70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Etienne De Malglaive/Getty

„Ufajcie demokracji”. Oblicza rumuńskiego buntu

Od czasów szczególnie odrażającej dyktatury komunistycznej Rumunia przeszła długą drogę i dokonała imponującego dzieła rozwoju i modernizacji. Jest dziś bezpieczniejsza i bogatsza niż kiedykolwiek. Dlaczego więc trudno w tym kraju znaleźć kogoś, kto byłby jednoznacznie zadowolony?

Mało kto w Polsce zauwa­żył, że uwodzenie wschod­nich Europejczyków przez Donalda Trumpa zaczęło się wcale nie 6 lipca 2017 r. w Warszawie, ale 9 czerwca w Waszyngtonie. Na mie­siąc przed przyjazdem do Polski prezy­dent USA podjął w Białym Domu prezydenta Rumunii Klausa Wernera Iohannisa. Trump po raz pierwszy potwierdził wtedy solennie przywiązanie Stanów Zjednoczonych do słyn­nego artykułu piątego. Waga Rumunii została w ten sposób podkreślona przez amerykańskiego prezydenta nieprzypadkowo. Podczas konferencji prasowej w Ogrodzie Różanym Donald Trump odnotował fakt, że Rumunia to jeden z nielicznych krajów NATO, które podniosły wydatki na obronę do poziomu 2% PKB, i zauważył znaczne rozmiary współpracy rumuńsko-ame­rykańskiej w dziedzinie bezpieczeństwa. Wygląda na to, że szczególne part­nerstwo, o którym mówi się kurtuazyjnie przy okazji dyplomatycznych spo­tkań przywódców wielu krajów, w tym przypadku rzeczywiście coś znaczy.

Polacy, głęboko przekonani, że są najbliższym Stanom Zjednoczonym narodem na wschodzie Europy, powinni dostrzec, że Rumuni również aspi­rują do tego statusu, i to dość skutecznie. Baza w rumuńskiej wsi Deveselu, która jest elementem powstającej tarczy antyrakietowej, została uroczyście oddana do użytku już w maju 2016 r., a budowę analogicznej bazy w polskim Redzikowie rozpoczęto dopiero kilka dni później. Mało tego – pierwsza baza lotnicza US Army powstała w Rumunii już kilkanaście lat temu. Buka­reszt oddał wtedy do dyspozycji Amerykanów lotnisko Mihail Koga˘lniceanu nad Morzem Czarnym, do wykorzystania podczas operacji w Iraku. „Nadej­ściu Amerykanów” towarzyszył nieskrywany entuzjazm okolicznej ludności, bo większość Rumunów, nie mniej niż większość Polaków, żywi do Stanów Zjednoczonych instynktowną sympatię. Wszystkie rumuńskie rządy ubiegłych dziesięcioleci były bezdyskusyjnie otwarte na taką współpracę. Kolejni lokatorzy Białego Domu zauważają strategiczne walory geograficznego położenia tak życzliwego rumuńskiego sojusznika: w sąsiedztwie wciąż niezbyt spokojnych Bałkanów i całkiem niespokojnego Bliskiego Wschodu, nie mówiąc o rejonie Morza Czarnego, który jest obiektem rosnącego zain­teresowania Rosji.

Rumunia jednak chce być niewątpliwie czymś więcej niż amerykańskim lotniskowcem w newralgicznym zakątku świata. Jej polityka zagraniczna jest zdecydowanie proeuropejska.

Nawet jeśli trudno precyzyjnie określić, ile jest w tym ideowego przekonania, a ile zimnego pragmatyzmu politycznego, w którym Rumuni są mistrzami. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata