70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szalona głowa, złote serce

Bohaterka o szalonej głowie i złotym sercu jest nie do pokonania. Wyjdzie cało z zamku Sinobrodego oraz pałacu Królowej Śniegu, zabierając ze sobą odmienionych groźnych gospodarzy. Jeszcze pomoże innym. Z impetem wkroczy do akcji, żeby naprawić relacje, których nikt nie umie czy nie chce zmienić

Emocjonalna, ruchliwa, gadatliwa. Zazwyczaj nieładna, zbyt chuda, miewa w wyglądzie coś chłopięcego albo żałuje, że chłopcem nie jest. Zadarty nos, piegi. Błyszczące oczy, śliczny uśmiech. Dorastająca panienka, podlotek. Już nie dziecko, jeszcze nie kobieta, ale zaprzątnięta „kobiecymi” sprawami. Geniuszka uczucia, choć niepozbawiona inteligencji. Specjalistka od nawiązywania i naprawiania relacji. Wnosi miłość i radość w życie samotnych i nieszczęśliwych. Odmienia skamieniałe serca. Zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że przysyła ją Bóg. Stanowi żywy dowód, że ludzie są dobrzy. Przypadkiem wrzucona między obcych, spotyka się z życzliwością i pomocą. Skoro tak bezbronnej istocie nie dzieje się żadna krzywda, świat musi być piękny. Nie trzeba go zmieniać, wystarczy wydobyć jego prawdziwą, przyjazną naturę.

Pojawiła się na początku XX w. w powieściach Lucy Maud Montgomery (Ania z Zielonego Wzgórza, 1908, wyd. pol. 1912) i Eleanor H. Porter (Pollyanna, 1913, wyd. pol. 1936). Przyniosła swoim autorkom natychmiastowy sukces, również komercyjny. Dzięki niej stały się zawodowymi pisarkami. I znalazły się w kanonie kultury popularnej. Jej polską siostrą jest bohaterka powieści Kornela Makuszyńskiego Panna z mokrą głową (1933), Awantura o Basię (1936) i Szaleństwa panny Ewy (powst. 1940, wyd. 1957). Dziewczęta kilku epok chętnie śledziły jej losy w książkach i adaptacjach. Powstanie tego typu bohaterki było przełomem w skierowanej do nich literaturze i miało związek ze wzbierającą falą emancypacji kobiet. Pewnie stąd ten nadmiar uczuć, cielesnej energii, słów. W porównaniu z XIX-wiecznymi poprzedniczkami szalona i niezależna panienka mogła wydawać się wręcz zuchwała. Przy skomplikowanej nowoczesnej dziewczynie z powieści z lat 60. i 70. (np. Krystyny Siesickiej czy Haliny Snopkiewicz) jest naiwna i grzeczna.

Podkreśla się brak cech płciowych, aseksualność zwariowanej panienki, ale jej starannie skonstruowana dziewczęcość ma podstawowe znaczenie. Trudno sobie w tej samej roli wyobrazić chłopca. Liczy się „naturalna” słodycz i zdolność zjednywania sobie ludzi.

Dlatego Makuszyński wszystkim swoim bohaterkom dał psiego towarzysza – podlotka i psa wiele łączy. „Ona najgorszego diabła owinęłaby dokoła palca” (Panna z mokrą głową) i nawet by tego nie zauważyła. Ewa Tyszowska (Szaleństwa panny Ewy) zjawiająca się w gabinecie swego autora jest co prawda bystrą manipulantką – na zawołanie płacze i tragizuje, wie, że spojrzenie w oczy, pogłaskanie po ręce rozbroi starszego pana. Lecz jej teatralność, sposobiki małej kobietki są częścią czaru. Na ogół jednak bohaterka tego typu bywa spontaniczna i nieświadoma. Po prostu szczebiocze, a sprawy same układają się po jej myśli.

To jeszcze nie kobieta, więc pozostawia się jej nieco swobody. Może wejść na drzewo, przypalić obiad, zakopać i prawie udusić małego brata w śnieżnej zaspie, przefarbować włosy na zielono, powiedzieć wścibskiej sąsiadce, że jest „ordynarną kobietą bez serca”, rzucić się na szyję oschłej ciotce lub drabowi o twarzy mordercy. Za chwilę wyjdzie za mąż i stanie się „poprawna”, a nawet zadba o reprodukcję tradycyjnych wzorców. Jej dziewczęce „wykroczenia” są zresztą nieszkodliwe, nie naruszają kulturowych norm ani porządku społecznego. Wynikają z niemal gatunkowej odrębności: „Największy (…) uczony, najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie wiedział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia świata, co się dzieje w kolorowej duszy »dorastającej panny«. Jest to niezgłębiona tajemnica” (Szaleństwa…). Taka konstrukcja dziewczęcości może mieć i miewa potencjał emancypacyjny, ale bywa też wprost przeciwnie.

U Makuszyńskiego niegotowa kobiecość panny z mokrą głową, paradoksalnie, jest męską fantazją o kobiecości doskonałej, bezkonfliktowej – niespętanej zakazami, a jednak niezagrażającej, wręcz przeciwnie – zabawnej. Fizycznie dostępnej dla dojrzałych mężczyzn, którym sama kładzie głowę na piersi, rozdaje pocałunki, siada na kolanach. Pedofilskie tabu jeszcze nie obowiązuje. Aseksualna konwencja obfituje w quasi-seksualne czynności. Autor nawet siebie lub swoje alter ego przedstawia jako obiekt dziewczęcych afektów. W Szaleństwach… podlotki pisują do niego listy, kochają go i on je kocha. W Awanturze o Basię Olszowski, pisarz optymista, jest idolem gimnazjalistek, które wykradają jego nieprane kołnierzyki, do gabinetu wchodzą z rumieńcem, na miękkich nogach.

Krótka historia użyć

Wszystko zależy od tego, kto, do czego i w jakim kontekście „używa” bohaterki. Historia tych „użyć” jest pasjonująca. Na przykład u progu wielkich emancypacyjnych zmian kulturowych twórcy disneyowskiej ekranizacji Pollyanny (1960) dali ciotce Polly nieformalną, ale żelazną władzę nad miasteczkiem. Niezamężna, bogata 30-latka nie uznaje autorytetu burmistrza, lekarza, pastora. Z tego ostatniego uczyniła swoją marionetkę, dyktuje mu teksty kazań. Trzęsie radą miejską. Wszystko to jednak aktywność zastępcza. Zajmuje się sprawami publicznymi i narzuca swoją wolę lokalnej społeczności, zamiast poświęcić życie miłości, wyjść za mąż, mieć dzieci. Jest zresztą w tej osobliwej roli bardziej patriarchalna niż liberalnie usposobieni mężczyźni. Mała siostrzenica pojawia się, by przywrócić w jej głowie i miasteczku genderowy ład, a zarazem wprowadzić atmosferę  wiary w człowieka. Warunkiem pozytywnej zmiany jest pozostanie kobiety w domu.

Powojenna historia Polski odnotowuje epizod skazania dziewczęcej bohaterki na polityczne wygnanie. Do roku 1948 w prywatnych oficynach ukazały się wznowienia powieści Montgomery i Makuszyńskiego, po czym nastąpiła kilkuletnia przerwa spowodowana zadekretowaniem socrealizmu i upaństwowieniem sektora wydawniczego. Powieści dla dziewcząt jako gatunkowi odebrano rację bytu ze względu na specyficzny adres, brak realizmu, idealizację i sentymentalizm. Zablokowano wznowienia i nowe tytuły, czyszczono biblioteki. Chodziło o jednolite wychowanie, równouprawnienie kobiet, socjalistyczne społeczeństwo. Podobieństwo do Ani z Zielonego Wzgórza było piętnowane. Za uleganie wpływom burżuazyjnego pisarstwa Montgomery skrytykowano np. Dorotę i jej towarzyszy Wandy Borudzkiej (1952), urokliwą baśniową opowieść o początkach Polski ludowej. Jest rok 1945 albo 1946, w całym kraju ludzie porzucają swoje domy, by organizować nowe życie – spółdzielnie, państwowe przedsiębiorstwa, kursy zawodowe, szpitale. Ubodzy, pracowici ludzie awansują na kierowników, instruktorów, planistów. Szewc pokieruje spółdzielnią, tkaczka chałupnica będzie uczyć rzemiosła. Dorota trafia do gospodarstwa ogrodniczo-rolnego prowadzonego przez wojenne sieroty, które nie chcą, by je nazywać sierotami, a ich dom sierocińcem. Odmawiają przyjęcia łaski, są pożytecznymi obywatelami. Działają na zasadzie samorządu, bez podziału na wychowawców i wychowanków. Nie rozróżniają pracy i zabawy. Tworzą kolektyw, nie tracąc na indywidualności. Trudno w tej utopijnej powieści znaleźć analogie do Ani…, ale niektórym krytykom się udało: Dorota przez chwilę po mieszczańsku marzy o firankach i dywanie, a także zbyt ckliwie przywiązuje się do kota…

Odwilżowa II połowa lat 50. przyniosła zmianę – pojawił się nowy rodzaj powieści dla dziewcząt: obyczajowej, psychologicznej, społecznej, ukazującej – jak pisano – „autentyczne konflikty współczesnego życia”. Specyficzny adres pozostał, różnica płci nie była kwestionowana. Krytyka drwiła z małej Heli traktorzystki (z powieści Marty Michalskiej, 1951), która jak jej dorosłe odpowiedniczki stała się symbolem „błędów i wypaczeń”, czyli zaburzenia tradycyjnego podziału ról płciowych. Bohaterka nowej powieści dla dziewcząt inaczej niż panna z mokrą głową często stawała wobec problemów bez dobrego rozwiązania. Musiała twardo negocjować ze światem reguły gry. Była istotą seksualną. Powstawały wówczas książki o wiele bardziej emancypacyjne i nowoczesne niż dzisiaj. Ale znalazło się miejsce także dla staroświeckich bohaterek Montgomery i Makuszyńskiego. Pojawiły się na ekranach – powstała wtedy kultowa ekranizacja Awantury o Basię Marii Kaniewskiej (1959) oraz w państwowych wydawnictwach i szkołach, bo Ania z Zielonego Wzgórza została lekturą. Ładny hołd złożyła jej Krystyna Siesicka w Zapachu rumianku (1969), którego bohaterka przygotowuje się do zagrania Ani Shirley w Teatrze Młodego Widza. Rola jest anachroniczna, wymaga np. nauki chodzenia w sukience, ale w połączeniu z telewizyjnym medium gwarantuje kontakt z dziewczęcą widownią, a Kasia jako aktorka chce trafiać do jak najszerszego kręgu odbiorców, nie da się „postawić na jednej scenie”.

O wiele dalej niż Kasia poszli twórcy telewizyjnej i kinowej ekranizacji Szaleństw panny Ewy (serial 1983, film 1984). Nie tylko pogodzili się z anachronicznością swojej bohaterki – urządzili nawet jej apoteozę? Wpisali się w charakterystyczną dla polskiego kina rozrywkowego późnych lat 70. i 80. tendencję do pokazywania wyidealizowanych obrazów międzywojnia. Jakby chcieli narastający kryzys gospodarczy i społeczny zasłonić bogactwem dziewczęcych falbanek, bufek, kokard, skarpetek, torebek i kapelusików, przyćmić blaskiem bijącym od podlotka ogarniętego „szaleństwem współczucia z szaleństwem dobroci”.

Nieskomplikowana, ale skuteczna dziewczyna miała być lekarstwem na męczącą złożoność rzeczywistości.

Podobną kompensacyjną funkcję miał zresztą serial Panna z mokrą głową (1994), który w okresie zbiorowego neoliberalnego szoku przynosił historię o utracie i odzyskaniu szlacheckiego dworku. Balcerowicz głosił: „There is no alternative!”, a Irenka Borowska uśmiechem i dobrym słowem odwracała wielkie procesy ekonomiczne zmiatające z powierzchni ziemi resztki kultury feudalnej. Jednocześnie unieważniała rzekomą czarną dziurę PRL-u i ponad straconym półwieczem wiodła telewidzów w rajskie międzywojnie, które znów miało uroczą twarz i poobijane kolana niezrównoważonego podlotka.

Prawdziwy przełom w tej historii dokonał się jednak wcześniej za sprawą Małgorzaty Musierowicz, która bezpośrednio sięgnęła do literatury sprzed dziesięcioleci i stworzyła nowe wcielenie zwariowanej pannicy o złotym sercu. Nie chodzi tylko o to, że ruda Ida Borejko podobnie jak Ania Shirley gorąco pragnie być brunetką. Że obłaskawiany przez nią pan Karolek to taki sam zrzędliwy mizantrop jak John Pendleton, którego odmienia Pollyanna, i jak pan Mudrowicz Ewy Tyszowskiej. Że Ida podbija panią Lisiecką niczym Ania panią Barry, ratując życie jej choremu dziecku (Ida sierpniowa, 1981). Że dodaje smalcu do piernika jak Ania waleriany do tortu (Noelka, 1992). Od nawiązań fabularnych ważniejsza jest filozofia – wiara w człowieka i program przeciwdziałania złu w życiu społecznym przez promieniowanie (głównie rodzinnym) ciepłem. Początki mieściły się w oficjalnym PRL-owskim dyskursie społecznikowskim i były dość konkretne – Grupa ESD (Eksperymentalny Sygnał Dobra) planowała założenie świetlicy dla zaniedbanych dzieci, zwłaszcza wychowywanych „w kulcie konsumpcji” (Ida). Ale równie, jeśli nie bardziej, wyraźny był w Jeżycjadzie język religijny: „współczucie”, „odróżnianie dobra od zła”, „okruch boskości w każdej istocie ludzkiej”, „konieczność niesienia pomocy potrzebującym”. I on ostatecznie przeważył.

Grupowe zaangażowanie społeczne zostało zredukowane do jednostkowego aktu świątecznej dobroczynności. Bohaterowie Noelki, pierwszej części cyklu, której akcja rozgrywa się po przełomie 1989 r., obserwują drastyczne rozwarstwienie społeczne oraz falę ubogich imigrantów i wszystko, co mogą zrobić, to dokonać janosikowej, a więc pojedynczej i przypadkowej, redystrybucji – za pieniądze zarobione u bogaczy kupują dzieciom biedaków tabliczkę czekolady. Zachwyt małej rumuńskiej żebraczki nad lalką ucina dyskusję nad tym, czy taki gest to aby nie za mało. Noelka i tak jest jeszcze nie najgorsza, ponieważ dokonuje się w niej otwarcie przestrzeni prywatnej, przeniesienie świątecznego misterium na ulicę i wpuszczenie obcych do domu. Później Borejkowie nie będą już tak gościnni, obcy staną się agresywni i przestaną zasługiwać nawet na bożonarodzeniowy prezent.

Jaka jest w tym wszystkim rola dziewczęcej bohaterki? Powinna jak najszybciej dojrzeć do roli kobiety jako cichej instytucji społecznej. Czasy są trudne, a kobiety, które jak Ewa Jedwabińska nie poświęcają się bez reszty wychowaniu dzieci i celebrowaniu życia rodzinnego, jeszcze pogłębiają kryzys. Nieszczęśliwa Ewa zmienia żywą, serdeczną córeczkę w apatyczną kukiełkę zdradzającą symptomy traumy. Jako szkolna wychowawczyni wywołuje bezsensowny konflikt. A czyni to w stanie wojennym, kiedy społeczeństwo jest wystarczająco straumatyzowane i bardziej niż zwykle potrzebuje spontanicznej pedagogiki więzi (Opium w rosole, 1985).

Gaba, Ida i inne nastoletnie bohaterki muszą zażegnać przejściowy gender trouble, który czyni z nich nowoczesne dziewczęta, i stać się bezproblemowymi podlotkami na najlepszej drodze do wzorowej kobiecości.

Strategie przetrwania

Jak my dziś możemy użyć tej bohaterki? Na pewno nie przez zakaz i inwektywę. Na pewno nie przez apoteozę i kompensację. Możemy ją analizować jako „twór” historyczny i zaprzyjaźnić się z nią jako starszą siostrą, która musiała przetrwać w warunkach patriarchalnej opresji. Jest ubogą sierotą (całkowitą, częściową, czasową), więc z konieczności stosuje rozmaite strategie radzenia sobie z niskim statusem, założycielskim brakiem. Ania odwołuje się do elokwencji i wyobraźni. Rozprawianie i fantazjowanie o urodzie, bogactwie, ekscytujących przygodach, rodzicielskiej miłości, przyjaciółce od serca to główna cecha charakteru tej nieładnej sieroty, co gorsza, dziewczynki, od najmłodszych lat traktowanej szorstko i zmuszanej do ciężkiej i monotonnej pracy.  „O, to, co wiem o sobie, nie jest naprawdę godne opowiadania (…). Lecz gdyby mi pani pozwoliła opowiedzieć to wszystko, co sobie wyobrażam, bez wątpienia zajęłoby to panią daleko więcej” – oświadcza pragmatycznej Maryli. Emocjonalna przesada („otchłań rozpaczy” i „dreszcz rozkoszy”) wydaje się częścią tej strategii, podobnie jak identyfikowanie się z heroinami sentymentalnych i gotyckich romansów.

Ania jest późnym dzieckiem romantyzmu, które marzy o sobie jako o bohaterce literackiej i stara się zawsze być gdzie indziej.

A przy tym arcymistrzynią czekania, aspiracji, które same w sobie stanowią gratyfikację: „Oczekiwanie czegoś daje nam już połowę przyjemności”.

Pollyanna też zagaduje brak, ale nie marzy o innej rzeczywistości, tylko doszukuje się powodów do zadowolenia w istniejącej, choćby najprzykrzejszej. Cieszy się nawet, że ojciec zmarł, bo poszedł do mamy i rodzeństwa. Jest dla dorosłych pryzmatem, który pozwala dostrzec codzienność jako źródło radości. Niektóre jej twierdzenia brzmią dość rozpaczliwie. Łącznie z podstawowym paradoksem – że im trudniej znaleźć dobry aspekt sytuacji, tym większe szczęście wzbudza jego odkrycie. Lecz gra w zadowolenie to nie tylko sposób radzenia sobie ze stanem deprywacji. To również metoda wychowawcza. Pollyanna lubi ludzi, jest przekonana, że są dobrzy i postępują jak należy. O roli, która nie przyszłaby im do głowy, mówi jak o oczywistości, co wywołuje wyrzuty sumienia i wstyd, że nie dorastają do wyobrażeń dziewczynki. Ona powiedziała, że pani jest dobra i życzliwa – mówi mały uciekinier z sierocińca – dlatego przyszedłem. A ciocia Polly, która go odtrąca, natychmiast wpada w żałobę po lepszej wersji samej siebie: „W uszach ciągle jej dźwięczały pogardliwe słowa: »dobra i życzliwa«. W duszy zaś czuła dziwną pustkę, jakby coś utraciła na zawsze”. Bohaterki Makuszyńskiego i wczesnej Musierowicz stosują metodę Pollyanny. Ida Borejko ma zdolność wyłączania się z przykrej  (np. kolejkowej) rzeczywistości i egzaltuje się Dziwnymi losami Jane Eyre, czym przypomina Anię Shirley.

Anię i Pollyannę łączy to, że choć żyją w kulturze pełnej zakazów (dotyczących zwłaszcza dziewczynek) właściwie nie sposób ich ukarać. Dla pierwszej kara jest upajającą rolą do odegrania, dla drugiej – uciechą, bo jej nie rozpoznaje. Kiedy Ania obraża Małgorzatę Linde, Maryla nakazuje jej iść do sąsiadki, wyrazić żal i poprosić o wybaczenie. Dla dumnej i wcale nieskruszonej Ani najgorszą karą byłoby właśnie upokorzenie. Ale postanawia odegrać patetyczny dramat pokutnicy i obrócić karę w pastisz inspirowany literaturą. Z kolei posądzona o zgubienie broszki, pod groźbą zakazu udziału w pikniku, przyznaje się do niepopełnionej winy („ułożyłam sobie wyznanie tak piękne, jak potrafiłam”), czym również rozbraja mechanizm represji. Dyscyplinowana do modlitwy, której dotąd nigdy nie odmawiała w przekonaniu, że ciężka praca zwalnia ją z tego obowiązku, zwraca się do Boga po swojemu, prosi np. o urodę i bufiaste rękawy. Kiedy opiekunka moralizuje, że dziewczynce nie wolno tego czy owego, pyta, jak Maryla sobie radzi  z „nieprzezwyciężoną pokusą” zrobienia czegoś niedozwolonego. Przeciwstawia więc abstrakcyjnym normom egzystencjalny konkret i dekonstruuje autorytet moralizatorki. Pollyanna karami się cieszy – nakaz przeczytania broszury o szkodliwości much wywołuje u niej wybuch entuzjazmu, zachwyca się pomysłem spania w jednym łóżku z ciotką, która chce ją w ten sposób kontrolować. Opiekunka staje się bezradna wobec takich reakcji. Dziewczynka nie jest w stanie dopasować się do narzucanego jej wzorca, choć, a może właśnie dlatego że się bardzo stara. Gorliwie przestrzegając jednego, dopiero co poznanego, zakazu, narusza inny, jeszcze nieznany. Nie rozumie też ironii, nie chwyta gier językowych, bierze wszystko dosłownie. Kiedy zgorzkniała Ruth Carew na wieść o zaproszeniu do jej domu obcego urwisa mówi: „oczywiście, zaproś wszystkich”, Pollyanna interpretuje gniewny sarkazm jako „daleko posuniętą życzliwość gościnnej pani domu”. Tak jak Ania bohaterka Porter również po swojemu praktykuje religię i przekonuje do swej teologii pastora, który zamiast srogiego, potępiającego kazania wygłasza radosne „wezwanie do najlepszych stron każdego mężczyzny, kobiety i dziecka”.

Gra podlotka

Bohaterka o szalonej głowie i złotym sercu jest nie do pokonania. wyjdzie cało z zamku Sinobrodego oraz pałacu Królowej Śniegu, zabierając ze sobą odmienionych groźnych gospodarzy. Jeszcze pomoże innym. Z impetem wkroczy do akcji, żeby naprawić relacje, których nikt nie umie czy nie chce zmienić. Ewa Tyszowska rzuca się na człowieka, który bije konia, czemu biernie przygląda się gromadka nieśmiałych ludzi. Sęk w tym, że ta działalność nie jest systemowa. Bo też nieszczęścia, smutki są jednostkowe, losowe, charakterologiczne. Głównie kojarzy potrzebujących. Żeni zakochanych, którzy nie potrafią się porozumieć. Przedstawia sobie nawzajem bogatych samotników i ubogie, osierocone lub chore dzieci. Jedni zyskują sens życia, a drudzy możnych opiekunów. Infantylizacja problematyki społecznej rzuca się w oczy zwłaszcza u Makuszyńskiego, ideologa państwowego optymizmu. Podziały klasowe, wykluczenie ekonomiczne, dziedziczną nędzę i pauperyzację stosunkowo uprzywilejowanych – wszystko można unieważnić jednym hojnym datkiem rozmiękczonego przez pannicę filantropa. Archetypiczny syn szewca zostanie wziętym adwokatem, zlicytowany dworek da się odkupić (Panna…), morderczy dług pokryją piękne obrazy dłużnika, talent malarski wystarczy za wiano hołysza starającego się o rękę córki przemysłowca (Szaleństwa…). Podlotek, w odróżnieniu od Ani i Pollyanny, które w tarapatach finansowych mogą liczyć tylko na siebie, nie będzie musiał wziąć się do pracy.

Skąd się bierze siła podlotka? Jednym z najważniejszych jej źródeł jest sojusz z liberalnym ojcem, zazwyczaj stale obecnym, nawet jeśli nieżyjącym lub podróżującym po świecie. Ta prawidłowość zaskakuje czytelniczkę przyzwyczajoną do późniejszej literatury popularnej skierowanej do dorosłych i niedorosłych kobiet, bez końca przetwarzającej temat konfliktu albo trudnego porozumienia z matką – najważniejszą postacią, wobec której musi się określić bohaterka. Wynika to ze spopularyzowania psychoanalizy  i feminizmu. Tutaj matki z reguły nie ma.  A jeśli bywa, to zbyt słaba, wymagająca opieki (Panna…) albo zbyt silna, zabijająca nadopiekuńczą miłością (Szymbartowa w Szaleństwach…). Relacja z ojcem buduje. Najlepiej oddają to słowa śpiewanej w ojcowsko-córczanym duecie piosenki otwierającej filmową wersję  Szaleństw panny Ewy: „Wszystkie troski nikną w krąg, / jak poduszki fruną z rąk. / Gdy tata jest kolegą. / Zwariowane naście lat, / wierzy w ludzi, kocha świat. / Gdy tata jest kolegą”. Nawet w matrylinearnej Jeżycjadzie ojcowskie wyznanie miłości jest dla córki „czymś w rodzaju orderu” (Noelka).

Ojciec nauczył Pollyannę gry w zadowolenie, każdy jej akt jest hymnem na jego cześć. Mateusz Cuthbert nie wtrąca się w wychowanie Ani, zapewnia jej bezwarunkową akceptację, spełnia zachcianki, wyraża dumę, okazuje uczucie. Maryla, sama wychowywana restrykcyjnie, usiłuje powielić jedyny znany wzorzec. Wymaga, nie chwali, gdera, poucza, boi się pobłażliwości. Tym surowsza, im bardziej przywiązana i przekonana do wychowanicy, nigdy nie powie, jak bardzo ją kocha. Chce przekształcić Anię w „dziewczę wzorowe, o skromnym obejściu i nieśmiałym zachowaniu”, nie zdając sobie sprawy, że woli ją taką, jaka jest. Ania bowiem robi i mówi to, na co jej powściągliwa opiekunka nigdy sobie nie pozwoli. Gdyby dziewczynka uległa zabiegom wychowawczym opiekunki, ani jednej, ani drugiej nie wyszłoby to na dobre. To miłość Mateusza wykształca w niej poczucie własnej wartości.

Najdziwniejsze fabuły z udziałem ojca i córki układa Makuszyński. Jego podlotki nie tylko dojrzewają przez utożsamienie się z ojcem, ale dosłownie wchodzą w jego rolę. Irenka zastępuje zmarłego, staje się głową rodziny: „Na nią spadł obowiązek ratowania okrętu wśród nawałnicy, kiedy kapitan zginął w morskich odmętach. (…) Cóż ona wymyśli swoją biedną »mokrą głową«, skoro ojcowska głowa okryła się siwizną?”. I z zadania wywiązuje się lepiej niż pierwotny odtwórca roli. Ojciec nie dał rady ocalić dworku przed wierzycielami, Irenka go odzyskała. Natomiast Basia Bzowska wręcz staje się ojcem (i matką) swego ojca, który stracił pamięć i duszę przez dziesięć lat pobytu „poza życiem, wśród na pół dzikich, brudnych ludzi” w Ameryce Południowej. Nieskończenie słaby, nieskomunikowany ze sobą i nikim innym zachowuje się jak dziecko i uznaje córkę „za swoją najwyższą władzę”.

Basia karmi go, uczy mówić, koi lęk, socjalizuje. Dopiero przywróciwszy ojcu pełnię władzy, abdykuje i wraca do beztroskiej paplaniny z koleżankami.

Sojusz z ojcem dobrze pokazuje dialektykę powieści o złotej dziewczynie. Ile warunków musi zostać spełnionych, żeby bohaterka mogła uchodzić za względnie wyemancypowaną? Przede wszystkim rodziciel / opiekun musi być czarownym zaprzeczeniem figury, na której opiera się patriarchat – absolutnego władcy niszczącego w zarodku każdy przejaw niezależności córki, póki nie przekaże funkcji jej mężowi. Starania pannicy musi wesprzeć los, a ona sama, choć obdarzona swobodą, nie może chcieć zrobić czegoś naprawdę niewłaściwego. Autorski podziw zaś musi być trudno odróżnialny od protekcjonalności. Tylko wierna i niewierna lektura pokoleń czytelniczek wydaje się przy tych wszystkich zawiłościach czysta jak kryształ.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata