70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z Frascati na Manhattan

Totalitaryzm dochodzi do władzy na skutek przywiązania do pradawnej tradycji niewoli, o ileż silniejszej od tradycji wolności, kruchej i zakorzenionej w nas słabo, bo dopiero od niedawna.

Agnieszka Drotkiewicz: Duże wrażenie podczas lektury Wieku 21 robi jego spektakularna scenografia. Sceneria Wieku 21 to według mnie jeszcze jeden ważny bohater tej książki. Tak jak przy inscenizacji oper czy dramatów mówi się o szczególnej roli scenografa, tak ja dostrzegam tu bardzo ciekawie zakomponowaną przestrzeń – przemyślaną jako całość, w najmniejszym szczególe. Mam wrażenie, że pisze Pani tak, jakby Pani malowała, a Pani zdania przypominają często japońskie grafiki ukiyo-e: „Ptaki przysiadają na wiśniowej gałęzi”.

Ewa Kuryluk: Jestem wzrokowcem, Agnieszko, Kangórem z kamerą. Tło Wieku 21 to jakby ekran w zmiennych odcieniach morza i nieba. Praca pamięci i wyobraźni rzutuje na ten ekran krajobrazy i rzeczy, sylwetki ludzi i miast, znanych i nieznanych. Byłam w Rzymie, Pompejach, Peszawarze, Nankinie, Buenos Aires. Kioto poznałam, kiedy Century 21 szło do druku. Starożytną Aleksandrię i Nil Bereniki natchnęły lektury, malowidła i filmy, do Singapuru trafiłam za Conradem. Ale na pierwszym planie stał Manhattan, którego prehistorię ci teraz opowiem. Na Manhattan popłynęliśmy z Frascati przez Szczecin – by się pożegnać przed rejsem za Atlantyk z naszymi dziadkami, przesiedlonymi ze Zbaraża do poniemieckich Gryfic pod Szczecinem właśnie – na pokładzie „Normandie”. Ten wodowany w 1935 r. transatlantyk, wówczas największy, najszybszy i najnowocześniejszy statek świata, przypomniał się ojcu w wiosenną niedzielę 1956 r. Na prośbę Piotrusia o „rejs razem”, jak nazywaliśmy zabawę w wojaże palcem po globusie, Łapka zawołał, że pora na prawdziwy rejs. – Kto chce wstąpić do marynarki, niech podniesie rękę – zamrugał do nas zachęcająco. Piotruś podniósł dwie, ja za nim. Mama dostała awans na pierwszego oficera „Normandie”, ja na drugiego, Piotruś na majtka i oko statku. – A kapitan kto? – zapiszczał brat. – Tak się składa, że dostałem niedawno awans na kapitana – odmruknął zagadkowo Łapka. Bo awansował na ministra kultury w kwietniu 1956 r.? I wiązał z tym jakieś nadzieje? A może już kiedyś się tak bawił? Może w latach studenckich ze swoimi podopiecznymi, lwowskimi ulicznikami? W każdym razie z nami popłynął do Ameryki tylko jeden raz i nigdy więcej nie zająknął się nawet o „Normandie”. A my nie pytaliśmy.

„Normandie” to tytuł rozdziału książki o bracie, którą planowałam skończyć, nim zabiorę się do naszej. Ale Feluni leży odłogiem, a ten fragment jest już gotowy, więc ci to przytoczę: Łapka w białym podkoszulku stał w otwartych na oścież drzwiach balkonu na podnóżku, mostku kapitańskim. – Drugi oficer, na bakburtę – machnął na mnie ręką – lewa całą parą naprzód! – Udałam, że kręcę sterem. – Co widzi oko na topie? – rzucił do Piotrusia usadowionego na stole – Statua Wolności na horyzoncie? – Na horyzoncie! – zasalutował zachwycony Piotruś. – Drugi oficer, cała naprzód! – dał mi znak. – Pierwszy oficer proszony na mostek kapitański! – zawołał w stronę kuchni, bo mama zajęła się tymczasem niedzielnym obiadem. – Już idę, Karolku – zdejmowała w biegu zaplamiony fartuch. – Pierwszy oficer proszony o poinformowanie pasażerów i załogi o celu naszego rejsu. – Manhattan to podłużna wysepka o kształcie podeszwy wyłudzona za nędzne grosze od Indian, prawowitych mieszkańców, przez okupantów z Europy – skrzywiła się tak, że Łapka wypadł z roli kapitana i wtrącił pospiesznie: – Prosimy cię, Mijaczku, o przekład słowa Manhattan. – Man po angielsku, jak Mann po niemiecku, znaczy po polsku „mężczyzna” oraz „człowiek”. Tomasz Mann to znany…? – łypnęła na mnie. – To znany na całym świecie pisarz niemiecki – jako drugi oficer zasalutowałam pierwszemu. – Mama skinęła mi głową zadowolona i rzekła: – Hat znaczy „kapelusz”. – Pan kapelusz! – ucieszył się brat – pan kapelusz hat! – Tan znaczy chyba, Karolku …? Czy nie „opalenizna”? – Jesteś geniuszem, Mijaczku – rozpromienił się Łapka – przed wojną był krem do opalania „Tan”. – Opalony pan w kapeluszu! – wyrwało mi się. – Opalony pan Tan w kapeluszu! – wykrzyknął Piotruś. – Na Manhattanie stoją domy wysokie jak Pałac Kultury zwane drapaczami chmur – kontynuowała mama. – Pany w kapeluszach drapią chmury – wybuchł śmiechem Piotruś – pany Tany drapią chmury! – Manhattan leży w Ameryce odkrytej przez Krzysztofa Kolumba – ciągnęła dalej mama. – Lepiej by siedział w domu – wymamrotała pod nosem. – Ameryki są trzy – wpadł mamie w słowo ojciec – Północna, Środkowa i Południowa. – Manhattan znajduje się…? – mrugnął do mnie zachęcająco. – W Północnej! – wypaliłam jak z procy. – A w jakim państwie, córeczko? – W US… SSS… A – zająknęłam się, bo miałam z tym państwem problemy. Wiedziałam już wprawdzie, że nie zgadzały się w pełni z prawdą pogadanki naszej przedszkolanki o dzieciach koreańskich, zbombardowanych przez kułaków i imperialistów z USA, a także, że mieszkali tam również dobrzy ludzie z UNRRA i przysyłali nam po wojnie mleko w proszku. Ale w USA panował kapitalizm, więc żałowałam, że „opalony pan w kapeluszu” nie znajduje się w demokracji ludowej.

Rejs na Manhattan to w mojej pamięci najpiękniejszy dzień roku 1956, w którym odwilż zaczęła się „zgodnie z kalendarzem”, jak mówiła mama, mając na myśli rewelacje Chruszczowa w przemówieniu z 25 lutego. Obiło się to o uszy nawet mnie, bo byliśmy akurat na feriach w zakopiańskiej Astorii i podsłuchiwałam podniecone rozmowy dorosłych. Rozumiejąc je piąte przez dziesiąte, doszłam do wniosku, że Stalin nie był naszym dobrodziejem, ale zbrodniarzem. Tak strasznym jak Hitler? Kto wie. W każdym razie rozpadł się świat dzieciństwa, ale na gruzach zaczął powstawać nowy – z widokiem na Zachód, na którym też się zmieniało. Niedługo po naszym rejsie na Manhattan podsłuchałam rozmowę rodziców z Anką Gecow, która zapytała ojca o sytuację w USA. Powołując się na jakieś „Biuletyny specjalne”, odparł, że odwilż jest i tam. Z czasem zrozumiałam, co miał na myśli. 2 grudnia 1954, 19 miesięcy po śmierci Stalina, odsunięto od władzy senatora McCarthy’ego, wodza polowań na czarownice, w tym Charlie Chaplina, którego oskarżono o sympatię do komunizmu i zmuszono do emigracji.

W szkołach zniesiono segregację rasową. Po aresztowaniu Rosy Parks za to, że w autobusie nie ustąpiła miejsca białemu, Martin Luther King zorganizował w Alabamie bojkot autobusów. Niedługo potem usłyszałam o Rodzinie człowieczej (Family of Man), najgłośniejszej bodaj z powojennych wystaw fotograficznych. Zorganizował ją w roku 1955 Edward Steichen, wybitny fotograf amerykański i dyrektor działu fotografii w nowojorskim Museum of Modern Art (MoMA), gromadząc setki zdjęć z całego świata. Za ministerialnej kadencji ojca ta podróżująca po całym globie wystawa przyjechała do Zachęty i tak nas urzekła, że ją zwiedzaliśmy dwukrotnie i długo staliśmy przed zdjęciem Central Parku w słoneczną letnią niedzielę. Na horyzoncie drapali chmury panowie w kapeluszach, na big lawn wylegiwała się, piknikowała, baraszkowała rodzina człowiecza. Ojciec szepnął do mamy, że nie tak wyobrażał sobie Manhattan, na co odprychnęła z ironią: – Po prostu planeta braterstwa, co, Karolku? – No tak. – Ale nie tam gdzie trzeba – zachichotała. – Zmieszał się, położył mi rękę na ramieniu i obiecał, że sprawi mi aparat fotograficzny. Dostałam go na pierwsze letnie wakacje w Austrii. Tak się zaczęła, od Family of Man, moja droga do fotografii.

W Austrii zbliżyłam się do Ameryki za pośrednictwem znajomych rodziców. Na Manhattanie mieszkali przez jakiś czas Adrienne Thomas, autorka znanej pacyfistycznej powieści Die Katrin wird Soldat (1931), z mężem Juliuszem Deutschem, publicystą, działaczem społecznym i posłem do wiedeńskiego parlamentu z ramienia socjaldemokratów w latach 1920–1933, a także pisarz Günther Anders (1902–1992). Nie wiedziałam, że byli Żydami, nielicznymi, którzy się zdecydowali po wojnie na powrót do Europy. Najbardziej interesował mnie Anders, autor książki No More Hiroshima, opartej na wymianie listów między z Claude’em Eatherlym: jednym z siedmiu pilotów bombowca, z którego zrzucono bombę atomową na Hiroszimę. Przeczytałam tę korespondencję wnet po przyjeździe do Wiednia i byłam nią tak przejęta, że ojciec zapoznał mnie z Andersem. Pośredniczył też pewnie w jej wydaniu po polsku. W 1963 r. No More Hiroshima ukazała się w przekładzie Wandy Jedlickiej i mam wciąż egzemplarz zadedykowany ojcu „In Verehrung”. Anders cierpiał na artretyzm i do dziś pamiętam zdeformowaną rękę i zdanie: „Tego stwora zwanego dawniej manus stać już tylko na dwa słowa, drogi panie Karolu”. Andersowi nie ułożyło się po powrocie z USA. Był ciężko chory, niepraktyczny i nie miał w Wiedniu kontaktów. Osiadł tam po wojnie ze swoją drugą żoną, Austriaczką, ale wnet się z nią rozszedł i związał z amerykańską pianistką, znacznie młodszą. Wynajmowali dwa ciemne pokoje w ponurej czynszówce, z trudem wiązali koniec z końcem. – Nikt w Austrii nie czekał na takie gwiazdy – mówiła o tej smutnej parze mama. Irytowało mnie to zdanie, bo Anders nie miał w sobie nic z gwiazdy. Dziś rozumiem aluzję mamy. Pisarz nazywał się Stern („gwiazda”), Anders (anders – „inaczej”) to jego pseudonim. Urodził się we Wrocławiu jako syn Williama i Clary Sternów, pionierów psychologii dziecka. Był potomkiem Henryka Heinego, kuzynem Waltera Benjamina i Żydem śląskim jak mama, której brat Oskar Kohany poślubił Reginę Sternlicht („światło gwiazd”). Ale ja wiedziałam wtedy tylko, że Anders był pierwszym mężem Hannah Arendt w czasach, gdy się zaczął jej romans z Heideggerem. Widziałyśmy razem w Warszawie oparty na historii tego trójkąta spektakl, w którym występuje anonimowy młody Żyd. To Günther Anders, uznany widać przez izraelską pisarkę za postać tak marginalną, że pominęła jego nazwisko.

 

Ten dramat ma tytuł Rzecz o banalności miłości, jego autorką jest Savyon Liebrecht, a przedstawienie w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego oglądałyśmy w Teatrze Dramatycznym w czerwcu 2014 r. Rzeczywiście, w tej sztuce uwaga koncentruje się na Hannah Arendt.

Moja uwaga koncentruje się natomiast już od dawna na Andersie. Jego korespondencję z Eatherlym czytałam jako traktat o moralności i odpowiedzialności, wrażliwości i empatii. Ten młody żołnierz, inaczej niż koledzy z pokładu bombowca, uważał się nie za war hero, ale za winnego, któremu należy się kara. By ją sprowokować, popełniał drobne kradzieże i trafiał do więzienia, po próbach samobójczych lądował na oddziałach psychiatrycznych. Ale nie pogrążył się w chorobie. Udzielał wywiadów, korespondował z młodzieżą szkolną w Hiroszimie i z Andersem. Obydwaj narazili się na zarzut komunizmu w czasach, gdy ZSRR, militarnie słabsze od USA, starało się zmonopolizować ruch pokoju – odruch serca milionów ofiar wojny. No More Hiroshima odebrałam jako książkę o podwójnej moralności. Zbrodniarzy hitlerowskich oskarżano o ślepe wykonywanie rozkazów, ale nikt nie pochwalił Claude’a Eatherly’ego. Czytałam jego listy w czasie procesu Eichmanna, rozpoczętego w kwietniu 1961 r. i śledzonego przez rodziców, którym Anders relacjonował i tłumaczył na niemiecki reportaże swojej dawnej żony. Ustosunkowali się do nich krytycznie, uważając, że Hannah Arendt nie orientowała się dostatecznie w realiach Zagłady, o którą zaledwie się otarła przed emigracją za Atlantyk. Byli też zdania, że się nabrała na „perfidną maskaradę Eichmanna”, który udawał przed sądem „banalnego biurokratę”, by ukryć „niebanalny charakter” pasjonata masowego mordowania Żydów. Mama podejrzewała, że Arendt była nadal zakochana w Heideggerze, który ją zaraził swoją absolutną wiarą w wyższość kultury niemieckiej, cynizmem, oportunizmem i „innymi haniebnymi rzeczami” (tak się u nas mówiło o antysemityzmie).

Günther Anders zmarł w wiedeńskim domu starców, samotny i zapomniany.

Hannah Arendt stała się ikoną kultury masowej. Ale liczę, że z czasem się to zmieni, bo nie cenię Arendt i nie dzielę jej poglądu na nowoczesne systemy totalitarne, które różnią się moim zdaniem od dawnych systemów autorytarnych, w tym feudalnych i niewolniczych, nie istotą rzeczy, ale techniką.

Dionizjusz I, grecki tyran Syrakuz, inicjator koszmarnych wojen i inspirator idealnej, totalitarnej, „republiki” Platona, dałby się ludzkości we znaki bardziej, gdyby dysponował koleją, czołgami, bombowcami, trującymi gazami itd. Wiek XX pokazał, że totalitaryzm może powstać zarówno na gruncie komunizmu, jak kapitalizmu i demokracji. Nie ma, niestety, szczepionki antytotalitarnej. Każde społeczeństwo, tak jak każda jednostka, może się zdegenerować i dać ponieść zbrodni. Ze wspomnień Eichmanna, napisanych po wojnie w Argentynie, ale opublikowanych dopiero w roku 2000, wynika, że rację mieli rodzice. To, co Arendt uznała za „banalność zła”, było perfidną komedią. Nie przejrzała jej, podobnie jak nie dostrzegła niezmiennej ludzkiej podatności na tyranię. Totalitaryzm dochodzi do władzy na skutek przywiązania do pradawnej tradycji niewoli, tradycji o ileż silniejszej od tradycji wolności, kruchej i zakorzenionej w nas słabo, bo dopiero od niedawna. Zamiast książek Arendt polecam ci, Agnieszko, lekturę Benjamina i Andersa. Od Benjamina wiemy, że szczyt horroru i zbrodni grozi zawsze ze strony cywilizacji najwyżej rozwiniętej. Od Andersa – że ludzkość w swojej masie nie dojrzała intelektualnie ani moralnie do epoki atomu. Ani dronów, Internetu, telefonu komórkowego etc. Jeśli w jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata władzę przejmie dyktator, powstanie totalitaryzm straszliwszy, bo skuteczniejszy, od tego, co już znamy.

Rozmowy z Andersem przybliżyły mi Manhattan emigrantów i artystów, skupionych wokół New School for Social Research, lewicowej uczelni nowojorskiej, która w latach 80. przygarnęła i mnie, jak kiedyś Hannah Arendt. Wiedziałam, że z okien swojego mieszkania przy parku Centralnym widziała staw i „wielki trawnik”, a w piwnicy miała schron przeciwatomowy, ukryty w co drugim wieżowcu na Manhattanie. Jego obraz zmieniła informacja, że praca nad bombą atomową, prowadzona w największym sekrecie, nosiła kryptonim „Manhattan Project”. W tamtej epoce prób atomowych na atolach Pacyfiku, napromieniowanych japońskich rybaków i radioaktywnego deszczu na całym globie, śnił mi się Manhattan widmo w kształcie szarej podeszwy bez jednego pana w kapeluszu.

 

Prezentowany fragment pochodzi z książki napisanej dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (stypendium dla Agnieszki Drotkiewicz): Ewa Kuryluk, Manhattan i Mała Wenecja. Rozmawia Agnieszka Drotkiewicz, Zeszyty Literackie, Warszawa 2016

_

Ewa Kuryluk – ur. 5 maja 1946 w Krakowie malarka, artystka instalacji, pisarka.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter