70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta, oprac.: Tymoteusz Piotrowski

Skleić rozbite Lustro

Pod koniec rozmowy o translatorskim fachu, jaką kilka lat temu przeprowadziła m.in. ze mną Zofia Zaleska na potrzeby wydanej w Czarnem książki Przejęzyczenie, wyraziłem przeświadczenie, iż dobry przekład (w domyśle: wybitnego dzieła literackiego, tzn. takiego, które przeszło próbę czasu) powinien przetrwać co najmniej 50 lat, po czym należy go sporządzać na nowo.

Postulat ten logicznie wynika z faktu dziejącej się – obecnie szczególnie szybko – zmiany cywilizacyjnej, która pociąga za sobą również głębokie przemiany w języku. Literackie idiomy przeszłości, w których powstawały fundamentalne teksty kultury uniwersalnej, z czasem stają się coraz mniej zrozumiałe dla przychodzących pokoleń – a przecież domagają się one ciągle nowej interpretacji. Dlatego Francuzi już od dawna muszą swoje chansons de geste tłumaczyć na współczesną francuszczyznę; podobnie czynią Grecy – nie tylko z dziełami Homera, ale również Herodota, Platona czy Ksenofonta. Nie inaczej jest w Chinach itd. Szczególnie wymowne są w tym względzie dzieje przekładów Biblii w rozmaitych krajach: w każdym z nich powstało w ciągu ostatnich kilkuset lat co najmniej kilka, a nierzadko nawet kilkanaście przekładów Pisma Świętego. Tu sytuacja jest szczególnie poważna. Ponieważ przekłady na dotychczas używane języki „naturalne”, etniczne, coraz szybciej stają się dla wiernych coraz mniej zrozumiałe, prof. Anna Wierzbicka z Australii podjęła próbę skonstruowania uniwersalnego „idiomu biblijnego”, w którym podstawowe słowa, oznaczające realia czy pojęcia, miałyby postać rozbudowanych definicji… Nie umiem wyobrazić sobie, jak w praktyce ów nowy idiom miałby funkcjonować na gruncie, przykładowo, chińskim czy tybetańskim. Nie wiem też, jakie są dalsze losy tego pomysłu; zresztą nie sądzę, by mógł się udać. Ale… pożyjemy, zobaczymy.

Powód i cel takich działań jest prosty: są one warunkiem koniecznym (choć także niewystarczającym) zapobieżenia groźbie zerwania ciągłości kulturowej. Wyjaśniam, że pojęcie to pojmuję jako zdolność, w wymiarze wspólnotowym i jednostkowym, rozumiejącego i twórczego korzystania z dorobku poprzedzających nas pokoleń.

Tu rodzi się we mnie zasadnicza wątpliwość. Czy nie jest już aby za późno na kontynuowanie nakreślonego wyżej modus operandi? — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata