Uczennice z Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie podczas warsztatów Mamy nosa do grafiki fot. Zbigniew Michalski
Uczennice z Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie podczas warsztatów Mamy nosa do grafiki fot. Zbigniew Michalski
Bronka Nowicka grudzień 2025

Mamy nosa do grafiki

Pod dłońmi uczestniczek warsztatów przesuwają się drewniane ramy sit, pachnące kwiatowym naparem lipowe deszczułki, próbniki papierów wyglądające jak pióropusze, świeża pulpa zbita w mokrą kulę.

Artykuł z numeru

Ile nas dzieli od szczęścia

Ile nas dzieli od szczęścia

Kamienica na Rynku Głównym, rzut beretem od Sukiennic. Siedzimy przy długim stole  w galerii Międzynarodowego Centrum Sztuk Graficznych. Na blacie, jeszcze pustym, leżą nasze dłonie. Tuż nad nimi pochylają się nasze nosy. W każdym tkwi 10 mln neuronów mogących rozróżnić bilion woni. Oddychamy, robiąc średnio tysiąc wdechów na godzinę. Na czubkach palców mamy ciałka Meissnera, ciałka Paciniego i tarczki Merkla. Milimetr kwadratowy skóry opuszków mieści ok. 140 receptorów, dzięki którym czujemy dotyk, nacisk, wibracje. Jest nas przy stole 18. Uczestniczki warsztatu Mamy nosa do grafiki, czyli dziesięć uczennic z Centrum dla Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie, trzy pracujące tam panie nauczycielki i osoby prowadzące: dwoje artystów, kuratorka sztuki, perfumiarz oraz pisząca te słowa w roli pomysłodawczyni multisensorycznego zamieszania.

W ciągu dwóch dni spędzimy razem sześć godzin, korzystając ze zwielokrotnionych zmysłowych zasobów. Robię rachunek, mnożąc palce przez ręce, ręce przez osoby, wdechy przez godziny i nosy: wspólnie mamy 3 mln dotykowych ciałek, 130 tys. oddechów i gargantuiczne supermoce w nozdrzach. Jeśli do skrzynki z narzędziami dorzucimy język, który wykona translatorską robotę, przekładając nasze wrażenia haptyczne i olfaktoryczne na słowa, eksperyment może się powieść: stworzymy perfumy o zapachu grafiki w oparciu o kontakt z instrumentarium tej artystycznej dyscypliny.

Nasze zmysły wiercą się w blokach startowych. Hejnał mariacki wpada przez okna galerii. Warsztat odbywa się w niej dzięki gościnności Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki i jego zaangażowaniu w dostępność sztuki.

Ogień – kocioł – strawa

SMTG istnieje od 60 lat. Jest organizatorem krakowskiego triennale – największego graficznego święta w Europie. Podczas jego dotychczasowych odsłon prace zaprezentowało 5 tys. artystów i artystek z 40 krajów. Stowarzyszenie promuje grafikę warsztatową i sztuki transgraficzne, otwiera rocznie dziesiątki wystaw, organizuje spotkania twórcze, seminaria, panele dyskusyjne. Mogę długo wymieniać zalety marki, ale w ten sposób nie dotknę jej najgłębszych sensów. Ich źródła biją tam, gdzie serca.

Nie byłoby Stowarzyszenia, gdyby nie kilkaset tworzących je osób: zapaleńców oddanych grafice i gotowych zatracić się dla niej, twórców i twórczyń, seniorów, debiutantów, profesorów, studentów, pasjonatów i pasjonatek drzeworytu, miedziorytu, litografii, akwatinty, akwaforty, linorytu, frotażu oraz mnogości artystycznych działań przekraczających granice grafiki warsztatowej. Zarząd i radę nadzorczą SMTG tworzą same kobiety wyposażone w kompetencje artystyczne, kuratorskie, związane z krytyką sztuki, dydaktyką i prawem (słyszę serdeczny śmiech Maureen Murdock: „A nie mówiłam, nadeszła era heroin!”).

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się