70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Ullstein/Getty

O skrzydlatych i czworonożnych męczennikach wojny

Za każdym razem kiedy patrzę na rachunki podsumowujące liczbę ofiar jakiejś wojny, bitwy, ujawniające ich wartość metryczną, to przyjmuję je zwyczajnie, z niepokojącą, chłodną rzeczowością. Nie płaczę, patrząc na te liczby, raczej pomyślę, zasadzę w głowie wyobrażenie, ale smucić się będę wystarczająco płytko, by dalej zupełnie normalnie żyć

Tak jak w zdaniu opisującym kalkulację strat żołnierzy podczas bitwy pod Verdun: według jednych źródeł zginęło tam prawie 700 tys. żołnierzy, a według innych liczba ta była jednak bliżej 800 tys. martwych. W pewnym sensie nie widzę w tym różnicy. W języku naukowych książek historycznych panuje bowiem niezbędny i nieznośnie profesjonalny dystans, taki jaki był na twarzach generałów przesuwających na makiecie frontu małe klocki oddziałów, a większe – dywizji. 100 czy 200 tys. są liczbami tak ogromnymi, że aż niewyobrażalnymi dla kogoś, dla kogo jedna zabita w wojnie osoba to już za dużo. A jak to przeżywać i co myśleć, gdy będzie to dotyczyło nie ludzi, ale zwierząt albo inaczej: naszych niewinnych przyjaciół? Czy w ogóle stać nas będzie na coś więcej, kiedy nie umiemy płakać, myśląc o ludziach?

 

Wspomnienia wojny

Rozmawiałam niedawno z ponad 80-letnim człowiekiem, który jako dziecko przeżył sowiecki nalot i atak na ludność cywilną pod Wołominem. Szli drogą, szły też konie, psy i kury, nagle samolot zniżył się i zaczął do wszystkich strzelać. Pocisk odciął koniowi głowę. Jego kadłub i nogi stały przez chwilę, by zaraz runąć w piach. Zwróciłam uwagę na ten obraz, że się wcale nie skończył i trwa u tego człowieka w całej fizyczności rysunku detali. Zapewne była to jedna z tych wielu migawek koszmarnych wspomnień wojny, które od czasu do czasu wyłaniają się z pamięci. Być może żyje ona dlatego, że dotyczyła zwierzęcia, istoty z natury bez skazy, bez przyczyny uczestniczącej w tych ludzkich jatkach, a mimo to równie jednoznacznie w nich rżnięta.

O tych zapomnianych istotach myślących i współczujących – o zwierzętach – współbraciach naszych pierzastych i kopytnych, z którymi dzielimy życie, większość genów i wspólnych przodków, a które wtłoczyliśmy w wojnę, naszą I wojnę światową, jest książka Érica Barataya Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie.

Czytamy tu o psach, koniach, gołębiach werbowanych, szkolonych i wrzuconych na front, gdzie same nie walczyły, tylko miały służyć ludziom w realizacji ich planu jak najszybszego wybicia innej grupy ludzi, zwanej wrogiem. Dźwigały je, węszyły dla nich w ziemi, dostarczały wiadomości powietrzem wedle swoich instynktów, jak zawsze – byle tylko żyć. Autor już we wstępie zaznacza kilkakrotnie, że będzie to wyłącznie rzeczowy spis faktów, wrysowanie w historię roli zwierząt, o której zapomnieliśmy, bez antropomorfizacji i emocji. Wcale się to jednak nie udało, bo udać się nie mogło. Już sam podział na rozdziały i podrozdziały, jak m.in.: Zwerbowane wbrew woli, Wymuszona nauka maszerowania, Oddani pomocnicy, Cierpienia zwierząt gospodarskich, Oblicza śmierci, Ciężar poświęcenia, pozwala co prawda wyodrębnić opowieści świadków, fragmenty listów, danych odnalezionych w kartotekach ewidencji, ale one wszystkie pękają od bólu.

Wielkie liczby, pojedyncze historie
Czytamy, że podczas I wojny światowej zwerbowano ok. 11 mln koniowatych, 100 tys. psów, ok. 200 tys. gołębi. Mimo że służyły wszystkim na wojnie, to trudno jest mi postawić tę przeogromną, bezimienną armię po jakiejkolwiek stronie konfliktu. Wyrwane były przecież z królestwa zwierząt i postępowały tak, jak ewolucja je do tego królestwa przystosowała. Zredukowano je zaś do narzędzi dla człowieka. Z książki tej nie dowiemy się jednak, ile zwierząt uciekło w czasie wojny z opuszczonych domów, ile zginęło z głodu, czekając na swojego opiekuna, jak wiele zostało skradzionych, przepędzonych lub zjedzonych, by ratować ludzkie życie. Nie wiemy też, jaka część z nich została rozstrzelana, wysadzona w powietrze, a jaka uduszona gazami bojowymi. Te statystyki są bardzo niedokładne, przez wielu niezauważalne, nieważne, wpisane tylko w zakurzone tło jedynie ludzkiej wojny. I znowu pewnie te ogromne liczby powinny nas zdystansować od istoty problemu i współodczuwania. U mnie się to jednak nie wydarza, bo właśnie te liczby zostały w książce Barataya podzielone na całkiem małe, pojedyncze historie, które zaraz same uderzają z całym impetem, tak jak dzieje się to w przypadku indywidualnych świadectw i przejść ludzi, tu zaś koni z francuskich wsi, koni sprowadzanych statkiem z Ameryki, szczurów z okopów pod Verdun czy psów w Belgii, które ciągnęły karabiny maszynowe do zabijania wszystkiego.

Czytanie tej opowieści nie tyle otwiera oczy na koszmar wojny, bo to przecież znane, tak bez końca powtarzane i do powtórzenia na pewno znów, ile sypie w te oczy piach i sól niebywale drażniącego wstydu, że to właśnie my jesteśmy gatunkiem, który wprowadził inne w środowisko, do jakiego całe miliardy lat adaptacji w ogóle go nie przygotowywały. Miało być przecież zupełnie inaczej.

Z tej książki dowiadujemy się więc o wielkiej zdradzie człowieka wobec zwierząt.

 

Tylko zwierzę?

Kiedy tysiące lat temu udomawialiśmy psy czy konie, przekupując je spokojnym spaniem i garścią karmy za ich towarzystwo czy siłę mięśni, nie było mowy o rozstaniu, nie było mowy o oddaniu na wojenną rzeź. Baratay poświęca cały rozdział rozstaniom zwierząt domowych z ludźmi.

Otwartość, dobro i zaufanie koni wobec właściciela buduje w nich więź na całe życie. Naturalnie, jest to rodzaj atawizmu, typowego dla zwierząt stadnych, o czym autor także wspomina, tłumacząc, że relacja z bliskimi jest dla nich ważnym sposobem budowania hierarchii i przywiązania, ale według mnie, czy jest to ekspresja instynktu, czy jest tam też coś więcej – nie ma przecież najmniejszego znaczenia. Bo ważne jest to, że ta mimo wszystko szczególna więź między opiekunem i koniem zostaje w punkcie werbującym brutalnie przerwana i jednoznacznie zapieczętowana wypalonym znakiem ewidencyjnym w skórze. Skończyły się porządek, spokój codziennego rytuału. Zaczynają się prawdziwy lęk, panika, a przede wszystkim nowa rola: wierzchowca dla wojującego pana świata. Niewyobrażalne dla mnie było to, że aby uzupełnić braki we wciąż malejącej populacji koni walczących na froncie, sprowadzano je z Ameryki Północnej. Jedne pochodziły ze skupu od farmerów, ale te całkiem inne, bo dziko żyjące, z wietrzoną wolnością grzywą konie, były przeganiane aż z zachodnich, nieprzepastnych prerii, by zaraz je wciągnąć na statek, upakować ciasno, unieruchomić, by wreszcie trafiły na pole ostrzału człowieka gdzieś w Europie. Czy można było uczynić im cokolwiek gorszego?

Psy, które służyły na równi Francuzom, Niemcom i od 1916 r. Anglikom, głównie werbowano ze schroniska albo wyłapywano te bezdomne. Jeśli były niewyuczalne, zabijano je. Dowiadujemy się o całej logistyce ich przysposabiania i szkolenia w zależności od przyszłej roli, każdej równie beznadziejnej. We wszystkich przypadkach okres tresury bezdomnych czworonogów odbudowywał u nich zaufanie wobec człowieka i tworzył pewnie jakiś rodzaj psiego szczęścia, że to jest taka nowa ich, wreszcie udana rzeczywistość. Potem był jednak front. Zatem znowu oszustwo. Tych rozdzierających przykładów w książce Barataya są setki i za każdym razem chce się skończyć już o nich czytać, by się o nich – o człowieku – nie dowiadywać.

W trakcie szkolenia gołębi pocztowych, psów węszących czy mułów pociągowych za krótkie zadanie, dobrze wykonane  w atmosferze spokoju i ciszy, była nagroda, bo jak prawi każda książka dotycząca behawioryzmu zwierząt – nagradzanie w tresurze jest najważniejsze. Podczas pracy docelowej nie było nagród, a jeszcze człowiek nagle nie znajdował umiaru w wydawaniu poleceń. Osły dźwigające zaopatrzenie padały z wycieńczenia, gołębie nie wylatywały mimo otwartych klatek, konie wlekły się, niosąc głowę pochyloną przy ziemi, albo „kładły się i już nie wstawały”. