70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

To, co zostało

Wnukom akcji „Wisła” pochodzenia łemkowskiego zadałyśmy ten sam zestaw pytań: Skąd dowiedzieliście się o akcji przesiedleńczej z 1947 r.? Czy czujecie, że miała albo nadal ma ona wpływ na Wasze życie? Jak opowiadali Wam o niej rodzice, dziadkowie? Czy myślicie, że wpłynęła na to, kim jesteście dzisiaj?

Rozpoczniemy od wyznania – jeszcze do niedawna główną osią tego tekstu miały być wspomnienia Łemków, którzy przeżyli akcję „Wisła”. Jednak uczestnictwo w tegorocznych łemkowskich obchodach 70. rocznicy tych wydarzeń zweryfikowało te założenia. Zdałyśmy sobie sprawę, że pamięć o akcji „Wisła” utknęła w pamiętnikach, stała się przedmiotem sesji naukowych i te narracje jej nie aktualizują. Pomija się w nich pracę pamięci następ­nych pokoleń, które w historię swojej rodziny mają wpisane tak tragiczne wydarzenia. Wreszcie zastana­wiałyśmy się, kto i jak będzie pamiętał o akcji „Wisła” w kolejnym pokoleniu. Najważniejsze stało się dla nas znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak wpływa ona na ludzi w naszym wieku, wnuków uczestników ówczesnych wydarzeń (którzy w debacie publicznej i tak często są pomijani, ponieważ przesiedlenia z 1947 r. są rozpatrywane przez pryzmat polsko-ukraińskiej polityki międzynarodowej i historycznej, z pominię­ciem mniejszości, dla której akcja „Wisła” była jednym z kluczowych wydarzeń w XX w.). Naszą intuicję (trochę na przekór) poparł Antoni Kroh, badacz ludów karpac­kich, który w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” (2017, nr 21) Polityczni Rusini powiedział: „Na podob­nych [do łemkowskich obchodów 70. rocznicy akcji „Wisła” – przyp. red.] uroczystościach widzę ciągle te same twarze, z roku na rok coraz starsze”. Przeglądając zdjęcia z obchodów, zdałyśmy sobie sprawę, że wielu z nas wpada w pułapkę romantyzowania wizerunku współczesnych Łemków, nerwowo wypatruje bez­piecznych odniesień do folkloru i swoje poszukiwania kończy na podobnym do Indianina Łemku w czusze z czarno-białego zdjęcia Romana Reinfussa. Trudniej jest zauważyć wnuków uczestników akcji „Wisła”, dla których to wydarzenie też jest konstytutywne – wokół niego toczyły się rodzinne opowieści, spory, często było ono okryte tajemnicą. A przecież środowisko młodych Łemków i Łemkiń daleko wykracza poza obrazy utrwalone na przedwojennych fotografiach: prężnie (choć nie na wielką skalę) działa, ma swój żywy język oraz kulturę i przechowuje pamięć o akcji „Wisła”, ale tę pamięć aktualizuje, buduje na niej tożsamość, która chce patrzeć w przyszłość.

Poniekąd udało nam się utrzymać pierwotny zamysł – od reprezentantów młodego pokolenia otrzy­małyśmy wspomnienia odziedziczone po pradziad­kach, dziadkach, rodzicach, ale dowiedziałyśmy się też, kim są wnukowie uczestników tych wydarzeń, co robią z tą pamięcią, jaką narrację przekazują dalej, a przede wszystkim, jak to wydarzenie wpłynęło na to, kim są. Wybrałyśmy sześć różnych historii Łemków, pół­-Łemków, Łemków odzyskanych, Łemków niepewnych, które akcja „Wisła” wiąże na bardzo różnych poziomach.

 

Ciągle jestem tu nowa

Marta:  Z Anną Maślaną poznałam się na studiach łemkowskich. Szybko okazało się, że mamy podobne historie – jesteśmy Łemkiniami, ale nie do końca mamy pewność, co to znaczy. Anna wiedziała o Łemkach dużo więcej ode mnie, opowiadała o swoich doświad­czeniach z pracy w sanockim skansenie, rozmawiała ze swoją babcią Łemkinią o tym, czego uczyła się na stu­diach, potrafiła wymienić elementy tradycyjnego łem­kowskiego stroju, rozpoznawała ikony. Anna przygoto­wuje doktorat z języka łemkowskiego. Dzwonię do niej zawsze w razie problemu językowego – nie dość, że zna odpowiedź na każde pytanie, to jeszcze jest w stanie odtworzyć historię zmian wprowadzanych do języka łemkowskiego w ostatnim czasie. Najprawdopodobniej jako jedyna osoba na świecie.

Anna Maślana, fot. z archiwum AM

Czuję się Łemkinią, ale wciąż jestem tu nowa. W środo­wisku łemkowskich działaczy, ale też w mojej łemkowskiej tożsamości. Mimo że moi dziadkowie od zawsze powta­rzali, że jesteśmy Łemkami, to dopiero kilka lat temu zrozumiałam, co to oznacza – wtedy gdy poznałam język, gdy w końcu nauczyłam się czytać i mówić po łemkowsku.

Kiedy byłam dzieckiem, łemkowska tożsamość dziadków kojarzyła mi się ze świętami. Obchodziliśmy je podwójnie i w tamtym czasie wydawało mi się to cał­kiem normalne, myślałam, że każdy tak ma i że wszyscy dziadkowie mówią między sobą w jakimś innym języku, którego ich dzieci i wnuki nie rozumieją. Kiedy dorosłam, zaczęło to budzić moją ciekawość, zadawałam pytania, dlaczego tak jest.

Wydaje mi się, że pierwszy raz o akcji „Wisła” usły­szałam w szkole na lekcji historii, ale wtedy nie odno­siłam tego do siebie. A kiedy na zajęciach z WOS-u mie­liśmy opisać jedną z grup etnicznych w Polsce, przypo­mniałam sobie, że przecież moja babcia jest Łemkinią (o sobie w tamtym czasie nie myślałam w ten sposób) i że w domu mamy książkę o Łemkach. Odrobiłam zadanie, opisałam tę grupę, ich stroje, kulturę. Tak mnie to zacie­kawiło, że przeczytałam tę książkę do końca i zaczęłam szukać publikacji na temat Łemków. Potem zrobiłam kurs przewodnika w sanockim skansenie. I tak się zaczęło.

Jeszcze do niedawna wcale nie byłam świadoma, że jestem wnuczką ofiar akcji „Wisła”. To się stało oczywiste na wydarzeniach rocznicowych w Gorlicach. Wtedy gdy dziennikarka z radia zadała mi pytanie, co przez tę akcję straciłam: ja, Anna Maślana, nie moja babcia, dziadek czy tato.

Babcia zaczęła wspominać o tamtych wydarzeniach kilka lat temu. Dopiero kiedy się tym zainteresowałam i sama zaczęłam zadawać pytania. Ale do dzisiaj nie znam jej całej historii. Podczas ostatniej wizyty w domu babcia mnie capnęła i zaczęła opowiadać. Ona zawsze myśli, że będę ją nagrywać, i teraz faktycznie to robię, bo jest coraz starsza. To, o czym mi mówi, jest dla mnie prze­rażające. Czasem, kiedy poczuje, że powiedziała za dużo, udaje, że nie pamięta, zasłaniając się swoim wiekiem. Na pytania o przesiedlenia (a wiem przecież z relacji, jak to wyglądało) odpowiada, że wcale nie było tak źle, że np. w wagonie, w którym ona i jej rodzina jechali za zachód, nie było aż tak ciasno i każdy mógł usiąść na pakunku z rzeczami. We mnie to budzi natychmiastowy sprzeciw, bo jeśli to nie było najgorszym doświadczeniem, to co w takim razie może nim być? Wydaje mi się, że celowo nie mówi mi wszystkiego. Czuję, że wynika to z jej troski o mnie, żebym nie musiała się mierzyć z jej najgorszymi wspomnieniami i traumami.

Jestem Łemkinią. Ale czasem myślę, że nie mamy już prawa czuć się prawdziwymi Łemkiniami, bo przecież świadome tego jesteśmy dopiero od kilku lat.

Prawdziwymi Łemkami są nasi znajomi ze środowiska, którzy uczyli się języka od rodziców, działają od zawsze. Zastanawiam się, czy siedem lat zajmowania się i dbania o moją łemkow­skość z 32 lat życia wystarczy, żebym sama przed sobą nie miała już żadnych wątpliwości, że jestem Łemkinią.

 

Kultura w języku

Urszula: Z Margaretą Kiec (Przybyło), jedną z pierwszych poznanych przeze mnie Łemkiń, nie sły­szałyśmy się sześć lat. Głos w telefonie od razu przy­pomniał mi, jaką dumną postawę reprezentowała. Po ukończeniu studiów ukrainistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim wróciła w swoje rodzinne strony, do wsi Lisiec, w gminie Lubin na Dolnym Śląsku.

Margareta Kiec, fot. z archiwum MK

Co tu dużo mówić – jestem patriotką lokalną. W Liściu się urodziłam i wychowałam. Tu przesiedlono ze wsi Bartne w powiecie gorlickim moich pradziadków ze strony ojca. W Liściu mieszka niecałe 300 osób – większą część stanowią Łemkowie, a niedaleko, w Legnicy działa np. łem­kowski Zespół Pieśni i Tańca „Kyczera”. Wyobraź sobie, że są w mojej wsi Polacy, którzy świetnie mówią po łem­kowsku – kilka razy byłam w wielkim szoku, że nie są Łemkami, choć całe życie byłam święcie o tym przekonana. W Liścu nigdy nie było problemu, żeby przyznać się, kim się jest i skąd się pochodzi.

Tożsamość i kulturę narodową przechowuję w języku. Rodzice zbudowali we mnie bardzo duże poczucie przynależności i świadomości. Moim pierwszym językiem jest łemkowski, uczyłam się go od najmłodszych lat, w moim domu nie mówiło się inaczej. Język polski zaczęłam poznawać w szkole, pamiętam te trudne powroty do szkoły po wakacjach, kiedy wszystko mi się myliło. Zresztą – historia lubi się powtarzać – moje córki dopiero w przed­szkolu rozpoczęły naukę polskiego. Jestem prawnuczką ofiar akcji „Wisła”, moi pradziadkowie zostali przesiedleni z dziadkami, którzy byli wtedy małymi dziećmi. Pradziad­kowie zmarli, kiedy miałam dziesięć lat, wtedy nie intere­sowałam się historią. Choć w domu ukształtowano świa­domość tego, kim jestem, to nie przypominam sobie, żeby ktoś opowiadał mi o tamtych wydarzeniach – historia, daty, relacje przyszły z zewnątrz. Świętuję rocznice akcji „Wisła”, tak samo jak inne święta i rocznice.

Nigdy jednak nie czułam, że nasze pochodzenie to temat tabu – żyliśmy własnym życiem poza wielką historią, a wartości, zwy­czaje, język wyniosłam z domu.

Rodzice wpoili mi, że dru­giej połówki powinnam szukać w towarzystwie łemkow­skim. Tak się stało. Myślałam o tym, czy mogłabym żyć nie z Łemkiem. Może tak, ale musiałabym go nauczyć łemkowskiego…

 

 

Anegdota o tożsamości

Marta: Parę lat temu opublikowałam na Face­booku wpis o tym, że świętuję łemkowską Wigilię uszkami od mamy i barszczem z torebki. Moja kolejna rozmówczyni, która woli pozostać anonimowa, zamie­ściła pod nim komentarz: „Dobrze, że piszesz, przypo­mniałaś mi o dziadkach! Już do nich dzwonię”. Znałyśmy się jakiś czas, ale rzadko rozmawiałyśmy o łemkowskich wątkach w jej życiu. Byłam bardzo ciekawa, czy często dzwoni do swoich dziadków w sprawach łemkowskich.

Nie czuję się Łemkinią. Nigdy nie funkcjonowałam w tej społeczności, do tej pory wiem o niej niewiele. O tym, że mam łemkowskie korzenie, zaczęłam rozmawiać z tatą dopiero jako nastolatka. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że Łemkowie istnieją, trudno mi było ich sobie wyobrazić. W tamtym czasie tę łemkowską stronę mojej tożsamości postrzegałam negatywnie. Przede wszystkim ze względu na to, że jako dziecko byłam pozbawiona kon­taktu z łemkowską częścią mojej rodziny. Pamiętam, że miałam o ten brak kontaktu duży żal i obwiniałam ich o to, że byli tak mocno osadzeni w swojej hermetycznej tożsamości. Dziadkom bardzo zależało, żeby ich synowie związali się z Łemkiniami, więc kiedy ich najstarszy syn, mój tato, związał się z moją mamą, Polką, nie chcieli tego zaakceptować. I nawet po moich narodzinach dziadkowie wywierali na tatę dużą presję, proponowali, żeby może poczekał i znalazł żonę Łemkinię. Nasze relacje unormo­wały się dopiero po wielu latach, kiedy wszyscy się zestarzeli, dziadkowie odpuścili i było za późno, żeby zakładać nowe rodziny. Teraz moi łemkowscy dziadkowie nie myślą o tym, żeby nam, swoim wnukom, przekazywać tę kulturę, chcą mieć po prostu z nami bliski kontakt.

O akcji „Wisła” dowiedziałam się w kontekście powo­jennej historii Wrocławia, czyli miasta, w którym się urodziłam, z rozmów o tym, że tutejsi mieszkańcy pochodzą ze Wschodu, z Ukrainy albo z okolic Krynicy-Zdroju, skąd wywodzi się moja łemkowska rodzina. Łemkowie byli dla mnie jedną z grup, która została przymusowo wysiedlona, i oczywiście ich historia jest tragiczna, ale taka też jest historia mojej polskiej rodziny, która została przeniesiona z dzisiejszego terytorium Ukrainy. W moim wyobrażeniu akcja „Wisła” to element powojennego obrazu Polski (i sze­rzej – Europy), jedno z przesiedleń ludności, z którymi nasi dziadkowie musieli się zmierzyć.

Wydaje mi się, że wybory życiowe dzieci przesiedleńców były podyktowane oczekiwaniami mniejszości etnicznej i religijnej, która znalazła się w trudnej sytuacji w Polsce i bardzo chciała zachować swoją tożsamość. I w pewnym momencie, w mikroskali, to zaważyło na rozu­mieniu relacji międzyludzkich i określaniu tego, co jest właściwe. W tym widzę najpoważniejsze konsekwencje akcji „Wisła” w swoim życiu – moi łemkowscy dziadkowie, w trosce o zachowanie swojej kultury, podjęli decyzje, które zaważyły na tym, jak wyglądało moje dzieciństwo i kon­takty z częścią najbliższej rodziny.

Moja łemkowskość jest związana z tożsamością jed­nego rodzica, ale nigdy nie stała się tak silna, żeby determinować to, kim jestem.

Wyrosłam ze świadomością, że jestem z grupy większościowej w Polsce – jestem polską katoliczką. O tożsamości łemkowskiej dowiedziałam się za późno i szczerze mówiąc, nie wydawała mi się atrakcyjna na tyle, żeby chcieć do niej wrócić. Nie wyobrażam sobie, żebym przekazywała ją moim dzieciom, chyba że jako cie­kawostkę. Sama nic o niej nie wiem, nigdy nie stała się moją obsesją ani ważnym elementem mojego życia. To, że jestem w jakieś części Łemkinią, jest tylko anegdotą o mnie i to się już raczej nie zmieni.

 

Jak nie być bortakiem

Marta: Seweryn Kosowski jest Łemkiem z Zachodu. Jego rodzina nie wróciła na Łemkowynę, ale przeka­zała mu miłość i szacunek do utraconej ojczyzny. W rozmowie z Sewerynem nie czuć żadnych wątpli­wości odnośnie do tego, kim jest. Siła jego narracji tkwi w tym, że akcja „Wisła” nie przerwała przekazu mię­dzypokoleniowego w jego rodzinie, być może nawet go umocniła. I teraz Seweryn jest nie tylko aktywnie zaan­gażowany w życie mniejszości łemkowskiej w Polsce, ale też może się pochwalić językiem łemkowskim na świadectwie maturalnym.

Pochodzę z czysto łemkowskiej rodziny, w której zarówno rodzicie, jak i dziadkowie to Łemkowie z Łemkowyny. U nas zawsze mówiło się po łemkowsku. W moim przypadku ważne też było to, że znałem dziadków z jednej i drugiej strony, znałem też swoich pradziadków. Dla nich bycie Łemkiem było naturalne i tę naturalność, dumę z tego, kim są, przekazali mnie.

Trudno mi powiedzieć, kiedy pierwszy raz usłyszałem o akcji „Wisła”. Wydaje mi się, że kiedy byłem małym chłopcem i mieszkałem na stałe w domu. Podczas gdy rodzice byli w pracy, zostawałem z dziadkami, a oni często opowiadali te historie, rysowali, jak wyglądały ich domy, tłumaczyli, dlaczego nie mieszkamy w Górach.

W tych opowieściach czas dzielił się na dwie części – przed i po akcji „Wisła”. To, co było przed, było dobre. Tam było wesoło, dobrze, u siebie. To, co było po, wiązało się z bólem, traumą.

Dziadkowie wpajali mi, żebym mówił po łemkowsku, chodził do cerkwi, żebym nie wstydził się tego, kim jestem. Żebym był jawnym Łemkiem, bo ten, który jest jawny, nie wstydzi się tego, kim jest, buduje szacunek innych osób. Bo jeśli jesteś Łemkiem, ale się tego wstydzisz, to jesteś borta­kiem [z łem. głupiec – przyp. red.].

Lubię wracać do tego, co było „przed”. Czasem sobie wyobrażam, jakby to było, gdybym żył na Łemkowynie w tamtych czasach. Moją ojczyzną jest Łemkowyna, ale to jest arkadia. Każdy człowiek ma sentyment do miejsca, gdzie się urodził, gdzie przeżył pierwsze lata życia. Ja wychowywałem się we wsi pod Legnicą i do końca życia będę miał sentyment do tego miejsca, bo tam stawiałem pierwsze kroki i poznawałem świat. I choć byliśmy jedyną rodziną łemkowską w tej wsi, to żyliśmy bardzo dobrze z sąsiadami, mieliśmy z nimi dobry kontakt i nikt nam nie dokuczał. Przynajmniej ja nie pamiętam takich sytuacji. Tak samo było w Legnicy.

Jednak moja prawdziwa ojczyzna i ojczyzna mojego narodu to Łemkowyna – góry, cerkwie, kapliczki, wsie i drewniane domy.

To jest naturalne, moje, a to, co jest na Dolnym Śląsku – narzucone, cudze. W górach znajduje się moja ojczyzna i wysiedlenia tego nie zmieniły. Choć zosta­liśmy pozbawieni dóbr materialnych, nie posiadamy doku­mentów własności, to Łemkowyna tkwi w naszej sferze duchowej. Do teraz, kiedy chodzisz po wsiach łemkowskich, widać te miejsca, rzeczy tworzone przez Łemków – cerkwie, krzyże, których jeszcze trochę na szczęście zostało. To był region zupełnie inny kulturowo niż ten, w którym znaleź­liśmy się na zachodzie.

Nie myślę o sobie jako o wielkim aktywiście łemkow­skim. W 2014 r. pisałem maturę z języka łemkowskiego, teraz sprawdzam swoje możliwości w radiu i portalu lem.fm. Robię to, bo to mój język i moja kultura. Pisane, a tym bardziej żywe, mówione słowo jest dla mnie bardzo ważne. Pomaga zachować łemkowską tożsamość.

 

Pamiętniki babci Nadziei

Urszula: Natalia Wisłocka obecnie mieszka we Lwowie, choć pochodzi z Lubina na Dolnym Śląsku. Poznałyśmy się korespondencyjnie – redagowałam tłu­maczenia Natalii do książki Łukasza Saturczaka i Łesia Bełeja Asymetryczna symetria. Z niej dowie­działam się, że Natalia jest Łemkinią. Jej rodzinę pod­czas akcji „Wisła” przesiedlono z Łabowej (miejscowość między Krynicą-Zdrojem a Nowym Sączem) do ponie­mieckiego gospodarstwa Erlich, skąd udała się do pobli­skiego Niemstowa. Mówi o sobie, że dorosła do tego, by nazwać się Łemkinią, nie używa języka łemkowskiego, choć uczy się ukraińskiego.

Natalia Wisłocka, fot. z archiwum NW

Moja historia pamięci o akcji „Wisła” jest letnia. Kiedy kon­frontuję swoje spostrzeżenia i myśli o tym wydarzeniu ze znajomymi, to okazuje się, że oni przeżywają to bardziej boleśnie. Mam koleżanki, które opowiadały mi o swoich babciach drżących na samą myśl o tym, że mogą związać się z Polakiem – przecież Polacy wyrządzili zło Łemkom. U mnie tego nie było.

Pamięć o akcji „Wisła” została przekazana mi przez babcię Nadzieję, która chętnie dzieli się swoją opowie­ścią, wypowiada się w publikacjach dotyczących prze­siedleń, ma misję, by dzielić się tą wiedzą, prowadzi pamiętniki i udostępnia je innym – ostatnio jej wypo­wiedzi znalazły się w książce Martina Pollacka Topo­grafia pamięci. Babcia jest dla mnie wielkim autorytetem. Uważa się najpierw za Ukrainkę, a później za Łemkinię. Jej historia jest bardzo dobrze przemyślana i przepraco­wana, może dlatego nie ma w niej takich emocji, które towarzyszą innym Łemkom. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nigdy nie słyszałam jej historii od początku do końca, a ponieważ sama biorę udział w projekcie doty­czącym także historii migracji Ukrainek, poprosiłam ją o opowieść i wtedy pierwszy raz usłyszałam z jej ust mocne słowa: „ten okropny rok”, „niezrozumienie”, „bezsil­ność”. Strasznie dużo goryczy pojawiło się, kiedy mówiła o swoim ojcu, który przyjaźnił się z Polakiem – ten powie­dział, że przed deportacją ojca babci, mojego pradziadka, uchroni zmiana wyznania na obrządek rzymski. Pra­dziadek to zrobił, zmienił obrządek, a mimo to został przesiedlony. Na początku trafili do gospodarstwa Erlich, w którym mieli zamieszkać w stodole, ponieważ tam nie było domów. Mama babci znalazła jakąś możliwość, żeby przenieść się do niedalekiej wioski i żyć w trochę lepszych warunkach. Początkowo siedem przesiedlonych rodzin mieszkało w jednym dużym domu – od lipca 1947 r. do wiosny 1948 r., później każda z nich znalazła swój kąt.

Cała narracja, która istnieje w mojej rodzinie, zbu­dowana jest wokół akcji „Wisła”. Trochę tak, jakby czas był podzielony na „Łabową” i „po Łabowej”.

Historia babci Nadziei jest ułożona chronologicznie, choć wiem, że była wtedy dzieckiem i musiała ją przejąć od starszych. Oczy­wiście, że idealizuje życie w Łabowej, ale na takiej samej zasadzie, jak idealizuje się dzieciństwo. Zwraca też uwagę na obcość po przesiedleniu. Zwłaszcza w historii jej ojca, który w Łabowej był zamożnym i pracowitym gospoda­rzem, a kiedy przyjechał na Dolny Śląsk, z bezsilności kilka pierwszych dni spędził, siedząc bezczynnie na snopku siana.

