70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Aris Messinis/AFP/East News

Paradoksy tureckiego „nowego starego” autorytaryzmu

Erdoğan stwierdził jakiś czas temu: „Czy komuś się to podoba czy nie, ustrój Turcji uległ zmianie. To, co teraz należy zrobić, to dostosować ramy prawne zawarte w konstytucji do faktycznego stanu rzeczy”. Logika ustrojowa à rebours.

W 2011 r. w eseju pt. Paradoksy nowego autorytaryzmu Iwan Krastew zastanawiał się nad istotą rosyjskiego reżimu ery Putina[1]. Choć bułgarski myśliciel twierdził wtedy, że Rosja nie jest ani trendsetterem, jeśli chodzi o wzrost tendencji autorytarnych, ani też „intelektualną zagadką”, to swoje rozważania poświęcił temu „umiarkowanie represyjnemu”, jak pisał, państwu (choć było to już po śmierci Politkowskiej, Litwinienki, Magnitskiego). Odrzucając dychotomiczny, zero-jedynkowy podział na demokrację – niedemokrację, stawiał tezę, że to właśnie Rosja uosabia „konkurencyjny autorytaryzm”, a więc ustrój mający zarówno cechy demokracji, jak i autorytaryzmu. Odrzucał tym samym proceduralną czy też minimalistyczną definicję demokracji w duchu Schumpetera zakładającą, że jedynym czynnikiem legitymizującym władzę jest akt wyborczy. Rozważania Krastewa wpisywały się w coraz bardziej ożywioną debatę o tendencjach „dedemokratyzacyjnych”na świecie, przeczących tezie o „końcu historii” i zwycięstwie liberalnej demokracji.

Dziś to Turcja coraz częściej wskazywana jest jako przykład – by znów odwołać się do Krastewa – łagodnego, „wegetariańskiego autorytaryzmu”; ustroju hybrydalnego, łączącego atrybuty liberalnej demokracji i opresyjnego państwa, opartego na silnym przywództwie czy wręcz personalizacji polityki, nieformalnych procesach decyzyjnych, klientelizmie oraz rządach rosnącej w siłę kontrelity.

Choć Turcji wciąż daleko do putinowskiej Rosji, jeśli chodzi o skalę łamania standardow demokratycznych (choćby poprzez obecność faktycznej, a nie reglamentowanej opozycji parlamentarnej), to procesy „dedemokratyzacyjne” zachodzące nad Bosforem, które znacząco przyspieszyły po nieudanym zamachu stanu z 15 lipca ubiegłego roku, budzą niepokój. Zderzamy się dziś z paradoksem bardziej demokratycznej niż jeszcze kilkanaście lat temu Turcji (sic!), która jednocześnie staje się państwem „granicznym”, stojącym na krawędzi demokracji, a raczej nad przepaścią autorytaryzmu. Tym bardziej że „nowa” Turcja – jak zwykli określać swój kraj przedstawiciele rządzącej od 2002 r. Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkınma Partisi – AKP) – paradoksalnie, czerpie wiele z autorytarnego dziedzictwa „starej” Turcji: tej kemalistowskiej czy nawet osmańskiej. Na zachodzące dziś w tym państwie procesy nie można patrzeć ahistorycznie i akontekstowo.

 

Budujemy „nową” Turcję!

W 2002 r. doszło do gwałtownego przetasowania na tureckiej scenie politycznej, określanego mianem trzęsienia ziemi. Założona zaledwie rok wcześniej Partia Sprawiedliwości i Rozwoju o korzeniach islamistycznych, kierowana przez Recepa Tayyipa Erdoğana, zdobyła prawie dwie trzecie mandatów w tureckim Medżlisie, deklasując swoich politycznych rywali – żadna z partii zasiadających w parlamencie w poprzedniej kadencji nie przekroczyła 10% progu wyborczego. AKP samodzielnie utworzyła rząd, co w 50-letniej historii demokracji tureckiej zdarzało się niezwykle rzadko. Partia potwierdziła swoją dominację na scenie politycznej, wygrywając zdecydowaną większością głosów wszystkie kolejne wybory parlamentarne, lokalne i prezydenckie – te ostanie, w 2014 r., po raz pierwszy miały charakter wyborów bezpośrednich. Uzyskała poparcie społeczeństwa w referendum dotyczącym proponowanych przez partię zmian konstytucyjnych, wprowadzonych w 2010 r.

Za nowym ugrupowaniem wstawiły się nie tylko kręgi konserwatywne, ale również liberalna, a nawet lewicująca inteligencja. Te nieislamistyczne przecież środowiska popierały „postislamistów” m.in. dlatego, że w przeciwieństwie do tradycyjnych ugrupowań politycznych, które były i są blisko związane z państwową biurokracją, AKP wywodziła się z oddolnych ruchów społecznych. Erdoğanowi i jego środowisku udało się przełamać „autorytarną klątwę” ruchu islamskiego, która przez dekady stanowiła zagrożenie dla praw i wolności jednostki. Kręgi popierające AKP wierzyły, że Partia Sprawiedliwości i Rozwoju jest tą siłą polityczną, której uda się przełamać dziedzictwo państwa autorytarnego. Wierzyły, że partii „postislamskiej” raz na zawsze uda się uporać z autorytarnymi refleksami.

I rzeczywiście, w pierwszym okresie swoich rządów AKP stała się siłą napędową procesów liberalizacji (politycznej i gospodarczej), demokratyzacji i realnego zerwania z dziedzictwem autorytarnego państwa. Państwa, w którym odbywały się co prawda wolne wybory, zmieniali się rządzący, na scenie partyjnej istniały rożne opcje ideologiczne, ale w praktyce rządziła elita państwowa odpowiedzialna za ochronę dogmatów kemalizmu. W tym sensie w Turcji przez dekady wyłaniani w wyborach politycy sprawowali swój urząd, lecz nie rządzili. Władzę sprawowały zaś nieodpowiadające przed suwerenem wojsko, biurokracja, sędziowie, elity biznesowe. Rządził „układ”, który zawłaszczał państwo. Rex regnat et non gubernat.

Reformy demokratyzujące przeprowadzone w pierwszych latach rządów AKP w istotny sposob naruszały kemalistowską „tkankę” tureckiego państwa. Rozszerzały wolność wypowiedzi, przyznawały większe prawa społeczności kurdyjskiej, kruszyły ultraświecki ustrój, w którym, zgodnie z francuskim modelem läicité, państwo w sposób asertywny, czynny wyklucza religię ze sfery publicznej, a w rzeczywistości również ze sfery prywatnej (dogmatyzm kemalistowskiego państwa w kwestii zakazu noszenia chust przez kobiety, np. na uniwersytetach, jest tego najlepszym przykładem). Nie były to tylko zmiany zachodzące w warstwie formalnej, instytucjonalno-prawnej, ale również mentalnej, świadomościowej.

Istotnym celem, wręcz warunkiem sukcesu i przetrwania AKP była wymiana elit. Przez kilka dekad w Turcji występował bardzo jasny podział na „postępowe centrum” i „zacofane peryferie”. AKP, aby móc skutecznie i na długie lata sprawować rządy, musiała upodmiotowić dotychczasowe peryferie społeczne, tzw. czarnych Turków – konserwatywnych, przez dekady dyskryminowanych obywateli drugiej kategorii, na których tureccy WASP, wykształceni na zagranicznych uczelniach laiccy obywatele wierni kemalistowskim dogmatom, zawsze patrzyli z góry. Prowincjonalna klasa średnia, marginalizowana zarówno w Imperium Osmańskim, jak i po 1923 r., stała się katalizatorem „mobilizacji peryferii” przeciwko laickim elitom i fundamentem sukcesu Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Oczywiście została również beneficjentem tych przemian. „Anatolijskie tygrysy” czy „islamscy kalwiniści” – przedsiębiorcy pochodzący ze środkowej Turcji – poprzez bliskie, klientelistyczne związki z „nową” elitą (w ramach „kapitalizmu kolesi”) tworzyli „nową burżuazję”, stając się alternatywną wobec stambulskich salonów elitą finansową.

Dominacja wąskiej grupy decydentów, zawłaszczającej procesy modernizacyjne, w naturalny sposób ograniczała również znaczenie i autonomię podmiotów pozapaństwowych, posiadających legitymację społeczną, ale niemających przyzwolenia państwa na aktywność. W kemalistowskiej wizji modernizacji państwa nie było miejsca na pluralizm. Nie mogło być zgody na funkcjonowanie niezależnych organizacji, pozostających poza wpływami i kontrolą władzy. Turcja była więc państwem „ucisku” (tur. ceberrut devlet), w którym centrum pozostawało podejrzliwe wobec „ciemnego” zacofanego społeczeństwa, próbując włączać je w swoją wizję, kontrolować i tłamsić. Jak celnie zauważa Ilter Turan, „w tureckiej kulturze politycznej, przypisującej prymat zbiorowości nad jednostką, państwo jest uświęconą instytucją, którą należy chronić przed samowolnymi i kapryśnymi zachciankami jednostek i grup społecznych”[2]. Utrwalone w języku tureckim i świadomości Turków powiedzenia wskazują na autonomię, a raczej hegemonię paternalistycznego państwa nad społeczeństwem – jest to m.in. „państwo ojciec” (tur. devlet baba).

W ten proces upodmiotawiania „nowej” elity i społeczeństwa obywatelskiego wpisywała się również ekspansja ruchu Gülena, określanego mianem Cemaat – Wspólnoty (zwolennicy wolą termin „Camia” – „Społeczność”, sugerujący otwartość, niehermetyczność organizacji ) czy też Hizmet – Służba. Od lat 70., dzięki ogromnej charyzmie, Fethullah Gülen, muzułmański uczony, kaznodzieja, a przede wszystkim niezwykle wpływowa postać w sferze politycznej, gospodarczej i społecznej, zaczął stopniowo skupiać wokół siebie „wyznawców”, budując zalążki alternatywnego czy paralelnego – jak mówią jego przeciwnicy – państwa. W ostatnich 15 latach ruch Gülena stał się największą w Turcji oddolną organizacją społeczeństwa obywatelskiego, imperium mającym pod swoją bardziej lub mniej sformalizowaną kontrolą dziesiątki przedsiębiorstw, instytucji charytatywnych, wiele mediów oraz instytucji edukacyjnych, funkcjonujących nie tylko w Turcji, ale praktycznie na całym świecie. Hizmet jeszcze do niedawna prowadził setki ośrodków edukacyjnych, udzielających korepetycji kandydatom na studia, budując tym samym własne zaplecze kadrowe. Ruch Gulena stanowi sieć społeczną, której działalność finansowana jest przez przedsiębiorców powiązanych z Gulenem, czerpiących korzyści z przynależności do niej. Jako przedstawiciele peryferii społecznych, AKP i ruch Gulena byli sojusznikami w „biernej rewolucji”, tj. w procesie tworzenia nowych elit, które stopniowo wypychały kemalistowski, ultralaicki establishment (dotychczasowe centrum) z instytucji tureckiego państwa, w szczególności z Ministerstwa Edukacji, ale również z wymiaru sprawiedliwości, służb bezpieczeństwa czy dyplomacji.

Przede wszystkim jednak reformy przekształcające tureckie państwo skupiały się na ograniczaniu wpływu wojskowych na życie polityczne kraju. To w pierwszej dekadzie rządów AKP skończyła się era „demokracji z kuratelą wojskowych”. Ogromny wpływ armii na politykę państwa ma w Turcji długą tradycję. Potęga Imperium Osmańskiego była oparta na sile armii, a wpływy wojskowych obejmowały wszystkie sfery życia politycznego, społecznego i gospodarczego państwa. Silna armia była również gwarantem „przetrwania” młodej Republiki Turcji. Przejście do systemu wielopartyjnego na przełomie lat 40. i 50. tylko wzmocniło rolę wojska jako strażnika reżimu. Przez dekady armia odgrywała istotną rolę w kształtowaniu zarówno polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej państwa, arbitralnie określając obszary wpływu. Kiedy nie była w stanie w sposób pośredni, nieformalny wpływać na procesy polityczne, po prostu dokonywała przewrotów wojskowych, obalając rząd. Twórcami obowiązującej do dzisiaj konstytucji z 1982 r. byli wojskowi, którzy dwa lata wcześniej obalili demokratyczny (choć niestabilny) rząd.

Ograniczenie wpływów armii – co działo się przy aprobacie Unii Europejskiej, zadowolonej z postępującego nad Bosforem procesu demokratyzacji – również było warunkiem utrzymania przez AKP władzy w dłuższej perspektywie. Wśród polityków świeże były bowiem wspomnienia wydarzeń z 1997 r., kiedy w ramach welwetowego czy postmodernistycznego zamachu stanu siłą perswazji zmuszono do ustąpienia premiera Necmettina Erbakana, protoplastę politycznego islamu w Turcji i ideologicznego mentora Erdoğana. Jeszcze przez kilka lat po objęciu władzy Erdoğan i jego koledzy czuli oddech mundurowych na swoich plecach, m.in. w 2007 r., kiedy w przeciągającym się procesie wyboru prezydenta republiki turecki Sztab Generalny jawnie sprzeciwił się kandydatowi AKP, jednemu z liderów ugrupowania: Abdullahowi Gülowi (teraz skutecznie zmarginalizowanemu przez Erdoğana).

Państwo to my!

Wraz z ograniczeniem wpływów wojskowych i wyeliminowaniem ich z procesów decyzyjnych ambicje Erdoğana zaczęły sięgać coraz dalej. Zapoczątkowało to proces obniżania standardów demokratycznych i narastania tendencji autorytarnych. „TKM” – zdawali się mówić politycy AKP (by odwołać się do leksykonu polskiego życia politycznego). Ci sami intelektualiści, którzy pokładali w partii nadzieję na rozprawienie się z autorytarnymi refleksami, po cichu zaczęli myśleć tak jak polska inteligencja o czasach transformacji: „Byliśmy głupi”. „Byliśmy głupi”, wierząc w demokratyzacyjne ambicje Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, w rzeczywistą wolę zerwania z autorytarną przeszłością. W to, że środowisko, które zdobyło władzę, może być gotowe do uprawiania polityki opartej na konsensusie i niewykluczaniu oponentów z życia politycznego. Wszystko to okazało się mirażem. Kiedy tylko AKP uporała się z armią, neutralizując czy wręcz pacyfikując jej wpływy, zabrała się za inne środowiska kontestujące hegemonię AKP. Zamiast demokratyzować, zaczęła tureckie państwo „podbijać”, by odwołać się do świetnego tekstu Murata Somera[3].

Punktem zwrotnym w procesie „dedemokratyzacji” były demonstracje uliczne zapoczątkowane, wydawałoby się, niszowym protestem przeciwko likwidacji parku Gezi w Stambule w 2013 r.

Przerodziły się one w ogólnokrajowy protest, brutalnie stłumiony przez Erdoğana. Turecki prezydent nie pozostawiał wątpliwości co do wizji państwa i własnych rządów. Opiera się ona na przekonaniu, że namaszczony w wyborach przywódca staje się ucieleśnieniem najwyższych celów państwa i narodu, a wyborcy delegujący władzę – pasywnym, wiwatującym na cześć lidera audytorium[4].

O ten wiwatujący tłum AKP i Erdoğan martwić się nie muszą, bowiem partia bardzo skutecznie buduje własne struktury – dziś rządzące ugrupowanie liczy 9 mln członków (dla porównania: największa opozycyjna partia – dziewięć razy mniej), a o ich wierności Erdoğan mógł się przekonać w noc zamachu stanu z 15 na 16 lipca ubiegłego roku, kiedy po słynnym apelu wygłoszonym przez iPhone na ulice tureckich miast wyszło tysiące osób. Bronili oni przed czołgami nie tyle tureckiej wolności, rządów prawa i demokracji, ile swojego przywódcy, partii i „nowej” Turcji.

Jeszcze przed nieudanym zamachem stanu Erdoğan zaczął dostrzegać, że zagrożeniem jest również rosnący w siłę i, co ważniejsze, autonomizujący się coraz bardziej ruch Gülena. Erdoğan zauważył, że siła Gülena zagraża jemu samemu i że bezwzględnie dąży on do zwiększenia swoich wpływów w Turcji, w rzeczywistości do prywatyzacji tureckiego państwa. Nie widział tego przez pierwszych 10 lat, kiedy Gülen był sojusznikiem w obalaniu kemalistowskiego – dziś już – ancien régime’u. Pierwsze rysy na sojuszu Erdoğan–Gülen pojawiły się w 2012 r., kiedy szef tureckiego wywiadu, negocjujący potajemnie z Partią Pracujących Kurdystanu (Partiya Karkerên Kurdistanê – PKK), został wezwany na przesłuchanie przez powiązanego z ruchem prokuratora. Pod koniec 2013 r. – po ujawnieniu przez prokuratorów, również związanych z Gülenem, afery korupcyjnej w kręgach rządowych – sojusz ten runął z hukiem. Zaczęła się ostra, bezwzględna wręcz walka w łonie „nowej” elity, która zaostrzyła się jeszcze bardziej po 15 lipca. O zmontowanie zamachu oskarżeni zostali powiązani z Gülenem wojskowi. Erdoğan wytoczył najcięższe działa wobec „paralelnej struktury”, FETÖ (Fethullahçı Terör Örgütü) – „Gülenistowskiej Organizacji Terrorystycznej”, która stała się synonimem wszelkiego zła. W ramach oczyszczania tureckiego państwa – tym razem nie z kemalistów, ale z gülenistów – zwolniono z pracy prawie 100 tys. urzędników, naukowców, pracowników wymiaru sprawiedliwości, 45 tys. osób wsadzono do więzienia. Wielu z nich tak naprawdę niezwiązanych z Gülenem – Erdoğan wykorzystał dogodny moment, by rozprawić się z „niepewnym elementem”.

W proces „dedemokratyzacji” wpisuje się również ograniczenie wolności słowa. Skłonność do walki z mediami AKP odziedziczyło po swoich poprzednikach, chroniących „uświęcone” państwo przed krytyką. Dziś w Turcji zamykane są gazety, blokowany jest dostęp do kilkudziesięciu tysięcy stron internetowych (zresztą skutecznie obchodzony przez obeznanych z nowymi technologami użytkowników sieci). Aresztowani są dziennikarze – ocenia się, że w tureckich więzieniach przebywa ich więcej niż w Chinach. Problemem jest jednak nie tylko „fizyczne” wyeliminowanie z mediów tych, którzy są krytycznie nastawieni do AKP i samego Erdoğana. Wiąże się to również z autocenzurą samych dziennikarzy, po części ze strachu przed represjami, ale nawet bardziej z czystego koniunkturalizmu, dlatego że finansowo media uzależnione są od państwa. Dawniej wzbraniali się więc przed krytyką państwa kemalistowskiego, dziś nie krytykują państwa Erdoğana. Wszystkie te negatywne zjawiska sprawiają, że w opublikowanym w lutym tego roku raporcie Freedom House Turcja dramatycznie straciła w rankingu państw przestrzegających standardów wolnego świata.

Problemem jest też brak wiarygodnej alternatywy dla AKP. Postkemalistowska Republikańska Partia Ludowa (Cumhuriyet Halk Partis – CHP) naznaczona jest schizofrenią – z jednej strony bowiem dla kemalistów doprowadzenie Turcji do poziomu współczesnej cywilizacji zachodniej zawsze było celem odgórnej modernizacji, z drugiej zaś strony liberalizacja, wolności obywatelskie czy wręcz demokracja – a więc internalizowanie zachodnich wartości – oznaczało erozję samej ideologii kemalistowskiej. Osoby o bardziej liberalnych, prozachodnich poglądach – najczęściej reprezentujące młodsze pokolenie – są z partii wypychane, a w najlepszym razie marginalizowane. O ambiwalentnej tożsamości CHP świadczy fakt, że ta socjaldemokratyczna, jak sama siebie określa, partia wystawiła w wyborach prezydenckich wspólnego kandydata z ugrupowaniem tureckich narodowców – Partią Ruchu Narodowego (Milliyetçi Hareket Partisi – MHP). Kandydatem tych partii w wyborach był profesor teologii, były sekretarz generalny Organizacji Państw Islamskich Ekmeleddin Ihsanogˇlu.

 

Państwo to ja?

Ostatnią odsłoną procesu przywłaszczania czy monopolizowania państwa przez AKP jest projekt zmian w konstytucji, który rządząca partia przedłożyła w parlamencie. Został on uprzednio skonsultowany z opozycyjną nacjonalistyczną MHP, która poparła proponowane zmiany i wspólnie z partią rządzącą przeforsowała je w parlamencie w ekspresowym tempie. Republikańska Partia Ludowa odrzuciła możliwość jakichkolwiek konsultacji w tym względzie z rządzącymi. W kwietniu – a więc już po oddaniu tego artykułu – odbędzie się referendum, w którym Turcy zdecydują o losie proponowanych zmian. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że je poprą, choć sondaże nie są jednoznaczne (społeczeństwo podzielone jest pół na pół).

Zasadniczym elementem reformy konstytucyjnej jest zwiększenie kompetencji i uprawnień prezydenta, a więc realizacja tego, co od lat głosi Erdoğan. Zlikwidowane ma zostać stanowisko premiera, a na czele egzekutywy ma stać prezydent wyłaniany, tak jak teraz, w wyborach bezpośrednich. Głowa państwa nie będzie już miała obowiązku rezygnacji z afiliacji partyjnej. Przestaje więc być neutralnym arbitrem, a staje się pierwszoplanowym podmiotem i uczestnikiem procesu politycznego. Choć w projekcie zapisano, że prezydent może sprawować swój urząd maksymalnie przez dwie kadencje, będzie możliwość, przy sprawnym manipulowaniu istniejącymi regulacjami, przedłużyć jego urzędowanie o kolejne kadencje. Trudniejsza stanie się procedura impeachmentu.

W rzeczywistości zaproponowane przez AKP zmiany w konstytucji sankcjonują stan faktyczny, to, co Ersin Kalaycıogˇlu określił mianem systemu prezydenckiego à la Turca[5] – nikt dziś bowiem nie kwestionuje, że Erdoğan zmonopolizował procesy decyzyjne w Turcji i tak naprawdę rządzi państwem ze swego nowo wybudowanego, ogromnego pałacu, który stał się symbolem jego ambicji czy wręcz politycznej pazerności. Sam Erdoğan stwierdził jakiś czas temu: „Czy komuś się to podoba czy nie, ustrój Turcji uległ zmianie. To, co teraz należy zrobić, to dostosować ramy prawne zawarte w konstytucji do faktycznego stanu rzeczy”. Logika ustrojowa à rebours.

Czy Erdogˇan, nieobawiający się już konkurencji ze strony nikogo – ani „starej”, kemalistowskiej gwardii, ani gülenistów, ani rywali ze swojego politycznego kręgu (skutecznie wyeliminował bardziej umiarkowanych polityków, potencjalnych konkurentów) – wykorzysta tę pozycję do budowy konsensusu społecznego i zgody narodowej? Czy też, tak jak w ostatnich latach, instrumentem sprawowania przez niego władzy pozostanie polaryzacja społeczeństwa, a on sam podąży drogą Putina? Putina, który nie jest już „wegetariańskim” autokratą, ale despotą w pełnym tego słowa znaczeniu? Pozostanie to, by odwołać się do Krastewa, „intelektualną zagadką”.

_

[1] I. Krastew, Paradoxes of the New Authoritarianism, „Journal of Democracy” 2011, t. 22, nr 2, s. 5–16 ; por. polskie wydanie: tenże, Paradoksy nowego autorytaryzmu, w: tenże, Demokracja nieufnych. Eseje polityczne, tłum. M. Sutowski, Warszawa 2013, s. 81–92.

[2] I. Turan, Stages of Development in the Turkish Republic, w: Perspectives on Democracy in Turkey, red. E. Özbudun, Ankara 1988, s. 96.

[3] M. Somer, Conquering versus Democratizing the State: Political Islamists and Fourth Wave Democratization in Turkey and Tunisia, „Democratization” z 15 grudnia 2016.

[4] G.A. O’Donell, Delegative Democracy, „Journal of Democracy” 1994, t. 5, nr 1, s. 55–69.

[5] E. Kalaycıoğlu, The challenge of à la Turca Presidentialism in Turkey, „Global Turkey in Europe” 2014, listopad.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter