70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Płodne, bo godne

W seksualności małżeńskiej należy wyróżnić dwa porządki: wyraz miłości małżonków oraz aspekt płodności.

„Kościół nie da się nikomu prześcignąć w chwaleniu i zalecaniu korzystania z rozumu w działaniu, co człowieka jako rozumne stworzenie ściśle zespala z jego Stwórcą. Stwierdza jednakże, że winno się to dokonywać z poszanowaniem ustalonego przez Boga porządku”.

(Humanae Vitae 16)


„Czy obecne stanowisko Kościoła katolickiego w sprawie antykoncepcji jest jedynym możliwym na gruncie katolickich założeń?” – pytał na wstępie swojego tekstu Michał Rogalski. Wbrew jego argumentacji i ostatecznie (czy właściwie już wstępnie) negatywnej odpowiedzi, odpowiadam: tak! Przyjmując „katolickie” założenia, nie można uznać antykoncepcji za sposób postępowania, który nie narusza godności osób. „Nie” dla antykoncepcji jest najpierw i przede wszystkim „tak” dla człowieka i życia ludzkiego.

W tekście „Godne, bo płodne”[1] dostrzegam dwa główne problemy, przed jakimi staje autor. Pierwszym z nich jest kwestia uzasadnienia stanowiska Kościoła w sprawie antykoncepcji, które zostaje posądzone o bezprawne. Drugą sprawą jest próba wykazania, że między antykoncepcją a Naturalnym Planowaniem Rodziny nie ma żadnej różnicy, co potęgowałoby „przemoc” Kościoła wobec wiernych oraz nielogiczność w nauczaniu. Te dwie sprawy postaram się naświetlić, gdyż w/w tekst nie oddaje w pełni stanowiska Kościoła, traktując je w sposób wybiórczy i momentami manipulatorski oraz nie odnosi się w ogóle do bioetyki personalistycznej.

Z-godne z całością, czyli spójne

W 1968 r. papież Paweł VI opowiedział się przeciwko antykoncepcji w swojej encyklice Humanae vitae. Nie była to spontaniczna decyzja, nie było to też rozwiązanie wywiedzione jedynie z teologicznego dyskursu, ale wynik badań prowadzonych przez komisje do tego powołane. Papież opowiedział się za mniejszością głosów, co jest dziś często podnoszone. Jego decyzja była konsekwencją zasady ciągłości i spójności nauczania Kościoła katolickiego. Zauważmy, że tytuł encykliki nie zaczyna się od słów: „przeciwko antykoncepcji” czy „za płodnością”, ale od „życia ludzkiego”. Podkreślone zostaje to, co nie może zostać zmienione, co jest centralnym punktem nauczania. To zupełnie inny punkt wyjścia, inaczej położony akcent. Znów – pierwotniejsza jest afirmacja, a nie negacja.

Minęło ponad 40 lat od wydania tej encykliki, poczyniono ogromne postępy w badaniach nad płodnością człowieka oraz w rozwoju nowych form antykoncepcji, a stanowisko Kościoła nie uległo zmianie, a wręcz przeciwnie –  zostało potwierdzone i utrwalone w kolejnych dokumentach, takich jak Evangelium vitae. I nie wydaje się możliwe stworzenie takiej formy antykoncepcji, która byłaby przez Kościół akceptowana. Celowo to podkreślam, aby nie zgodzić się z określeniem „naturalna antykoncepcja” użytym przez Michała Rogalskiego. Coś takiego nie istnieje. Antykoncepcja ze swojej istoty jest działaniem sztucznym.

Sumienie

Naświetlenie problemu przez autora tekstu jest zabiegiem perswazyjnym. Czy tylko dziedzina seksualności jest na gruncie nauczania Kościoła katolickiego obwarowana regułami: prawami, obowiązkami i zakazami? Czyż w sferze religijnej, która tworzy przecież system wartości i ich strzeże, nie mamy całego szeregu takich zasad? Dlaczego więc ta zasada – „nie” dla antykoncepcji – jest tak bulwersująca? Nowoczesne podejście do wolności i autonomii człowieka wpływa na ten stanowczy sprzeciw. Tak stanowczy, że człowiek za wszelką cenę pragnie postawić się w miejscu Boga, być poza dobrem i złem. „Wolność, kierująca się wyłącznie subiektywną i zmienną opinią, egoistycznym interesem czy kaprysem, nie przyjmuje już prawdy o dobru i złu, jako jedynego i niepodważalnego punktu odniesienia dla swoich decyzji.”[2]Czy jednak Kościół rzeczywiście jest tak nieufny wobec sumień małżonków?

Zarzut źle ukształtowanego sumienia, który autor uważa za tak bardzo surowy, nie jest przecież stosowany jedynie w tym przypadku. Czy człowiek, który oszukuje albo kradnie i nie czuje przy tym żadnej winy, nie ma także źle ukształtowanego sumienia? Czy doktryna rzeczywiście ma regulować indywidualne sumienie i przedstawiać mu pewne wytyczne? Myślę, że tak. Sfera seksualna nie jest tu wyjątkiem. Przytoczony przez Michała Rogalskiego cytat o wolności sumienia został wyrwany z kontekstu. W podanym fragmencie z KKK zawiera się cytat z Dignitatis humanae z Deklaracji o wolności religijnej: „Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej.” Zdanie to jednak dotyczy przede wszystkim kwestii wolności wyznawania religii, a nie do-wolności w postępowaniu. Oczywiście, każdy człowiek może (i powinien) działać zgodnie ze swoim sumieniem, jednak nie oznacza to, że granice jego sumienia wyznaczają normy moralne. O wiele lepszy wydaje się kolejny artykuł o kształtowaniu sumienia. „Sumienie powinno być uformowane, a sąd moralny oświecony. Sumienie dobrze uformowane jest prawe i prawdziwe. Formułuje ono swoje sądy, kierując się rozumem, zgodnie z prawdziwym dobrem chcianym przez mądrość Stwórcy.

Wychowanie sumienia jest nieodzowne w życiu każdego człowieka, który jest poddawany negatywnym wpływom, a przez grzech – kuszony do wybrania raczej własnego zdania i odrzucenia nauczania pewnego.” (KKK 1783) Nie chodzi więc o dobro, które „wydaje się dobre”, które pasuje nam. Człowiek żyjący we wspólnocie Kościoła powinien starać się działać zgodnie z obowiązującymi w niej normami moralnymi, w nich się doskonaląc. I z owego działania powinno rozliczać go własne sumienie. A że przestrzeganie ich nie zawsze jest łatwe, nikt tego nie kryje. Stąd też istnieje w Kościele sakrament pokuty oraz nawoływanie do ciągłego doskonalenia się. Dlatego powoływanie się na ostracyzm ze strony Kościoła, który to rzekomo piętnuje małżonków popełniających grzech antykoncepcji, uważam za przesadzone.

Sięgnąć do źródeł

„Nie uważam, aby przesłanki, na których zbudowana jest katolicka etyka seksualna były niepodważalne” – pisze Michał Rogalski. Mówimy tu o systemie religijnym, więc bazowe przesłanki mają także swoje teologiczne uzasadnienie. Badając spójność systemu, nie możemy pomijać takich aksjomatów. Podstawą jest tu dla nas antropologia chrześcijańska, mówiąca o człowieku jako koronie stworzenia – imago dei, obdarzonym rozumem i wolną wolą, stworzonym do miłości i zdolnym do tworzenia relacji. Naturalne prawo moralne, które – zgodnie z myślą św. Tomasza z Akwinu – jest tym, dzięki czemu człowiek działa i tym, z czego wypływa obowiązek, stanowi zasadę osobowego bycia człowieka,[3] zyskuje swoje szczególne miejsce wtedy, gdy pojawia się druga osoba. To, kim człowiek jest i co powinien czynić, ma szczególne znaczenie w odniesieniu do innego – zwłaszcza w kontekście miłości, która nie jest rozumiana jako jedynie subiektywne odczuwanie. Na gruncie antropologii teologicznej musimy pamiętać także o tym,, że życie ludzkie jest darem i zadaniem dla człowieka, jest najwyższą wartością, jest święte i nienaruszalne. A Panem życia jest Bóg.

Czy etyka seksualna jest ufundowana na Ewangelii? Owszem, skoro jest spójnym systemem, musi wypływać ze swoich źródeł i być z nimi zgodna. Ale z tego nie wynika, że w Ewangelii stworzonej dwa tysiące lat temu znajdziemy wprost odpowiedź na wszystkie pytania. Spójność nauki Kościoła polega na tym, że rozwiązania współczesnych problemów muszą być koherentne z całą Tradycją, muszą z niej wynikać. Na pytania z omawianej tu sfery seksualnej i etycznej odpowiada dziś bioetyka personalistyczna, która ma zarówno podstawy filozoficzne, jak i medyczne. Dlatego też, rozpatrując stosunek Kościoła do antykoncepcji, nie zatrzymujemy się jedynie na uzasadnieniach teologicznych, ale czerpiemy także z osiągnięć nauki, z wiedzy biomedycznej.

Godne, bo…

Tytuł artykułu – „Godne, bo płodne” brzmi dość kontrowersyjnie. Współcześnie dla wielu osób płodność jest raczej problemem, z którym trzeba „walczyć”. Niestety coraz częściej jest także sprawą, o którą trzeba walczyć, gdy pojawiają się trudności. (A szacuje się, że problem obniżonej płodności dotyczy już 20% par.) Pozycja płodności jest więc coraz bardziej ambiwalentna, raz jest ona traktowana jako przekleństwo, raz jako dar. I niestety często obie te postawy występują w życiu tej samej pary małżeńskiej, która najpierw unika poczęcia wszystkimi możliwymi sposobami, a później, pragnąc potomstwa, ma problemy z poczęciem dziecka.

Uważam, że akcent, jaki kładzie autor na uzasadnienie godziwości współżycia małżeńskiego (podawany jako konsekwencje wyciągnięte z nauczania Kościoła) jest nietrafny albo źle uzasadniony. Płodność nie jest usprawiedliwieniem dla godziwości współżycia  – jak chce nas przekonać Michał Rogalski. Nie jest też usprawiedliwieniem-wymówką, pewnym tylko hasłem dla osób stosujących NPR. Należy ją raczej uznać za jeden z nieodłącznych aspektów małżeńskiej seksualności, a przecież aspektów i wytycznych jest więcej. Tytuł artykułu Rogalskiego uderza w to, co dla oponentów Kościoła najbardziej zapalne. A dlaczego by nie podkreślić roli, jaką nauczanie Kościoła przypisuje miłości, formułując tytuł np. Godne, bo z miłości? Przecież tak właśnie brzmi pierwsze, najważniejsze przykazanie, które w kontekście etyki małżeńskiej odgrywa ogromną, kluczową wręcz rolę.

W seksualności małżeńskiej należy wyróżnić dwa porządki: wyraz miłości małżonków oraz aspekt płodności. Natomiast sama miłość małżeńska – jak wylicza Humanae Vitae[4] jest ludzka, a zatem równocześnie cielesna i duchowa, oparta na darze z siebie, jest wierna i wyłączna oraz płodna. Nie chodzi więc o subiektywne odczucie tego, czym jest miłość i jak bardzo kocham drugą osobę, bowiem ta miłość rządzi się obiektywnymi zasadami. Jest zatem: wymagająca, pragnąca dobra drugiego bardziej niż swojego, rozumna i wolna, doskonaląca dwoje ludzi. Jest też otwarta na nowe życie. Chce dzielić się z innymi tym, co najpiękniejsze.

Warunki prawidłowej postawy małżonków wobec prokreacji określa odpowiedzialne rodzicielstwo. Pierwszy jego element to poznanie oraz poszanowanie biologicznych procesów związanych z płodnością człowieka. Już w tym punkcie dostrzegamy, że żadna forma antykoncepcji nie spełnia tego warunku. Po pierwsze – z powodu częstej ignorancji wobec wiedzy o płodności, a po drugie – z powodu zanegowania czy odrzucenia tego właśnie elementu natury człowieka. Jest to nie tylko wykluczenie odpowiedzialnego rodzicielstwa, ale także niespełnienie ważnego wymagania miłości, jakim jest akceptacja i przyjęcie drugiego w pełni jako dar. „O akceptacji drugiego człowieka jako istoty płciowej możemy mówić tylko wtedy, gdy obejmuje ona akceptację tegoż człowieka jako możliwego ojca czy możliwą matkę.”[5]

Drugi element odpowiedzialnego rodzicielstwa to umiejętność opanowania namiętności przez rozum i wolę. Stosowanie się do naturalnego rytmu płodności wymaga od małżonków ofiarności, opanowania czy wręcz ascezy. Nie jest to jednak powstrzymywanie się z lęku, ale z miłości. (Tu właśnie ma swoje pełne zastosowanie zasada personalistyczna.) Z miłości do drugiej osoby – szanując jej naturalną płodność i mogące wyniknąć z aktu małżeńskiego konsekwencje oraz z miłości do życia, które może się począć. Michał Rogalski na wstępie zaznacza, że intuicyjnie rozumiemy, dlaczego niegodziwy jest akt małżeński, w którym dokonywana jest przemoc, jednak zapomina, że w akcie małżeńskim mamy potencjalnie do czynienia z więcej niż tylko dwojgiem osób. W myśli małżonków powinien znajdować się mogący począć się człowiek. Przemoc może kierować się także wobec dziecka, zwłaszcza gdy zostanie poczęte bez świadomości rodziców.

Kolejnym elementem jest roztropność i wielkoduszność. Kościół nie głosi idei, w myśl której każde małżeństwo powinno mieć określoną liczbę dzieci. Pozostawia to sumieniu małżonków ze względu na ich warunki ekonomiczne, psychiczne, zdrowotne. Jednak to, że poczęcie dziecka zostaje odsunięte w czasie, nie oznacza jeszcze stosowania antykoncepcji. Godziwy cel odłożenia poczęcia nie usprawiedliwia jednak sięgania po środki niegodziwe.

I wreszcie czwartym elementem, o którym już pisałam, jest prawe sumienie, a więc nie sumienie jako przynależna każdemu człowiekowi władza, nie wolne sumienie jako prawo, ale prawe, dobrze ukształtowane sumienie, które nie działa dowolnie, ale zgodnie z prawem bożym.

Antykoncepcja vs NPR

Kościół nie głosi idei maksymalnej płodności, rozumiejąc złożone czynniki, jakie wpływają na małżonków podejmujących się rodzicielstwa. Nie ma więc nic złego w odłożeniu poczęcia. Zastanówmy się teraz, jakie mamy ku temu narzędzia. Pierwszym z nich jest, mówiąc najogólniej, antykoncepcja, drugim – metody rozpoznawania płodności. Antykoncepcja sama w sobie jest już narzędziem, które z punktu widzenia etyki katolickiej oceniamy jako moralnie złe, gdyż jej działanie skierowane jest jedynie na wykluczenie płodności. Neguje także konieczność opanowania popędu przez rozum i wolę. Jej celem jest „zabezpieczenie się przed dzieckiem”, więc jest czynnym działaniem przeciwko poczęciu. Metody rozpoznawania płodności są działaniem neutralnym, ponieważ służą jedynie odróżnianiu dni płodnych i niepłodnych, dają więc wiedzę, którą można wykorzystać w sposób dobry lub zły. Dlatego może się zdarzyć, że małżonkowie stosujący się do naturalnego rytmu płodności będą mieć źle ukształtowane sumienie i ich działanie nie będzie zgodne z odpowiedzialnym rodzicielstwem, gdyż np. będą unikać poczęcia z powodów, które nie są słuszne.

Wbrew temu, co próbuje przekazać Michał Rogalski, istnieje istotna różnica między tymi sposobami. Zgadzam się, ze dla wielu umysłów może być ona niewidoczna, bo sprowadzą ją, spłaszczając jej znaczenie, do „odłożenia poczęcia”, natomiast w tym, czym te sposoby się różnią, jest istota sprawy.

Pierwszą różnicą jest podejście do płodności. Antykoncepcja zaprzecza płodności, gardzi tym darem, chce się go pozbyć. Rozpoznawanie płodności jest natomiast jej afirmacją, zaakceptowaniem, poznaniem. Przekreślenie płodności zawsze wiąże się z zaprzeczeniem wartości kobiecości. Kobieta jest nierozłącznie związana ze swoją biologią. Przemiany, jakie zachodzą w jej organizmie nie tylko przygotowują ją na potencjalne przyjęcie dziecka, ale także wpływają na jej zachowanie i odczuwanie, na to, kim jest. Przyjęcie kobiety bez zaakceptowania jej biologii jest kłamstwem. Jeśli kochamy drugą osobę, nie możemy nie akceptować jej w pełni – taką, jaka ona jest, a więc płodną. Miłość przestaje być całkowita, gdy wydzielamy część osoby, która nie będzie dla nas darem.

Druga kwestia jest zawartą już w definicji. Antykoncepcja jest działaniem przeciwko poczęciu, więc na poziomie pojęciowym ma jedynie negatywny wymiar. Tymczasem metody rozpoznawania płodności owszem mogą być narzędziem pomocnym do odłożenia poczęcia, jednak ich rola jest znacznie szersza! Pozwalają diagnozować problemy zdrowotne kobiet a także pomagają małżonkom w profilaktyce niepłodności. Ten aspekt w tekście Michała Rogalskiego został całkowicie pominięty, stąd czytelnik rzeczywiście może mieć problem z rozróżnieniem tych sposobów.

Po trzecie, co zostało całkowicie przemilczane, antykoncepcja sprzeciwia się normie personalistycznej, bo zakłada że, drugiego człowieka można postrzegać przez pryzmat przyjemności, a nie miłości i oddania. Tak! W sztucznej antykoncepcji nie ma konieczności wstrzemięźliwości, rozum nie podpowiada, że z aktu małżeńskiego może się począć dziecko. On raczej mówi: „możemy robić, co chcemy, bo konsekwencji (czyli dziecka) nie będzie”. Małżonkowie stosujący NPR uczą się natomiast rezygnacji z siebie, powściągania pożądań ze względu na wyższe dobro, jakim jest wartość życia. Ktoś mógłby powiedzieć, że powstrzymując się od współżycia, przekreślają oni ważny wymiar małżeńskiej intymności, mianowicie wyrażanie jedności i miłości małżeńskiej.  Jednakże wyrażanie miłości jest sztuką bardzo szeroką, zatem nie stanowi problemu znalezienie innej formy wyrazu w danym momencie.

Michał Rogalski pisze: „Jeśli utożsami się »wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia« z choćby minimalną biologiczną możliwością poczęcia, nie sposób odróżnić od siebie metod naturalnych i sztucznej antykoncepcji.” No właśnie: „jeśli”…, ale nie ma takiego utożsamienia. Metody Rozpoznawania Płodności są skuteczne w wyznaczaniu faz płodnych i niepłodnych. To, co zrobią z tą wiedzą małżonkowie, zależy tylko od nich. Z pełną świadomością i odpowiedzialnością mogą współżyć w fazie płodnej i niepłodnej, doskonale rozumiejąc, czy dany akt może zaowocować nowym życiem. Myśl o dziecku musi pojawić się za każdym razem, gdy małżonkowie podejmują decyzję o współżyciu lub o wstrzemięźliwości. Nic zewnętrznego nie „ochrania” ich przed konsekwencjami, nie są zwolnieni z myślenia i odpowiedzialności, ale owa możliwość bycia rodzicem, która może zrealizować się przecież w każdym cyklu kobiecym, jest wpisana w ich małżeństwo. Zatem nie minimalna możliwość poczęcia jest tu jakimś wyznacznikiem, ale całościowa postawa małżonków. Podkreślam: Kościół nie martwi się tym, że NPR jest „skuteczny”, a wręcz apeluje do ludzi nauki, aby pogłębiali badania nad biologią człowieka i doskonalili to narzędzie.[6] Absurdem byłoby twierdzenie, że im większa nasza wiedza, tym większa nasza grzeszność. W przypadku, gdy zdrowie czy życie kobiety byłoby zagrożone w ciąży – czy rozsądne byłoby pozostawianie im „minimum możliwości”?

Małżonkowie, nie ingerując w rytm swojej płodności, mądrze korzystają z czasu, jaki został im dany. Całkiem przeciwnie zachowują się małżonkowie, którzy stosują antykoncepcję – ingerują w rytm płodności, a ich kilkukrotne pomyślenie o dzieciach i otworzenie się na nie w ciągu całego życia nie zmienia ich całościowej postawy, jaką jest po prostu działanie przeciw poczęciu. Michał Rogalski pisze także: „Małżonkowie muszą akceptować możliwość, że będą kiedyś rodzicami, i fakt, że prawo natury nakazuje im podjęcie rodzicielstwa.” To za mało. Czy jednorazowe otwarcie na życie może usprawiedliwić wcześniejszą i późniejszą postawę zamknięcia, odrzucenia? Nie. Dobitnie podkreśla to Paweł VI: „Nie można też dla usprawiedliwienia stosunków małżeńskich z rozmysłem pozbawionych płodności odwoływać się do następujących, rzekomo przekonywających racji (…) że takie stosunki płciowe tworzą pewną całość ze stosunkami płodnymi, które je poprzedziły lub po nich nastąpią, tak, że przejmują od nich tę samą wartość moralną. (…) Błądziłby zatem całkowicie ten, kto by mniemał, że płodne stosunki płciowe całego życia małżeńskiego mogą usprawiedliwić stosunek małżeński z rozmysłu obezpłodniony i dlatego z istoty swej moralnie zły.”[7]

Przeciw życiu

Michał Rogalski, powołując się na fragment Księgi Rodzaju o „czynieniu sobie ziemi poddanej”, pyta: „czy ulepszanie natury człowieka jest czymś złym?” W ujęciu chrześcijańskim, opartym na myśli Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, natura ludzka ma jednak charakter nie tylko opisowy, ale również normatywny. Z tego, jacy jesteśmy, wynikają konkretne zobowiązania. Przywołanie wtym kontekście cytatu z Księgi Rodzaju jest ponadto pewnym nadużyciem. Jeśli potraktujemy ludzkie ciało, a więc jego biologiczność i płodność, jako element tego, co mamy „czynić sobie poddane”, to do kogowłaściwiezwrócone są słowa Boga? W wizji chrześcijańskiej człowiek nie jest przecież czystą inteligencją czy duszą uwięzioną w ciele, które miałoby być czymś wobec niej wrogim, ale jest jednością. Właśnie do pierwszych ludzi jako istot psychofizycznych zwracał się Bóg. Traktowanie biologiczności oraz psychiczności człowieka jako „ziemi”, a więc czegoś, co można dowolnie przemieniać i czym można manipulować, jak sugeruje Autor, zakłada z gruntu niechrześcijańską wizję człowieka.

 

W kontekście stworzenia człowieka słowa o czynieniu sobie ziemi poddanej podkreślają coś bardzo ważnego: człowiek dostał w użytkowanie i zarządzanie ziemię jako zadanie ze względu na swoją rozumność oraz wysoką pozycję w świecie. Ale czy wszystko, co wymyśli ludzki rozum, jest dobre? Czy każde zmienianie świata jest moralnie bez zarzutu? Oczywiście, nie. Czy człowiek może ulepszać swoje ciało? Rozwój wiedzy medycznej sprawił, że możemy dziś poradzić sobie z bardzo wieloma chorobami. Jeśli jakiś narząd nie funkcjonuje, możemy pomóc człowiekowi poprzez przeszczep. Jeśli jakaś część ciała niedomaga lub w całkiem drastycznym przypadku, np. gdy człowiek traci rękę – możemy przeszczepić ją, aby pomóc tej osobie żyć i normalnie funkcjonować. Jak jest jednak z płodnością? W dzisiejszym świecie (świecie wielkich osiągnięć!) bywa rozumiana jako coś, czego można się pozbyć przez połknięcie tabletki. Otóż płodność człowieka jest jedną z funkcji organizmu. W przypadku kobiety jest to sprzężony układ hormonalny: podwzgórze-przysadka-jajniki, w którym dochodzi do cyklicznych przemian. Płodność jest funkcją zdrowego organizmu, podobnie jak oddychanie czy trawienie. Dlaczego w zdrowym organizmie mamy wyłączać jeden z układów? Podkreślam: układ, który nie jest odizolowanym elementem, ale wpływającym na cały organizm. Jeśli więc chcemy wyłączyć funkcję rozrodczą u człowieka, musimy wykazać, że takie postępowanie jest słuszne. Jakie jednak racje wtedy się pojawiają? Ograniczenie potomstwa? Zwiększenie liczby zbliżeń w małżeństwie? Pielęgnacja miłości? W takim przypadku musimy wykazać, że taka zmiana jest nie tyle nawet neutralna, co dobra i konieczna. Nie widzę jednak takiej możliwości, tym bardziej gdy powyższe cele możemy realizować w inny sposób.

 

W swoim tekście Michał Rogalski nie porusza kwestii, w jaki sposób działa hormonalna tabletka antykoncepcyjna, która promowana jest dziś jako najskuteczniejszy i najnowocześniejszy środek regulacji poczęć. Oprócz wyłączenia zdrowej funkcji organizmu, co rzutuje na zdrowie całej osoby, tabletka antykoncepcyjna ma swoje działanie wymierzone przeciw nowopoczętemu życiu. Nowoczesne tabletki, w których dawka hormonów została zmniejszona, nie zawsze hamują owulację, a więc może dojść do poczęcia. Skąd więc tak duża „skuteczność”? Nawet jeśli dojdzie do zapłodnienia ze względu na wyjałowienie ścian macicy oraz zmianę ruchliwości jajowodów, poczęte dziecko nie może zagnieździć się w organizmie matki. Medycznie nie nazwiemy tego faktu poronieniem (ponieważ może do niego dojść dopiero po zagnieżdżeniu), jednak jest to działanie antynidacyjne.[8] Kobieta nawet nie poczuje, że dziecko, któremu tydzień później zabiłoby serce, które było już określonej płci i miało swój niepowtarzalny genotyp, straciło swoją szansę. Przyjmując zgodnie z bioetyką personalistyczną zasadę świętości życia (a więc jego nienaruszalności) oraz fakt, że życie osoby rozpoczyna się w chwili poczęcia, musimy określić to działanie jako moralnie niedopuszczalne. Także takie metody jak wkładka wewnątrzmaciczna, która niszczy zarodek czy też środki „po stosunku” idąc tym tropem, trzeba  natychmiast ocenić negatywnie. Zatem rozpatrywanie możliwości przyjęcia antykoncepcji musiałoby dotyczyć albo prezerwatyw (i innych środków mechanicznych), albo jakiejś tabletki przyszłości, w której powstanie jednak wątpię.

Płodność w końcu – jest darem dla człowieka i nie jest tym samym, co reprodukcja w świecie zwierząt. To z miłości dwóch osób powstaje nowa, obdarzona nieśmiertelną duszą. Dlatego małżonkowie biorą udział w akcie stwórczym, współpracując w ten sposób z Bogiem. Odrzucenie tego daru poprzez proste „wyłączenie” funkcji organizmu kobiecego albo zaburzenie naturalnego przebiegu aktu jest pogardzeniem nim i niezmierzeniem się z zadaniem. Jest pójściem na łatwiznę, kierowanym być może lękiem, być może lenistwem. To, że poczęcie nowego człowieka wiąże się tak ściśle z intymnością małżonków, z ich wyrażaniem największego oddania i zaufania, a także z doznawaniem przyjemności, jest wielkim przywilejem a także tajemnicą. Poszanowanie prawa, w jaki sposób zaczyna żyć inny człowiek ukryty w łonie matki, powinno być naturalnym następstwem jego poznania oraz zadziwieniem się i zachwyceniem tą logiką. Także naturalną konsekwencją wydaje się pragnienie małżonków, aby włączyć się w akt stwórczy i stać się rodzicami wedle tego planu.

Grzeszna przyjemność?

W tekście Godne, bo płodne podważone czy wręcz ośmieszone zostaje uznawanie za egoistyczne współżycia przy stosowaniu sztucznej antykoncepcji (co jest jedną z konsekwencji uznania normy personalistycznej). Przyjemność, która zostaje okupiona zafałszowaniem całkowitego daru z siebie, a być może nawet życiem dziecka, które zginie w łonie nieświadomej tego matki, to zbyt wysoka cena. Dlatego wstrzemięźliwość jest wyrazem tego, że miłość stoi ponad pragnieniem zjednoczenia seksualnego. Sam w sobie dobry akt małżeński nie może być nadal taki, gdy niszczone są te prawa. Altruistyczne przedkładanie czyjejś przyjemności nad własną (jak postuluje Michał Rogalski)? Jasne, że to jest możliwe i jak najbardziej ma miejsce wielokrotnie, nie potrzeba mnożyć tu przykładów! Ale zauważmy, że akt małżeński jest aktem obopólnej przyjemności, więc kto jest tutaj osobą bardziej ofiarną? Kto jest tu altruistą? Zamiast pytać o bezinteresowne i pełne miłości sprawianie komuś przyjemności, zapytajmy o to, co w świecie współczesnym zostaje wyśmiane, a w paradygmacie katolickim jest bardzo ważne, czyli o wyrzeczenie się czegoś dobrego/przyjemnego ze względu na dobro osoby ukochanej – to jest właśnie sedno szukania dobra drugiego. Jest to sztuka o wiele większa! Przyjemność nie jest grzeszna, grzeszne może być tylko stawianie jej ponad wartościami życia czy zasadami miłości. Niestety w świecie współczesnym wizja człowieka opanowanego, który nie musi natychmiast spełniać swoich pragnień, który może powstrzymać się nie tylko bez straty, ale z zyskiem dla kształtowania własnego charakteru, ta wizja jest dewaluowana. Być może rację ma Wojtyła, pisząc o resentymencie czystości, jaki pojawił się w naszych czasach. Skoro czystość/wstrzemięźliwość jest czymś wymagającym, należy tę wartość ośmieszyć i umniejszyć.[9] Ale jeśli człowiek nie potrafi wymagać od siebie w tej intymnej sferze, jak będzie mógł być sumiennym i uczciwym pracownikiem/pracodawcą, dobrym ojcem/matką, itd.? Rozumność i wolność pozwalają człowiekowi na opanowanie, co wyróżnia osobę ludzką z wszystkich istot żywych.

Wstrzemięźliwość, jaką trenują małżonkowie, rozwija ich miłość. W życiu każdego małżeństwa przychodzą momenty, kiedy trzeba zaczekać ze współżyciem. Może być to długa rozłąka, zagrożona ciąża (co współcześnie zdarza się coraz częściej) czy standardowo: okres połogu trwający co najmniej trzy tygodnie. Dla par, które nigdy nie miały próby wstrzemięźliwości (ani przed ślubem, ani po nim), ten okres może być trudny. Wtedy nie pojawia się już pytanie o godziwość antykoncepcji, ale pytanie np. o wierność małżeńską.

Istnieją jeszcze dwa ważne argumenty przeciwko antykoncepcji. Po pierwsze, co przewidział Paweł VI, antykoncepcja otworzyła drzwi dla niewierności, zdrad i zmian partnerów, ponieważ daje złudne poczucie braku zobowiązań, braku konsekwencji wynikających z faktu współżycia. Akt seksualny został sztucznie oddzielony od płodności. Druga kwestia jest taka, że wbrew temu, co wielu sądziło, antykoncepcja prowadzi do aborcji.[10] Choć wydawało się, że „ochrona” przed ciążą zapobiegnie aborcjom lub ich częstotliwość bardzo obniży, ich liczba wzrasta z rozprzestrzenianiem się antykoncepcji. Metody te nie są bowiem niezawodne, a ich stosowanie i idąca za tym postawa „przeciw życiu”, sprawia, że łatwiej jest uznać pojawienie się dziecka jako intruza, który nie miał się pojawić, a skoro zostały powzięte już pewne środki, można posunąć się jeszcze dalej. Owocem takiego myślenia są chociażby popularne „tabletki po”.

Zakończenie

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi się zgadzać z nauczaniem Kościoła katolickiego. Ten tekst nie miał ambicji pobudzać do zmiany sposobu myślenia, miał jednak wskazać, że – wbrew zarzutom Michała Rogalskiego – nauczanie Kościoła w kwestii antykoncepcji jest spójne i opiera się na jasnych zasadach antropologicznych.

Uzasadnienie „tak jest, bo tak jest” poniekąd odzwierciedla prawdę: Tak jest, bo tak wypływa to z naszych przekonań wcześniejszych i najważniejszych dla nas prawd. Sprzeciw Kościoła wobec antykoncepcji jest stanowiskiem dogmatycznym w takim sensie, że ma ścisły związek z zasadami określającymi tożsamość Kościoła – tymi zasadami są: odniesienie do Stwórcy i Dawcy życia, prawo naturalne i ufundowana na nich norma personalistyczna. Nauczanie dotyczące antykoncepcji nie jest zatem osadzone w pustce i nie może ulec zmianie bez naruszenia zasad, na których jest ugruntowane.

 

 

Katarzyna Marcinkowska – studentka MISH UJ (filozofia), nauczyciel Naturalnych Metod Rozpoznawania Płodności wg metody Rötzera, redaktor naczelny portalu Za-kochanie.pl


[1] M. Rogalski, Godne, bo płodne. Seks małżeński w doktrynie Kościoła katolickiego, w: „Znak”, nr 667.

[2] H. Hoser, Deus Caritas Est, Evangelium Vitae i Humanae Vitae: przełożenie na praktykę medyczną, w: „Życie i płodność” 2008, nr 1, s. 23.

[3] S. Grygiel, Prawo naturalne a istota osoby ludzkiej, w: Życie i płodność, nr 1/2008, s. 10.

 

[4] Paweł VI, Humanae Vitae, nr 9.

[5] Meissner, Płciowość człowieka a antykoncepcja, w: Specjalistyczne aspekty problemu antykoncepcji. Sesja naukowa lekarzy i teologów, 7-8 lutego 1976 r., Kraków 1980, s. 38.

Por. Humanae Vitae, nr 24.

[7] Humanae Vitae, nr 14.

[8] J. Guillabaud, Antykoncepcja. Pytania i odpowiedzi, Medycyna Praktyczna, Kraków 2005, s. 327.

[9] K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, KUL, Lublin 2001, s. 129-130.

[10] Por. W. Półtawska, Wpływ postawy antykoncepcyjnej na małżeństwo, w: Specjalistyczne…, s. 130-131.

 

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter