Ilustracja: Mary Zaleska
Aga Kozak grudzień 2025

Czy minimalizm umarł?

Przed dekadą bestsellerami były książki o minimalizmie i zero waste. Choć postulaty ograniczenia konsumpcji, czasu przed ekranem i ilości produkowanych śmieci nie straciły na aktualności, to my jakby straciliśmy wiarę, że coś da się z tym zrobić.

Artykuł z numeru

Ile nas dzieli od szczęścia

Ile nas dzieli od szczęścia

Kiedy myślałam o tym, dlaczego moda na minimalizm i ograniczanie się zdaje się dziś słabnąć, a my znów rozbestwiamy się w nieskrępowanej konsumpcji, jako pierwsza przyszła mi do głowy The Tale Meredith Monk. Jedna z interpretacji tego utworu nowojorskiej artystki (od lat 60. tworzącej interdyscyplinarne dzieła, które łączą w sobie muzykę, taniec, teatr, film i performance) mówi, że to rozmowa starej kobiety ze śmiercią. Monk, wcielając się w staruszkę, wylicza Kostusze, dlaczego ta nie może jej zabrać ze sobą: „I still have my hands. / I still have my mind. / I still have my money. / I still have my telephone… / hello, hellooo, hellooooo? / I still have my memory. / I still have my gold ring… / beautiful, I love it, I love it!” To, co zwraca moją uwagę, to użycie słówka have, czyli „posiadać”, jako argumentu za pozostawieniem narratorki przy życiu. I choć wylicza byty zarówno niematerialne, jak i materialne, to wszystkie one – rzeczy posiadane – mają w jakiś sposób chronić nas przed smutnym końcem, trzymać przy materialności i istnieniu.

Może w tym utworze mieści się jakaś uniwersalna zasada, którą aż boję się zapisać, bo jest tak ultraprosta? Że wchodząc w posiadanie, otaczając się przedmiotami i osobami, kupując i jedząc – czujemy, że żyjemy i po prostu unikamy memento mori? To w końcu w celach mnisich – ideałach minimalizmu, które pewnie pokochałaby Marie Kondo (choć wątpię, by dawały jej one osławiony spark of joy) albo modni japońscy architekci wnętrz, z Masato Igarashim z IGArchitects na czele – powtarza się tę maksymę. Idąc dalej: czy to nie widmo śmierci – tak samo jak wojny, głodu, pandemii, niedołężności czy starości – doprowadza do karnawału, rozpasania, czasu zawieszenia praw i nasycania się życiem, tańcem, transem, muzyką, seksem i jedzeniem? A na pewno kupowania wszystkiego, co nasze starzenie się i rozpadanie lub nieuniknioną niedoskonałość miałoby ukryć. Rozpoznaję – choć widzę ten mechanizm i szczerze go nie lubię – że ja sama postępuje właśnie tak: za każdym razem gdy poziom estrogenu spada, za oknem plucha, a ja czuję się brzydka lub dopada mnie poczucie schyłku – zaczynam krążyć w odmętach Vinted, usprawiedliwiając się tym, że kupuję z drugiej ręki, więc „ratuję planetę”. Zakupami strojów, w których będzie przecież mi lepiej, raźniej, piękniej i szczęśliwiej, kompensuję okropności świata i moje własne poczucie niewystarczania w jego obliczu.

Moje przygody z rzeczami

Sama jestem klasycznym paradoksem – choć właściwie z nich ostatnio składa się nasza kultura i świat. Otóż jestem nadmiarem, będąc jednocześnie ograniczoną. Jestem kochającą kolor, wzory i faktury królową stylu camp: z mieszkania do mieszkania przewożę kiczowate bibeloty, do których jestem przywiązana, np. tęczową papugę z końca XIX w. czy sycylijską głowę Maura. W moim kredensie znajdziecie kryształy i zastawę po dziadkach i jest tego, tak jak ubrań w szafach i kosmetyków w łazience, dużo. A jednocześnie nie umiem kupić sobie mieszkania, bo w mojej głowie ciągle nie wiem, gdzie chcę mieszkać. Pracuję między dwoma (czasem trzema) miastami i kocham podróżować, więc ciągle przemieszczam się z walizkami i torbami. Kiedy obrastam w rzeczy, na oko obliczam: czy ta ilość przedmiotów zmieści się do jednego forda transita, tak żeby można było się przemieścić, po czym robię wystawkę, wysyłam rzeczy do fundacji lub upycham je u rodziców w pawlaczach.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się