „Dotrzeć jak najdalej, jak najszybciej” – oto motto, którym winien kierować się korespondent wojenny: o siódmej rano pędziliśmy w głąb kraju w nadplanowym wagonie doczepionym do specjalnego pociągu pocztowego. Mój pobyt w Durbanie nie należał do bezczynnych. Opodal miejsca, w którym cumowaliśmy, stał okręt szpitalny „Sumatra” – skoro świt udałem się na jego pokład w poszukiwaniu przyjaciół i, niestety, kilkoro znalazłem w opłakanym stanie. (…) Wszyscy opowiadali w zasadzie tę samą historię – o odwadze i harcie ducha żołnierzy, o nieznużonej, surowej bitności Burów, o ostrzale rozpoznawczym. Wszyscy przepowiadali długotrwałe walki.

„Ci wszyscy koloniści powiadają, że Burom wystarczy jedno porządne lanie i będzie po sprawie” – opowiadał oficer, który odniósł ciężkie rany pod Elandslaagte. „Nie wierz w to. Oni zamierzają walczyć do upadłego. A nasz rząd?”. Odpowiedź, że w kraju wszyscy są zjednoczeni i że zaciętości Burów przeciwstawiona zostanie nie mniejsza wytrwałość i bogatsze zasoby, sprawiła, że ściągniętą bólem twarz rozjaśnił uśmiech nadziei. (…)

Estcourt: 9 listopada 1899 r.

Ile jeszcze listów będę pisał do was z jakiegoś niepełnowartościowego adresu? Kwatera główna sir George’a White’a znajduje się zaledwie czterdzieści mil stąd, tyle że między nią a Estcourt rozłożyła się nieprzyjacielska armia. Nie jestem jeszcze w stanie stwierdzić, czy byłoby możliwe bądź rozsądne przedostać się przez linię oblężenia; czekam tymczasem na najbliższym posterunku, wyłuskując miejscowymi kanałami strzępy informacji i licząc, że nadchodzące zdarzenia przyniosą odblokowanie szlaku kolejowego. Nierzadko czekanie jest mitręgą, ale nawet w tak ekscytującym czasie popadam w długotrwały zastój z wyraźnym poczuciem ulgi. Ostatni miesiąc upłynął mi na bezustannej podróży. Niknące w oddali, zmieszane twarze na stacji Waterloo, gdy pociąg rozpoczynał bieg na peronie; wiwatujące tłumy w Southampton; rozkołysane pokłady „Dunottar Castle”; napięte oczekiwanie i podniecenie pierwszymi wiadomościami; krótki zabiegany dzień w Cape Town; podróż do East London ostatnim pociągiem, który przejechał przez granicę; burzliwy rejs na pokładzie „Umzimvubu” w sztormie szalejącym z taką siłą, że gdyby nie królewska poczta, szyper zawróciłby do portu; dotarcie, bez postojów, do Pietermaritzburga, a stamtąd, jako że potrzeba była pilna, a ruch niewielki, podróż pociągiem specjalnym – obfitująca w ruchome, niepokojące obrazy – i tu, nareszcie, przerwa.

Spróbujmy nakreślić obraz sytuacji. W zeszłą środę, 1 listopada, siły burskie zamknęły Ladysmith w kotle. W czwartek ostatni pociąg pokonał trasę pod ostrzałem artylerii. Nazajutrz ów szlak został zablokowany jakieś cztery mile na północ od Colenso. Ustała też łączność telegraficzna. W piątek doszło do ataku na Colenso. Gdy do akcji wprowadzono ciężkie działo usytuowane na panujących nad miastem wzgórzach, skromny liczebnie garnizon ochotniczej piechoty i Brygady Morskiej ewakuowały się w pośpiechu i częściowo osłaniane przez pociąg pancerny, wycofały do Estcourt. (…)

Wydaje się wszak pewne, że rychło na odsiecz Ladysmith zostaną tu przerzucone znaczne siły. (…) Oddziały konne Imperial Yeomanry, kilku konnych i członków ochotniczej kompanii kolarzy oraz pociąg pancerny każdego dnia prowadzą patrole w kierunku Colenso i północnym, niezmiennie spodziewając się ujrzeć nacierające burskie komanda. Wczoraj jechałem pociągiem pancernym, który jest pojazdem raczej żałosnym, niedysponującym działami ani maximami, z niekrytymi wagonami i nieosłoniętymi otworami strzelniczymi, pod każdym względem ustępującym potężnym maszynom, jakie widziałem w akcji na południowym pograniczu. Niemniej stanowi on pożyteczny środek do prowadzenia rekonesansu, a podróż nim nie jest pozbawiona atrakcji. (…)

Wyruszyliśmy o pierwszej. Załogę stanowiła kompania fizylierów dublińskich. Jedna połowa jechała w wagonie przed lokomotywą, druga zaś w wagonie za nią. Za tym wszystkim ciągnęły się wagony transportowe z brygadą robotników torowych i zapasowymi szynami do naprawy trakcji. Teren między Estcourt i Colenso jest otwarty, pofałdowany i trawiasty. Stacje, pojawiające się co cztery, pięć mil, są osiedlami składającymi się z pół tuzina domów z blachy falistej i kępy bodaj dwudziestu eukaliptusów gałkowych. Te niewielkie punkty osadnicze są niemal jedyną zauważalną rysą krajobrazu, który we wszystkich kierunkach rozpościera się przyjemnymi, acz monotonnymi skłonami zieleni. Pociąg utrzymywał solidną prędkość i choć wielokrotnie zatrzymywał się, by umożliwić pociągnięcie za język Kafrów, tudzież wieśniaków bądź dla wymiany informacji z kolarzami i innymi patrolami przeczesującymi pogranicze, to do Chieveley, oddalonego o pięć mil od Colenso, dotarł około trzeciej; z miejsca tego wyraźnie widać było balon z Ladysmith – brązową plamkę unoszącą się w górze nad odległymi wzgórzami. Za Chieveley należało zachować wzmożoną czujność. Lokomotywa zwolniła bieg, ostrożnie posuwając się naprzód. Pracownicy kolei przepatrywali tory, a nierzadko przed pokonaniem przepustu bądź mostu wysiadaliśmy na piesze oględziny obiektu. Zdarzały się długie postoje, podczas których oficerowie lunetami i lornetkami polowymi lustrowali horyzont i odległe wzgórza. Teren był jednak bezpieczny, a szlak nieuszkodzony, toteż kontynuowaliśmy naszą niespieszną podróż. (…)

Naszym oczom ukazało się Colenso – setka nędznych domów u podnóża wyniosłych wzgórz na północy. Ostrożnie wyruszyliśmy na zwiady. Na pagórku za wioską wznosił się zarys umocnienia z worków z piaskiem, zbudowanego przez Brygadę Morską. Maszt flagowy, mimo iż bez flagi, wciąż dumnie piął się w górę. Wedle naszego rozeznania całe miejsce było opuszczone. Wywiązała się dyskusja. Być może Burowie czatują na pociąg pancerny; albo wycelowali działo na któryś ze słupów telegraficznych i planują ostrzelać go w chwili, gdy obok będzie przejeżdżać lokomotywa, a może właśnie w tej chwili podchodzą nas od tyłu. W naszą stronę zbliżyła się z respektem grupka Kafrów, salutując. Z zamiarem przepytania ich wyszedł im na spotkanie jeden z Ochotników Natalskich, kolarz. Był niskim inteligentnym mężczyzną, z karabinem Martini-Metford, pokaźną lornetką polową, w eleganckich butach kolarskich z szarej skóry i wojskowym kapeluszu z podwiniętym z jednej strony rondem. Przepytał tubylców i przekazał nam zdobyte informacje. Kafrowie powiedzieli, że Holendrzy z pewnością przebywają w tej okolicy. Widzieli ich jeszcze tamtego ranka. „Ilu?” Odpowiedź była niejasna – dwunastu, a może siedemnastu albo tysiąc; mieli też działo – jedno, a może pięć – rozmieszczone w starym forcie czy też na peronie stacji albo na wzgórzu za miastem. Za dnia ostrzeliwali Colenso. „Dlaczego – pytaliśmy – mieliby ostrzeliwać Colenso?” Najwyraźniej, by upewnić się, że mają w zasięgu któryś słup telegraficzny. „Na lokomotywę wystarczy jeden pocisk”, stwierdził dowodzący załogą kapitan. „Ale najpierw muszą nas trafić”, dodał. „Dobra, podjedźmy trochę bliżej”.

Trzykrotnie rozległ się elektryczny dzwonek; zaczęliśmy skradać się do przodu – stop, rozglądamy się dookoła – i znów do przodu, znów stop, rozpatrywanie się w sytuacji, i tak, jard po jardzie, zbliżaliśmy się do Colenso. Pół mili dalej zatrzymaliśmy się na dobre. Oficer zabrał ze sobą sierżanta i piechotą wyruszył w stronę wioski. Poszedłem za nimi. Niebawem dotarliśmy do okopów wykopanych przez brytyjskich żołnierzy, zanim się stamtąd ewakuowali. (…) Dwieście jardów dalej leżało jak na dłoni Colenso – cicha, wyludniona wioska. Na uliczkach walał się dobytek mieszkańców. Dwa, trzy domy zostały spalone. Na drodze leżał zdechły koń z zesztywniałymi na sztorc nogami i wzdętym brzuchem. Najwyraźniej miejsce to zostało przetrząśnięte i splądrowane przez Burów i Kafrów. U wylotu ulicy wałęsało się kilku tubylców – jeden z nich, zaniepokojony wyglądem pociągu, miarowo wymachiwał zatkniętą na kij białą szmatą. Nie ujrzeliśmy wszak ani jednego Holendra. Wróciliśmy do torów, znajdując miejsce, w którym szlak został przerwany. Podniesiono dwie szyny, które razem z przymocowanymi do nich podkładami zrzucono z nasypu. Wprawdzie zerwane kable telegraficzne bezładnie walały się po ziemi, a niektóre słupy były powyginane, lecz most nad Tugelą pozostał w stanie nienaruszonym, a stopień uszkodzenia torów był na tyle nieduży, że bez trudu można je było naprawić. Burowie zdają sobie sprawę z korzyści oferowanych przez kolej. W obecnej chwili jeżdżącymi tą linią kolejową pociągami z napisem „Do Durbanu” przerzucają zaopatrzenie z Pretorii do miejsca oddalonego o sześć mil od Ladysmith. Swego czasu postanowili wykorzystywać ją do zdobywania terenu, a o ich wierze w powodzenie ich sprawy świadczy troska o to, by uniknąć poważnego uszkodzenia stałego połączenia kolejowego. Wiedzieliśmy już wszystko, co wiedzieć chcieliśmy – że w tym miejscu przerwano szlak, że wioska została opuszczona, że most jest bezpieczny – i w pośpiechu wróciliśmy do pociągu. Następnie lokomotywę przestawiono w odwrotnym kierunku i pełną parą wycofaliśmy się z zasięgu ognia ze wzgórz za Colenso – co poniektórzy mówili, że Burowie nie otworzyli ognia, gdyż liczyli, że zwabią nas bliżej, inni zaś, że w promieniu dziesięciu mil nie ma ani jednego Bura. (…)

Pretoria: 20 listopada 1899 r.

We wtorek czternastego patrole konnej piechoty zameldowały, że Burowie niewielkimi grupami nadciągali do Estcourt z kierunku Weenen i Colenso, a pułkownik Long przeprowadził rozpoznanie walką, by ustalić, jakie siły kryły się za zwiadowcami czołowymi. Rekonesans ten, sprowadzający się do wymiany ognia przez patrole, przyniósł skąpe informacje, aczkolwiek zasadniczo przypuszczano, że znaczna część armii oblegającej Ladysmith przemieszczała się, lub też miała taki zamiar, w kierunku południowym, by przypuścić atak na Estcourt i spróbować uderzyć na Pietermaritzburg. (…) W środę o świcie w kierunku północnym i północno-zachodnim rozpuszczono kolejny rój patroli, a pociąg opancerzony z Estcourt otrzymał rozkaz przeprowadzenia zwiadu w stronę Chieveley. (…) Wyruszyliśmy o wpół do szóstej i zachowując wszelkie zwyczajowe środki ostrożności, w ciągu mniej więcej godziny dotarliśmy do Free Station, gdzie niewielki patrol policji natalskiej zameldował, że na przestrzeni kolejnych pięciu kilometrów nie ma żadnych wrogich oddziałów i że okolica wydaje się spokojna. To była cisza przed burzą. Kapitan Haldane postanowił ostrożnie posuwać się naprzód aż do Chieveley, która to okolica oferowała dogodny punkt obserwacyjny. W zasięgu wzroku nie było żadnych oznak bytności Burów. Pofalowana trawiasta okolica sprawiała wrażenie tak samo spokojnej i wyludnionej jak za każdym uprzednim razem i nie zdawaliśmy sobie sprawy, że za zielonymi wyniosłościami terenu niespełna trzy mile dalej komanda czołowe o ogromnej sile żwawo kroczą wojowniczą ścieżką. Aż do Chieveley okolica była spokojna, kiedy jednak pociąg dotarł na stację, ujrzałem setkę burskich konnych galopujących w kierunku południowym jakąś milę od torów. (…) Wyznaczony do pociągu telegrafista wysłał do Estcourt depeszę informującą o naszym bezpiecznym przybyciu i o zaobserwowaniu burskich oddziałów w niewielkiej odległości, na co pułkownik Long odpowiedział rozkazem, by pociąg wrócił do Frere i prowadził tam do końca dnia obserwację, a po zapadnięciu zmroku ostrożnie wyruszył w drogę powrotną. Zastosowaliśmy się do komendy i około milę i trzy ćwierci od Frere, gdy pokonywaliśmy zakręt, spostrzegliśmy, że panujące nad torami oddalone o sześćset jardów wzgórze zostało zajęte przez wroga. Starcie było więc nieuniknione, nie mogliśmy bowiem minąć tego miejsca, nie dostając się pod ostrzał. Czterech marynarzy nabiło armatę – przestarzałą zabawkę – żołnierze załadowali magazynki, a pociąg, który teraz jechał w kierunku przeciwnym do początkowego, powoli toczył się w stronę wzgórza.

Zbliżał się ten moment, lecz nikt zbytnio się tym nie przejmował, wagony były bowiem odporne na ostrzał z broni palnej, a grzbiet ten w najgorszym razie mógł być obsadzony przez patrol składający się co najwyżej z dwudziestki śmiałków. „Poza tym – mówiliśmy sobie w duchu – nie mają pojęcia, że wieziemy działo. To będzie miła niespodzianka”. Burowie zaczęli strzelać dopiero, gdy pociąg dotarł do odcinka trasy znajdującego się najbliżej ich pozycji. Stojąc na skrzyni w zamykającym skład opancerzonym wagonie, miałem świetny widok z lornetki. Najeżony karabinami długi brązowy grzechotliwy wąż o cętkowanych bokach podpełzał do skalistego wzgórka, na którym wyraźnie rysowały się rozproszone sylwetki wroga. Nagle na grzbiecie wzgórza pojawiły się trzy obiekty na kołach i sekundę później nastąpiło dziesięć, dwanaście mocnych rozbłysków, podobnych do heliografu, lecz znacznie bardziej żółtych. Po chwili dwa znacznie silniejsze błyski; wciąż żadnego dymu ani odgłosu, tylko krzątanina i poruszenie maleńkich postaci. Gdyby chodziło tylko o wzgórze… Tuż nad ostatnim wagonem pociągu zmaterializowała się ogromna biała kula dymu, która niczym kometa momentalnie zamieniła się w stożek. Rozległy się eksplozje pobliskich karabinów i jeszcze bliższego pocisku. Żelazne burty pociągu zadzwoniły stukotem kul. Na przedzie składu rozległ się trzask i pół tuzina wybuchów. Burowie z odległości sześciuset jardów otworzyli do nas ogień dwoma wielkimi działami polowymi, miotającym grad niewielkich pocisków maximem oraz ostrzałem z broni palnej prowadzonym przez leżących na wzniesieniu strzelców. Niewiele myśląc, zszedłem ze skrzyni, by ukryć się między pancernymi burtami wagonu. Wydaje się, że równie instynktownie maszynista puścił lokomotywę na najszybszy bieg, i o to właśnie chodziło wrogowi. Skład szarpnął z impetem do przodu i wzięty w dwa ognie karabinów, których wystrzały wypełniły powietrze, pokonał zakole wzgórza, stoczył się po stromiźnie zbocza i uderzył w ogromny głaz, który czekał na niego w przemyślnie dobranym miejscu.

Ci, którzy jechali w ostatnim wagonie, odczuli jedynie potężny wstrząs, zderzenie, nagłe stanięcie w miejscu. Bardziej interesujące jest to, co przydarzyło się wagonom znajdującym się na czele składu. Pierwszy, przewożący materiały i narzędzia drużyny pogotowia technicznego oraz strażnika dozorującego stan torów, został wyrzucony w powietrze i wylądował do góry dnem na

nasypie. (Nie wiem, co stało się ze strażnikiem, wydaje się prawdopodobne, że zginął na miejscu). Drugi pojazd, wagon pancerny z Durbańską Lekką Piechotą, przeleciał odległość dwudziestu jardów i przewrócił się na bok, rozrzucając na wszystkie strony znajdujących się w środku pasażerów. Trzeci zaklinował się na torowisku, z jedną połową na szynach, a drugą wykolejoną. Pozostała część składu pozostała na torach. (…)

Burskie działa, które błyskawicznie zmieniły pozycję, wznowiły ogień z odległości tysiąca trzystu jardów, zanim ktokolwiek zdołał wydostać się z tego rozbrzmiewającego okrzykami pobojowiska. Rytmiczny ogień karabinowy sypnął się na zbocze wzgórza, następnie zaś otoczył z trzech stron wrak pociągu. Z drugiej strony torów z jakiejś wysokiej pozycji odezwało się trzecie działo polowe.

Na to wszystko usiłowało odpowiedzieć nasze marne działko, a marynarze, mimo iż narażeni na atak w niekrytym wagonie, zdołali wystrzelić trzy serie, po czym w lufę trafił pocisk, roztrzaskując czopy, które zupełnie wypadły z lawety.

Opancerzony wagon dawał pewną osłonę przed kulami, ale ponieważ każdy wystrzelony w prostej linii pocisk mógł go przebić niczym kartkę papieru, zabijając wszystkich dookoła, niemal wydawało się, że bezpieczniej jest na zewnątrz, toteż by oszacować skalę i charakter zniszczeń, przepełzłem przez żelazny pancerz i zeskakując na ziemię, przebiegłem wzdłuż torów do czoła pociągu.

Gdy mijałem lokomotywę, eksplodował kolejny szrapnel, zdawało się, że nade mną, w zgrzytliwym pędzie miotając swą zawartością. Maszynista w mig wyskoczył z budki i biegiem schronił się za przewróconymi wagonami. Jego twarz była rozorana odłamkiem, użalał się w przypływie gorzkiego i jałowego oburzenia. Był cywilem. Za co mu, do licha, płacą? Za śmierć od bomb? O nie. Nie zamierzał pozostawać tu ani chwili dłużej. Wyglądało na to, że rozgorączkowanie i ból – był oszołomiony urazem w głowę – nie pozwolą mu już na prowadzenie lokomotywy, a jako że tylko on był obeznany z jej maszynerią, wydawało się, że nie ma żadnej szansy ucieczki. Kiedy jednak powiedziałem temu mężczyźnie, że jeśli wytrwa na posterunku, to zostanie odznaczony za bezprzykładne męstwo na placu boju, ten wziął się w garść, starł krew z twarzy, wspiął się z powrotem do budki lokomotywy i w toku dalszych jednostronnych walk dzielnie i lojalnie spełniał swój obowiązek – tak silne jest w ludzkim zwierzęciu pragnienie honoru i sławy.

Do przewróconej części składu dotarłem bez szwanku. Ochotnicy, którzy mimo głębokiego szoku w większości uniknęli obrażeń, leżeli na ziemi, znalazłszy jaką taką osłonę za zniszczonymi wagonami i w zagłębieniach między torami. (…) Ich major, którego nazwiska nie ustaliłem, skierował ich ogień na linie wroga; te znajdowały się jednak za grzbietami dookolnych wzgórz i były niemal niewidoczne, toteż nie spodziewałem się, że ta akcja przyniesie jakiś efekt.

Zobaczywszy to wszystko, pobiegłem wzdłuż składu do zamykającego go wagonu pancernego i oznajmiłem kapitanowi Haldane’owi, że moim zdaniem tory można udrożnić. Następnie uzgodniliśmy, że ten razem ze strzelcami postara się ochronić nas przed artylerią wroga, ja zaś spróbuję usunąć z torów zniszczony tabor, umożliwiając ucieczkę lokomotywie i dwóm wagonom, które wciąż znajdowały się na szynach. (…)

I tak Haldane i jego fizylierzy poczęli kropić z otworów strzelniczych w kierunku burskiej artylerii i zdołali nawet srogo pomieszać szyki wrogowi, co później przyznali sami Burowie. W czasie gdy ci prowadzili ogień z wagonu, przez pancerz przebiły się cztery pociski, na szczęście jednak wszystkie wybuchły dopiero po przejściu na drugą stronę. Wiele pocisków uderzyło też i rozerwało się przy zewnętrznej stronie pancerzy, ścinając z nóg wszystkich żołnierzy. Mimo to precyzyjnie prowadzony ogień nie ustawał.

W normalnych warunkach zadanie odgruzowania torów nie nastręczałoby pewnie większych kłopotów, jednak robotnicy torowi i ich narzędzia rozsypali się na wszystkie strony, a kilku z nich podjęło ucieczkę wzdłuż torów lub przez pola. Na domiar złego morderczy ostrzał z burskich dział nie ustawał i zajmował naszą uwagę. Pomimo wszystko zadanie trzeba było wykonać.

W pierwszej kolejności należało odłączyć wagon z wykolejoną połową od tego wykolejonego w całości. W tym celu trzeba było przesunąć lokomotywę tak, by poluzowała spaczone sprzęgi. Kiedy już udało się je od siebie odczepić, następnym krokiem było odciągnięcie częściowo wykolejonego wagonu i zrzucenie go z torów. Zadanie to może wydawać się proste, jednakże ciężar żelaznego wagonu tylko w połowie stojącego na szynach był potężny, a koła lokomotywy parokrotnie obróciły się w miejscu, zanim uzyskały siłę pociągową. W końcu jednak wagon przesunął się do tyłu dostatecznie daleko i zawołałem ochotników, by przewrócili go na bok w czasie, gdy parowóz będzie napierał na niego od końca. Było ze wszech miar oczywiste, że mężczyźni ci narażą się na poważne niebezpieczeństwo. Zwołano dwudziestu i nastąpił natychmiastowy odzew. Na zewnątrz wyszło jednak zaledwie dziewięciu, w tym major kompanii ochotniczej, oraz czterech, pięciu fizylierów dublińskich. Mimo to ich usiłowania przyniosły powodzenie: pod ich naporem wagon przechylił się na bok i gdy w odpowiedniej chwili popchnęła go lokomotywa, zsunął się z nasypu, odblokowując tory. Wydawało się, że ratunek i powodzenie są rychłe, ale niestety, czekało ich rozczarowanie. Lokomotywa była jakieś sześć cali szersza niż tender, a jej pomost zahaczył się o naroże dopiero co przewróconego wagonu. Przepychanie składu na siłę wydawało się zbyt ryzykowne, gdyż groziło wykolejeniem samego parowozu, toteż raz za razem lokomotywa cofała się o parę jardów i szarpała do przodu, napotkawszy przeszkodę, za każdym razem odrobinę ją przesuwając. Niebawem jednak było wiadomo, że pojawiły się komplikacje. Zrzucony dopiero co z torów wagon sczepił się z tym pierwotnie wykolejonym i czym silniej napierała lokomotywa, tym większy robił się zator. Znów zawezwano na pomoc ochotników, ale mimo iż siedmiu mężczyzn – z których dwóch, jak sądzę, było rannych – robiło, co mogło, ich wysiłki spełzły na niczym. (…) Gdyby wagony te zwarły się ze sobą dostatecznie ściśle, by dało się je pchać naprzód, do poluzowania ich wystarczyłoby pchanie ich do tyłu. Pojawiła się jednak kolejna trudność. Sprzęg łańcuchowy lokomotywy był o pięć, sześć cali za krótki, by dało się go sczepić ze sprzęgiem przewróconego wagonu. Wszczęto poszukiwania ogniwa zapasowego. Jakimś szczególnie szczęśliwym zrządzeniem losu część owa znalazła się. Lokomotywa pociągnęła wrak i zanim rozpękły się łańcuchy sprzęgu, przesunęła go do tyłu o jakiś jard. Teraz w końcu tor był udrożniony. Znów jednak narożnik pomostu lokomotywy zakleszczył się o narożnik wagonu i po raz kolejny gwałtownie się zatrzymaliśmy.

Na przestrzeni minionych czterech lat miałem szczęście, jeśli to istotnie jest szczęściem, do wielu osobliwych i różnorakich przeżyć, z których badacz realiów mógłby wyciągnąć korzyść i naukę. Nic jednak nie było równie ekscytujące jak czekanie i bieganina między tymi brzękliwymi, zgrzytliwymi pudłami z żelaza, pośród nieustających eksplozji bomb i ostrzału armatniego, pocisków uderzających w wagony bądź przelatujących ze świstem, sapania i dyszenia lokomotywy – skatowanej biedaczki, pogruchotanej pół tuzinem bomb, z których każda mogła rozpruć kocioł, kładąc kres całej sprawie – czekanie na pewną zgubę, świadomość bezsilności, przeplatanie się nadziei i rozpaczy, a wszystko to przez całe siedemdziesiąt minut, podczas których czterocalowy kawałek skręconego żelaza wyznaczał granicę między zagrożeniem, niewolą i hańbą a bezpieczeństwem, wolnością i tryumfem.

Nie pozostało nic innego, jak dalej uderzać w zawadzający narożnik wagonu w nadziei, że metalowy element będzie się coraz bardziej skręcać i ulegnie rozerwaniu, odblokowując szlak kolejowy. Gdy my tłukliśmy w żelazo, wróg tłukł w nas. Zaklinałem maszynistę, by był cierpliwy i napierał ostrożnie, zdawało się bowiem rzeczą niewłaściwą ryzykować wykolejenie parowozu i tym samym narażać na zniweczenie tę niewielką szansę ucieczki. Lecz po tuzinie pchnięć, które najwyraźniej przynosiły marny rezultat, w czoło lokomotywy trafił pocisk, zapalając drewniane elementy skrzyni paleniskowej, w wyniku czego lokomotywa wytworzyła więcej pary i ze sporym impetem raz jeszcze uderzyła w przeszkodę. Rozległ się zgrzytliwy trzask: parowóz zakołysał się, zahamował, znów wyrwał do przodu, aż ze szczękiem i chrzęstem przełamał się przez blokadę. Teraz od bazy dzieliła nas tylko prosta linia torów. Wydawało się, że odnieśliśmy wspaniały sukces, myślałem bowiem, że za lokomotywą jedzie wagon armatni i tylny i że wszyscy zdołają się do nich wcisnąć, i salwować honorową ucieczką. Niestety, upragniony cel oddalił się. Obejrzawszy się do tyłu, zobaczyłem, że sprzęgi rozłączyły się bądź zostały rozerwane przez pocisk i że wagony wciąż stoją po złej stronie przeszkody, która oddzielała je od lokomotywy. Nikt nie śmiał narażać lokomotywy na ponowne unieruchomienie, cofając ją do wagonów, toteż podjęto próbę podciągnięcia wagonów pod lokomotywę. Z powodu nieprzyjacielskiego ostrzału usiłowania te zakończyły się fiaskiem, a kapitan Haldane uznał, że zadowoli się uratowaniem lokomotywy. Pozwolił więc maszyniście, by rozpoczął powolny odwrót, tak aby żelazna konstrukcja składu użyczała żołnierzom piechoty możliwie największej osłony. W dalszej kolejności chodziło o dotarcie do domów w pobliżu stacji, oddalonych o jakieś osiemset jardów, i bronienie pozycji do chwili, kiedy lokomotywa powróci ze wsparciem. Na lokomotywę załadowano tylu rannych, ilu się dało – stali w budce, leżeli na tendrze bądź przywarli do zderzaka. Przez cały czas pociski lądowały w mokrej ziemi, wzburzając białe tumany, z ogłuszającym hukiem rozrywały się nad naszymi głowami bądź też uderzały w lokomotywę i żelazny złom. Oprócz trzech dział polowych, jak się okazało, piętnastofuntówek, swoją robotę kontynuował karabin maszynowy Maxim, którego niewielkie pociski, wystrzeliwane z potwornym pach, pach, pach, eksplodowały ze wszystkich stron z przerażającym hukiem. Jeden, który zapamiętałem, trafił w pomost lokomotywy zaledwie jard od mojej twarzy i rozgorzał jaskrawym żółtym błyskiem, po którym zastanawiałem się, jak to możliwe, że nie padłem jeszcze trupem. Inny uderzył w węgiel w tendrze, wyrzucając w powietrze czarny grad. Trzeci, który też widziałem na własne oczy, trafił w ramię szeregowca z fizylierów dublińskich. Cała ręka żołnierza była zgruchotana na straszliwą miazgę, mieszaninę kości, mięśni, krwi i munduru. U dołu zwisała dłoń – bez widocznych obrażeń, lecz błyskawicznie nabrzmiała do monstrualnych rozmiarów. Rychło lokomotywa – niemiłosiernie okaleczona i pogruchotana – wypełniła się po brzegi i ruszyła w drogę powrotną, z płonącymi drewnianymi elementami kotła i wodą tryskającą z podziurawionych zbiorników. Żołnierze piechoty w okamgnieniu rozpełzli się po jej bokach.

Na widok uciekającej lokomotywy Burowie wzmogli ostrzał, od którego mocno ucierpieli żołnierze, dotychczas w jakiejś mierze osłaniani przez żelazne wagony. Postrzelony w udo major ochotników zwalił się z nóg. Tu i tam żołnierze padali na ziemię, kilku krzyczało – rzadki to widok na wojnie – wołając o pomoc. Niebawem czwarta część załogi została zabita bądź ranna. (…) Porządek i dyscyplina wyparowały. Zwiększająca bieg lokomotywa oddaliła się od grupki uciekinierów i niebawem znalazła się w bezpiecznym miejscu. Żołnierze piechoty w dalszym ciągu biegli wzdłuż torów w kierunku domów i jako żywo pamiętam, że pomimo panującego wśród nich rozprzężenia byli zdolni do dalszego stawiania oporu, kiedy tylko zdołali się gdzieś schronić. Wtedy jednak doszło do jednego z tych nieszczęśliwych incydentów, jakie nazbyt często zdarzają się podczas tej wojny. Pewien ranny szeregowiec, wbrew wyraźnemu zakazowi poddawania się, postanowił pomachać chusteczką. Burowie natychmiast wstrzymali ogień, i z jednakową odwagą i szlachetnością kilkunastu konnych pogalopowało ze wzgórz ku idącym w rozsypkę zbiegom – z których niemal żaden nie widział tamtej białej flagi, a kilku wciąż prowadziło ogień – i wezwało ich do kapitulacji. Większość żołnierzy w poczuciu dezorientacji zatrzymała się, złożyła broń i dała się wziąć do niewoli. Ci bardziej oddaleni od konnych nieprzerwanie biegli dwójkami i trójkami – jedni zostali schwytani, inni postrzeleni, niektórym udało się uciec.

Jeśli idzie o mnie, to znajdowałem się w lokomotywie od momentu, gdy w końcu zdołała pokonać przeszkodę – gniotłem się w budce maszynisty obok mężczyzny z roztrzaskaną ręką. Przejechałem w ten sposób jakieś pięćset jardów, mijając uciekających, wśród których moją szczególną uwagę zwrócił młody oficer, porucznik Frankland, który z zadowolonym i pewnym siebie uśmiechem na twarzy próbował ponownie zebrać swoich ludzi. Kiedy zbliżyłem się do domów, w których zamierzaliśmy ustanowić punkt obronny, popędziłem do torów, by zbierać przybywających ludzi, stąd też adres, z którego piszę ten list, jako że skoro tylko lokomotywa odjechała, znalazłem się sam w wąskim przekopie, nie widząc żadnego z naszych żołnierzy, którzy po drodze co do jednego zdążyli się poddać. Naraz na torach na końcu przekopu ujrzałem dwóch mężczyzn w cywilu. „Brygada torowa”, powiedziałem sobie w duchu, po czym, w nagłym przypływie świadomości, dodałem: „Burowie”. Zachowałem w pamięci uzyskany w przelocie obraz tych wysokich postaci, o żwawych ruchach, w luźnym ciemnym ubraniu, w targanych na wietrze kapeluszach z podwiniętymi z jednej strony rondami, trzymającymi w gotowości swoje strzelby kilkaset jardów dalej. Odwróciłem się i zacząłem biec między szynami, a jedyna myśl, jaka przyszła mi do głowy, była taka: „burscy strzelcy wyborowi”. Z lewej i prawej, o stopę ode mnie, przeleciały dwie kule. Rzucałem się między stokami przekopu, te jednak nie dawały żadnej osłony. Kolejny rzut oka na postacie – jednak przyklękiwały, by złożyć się do strzału. Znów pognałem przed siebie. Ruch wydawał się jedyną szansą. I znów dwa miękkie całusy mlasnęły w powietrzu, żaden jednak mnie nie dosiągł. To szczęście musiało się kiedyś skończyć. Powinienem wydostać się z przekopu, tego przeklętego korytarza. Wdrapałem się na stok. Dookoła mnie ziemia wystrzeliwała w górę i coś dotknęło mojej dłoni. Za przekopem znajdowało się niewielkie zagłębienie terenu – przykucnąłem w nim, z trudem łapiąc oddech. Z drugiej strony torów przycwałował jeździec, pokrzykując na mnie i machając ręką. Dzieliło nas niespełna czterdzieści jardów, bez problemu mógłbym go zastrzelić. Nic nie wiedziałem o tamtej białej fladze, a te wszystkie kule obudziły we mnie bestię. Sięgnąłem po swojego mauzera. „Mam cię”, powiedziałem, i w istocie sprawa była pewna, ale cóż z tego… Swoją broń zostawiłem w kabinie maszynisty, żeby móc bez skrępowania mozolić się z zatorem. Co teraz? Między mną i jeźdźcem rozciągały się zasieki. Czy nie lepiej biec dalej? Myśl o kolejnym strzale z tak bliskiej odległości przesądziła sprawę. Stałem twarzą twarz ze śmiercią, kostuchą z kosą w ręku, bez jej wesołego towarzysza, przypadku. Podniosłem więc do góry rękę i niczym lisy pana Jorrocksa[1] wykrzyknąłem: „Capivy”[2]. Zapędzono mnie do nieszczęsnej grupy jeńców, mniej więcej wówczas zorientowałem się, że z mojej dłoni broczy krew. Zaczęło padać.

_

London to Ladysmith via Pretoria, 1900 (fragment).

© Copyright by the Estate of Sir Winston Churchill, administered by Curtis Brown Group Ltd

Tłumaczył Justyn Hunia

[1] Pan Jorrocks, wielbiciel konnych polowań na lisy, to bohater popularnych niegdyś w Anglii humoresek Roberta Smitha Surteesa (1805–1864)  (przyp. tłum.)

[2] Okrzyk ten pojawia się w powieści Surteesa Handley Cross i mniej więcej oznacza „poddaję się”, „moja wina”. Wyraz ten jest zniekształconą formą łacińskiego peccavi, „zgrzeszyłem” (przyp. tłum.).

Kup numer