Średniowieczni chłopi na obrazie Październik, iluminacji z Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry, XV w. fot. The Print Collector/BE&W
Jaśmina Korczak-Siedlecka grudzień 2025

Małe wielkie historie

W mikrohistoriach przedmiotem analizy staje się człowiek zapomniany przez wielką historię, któryw końcu przemawia własnym głosem.

Artykuł z numeru

Ile nas dzieli od szczęścia

Ile nas dzieli od szczęścia

Historia, której uczyliśmy się w szkole, to była głównie opowieść o „wielkich” mężczyznach: królach, dowódcach, papieżach itd. „Zwykli” ludzie, o ile w ogóle się w tej narracji pojawiali, to tylko jako ciemna, zależna od innych, anonimowa masa. Historycy, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o życiu niższych warstw społecznych, sięgali głównie po źródła statystyczne, w których jednak doświadczenia jednostkowe giną. Nawet w popularnym ostatnio w Polsce nurcie „historii ludowej” chłopi są często postrzegani jako masa, uciemiężony „lud”. O tym, jak jednostki odbierały świat w odległej przeszłości, uczyliśmy się na języku polskim, ale znów byli to wyłącznie wybitni mężczyźni: wielcy myśliciele, mistrzowie słowa, wieszcze. Ich punkt widzenia uznawano za reprezentatywny dla czasów, w których żyli. Nikt nie stawiał wtedy pytania, czy „chłop renesansu” albo jeszcze lepiej „chłopka renesansu” myśleli podobnie do Jana Kochanowskiego. Niektórzy zakładają, że nie, bo przecież „prości” ludzie nie zawracali sobie głowy głębszymi rozważaniami. A co, jeśli przemyślenia młynarza okażą się równie fascynujące jak niejednego mędrca, a losy chłopa w XVI w. nie mniej emocjonujące niż legendarnego bohatera?

Wizja świata pewnego młynarza

„Wszystko było chaosem, czyli ziemia, powietrze, woda i ogień razem przemieszane; i to wszystko utworzyło jedną masę, tak właśnie jak wyrabia się ser z mleka, i w niej powstały robaki, były to anioły; z woli Najświętszego Majestatu stały się one Bogiem i aniołami; a wśród tych aniołów był także i Bóg, stworzony również z tej samej masy w tym samym czasie, i uczyniony został panem, a przy boku miał czterech kapitanów: Lucivella, Michała, Gabriela i Rafaela” (tłum. R. Kłos) – tak brzmiała kosmogonia Domenica Scandelli zwanego Menocchio, młynarza z małego miasteczka u stóp Alp. Menocchio miał już 52 lata, kiedy w 1582 r. stanął przed Świętym Oficjum, by wytłumaczyć się ze swoich bluźnierstw. Od wielu lat był znany w okolicy z odważnych poglądów, przy czym nie bał się objaśniać swojej wizji świata także duchownym, a nawet samych sędziów gotów był „zadziwić tym, co ma do powiedzenia”. A do powiedzenia miał wiele, np. to, że „niebo, ziemia, morze, powietrze, otchłań i piekło, wszystko jest Bogiem, i my też jesteśmy bogami”. Był to panteizm zaskakujący jak na XVI-wieczną rzeczywistość. Menocchio nie był jednak byle dziwakiem czy człowiekiem niespełna rozumu: prowadził udaną działalność gospodarczą, pełnił funkcję lokalnego urzędnika, utrzymywał wiele znajomości, był lubiany. Część jego poglądów nie była wcale aż tak oryginalna, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka: to, że sakramenty poza Eucharystią są wymysłem ludzi, że każdy może być kapłanem bez otrzymywania święceń, że Chrystus był człowiekiem, podzielały grupy anabaptystyczne, których trzon stanowili właśnie „zwykli” mieszkańcy miast i wsi obu płci w różnych zakątkach Europy. „A wy, księża i braciszkowie, chcecie wiedzieć więcej od Boga, i jesteście niby demon, bogami na ziemi chcecie się uczynić” – takie słowa można by z kolei przypisać nie tylko radykalnemu, lecz i głównemu nurtowi reformacji. Menocchio nie miał jednak bezpośredniego kontaktu z protestantami. Poza tym żaden ewangelik nie powiedziałby, że „Chrystus dał się powiesić niby zwierzę jakieś”, ani nie nazwałby Marii „ulicznicą”.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się