Napięcia na linii polsko-łemkowskiej uwydatniają się w mojej rodzinie ostatnio bardzo wyraźnie. Mój dziadek miał w okolicach Łabowej kilka hektarów lasu, moja rodzina postanowiła się o niego upomnieć, ale proces trwa bardzo długo. W tym kontekście pojawiają się w moim domu negatywne komentarze dotyczące Polaków, instytucji państwowych oraz tego, jak Łemkowie są dziś dyskryminowani także przez mieszkańców tej wsi, którzy mówią, że nie powinniśmy wracać, bo nie mamy już praw do polskich lasów.

Mój ojciec ma łemkowskie korzenie, mama jest Polką. W pokoleniu taty mówienie, że jest się Łemkiem, stanowiło problem i łemkowskie pochodzenie było czymś, co można było rozpatrywać w kategoriach wstydu – ta kwestia nie dotyczy mnie i moich znajomych rówieśników Łemków. Tato jednak namawiał mnie, żebym uczyła się języka, uczestniczyła w życiu kulturalnym Łemków, choć sam tego nie robił. Moja babcia z kolei mówiła po ukraińsku, choć dziś, im lepiej poznaję jej język, tym wyraźniej widzę, że jest tam wiele łemkowskich wtrąceń. Nigdy nie czułam się częścią wspólnoty łemkowskiej, nie przekonywały mnie zakrapiane biesiady i cepeliowy rys tych spotkań.

Musiałam dojrzeć do tego, żeby nazwać siebie Łem­kinią, ale nigdy nie miałam problemu z przyznawaniem się do swojego pochodzenia, choć nie do końca byłam świadoma, co to znaczy.

 

Konieczność współodczuwania

Marta: Maria Silvestri jest rusińską aktywistką z Pittsburgha, przewodniczącą John & Helen Timo Foundation. Przez ostatnie dwa lata razem ze swoim przyjacielem Johnem Righettim pracowała nad doku­mentem o akcji „Wisła” Even Tears Were Not Enough, który miał swoją polską premierę na kwietniowych łemkowskich obchodach. Potomkowie Marii nie byli wysiedleńcami, wydarzenia z 1947 r. mogłyby nie być jej historią, a jednak czuje się odpowiedzialna za to, żeby o nich opowiedzieć światu.

Maria Silvestri, fot. z archiwum MS

Akcja „Wisła” jest moim doświadczeniem. Tak czuję i wydaje mi się, że jako Karpatorusini musimy być świa­domi, że to część naszej wspólnej historii. Ale wiem też, że dla ludzi w mojej sytuacji to kwestia wyboru. Trudnego, bo przyjmując doświadczenie akcji „Wisła”, przyjmuje się także uczucia i emocje, które mu towarzyszą i z którymi trzeba sobie poradzić.

Dla ludzi w naszym wieku tamte wydarzenia tak bardzo wykraczają poza znane nam rozumienie rzeczy strasznych, że nie potrafimy sobie tego wyobrazić i odnieść ich do własnego życia. Nam może się przytrafić to, co stało się w maju w Manchesterze – mam wrażenie, że jakoś nawet umiemy się z tym pogodzić. Sytuacja, w której ktoś puka do twoich drzwi i mówi, że masz dwie godziny na opuszczenie domu, jest straszna, potrafimy ją jako taką określić, ale wydaje się nam zupełnie niere­alna. Jednak uznajemy za normalne, że gdy idziemy na koncert, przechodzimy przez detektory metali i wszystkie inne środki ostrożności, które od razu nam komunikują, że znajdujemy się w sytuacji potencjalnie niebezpiecznej.

Miałam 12 lat, kiedy odwiedziliśmy naszą rodzinę spod Iwano-Frankowska na Ukrainie, wtedy pierwszy raz poznałam Łemków, których wysiedlono po II wojnie świa­towej. W tym przypadku chodziło o przesiedlenia z 1945 r., nie o akcję „Wisła”, ale to doświadczenie wpisywało się w powojenną historię wysiedleń ludności. Pamiętam miejsce pełne kurzu, smutnie i niepokojąco płaskie – tam gdzie mieszkam, są góry, zupełnie nie rozumiem nizin. Nasza krewna była bardzo samotna, pochodziła z jedynej łemkowskiej rodziny w tej wsi i nawet nie miała z kim roz­mawiać w swoim języku. Nie wiedziałam, o czym mówiły z moją babcią, ale czułam te emocje, które towarzyszyły spotkaniu. To zrobiło na mnie duże wrażenie.

Film dokumentalny, który nakręciliśmy, to jeden ze sposobów na zachowanie pamięci o wydarzeniach z 1947 r. ze strony tych, którzy je przeżyli. Dla nas jest to oczywiste, ale może warto podkreślić, że tę historię opowiadamy z naszego, łemkowskiego puntu widzenia, który jest, nie­stety, tak często pomijany w przekazach medialnych.

Naszym celem jako aktywistów jest zawsze to samo – uświadomić nie-Rusinom, że istniejemy. Bo my już wiemy, kim jesteśmy, możemy się spotykać w tych dziwnych rusińskich miejscach w Europie i rozmawiać o tym, jak skomplikowane są nasze historie, jak nie lubimy pytań o naszą złożoną tożsamość. Ale tak jak piszecie ten artykuł dla polskiego czasopisma, bo chcecie opowie­dzieć o Łemkach jak największej liczbie osób spoza grona samych zainteresowanych, tak my zrobiliśmy ten film i udostępniliśmy go bezpłatnie na YouTube, żeby każdy mógł go obejrzeć i usłyszeć, że w 1947 r. miała miejsce akcja „Wisła”, która zniszczyła cały łemkowski świat.

 

Odzyskiwanie łemkowskości

Urszula: Martę Watral poznałam w Krakowie rok po zakończeniu studiów ukrainistycznych. Do tego momentu myślałam, że Łemkowie są jednym z ukraińskich etnosów. Dzięki niej szybko zrozumiałam, że Łemkowie-Rusini posiadają odrębną tożsamość oraz niewielką, ale silną reprezentację. Jestem jej za to wdzięczna – to była wielka lekcja pokory i uważności na uwikłaną, niedoreprezentowaną, pomijaną tożsamość. Stało się dla mnie jasne, że napisanie reportażu o łemkowskiej pamięci o akcji „Wisła” może się udać tylko dzięki zaangażowaniu Marty.

Marta Watral, z archiwum MW

Moja historia zaczyna się we wsi na Dolnym Śląsku. Moich dziadków Watrali wysiedlono tam w 1947 r. Rodzice mojej mamy też byli wysiedleńcami – dziadek i babcia Polańscy poznali się już na Zachodzie (założyli rodzinę we wsi pod Oleśnicą). W moim domu nigdy nie mówiło się po łemkowsku, a o tym, kim jesteśmy też niewiele. To, że dzisiaj mogę mówić o sobie, że czuję się Łemkinią, jest wynikiem mojej ciężkiej pracy na studiach (studiowałam m.in. filologię rosyjską z językiem rusińsko-łemkowskim na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie) i poza nimi, bo od 6 lat jestem kimś w rodzaju aktywistki łemkowskiej.

O akcji „Wisła” słyszałam głównie od taty, ale dopiero, kiedy zaczęłam interesować się tą sprawą, wiedziałam jakie pytania zadawać i lepiej rozumiałam odpowiedzi. Przyznam szczerze, że zawsze czułam się trochę poza tym doświadczeniem. Ono przyszło do mnie późno, nie potrafiłam o nim myśleć inaczej, niż o czymś wtórnym, nie do końca moim, bo przecież jak mogło na mnie wpływać coś, czego nie przeżyłam i o czym przez większość życia nie miałam pojęcia.

W ostatni weekend kwietnia 2017 r. obchodziliśmy 70. rocznicę akcji „Wisła”. Siedziałam podczas łemkoznawczej konferencji, organizowanej w ramach obchodów, na samym końcu, w okazałej sali Collegium Maius UJ, w swojej Alma Mater, miejscu, gdzie nauczyłam się myśleć. Czułam się niepewnie, ponieważ robiłam łemkowskie napisy do filmu dokumentalnego o akcji „Wisła”, który miał być tam wyświetlany i wiedziałam, że czujne oko moich ludzi dostrzeże każdy błąd, każdy polonizm, każdą niewystarczająco łemkowską strukturę. Nie myliłam się, bo już przy przywitaniach w grupie moich kolegów – łemkowskich aktywistów usłyszałam: „Marta, ja cię zabiję za te napisy, tyle błędów, tyle polonizmów! Ale wybaczam ci, bo w końcu jesteś z Zachodu, tylko niech to ktoś na Boga poprawi!”. Co to znaczy być Łemkinią z Zachodu? Właściwie trudno wyjaśnić wszystkie związane z tym konotacje i niuanse. Założenia są takie, że Łemkowie z Zachodu są bardziej zasymilowani, szybciej tracą język, a przede wszystkim nie mieszkają u siebie, nie wrócili na Łemkowynę. To, że jestem Łemkinią z Zachodu i języka łemkowskiego nauczyłam się nie w domu, tylko dopiero na studiach jest jedną w konsekwencji akcji „Wisła”. I tę konsekwencję najłatwiej jest mi rozpoznać i nazwać.

Na część obchodów do Legnicy zabrałam swoich rodziców i przyjaciela. Kiedy kątem oka zobaczyłam mojego wzruszonego tatę, zaczęło do mnie dochodzić, jak bardzo to w nim żyje. I że to wcale nie jest tak, że nic mi z tego doświadczenia nie przekazał. Te dwa dni spędzone na obchodach rocznicy akcji „Wisła” były dla mnie przełomowe. Chyba po raz pierwszy w życiu poczułam, że to moja historia i wiem, jak mam o niej pamiętać. Zajęło mi to 26 lat.

Przed obchodami opublikowałam na Facebooku program oraz post, w którym napisałam, że zbliża się rocznica, wspomniałam o babci, która po drodze na Zachód trafiła do obozu w Jaworznie. Parę dni później rozmawiałam z mamą przez telefon, nagle do rozmowy włączył się tato, który zapytał: „Marta, ale dlaczego nie napisałaś nic o dziadku Watralu, on też był w Jaworznie”. Odpowiedziałam, że nie byłam tego pewna, na co tato z małym wyrzutem spytał: „No jak to nie byłaś pewna?”. No właśnie, jak to? Przecież powinnam to wiedzieć.  

Przez to, że uczyłam się łemkowskości na studiach, kiedy miałam jakieś problemy z rozumieniem języka, gdy nie potrafiłam czegoś powiedzieć, albo brakowało mi podstaw z zakresu wiedzy łemkoznawczej, to myślałam o tym jak o wyniku niewystarczającej pilności, niedoczytania. Ale czy można używać tych kategorii w przypadku własnej tożsamości?

Czy można użyć argumentu, że nie wiem, jak wyglądała chyża [z łemkowskiego – dom] moich przodków, czy czym się zajmowali przed wysiedleniami, albo czy i jak długo moi dziadkowie byli w obozie w Jaworznie, bo nie doczytałam paru stron z książki?

Noszę w sobie kilka zaklęć, fraz, na których byłam wychowywana. Bardzo długo ich nie rozumiałam, tak jak nie do końca wiedziałam, dlaczego kiedy jedziemy do babci i dziadka Polańskich, mój tato rozmawia z nimi w innym niż polski języku. Tato mi często powtarzał (cytując polskiego klasyka): „Marta, pamiętaj, jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”. Na początku ignorowałam tę mądrość, jako zupełnie nieadekwatną, ale jednak miałam ją wbitą do głowy. Zastanawiałam się nad tym, dlaczego mam tylko takie dwie możliwości, czy naprawdę nie ma nic pomiędzy? Teraz, kiedy przyglądam się sobie i swoim wyborom, a także moim rodzicom, wiem, że to jest jedna z nielicznych broni, jaką dysponują ludzie, którym ciągle się powtarzało, że są gorsi. Ani ja, ani mój tato nie siejemy postrachu w społecznościach, w których żyjemy. Obydwoje jednak mamy poczucie, że ciągle musimy sobie i światu udowadniać, ile jesteśmy warci i szacunek (na który ciężko pracujemy) traktujemy jako najwyższą wartość.

W moim życiu bardzo dobrze widać te zmagania, starania, by zasłużyć na szacunek. Moi znajomi i przyjaciele ze świata niełemkowskiego często słyszeli ode mnie co robię. Opowiadałam o Łemkach, o ich traumach, literaturze, kulturze –  o tym czego się uczyłam, do czego sama dochodziłam, jako badaczka tematu i jako Łemkini. Jednak nie mam poczucia, że mnie rozumieli. Czasem pytali, czym się aktualnie zajmuję, często zadawali te same pytania, na które w pewnym momencie już przestałam odpowiadać  z powodu poczucia, że może to faktycznie jest mało interesujące, mało ważne. Mimo że jestem teraz jedną z nielicznych specjalistek w dziedzinie Łemków i nadzieją na rozwój studiów łemkoznawczych (jako część studiów o mniejszościach), to często czuję, że dla szerszego grona nie ma to żadnej wartości.

Każde z nas, wnuków akcji „Wisła”, przechowuje historie, które mogą mieć znacznie większą siłę oddziaływania, niż ciągle powtarzane frazy. 

 

*

Dobrze się stało, że nie przygotowałyśmy tego tekstu na kwietniową rocznicę. Mamy poczucie, że wtedy pisałybyśmy o zupełnie czymś innym, nie stro­niąc od wielkich i wybijających ze strefy komfortu słów, takich jak „trauma”, „krzywda”, „bestialstwo”. Pytały­byśmy, czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak to jest stracić dom, gospodarstwo, ukochane góry, zwierzęta, izbę z piecem, a także godność i szacunek do siebie i tego, kim się jest. Dziś wiemy, że byłyby to niewłaściwe pytania, bo odpowiedzi tylko umocniłyby akcję „Wisła” jako 70-letnią wyblakłą traumę, której nasze pokolenie nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić, a co dopiero w pełni poczuć. Okazało się, że niczego nie musimy sobie wyobrażać czy odtwarzać ze starych zdjęć, bo akcja „Wisła” była doświadczeniem granicznym dla całego narodu łemkowskiego i jej konsekwencje nie zatrzy­mują się na tych, którzy przeżyli ją 70 lat temu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata