70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wielogłos

Ten serial nakręcono specjalnie dla mnie. Wzruszające jest, że ktoś dowiedział się o moich marzeniach i cała machina współczesnej telewizji została zaprzęgnięta, by je spełnić. I udało się, dziękuję. Jest wszystko to, co tak cenię: nieciekawi bohaterowie i banalna historia. Zresztą już sam początek tej opowieści zapowiada apoteozę zwyczajności.

On jest nauczycielem, ojcem czworga dzieci, przyjeżdża z żoną do nadmorskiego kurortu. Ona natomiast jest kelnerką w barze dla turystów, mężatką wrośniętą w lokalną społeczność i tradycyjną amerykańską rodzinę męża. Noah i Alison poznają się przypadkiem, jest spacer po plaży, mam żonę, ja też nie szukam wakacyjnej przy­gody itd. Ale szum fal, letnie odprę­żenie, wybucha romans. Uprze­dzając fakty, historia ta rozwija się bez specjalnych zaskoczeń, scena­riusz pilnie realizuje przewidziane przez życie i schematy fabularne elementy, aż po rozwody oby­dwojga i próbę zbudowania wspól­nego losu. Tak toczy się The Affair.

Jednak ta nic nieobiecu­jąca opowieść została rozszcze­piona na dwie niezależne narracje. W każdym odcinku pierwszego sezonu poznajemy dwie wersje tych samych wydarzeń: opowieść Alison (świetna Ruth Wilson) i Noah (zna­komity Dominic West, niezapo­mniany McNulty z The Wire). To nie pusty eksperyment, przeszar­żowany w stronę skrajności. Nie jest tak, że domator z jednej wersji okazuje się w drugiej morderczym psychopatą. To subtelna gra pół­cieni, dająca bogactwo i impregno­wana na kicz.

Gdyż The Affair to przede wszystkim opowieść o tym, jak zapamiętujemy życie i jak je póź­niej opowiadamy. Co nam umknęło, co było ważne, jak rozłożyliśmy akcenty.

To również gra pamięci zderzonej z doświadczeniem: każde zapamiętane przeżycie wydarzyło się w jakimś kontekście oczekiwań, nadziei i emocji. Nasza pamięć nie jest kamerą rejestru­jącą wszystko. Pomija, opuszcza, wypełnia puste miejsca domy­słami. Realizatorzy serialu weszli w tę grę na poważnie i bez uprosz­czeń. I kiedy zderzamy w każdym odcinku dwie narracje kochanków, to różni je bardzo wiele. Inaczej zapamiętują, w co byli ubrani, inny wyraz maj ą ich twarze. Jemu wydaje się, że to Alison go prowokuje, zachęca do nawiązania sek­sualnej z początku relacji. Noah widzi siebie jako peł­nego skrupułów męża i ojca, który do końca opiera się nadciągającej burzy. W jej wspomnieniach to on jest natarczywy i pełen pożą­dania, a ona mu ulega. Ale przecież nie chodzi tylko o detale i potwierdzenie prostej prawdy, że pamięć bywa zawodna. Chodzi raczej o odsłonięcie całej skomplikowanej mecha­niki naszego budowania narracji na własny temat. Przecież wersja Noah to nie czyste wspomnienia, ale cała siatka poczucia winy, usprawiedliwień i tłuma­czeń, które mają sprawiać, że porzuciwszy rodzinę, może sobie spojrzeć w oczy przy codziennym goleniu. Z kolei wersja Alison zderza jej wyobra­żenie na własny temat z historią, w której odgrywa zupełnie inną rolę niż w dotychczasowym życiu. Widać więc, jak te prywatne nar­racje trzeszczą w szwach i bohate­rowie usilnie starają się je pospinać w całość.

Każdy z głównych aktorów gra co najmniej dwie role. West – dwóch facetów, w każdej opo­wieści innych, podobnie Wilson. To zostaje przepracowane nie tylko na poziomie zniuansowa­nych kreacji aktorskich, ale też oświetlenia, kadrowania, makijażu. Ruth Wilson w opowieści Alison jest szara i zmęczona. Natomiast w oczach Noah staje się niezwykle atrakcyjna, ponętna i kusząca. Mało tego, dla drugiej strony każdy z kochanków nie jest jednowymia­rowy: prywatne opowieści oscy­lują pomiędzy uwielbieniem i nie­chęcią. Pulsacja emocji i nastrojów czyni z tej banalnej historii fascynujące studium, w którym odsłania się życie ze swoją złożo­nością i dyskretnymi przepływami, tak trudnymi do uchwycenia w opowieści.

Drugi sezon przynosi zwie­lokrotnieni e głosów. Dosta­jemy bowiem dodatkowo opo­wieści porzuconych współmał­żonków, Helen (Maura Tierney) i Cole’a (Joshua Jackson). Te narracje nie tylko przynoszą nowe punkty widzenia i zdarzenia, których nie moglibyśmy poznać, dysponując jedynie opowieściami kochanków. One dodają do polifonii serialu zupełnie nowe rejestry. Porzuceni nadal kochają swoich dawnych part­nerów, ale jednocześnie są głęboko zranieni i łatwo przychodzi im zoba­czyć w byłych współmałżonkach ludzi pełnych wad. Oko nienawiści (lub raczej przesłonięte bielmem zawodu) dostrzega czasem samą ludzką małość. Ale to bielmo nie jest trwałe. Czasem znika, a wtedy Cole i Helen mogą zrozumieć, dlaczego tak kochali i nadal kochają swoich byłych.

Oczywiście taka fokalizacja opowieści nie jest niczym nowym. Literatura ma choćby wspaniały Kwartet aleksandryjski Durrella, zaś kino Rashomon Kurosawy czy Sceny z życia małżeńskiego Berg­mana. Tu jednak sztuka seria­lowa opanowuje każdy szczegół tej subtelnej polifonii, pokazując po raz kolejny, że liczy się nie sama historia, ale sposób jej opo­wiedzenia. W tym serialu chyba wszystko wyszło. Od pomysłu, poprzez koncertowe role aktorów, którzy czasem po raz pierwszy mogli zagrać postaci tak zło­żone i zniuansowane. Łatwo grać w dwóch tonacjach, raz pokazując twarz drania, innym razem kocha­jącego ojca rodziny. Tu zadanie było dużo trudniejsze, gdyż wszystko, jak już powiedziałem, rozgrywa się w półcieniach i sub­telnościach. Trzeba się wsłuchać w rozwidlające się głosy i śledzić równocześnie kilka współbrzmią­cych ze sobą tematów, które kon­trapunktują się nawzajem. I tej niepokojącej radości wielogłosu narracji może doświadczyć każdy, choć oczywiście The Affair nakrę­cono specjalnie dla mnie.

_

The Affair

reż. Sarah Treem, Chagaj Lewi

Showtime 2013

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata