70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sok malinowy

Autobiograficzna powieść graficzna Wandy Hagedorn i Jacka Frąsia ma świetny tytuł: Totalnie nie nostalgia. Memuar. W tym podwojonym przeczeniu zawiera się mocne zaznaczenie pozycji, z której będzie się opowiadać. Nie-nostalgia zaprasza wszystkich, którzy wolą „prawdę” o dzieciństwie w PRL-u od słodkich, zamglonych lub podkolorowanych obrazów.

Oczywiście dziś naiwne zwroty ku dawnym czasom należą do marginesu głównego nurtu kultury, więc sam zawarty w tym „totalnie nie” program nie zapewniłby książce sukcesu. Krytyczny stosunek do depozytu dzieciństwa niesie nawet tak wzniosły film jak Powidoki Andrzeja Wajdy, skądinąd reżysera Panny Nikt, mającej niesłodkie życie. Nie mogę ukrywać, że dla mnie memuar graficzny Hagedorn jest ciekawy jako tekst feministyczny oraz… książka mieszkanki tej samej ulicy, przy której i ja spędziłam pierwsze 19 lat życia. Aleję Piastów z jej podwórkami, kamienicami, zakamarkami wykorzystuję jako znaczącą scenerię w swojej prozie. W pewien specjalny sposób działa więc na mnie ta książka właśnie w planie, który psychologicznie i pisarsko mieści się w pojęciu nostalgii: przenosi mnie tam, gdzie już być nie mogę inaczej niż za pośrednictwem konstruowanego na różne sposoby obrazu. Hagedorn stawia sprawę jasno: nie ma w tym przeniesieniu niczego, za czym warto płakać. Przeciwnie: należy powymiatać trupy z szaf i śmieci spod dywanów, powiedzieć prawdę o przemocy, ciasnych horyzontach, nieczułości, zakłamaniu i brudzie. Zgadzam się z tym programem dla pamięci. Tak powojenny Szczecin opisuję w Bambinie i Pięćdziesiątce; taki wyłania się z Niebka Brygidy Helbig. Wymieniam narcystycznie własne teksty, by pokazać, że mamy kobiecą, feministyczną półkę nienostalgiczną.

 

Nie-nostalgia

Zdejmowanie z obrazu pozłotka „dobrego dzieciństwa” odbywa się tu na różne sposoby. Po pierwsze więc, sama sceneria miasta nasuwa skojarzenia z czarno-białymi kadrami neorealistów, kontrastowanymi obrazkami z książek, w które ucieka dziewczynka. Osoby mają odkształcone twarze, a przejścia między światami baśni, lękami nocnymi i zapisem codzienności wydają się płynne. Nieprzyjazność otoczenia podkreślają propagandowe cytaty, a nawet kolaże gazetowych enuncjacji. Szczecin, w którym zaczyna się akcja, jest wybitnie szary, „nie-swój’, podobnie inne, poniekąd tranzytowe dla narratorki, miasta. Dziewczynki bawią się w piwnicach, sekrety powierzają sobie w śmierdzącym wychodku na półpiętrze, walczą o klucz do łazienki z „autochtonką”. Wszystko w Szczecinie, a potem Kołobrzegu jest „poniemieckie”, zagarnięte, wyszabrowane. Nawet ogródki działkowe i rosnące w nich drzewa owocowe. Ogródki nieidylliczne, miejsca eksperymentalnego znęcania się nad dżdżownicami i ślimakami, wentylującego ściśnięte w codziennym drylu emocje.

A jednak. Czy programowo krytyczne spojrzenie wstecz nie jest deklaracją, której nie da się wypełnić? Są na tym obrazie jasne przebłyski. Duet Hagedorn–Frąś odtwarza topografię, której trudno odmówić uroku.  Sama al. Piastów, z frontowymi ogródkami i właśnie szeroką aleją pośrodku wygląda na rysunkach nieźle, a wyprawy do kina „Pionier” czy „Fotoplastikonu” przy tej samej ulicy są typowymi motywami dobrej pamięci, pozwalającej bohaterce budować azyl. Nawiasem mówiąc, kino i sławny „Fotoplastikon” mieściły się przy alei, nie zaś ulicy Wojska Polskiego. To drobiazg bez znaczenia, ale takie niewielkie błędy zdradzają mechanizm pamiętania. Na przykład patronem odpychającego dziewczynkę kościoła przy Pocztowej jest św. Andrzej, a nie Antoni Bobola. Stonkę „zrzucali” nam Amerykanie raczej w pierwszej połowie lat 50., a antyprzygody czterech sióstr podchodzą pod końcówkę tej dekady. Tramwaj w tym czasie nie jeździł środkiem al. Piastów, co pokazuje rysunek. Nie jestem drobiazgowa, zdaję tu relację z odruchu, który nazwę nostalgicznym – czytamy przez zasoby własnego doświadczenia, a te zasoby leżą na ruchomym piaskach w naszych mózgach.

Podobny drobiazg znalazłam dalej. Jest ciekawszy, bo należy do repozytorium, że tak powiem, ponadlokalnego. Chodzi o saturatory, rekwizyt konieczny, gdy próbujemy urządzić wystawę PRL-u. Szklanka „gruźliczanki” budziła nie tylko fizjologiczne pragnienie. Otóż Hagedorn pisze o soku malinowym, szczególnie lubianym. Starałam się sprawdzić, rozmawiałam ze starszymi, grzebałam w smakach ukrytych w podświadomości. No i wychodzi na to, że nie było soku malinowego, przynajmniej w Szczecinie. Potocznie mówiło się „z żółtym”, „z czerwonym”. Zawartość owoców w tych syropach jest niewiadomą, ja sama pamiętam (co potwierdzają inni), że był to raczej sok z owoców pestkowych, z czereśni–wiśni. Maliny traktowano jako wykwintne lekarstwo, wymagały więcej cukru itp. Sama się dziwię, że tak tu piszę o soku. Nie byłby ważny w żadnym razie, gdyby nie fakt, że taki figiel pamięci jak dodanie szlachetności „gruźliczance” to jest ważny moment opowieści, która rozmontowuje zasadnicze mity o dzieciństwie. Bo po demontażu i tak coś zostaje. Coś poza świadomie zrekonstruowanymi, pożądanymi elementami. Tak, pamięć nami włada, bez względu na program wyciągnięcia sznurków z dłoni tych, którzy za nie pociągali.

 

Legendy miejskie

Bardzo szczecińska, a zarazem przyszpilająca skłamane narracje tamtego czasu jest historia makabrycznego wypadku podczas defilady wojskowej 9 października 1962 r. Czołg wjechał wówczas w tłum spędzonych do wiwatowania uczniów i zabił siedmioro. Wydarzenie wspomina wiele osób, znajdziemy je w szczecińskich pamiętnikach, choć miało załganą wersję oficjalną – winą za niedopilnowanie dzieci obarczono rodziców oraz szkołę, w żadnym razie nie armię i nie partię. Chodziłam 10 lat później do szkoły sąsiadującej z tą, w której prymuską była Wandzia. Nikt nie czcił pamięci dzieci, za to śpiewaliśmy wojskowe pieśni. Wymazywane z oficjalnej pamięci zdarzenia przetrwały w prywatnych historiach, by dziś dać miastu paradoksalną tożsamość „poniemieckiego”, „niepewnego”, a zarazem „pod szczególną kuratelą”. Sięgnięcie do tragedii z al. Piastów dodaje Totalnie nie nostalgii politycznej głębi.

 

Dorośli

W powojennym świecie najgorsi są dorośli. Rodzice nigdy nie bawią się z potomstwem, trzymają je krótko, „wychowują”. Dochodzące opiekunki zajmują się sobą. Ciotka jest dewotką. Wakacje na wsi są męką, jak pobyt w domku Baby Jagi. Wykorzystywanie seksualne ma miejsce dosłownie na każdym kroku. Dziewczynki obmacują i wujkowie, i księża. Ojciec jest tyranem-sadystą, w dodatku lowelasem, któremu córki potrzebne są jako siła robocza na co dzień oraz ozdoba podczas spacerów. Prawdopodobnie nie zawahałby się ich odstąpić innemu mężczyźnie, gdyby liczył na korzyść, np. awans w pracy. Matka pozostaje bierna. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się babcia Helena, mająca czas dla wnuczki, czytająca z nią i oglądająca filmy. To centralna postać, ważna w perspektywie dojrzewania. Być może biseksualna,  dopowiada w czasie teraźniejszym narratorka. Spotkanie kilku życzliwych osób ratuje przed zapaścią. Poza babcią, która choruje na alzheimera i w dodatku zostaje w Szczecinie, gdy rodzina przenosi się do Kołobrzegu, siostrzaną duszą jest koleżanka z kolejnego miejsca pobytu oraz jej matka. Trzeba jednak powiedzieć sobie jasno: świat dzieciństwa i dojrzewania zaludniają postaci nieczułe, złe, a ratunkiem staje się wspólnota czterech sióstr oraz fikcja. Tylko tak udaje się przetrwać – organizując opór.

 

Inni i dojrzewanie

Dodać trzeba, że dziewczynki także są przedstawione bez idealistycznych uproszczeń. Na przykład ich stosunek do innych, ciekawie zaakcentowany. Pierwsze mieszkanie rodzina dzieli z „Niemrą” – „autochtonką”. Nie ma tu miejsca na udawanie jakiegokolwiek zrozumienia. Podobnie ma się sprawa stosunku do dzieci po chorobie Heinego-Medina. Nazywane są kalekami, traktowane jak zainfekowane dziwolągi, izolowane. Te elementy relacji międzyludzkich Hagedorn niejako przenosi bez komentarza, co dobrze oddaje specyfikę czasu. Nieco inaczej postępuje z genealogią rodzinną. Pochodzeniem rodziców – on „samopatriant” ze wsi, ona „ekspatriantka” z Wilna – i różnicami klasowymi wyjaśnia niemożność dopasowania. Namysł nad przedrostkiem do „patriant” pokazuje interpretację przeszłości, która przeważa nad rekonstrukcją. W epoce mówiono raczej „repatrianci”, bo przecież „myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”. Refleksja z pozycji dnia dzisiejszego pokazuje różnice.

_

Wanda Hagedorn, Jacek Frąś

Totalnie nie nostalgia

Kultura Gniewu/Wydawnictwo Komiksowe,

Warszawa 2017, s. 242

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata