70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ilustracja: Ewelina Karpowiak

Nadmorska medytacja

Dwadzieścia lat nie byłem nad morzem. Bałtyk, najnudniejsze miejsce na świecie. No i nastąpiła zmiana. Bałtyk przyciąga mnie tak, jak naelektryzowany bursztyn przyciąga papierek. Bo, proszę państwa, odkryłem dla siebie Bałtyk. Właśnie na mikropodróże.

Skąd mikropodróże? Przeważnie z braku czasu na dłuższe wakacje. Choć nie narzekam, tych dłuższych nazbierało się w moim życiu sporo, w tym wypraw w tzw. zamorskie kraje. Ale nie odebrało to smaku mikropodróżom. Jedno- lub kilkudniowe wycieczki krajoznawcze (kawał Polski zjechaliśmy z przyjaciółmi, Pawłem Dunin-Wąsowiczem oraz nieżyjącym już niestety Robertem Sankowskim, który był naszym kierowcą…), pół dnia na kajaku na Świdrze, spacer szuwarami nad Wisłą, kilka godzin w lesie za Otwockiem – stawiają na nogi, przeczyszczają głowę, relaksują, tak że można z powrotem siadać za biurkiem. Wracać do roboty. Nie ma co wstydliwie ukrywać pragmatycznego aspektu mikropodróży – służą do doraźnego relaksu. Są lepszą wersją knajpy. Mikropodróże to nie wakacje. W każdym razie nie wakacje, o jakich marzymy i jakie reklamuje się w pstrokatych folderach w prawdziwych biurach prawdziwych podróży.

Druga przyczyna jest następująca: miasto. Jestem stworem miejskim i zasadniczo źle się czuję poza opłotkami. Nie bywam na wsi, na daczy u przyjaciół wytrzymuję maksimum dobę, a i to dlatego że większość czasu zajmują sen i konsumpcja przy stole. Ognisko cieszy mnie przez kwadrans, leżenie na trawie – pół godziny, zanim w tyłek i między kartki książki wlezą mrówki, słońce wychynie zza sosny, zacznie świecić w oczy i przeszkadzać w czytaniu, zanim nadleci jadowity bąk.

Gdy chcę słońca i kwiatów, idę do Łazienek. Pospacerować alejkami i odnaleźć jeden z obiektów, które nasza cywilizacja (niezbyt udana skądinąd) wymyśliła w tym celu, aby między człowiekiem a naturą powstało coś w rodzaju strefy komfortu: ławkę. A potem przysiąść na niej.

A jednak czasem Łazienki nie wystarczają. Czasami mieszczuch popada w stupor i glątwę. I musi ruszyć się z miasta. Tutaj, rzecz ponoć wstydliwa, więc od razu śpieszę się zwierzać: nie umiem jeździć na rowerze. Tak się złożyło. Boję się roweru. Za to bardzo lubię prowadzić samochód. Ale samochód, wiadomo: spaliny i kurz, środowisko, metalowa puszka, samochód dobry na wycieczkę krajoznawczą: miasteczko, rynek, bożnica, zapuszczony pałac, skansen, szosa. No i wyjedź samochodem z Warszawy, już na rogatkach odechce ci się dalszego jeżdżenia. Nogi to jednak co innego. A więc zostają nogi.

A skoro nogi, to dokąd? Kiedyś bywały góry. W opozycji do morza. Góry, wiadomo: piękno, wzniosłość, metafizyka. No i mi się przejadły. Dlaczego? Nie wiem. Tak jak kiedyś przejadło się morze, którym mnie zamęczano w dzieciństwie. Dwadzieścia lat nie byłem nad morzem. Bałtyk, najnudniejsze miejsce na świecie. No i nastąpiła zmiana. Bałtyk przyciąga mnie tak, jak naelektryzowany bursztyn przyciąga papierek. Bo, proszę państwa, odkryłem dla siebie Bałtyk. Właśnie na mikropodróże. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter