70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ucieczka z coraz krótszej smyczy

Politycy, którzy są przekonani, że wsparcie typu 500+ powstrzyma od emigracji lub zawróci wiele obywatelek do kraju, będą rozczarowani. Za granicą Polki znajdują przyjazną i wielokulturową przestrzeń do wychowywania dziecka. Wiele z nich wyjeżdża po to, by zdobyć dostęp do szeroko rozumianego bezpieczeństwa ontologicznego, osobistego i zabezpieczeń socjalnych dla siebie i swoich rodzin.

Popularne w anglosaskim świecie afrykańskie powiedzenie: „Potrzeba całej wioski,  by wychować dziecko” (It takes a village to raise a child), nigdy nie przyjęło się w Polsce. Dlatego zapewne, że o rzeczonej wiosce, która angażuje się w opiekę nad dziećmi lub starszymi rodzicami, Polki – faktyczne opiekunki osób zależnych – mogą tylko pomarzyć. Starsze pokolenia pamiętają jeszcze z PRL-u gęste sieci opiekuńcze utkane z żeńskich krewnych oraz instytucji – żłobków, przedszkoli, świetlic i stołówek. Młodsze rzeczywistość taką znają z opowieści babek albo z artykułów o macierzyństwie pisanych przez koleżanki, które już dawno spakowały swoje i partnerów walizki i zdecydowały się urodzić lub wychować dziecko w jednym z krajów skandynawskich lub na Zachodzie.

Współczesna Polka nie może liczyć na państwo, które w ramach neoliberalnych porządków po 1989 r. uznało opiekę nad osobami zależnymi za prywatną sprawę kobiet.

Niestety, pustkę po abdykacji z finansowania odpowiedzialnej polityki rodzinnej decydenci wypełnili wzmożeniem oczekiwań moralnych, często sankcjonowanych prawem sprzecznym z interesem matek. Płaszczyzn kolonizacji macierzyństwa jest tak wiele, że każda z nich to odrębna historia. Warto przyjrzeć się jednej z nich: współczesnym burzliwym dyskursom mówiącym o terytorialnej odległości w relacji matka–dziecko. W sferze publicznej pojawiły się one niedawno, bo w 2008 r., w związku z uświadomieniem sobie masowych wyjazdów Polek. Oczekiwania wybrzmiewające w tych dyskusjach świetnie obrazują społeczne, ekonomiczne i klasowe sprzeczności, w które uwikłane jest macierzyństwo. Trudno o lepszy niż odległość wskaźnik tego, jak marginalną pozycję ma dzisiaj matka, zwłaszcza wywodząca się spoza klasy średniej. Właśnie przez pryzmat odległości najlepiej widać, kiedy i w jaki sposób Polka mówi „dość”.

 

Bliskość v. mobilność

Jeśli spojrzymy na najnowszą historię idei wychowawczych i nurtów terapeutycznych, zauważymy, że coraz więcej z nich raczej zacieśnia relację między matką a dzieckiem, niż otwiera tę przestrzeń dla innych. Mamy rodzicielstwo bliskości, które zdrowy kontakt między matką a dzieckiem postrzega jako nieustanny kontakt „ciało w ciało” na co dzień. Zwłaszcza w początkowym okresie życia dziecka można go osiągnąć dzięki chustowaniu, karmieniu piersią, spaniu z dzieckiem. Do tego dochodzą różne nurty psychoterapeutyczne, których podstawą jest przekonanie, że pierwsze trzy lata życia dziecka są najważniejsze, bo budują strukturę przyszłej osobowości i kompetencji, a więc zaleca się stałą obecność bliskiej osoby. Oczywiście najlepiej, by była nią matka. I jeszcze praca wokół jedzenia i zdrowego odżywiania (food / feed work), która, w kontekście zanieczyszczonego środowiska i chemii obecnej w żywności, wymaga ogromnej ilości czasu, by śledzić aktualne ustalenia, co szkodzi, zdobywać odpowiednią świeżą żywność i ją własnoręcznie przetwarzać. Nie bez kozery Élisabeth Badinter ostrzegała, w momencie gdy ruchy ekologiczne zaczęły być popularne w Europie, że mogą one przy okazji zawracać matki do kuchni. Wiele z tych nowych oczekiwań wywiera na matki – niewypowiedzianą wprost – presję pozostania z dzieckiem w domu. I stanowi poważne wyzwanie dla równoległych idei, które miały dawać prawo do bycia tylko wystarczająco dobrą matką.

Co ciekawe, presje te pojawiają się właśnie wtedy, gdy przełom wieku XX / XXI przynosi nam mobilność i migracje kobiet za pracą na niespotykaną dotychczas masową, globalną skalę. Nowe nurty parentingowe, jakby w kontrze do całego świata, już otwarcie doprecyzowują to, co do tej pory pozostawało niewypowiedziane w wizji opiekuńczo-emocjonalnej roli matki – utożsamiają dobrą opiekę z terytorialnymi granicami domu. Paradoksalnie, w tym samym czasie naukowcy społeczni zauważają początek rewolucji cywilizacyjnej w sferze intymnych więzi. Mówi się o wykorzenieniu relacji społecznych ze wspólnego terytorium i konieczności ich budowania w przestrzeni Internetu lub telefonicznych rozmów; powstaniu rozłączonych między kilkoma państwami rodzin transnarodowych i rodzin światowych, których relacje odzwierciedlają sprzeczności globalnego świata, a więc borykanie się z częstą rozłąką, tęsknotą, koniecznością znalezienia nowych formuł i rytuałów intymności. Niestety, coraz większe skracanie odległości między matką a dzieckiem powoduje ignorowanie faktu, że wiele grup doświadcza wykluczenia i władzy właśnie jako przymusu migrowania.

 

Dewizowe sieroty

W Polsce proces skracania odległości w relacji matka–dziecko dobrze obrazuje rok 2008, w którym na fali paniki po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej odkrywa się rozłąkę migracyjnych rodzin, by odgórnie – bo jeszcze nie ma badań – uznać odległość za dysfunkcję procesu wychowania dzieci i polskiej rodziny.

Określenie „eurosierota”, które wówczas upowszechniło się w języku mediów i instytucji, stało się symbolicznym obrazem zła wyrządzanego dzieciom przez zarobkowe wyjazdy rodziców.

Najsilniejsze oskarżenia padły pod adresem matek migrantek spoza klasy średniej, opisywanych jako nieodpowiedzialne i moralnie podejrzane. Diagnozy te miały charakter wybitnie klasowy, skierowane były pod adresem kobiet, które kursowały do pracy za granicą po to, by przeżyć, o czym się rytualnie zapominało. Dla porównania, w analogicznej panice moralnej z czasów PRL-u, gdzie również punktowano rozłąkę migracyjną z dziećmi (dla których ukuto nawet pojęcie „sierot dewizowych”), moraliści partyjni ostrze krytyki kierowali raczej w kierunku „bezdusznych kapitalistów”; przekonani, że z pewnością eksploatują oni ciała i energię porządnych socjalistycznych pracownic z Polski. O jakości zmiany politycznej i pozycji matki, która nastąpiła po transformacji, świadczy fakt, że dyskusja wokół eurosieroctwa winną „porzucenia” dzieci czyniła przede wszystkim i / lub już tylko matkę, co udało się m.in. dlatego, że ignorowało się rzeczywiste warunki życia, doświadczenia kobiet i heterogeniczność polskiego macierzyństwa.

Warto przypomnieć, że przed 1989 r. odległość w relacji matka–dziecko w doświadczeniach wielu polskich rodzin, bez uwzględnienia sytuacji typu wojna, choroba lub uwięzienie, nie była niczym szczególnym. Kobiety i mężczyźni podejmujący naukę czy pracę w innym mieście prosili rodziców lub teściów o opiekę nad dzieckiem w dni robocze. W akademikach lub hotelach robotniczych nie zawsze panowały odpowiednie warunki, by zabrać dziecko ze sobą, a często zakładano, że lepiej mu będzie z dziadkami. Opieka została więc zanurzona w sieciach rodziny rozszerzonej, w specyficznym typie macierzyństwa łączonego, które również dzisiaj stanowi istotny punkt odniesienia, zwłaszcza na terenach wiejskich, gdzie braki infrastrukturalne często wymuszają obywatelskie współdziałanie. Popularny był też wzorzec, zgodnie z którym wysyłano dzieci do zamieszkałych w innych miastach krewnych. Zdarzało się to w sytuacjach, kiedy blisko domu nie było specjalistycznej szkoły, w której dziecko mogłoby się uczyć wymarzonego zawodu. Pisał o tym wybitny socjolog Józef Chałasiński w obronionej w 1928 r. pracy doktorskiej pt. Wychowanie w domu obcym jako instytucja społeczna. Uznał on nawet, że taka forma kształcenia była instytucją wychowawczą rodziny, jej przedłużeniem, kategorią z innego porządku niż szkoła, w której dziecko wychowuje się w obcej grupie. Warto dodać, że dawniej powierzenie opieki nad dzieckiem dalszej lub zaprzyjaźnionej rodzinie – do której warsztatu wysyłano dziecko, by nauczyło się fachu, albo praktykowane wysyłanie dzieci na naukę lub służbę na dwór, by tam nabrały ogłady i dobrych manier – oprócz edukacji nierzadko służyły też podniesieniu statusu społecznego dziecka. Jak pokazują historycy analizujący archiwa polskich rodów, w praktyce ziemiaństwa zdarzało się, że dzielono się opieką i wychowaniem dziecka z zamożniejszymi, ale samotnymi krewnymi. Wysyłano je do dysponujących majątkiem, świeżo owdowiałych kobiet, które przygarniały krewnych na wychowanie. Czasami odległość narzucały instytucje państwowe. Pierwsze przyfabryczne żłobki budowane tuż po wojnie i w latach 50. były placówkami całotygodniowymi. Robotnice zostawiały w nich dzieci na pięć–sześć dni roboczych, by móc pracować, i zabierały je w dni wolne. Podobnie działo się w wiejskich dziecińcach, w których rolnicy mogli zostawić dzieci na kilka dni lub tygodni w czasie intensywnych prac polowych. Kilka tych wspomnianych wzorców realizowania się relacji na odległość to jedynie mały wycinek wielości opiekuńczych praktyk. A przecież można byłoby dodać jeszcze doświadczenia matek, które umawiały się z mężami i ojcami, że ci przejmą stacjonarną opiekę nad dzieckiem, a kobieta – nierzadko polityczka, artystka lub uprawiająca inny wolny zawód – wyprowadzi się z domu po rozwodzie, choć nadal pozostanie zaangażowana w relację i opiekę nad dzieckiem. Wszystkie te wzorce, praktyki i doświadczenia stają się dzisiaj – z punktu widzenia wyostrzających się standardów – nie tylko wyparte i zapomniane, ale również moralnie podejrzane.

 

Biedne Polki na rynkach globalnych

Nowe oczekiwania i praktyki oraz warunki dzieli przepaść. Polki zmagają się z ubóstwem, mówimy nawet, że jest ono w Polsce feminizowane. Biedę pogłębia brak infrastruktury opiekuńczej dla matek. Kto nie wierzy, niech spojrzy na statystyki, zwłaszcza na sugestywną grafikę partii Razem, która jakiś czas temu obiegła media społecznościowe.

Pokazano na niej, w oparciu o dane GUS z 2014 r., że tylko na czterech polskich stadionach wybudowanych na Euro 2012 jest 2,5 raza więcej miejsc (188 494) niż w żłobkach i klubach dziecięcych w całym kraju (72 202).

Stadiony te zostały w części sfinansowane ze środków uzyskanych z likwidowanych stołówek szkolnych, które od lat dawały pracę setkom kobiet, a przede wszystkim były ważnym elementem żywienia dzieci z niezamożnych rodzin oraz zdrowego żywienia dzieci w ogóle. Ot, neoliberalne priorytety. Statystyki pokazują również, że bieda w Polsce ma charakter nie tylko sfeminizowany, ale też klasowy, jest zapośredniczona przez wiek, wykonywaną pracę i sytuację rodzinną. Transformacja uderzyła przede wszystkim w kobiety pracujące w przemyśle, rolnictwie; kobiety ze wsi, z małych miasteczek i peryferyjnych regionów kraju, głównie ze ściany wschodniej; kobiety z niższym wykształceniem; kobiety młodsze niż 24-latki, a starsze niż 50-letnie; samotne i wielodzietne matki. Doświadczyły one długotrwałego strukturalnego bezrobocia, relatywnie niższych płac w porównaniu z mężczyznami, nie miały szans na poprawę swojej sytuacji. Niekorzystne usytuowania kobiet i osób z niższych klas społecznych widać przede wszystkim w zjawisku ubóstwa dzieci. Dotyka ono zwłaszcza dzieci z rodzin samotnych matek i rodzin wielodzietnych. Ok. 34% rodzin posiadających dwoje lub więcej dzieci zmaga się z problemem niedostatku. Co czwarte dziecko w Polsce (22%) cierpi z powodu relatywnego ubóstwa, co jest jednym z najwyższych wskaźników w Europie (tuż po Rumunii) i nie zmienia się od lat. Z problemem tym mierzą się też młodzi absolwenci. Na przykład na Podlasiu w 2011 r. aż 30% osób z grupy wiekowej 25–34 lata nie posiadało pracy. Sytuacja ta przyjmuje dramatyczne rozmiary na wsiach, gdzie w tym okresie populacja młodych osób bezrobotnych pozostających bez pracy co najmniej rok lub dłużej plasowała się w tym obszarze na poziomie ok. 43% ogółu bezrobotnych mieszkańców wsi i uderzała przede wszystkim w kobiety, którym trudniej jest się zatrudnić w rolnictwie.

 

Migracje a opór Polek

Ubóstwo powoduje, że od lat 90. z kraju wyjeżdżają nie tyle osoby zamożne, wykształcone i przedsiębiorcze, jak było dotychczas, ile przede wszystkim ludzie z niższych klas społecznych i kobiety. Polki włączają się w globalny strumień migracji tanich pracownic, które od lat 70. kierują się do relatywnie zamożniejszych krajów Europy, Ameryki Północnej, Azji i krajów arabskich. Są to przede wszystkim zagrożone ubóstwem matki ze wszystkich części świata, w tym Europy Środkowo-Wschodniej, które zostawiają dzieci na czas pracy w krajach swojego pochodzenia. Miliony takich kobiet zgrupowanych w wielkomiejskich gettach migranckich pełnią funkcje opiekuńcze – sprzątają, zajmują się dziećmi, chorymi, starszymi, niepełnosprawnymi, pracują na farmach i w fabryczkach. Szacuje się, że w krajach Północy samych migracyjnych pracownic domowych jest już ponad 53 mln, a liczba ta stale rośnie. Zjawisko to – okrzyknięte przez Arlie Russell Hochschild nowym kolonializmem, w którym to importowane miłość i opieka stają się nowym złotem – jest przez feministyczne historyczki uznane za novum w skali historycznej. Po raz pierwszy bowiem gospodynią domową nie jest singielka / stara panna, ale imigrantka, która sama jest matką i żoną na odległość. Taka sytuacja stanowi wyzwanie dla wzorców i standardów macierzyńskiej opieki, z którą wszyscy, a przede wszystkim kobiety i ich rodziny, muszą się uporać.

Inne wyzwania czekają młodsze Polki, które od 2004 r. za sprawą otwarcia granic Unii Europejskiej, a w kolejnych dzięki otwarciu rynków pracy zyskały możliwość zabrania dzieci ze sobą. W takich strategiach opuszczania kraju w pojedynkę lub całą rodziną widać, w jaki sposób poprzez migracje realizuje się opór Polek wobec zarówno neoliberalnych polityk, jak i kultury patriarchalnej. Te, które zostają w kraju, nierzadko decydują się nie mieć dzieci. Zjawisko to zostało nazwane buntem reprodukcyjnym Polek. Istnieją też kobiety, które opuszczają kraj z powodu niechęci, by wychowywać dzieci w państwie, gdzie są pozbawionymi wsparcia obywatelkami drugiej kategorii. Wyjazdy są podejmowane w celu pokrycia bieżących wydatków gospodarstwa domowego, ale też w dużej mierze po to, by móc kupić / wynająć mieszkanie i założyć rodzinę. Wśród polskich migrantek dzietność jest bardzo wysoka, znacznie większa  niż w ojczyźnie i nierzadko porównywalna do dzietności innych grup etnicznych, takich jak np. na Wyspach Brytyjskich tradycyjne Pakistanki. Migrantki mówią otwarcie, że dopiero za granicą mogą być matkami – tam mają łatwiejszy dostęp do refundowanego in vitro i badań prenatalnych, środków antykoncepcyjnych, edukacji seksualnej i ochrony zdrowia. Mają wybór: mogą być singielkami, zawierać związki partnerskie, a jako pary nieheteroseksualne – adoptować dzieci. Wiele kobiet podkreśla też, że motyw ekonomiczny to nie jedyna przyczyna opuszczenia kraju, który postrzegają jako ciasny, konserwatywny, nietolerancyjny i niesprawiedliwy wobec kobiet. Dlatego politycy, którzy są przekonani, że wsparcie typu 500+ powstrzyma od emigracji lub zawróci wiele obywatelek do kraju, będą rozczarowani. Za granicą Polki znajdują, o czym mówią otwarcie, przyjaźniejszą (mniej konserwatywną), wielokulturową przestrzeń do wychowywania dziecka, realizacji planów osobistych i zawodowych. Wiele z nich wyjeżdża właśnie po to, by zdobyć dostęp do szeroko rozumianego bezpieczeństwa ontologicznego, osobistego i zabezpieczeń socjalnych dla siebie i swoich rodzin. Ważne są też inne motywy migracji – jak ucieczki kobiet matek przed przemocą, która nie jest skutecznie zwalczana przez państwo, lub wyjazdy, by móc uzyskać niezależność i sprzyjającą społecznie przestrzeń dla realizacji rozwodu lub separacji. Taka strategia dotyczy wszystkich pokoleń kobiet, bo wszystkie zmagają się w Polsce z brakiem realnej ochrony i przyzwoleniem na przemoc, czego przykładem jest zablokowanie na kilka lat przez partie konserwatywne i katolickich hierarchów ratyfikacji Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 2011 r. Zinterpretowano ją bowiem nie w kategoriach troski o rodzinę, ale jako zagrożenie dla tradycyjnych patriarchalnych wartości. Konwencja została ratyfikowana przez Polskę dopiero w roku 2015.

 

***

Widzimy zatem, iż warunki życia milionów kobiet zupełnie nie pokrywają się ze współczesnymi, coraz bardziej skupionymi na terytorialnej bliskości standardami. Wiele kobiet po prostu nie mogło lub nie może, nawet gdyby chciało, zostać z dziećmi w domu. W polskim kontekście standardy te najbardziej uderzają w kobiety ubogie, wykluczone, a także starsze, które na emigrację zarobkową wyjeżdżały w czasie, gdy praca była nielegalna, a więc gdy nie można było zabrać ze sobą dziecka. Trudno poradzić im sobie z tym doświadczeniem ze względu na stygmatyzujący – nieznany ich babkom, matkom – stosunek do wyjeżdżających matek. To właśnie te kobiety są zwykle najbardziej rozczarowane, a nawet rozgoryczone polską neoliberalną polityką. To właśnie one po powrocie do Polski próbują bronić macierzyństwa na odległość z pomocą tradycyjnych wartości poświęcenia, troski i opieki.

_

Podczas pracy nad tekstem korzystałam z:

R. Hryciuk, E. Korolczuk, Niebezpieczne związki: macierzyństwo, ojcostwo i polityka, Warszawa 2015.

S. Urbańska, Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010, Toruń 2015.

M. Kindler, J. Napierała, Wstęp, w: Migracje kobiet. Przypadek Polski, red. M. Kindler, J. Napierała, Warszawa 2010.

Gender i ekonomia opieki, red. E. Charkiewicz, A. Zachorowska-Mazurkiewicz, Warszawa 2009.

I. Desperak, Podwójnie samotne. O wykluczeniu rodzin niepełnych, w: Homofobia, mizoginia i ciemnogród? Burzliwe dzieje kontrowersyjnych ustaw, red. I. Desperak, Łódź 2008.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter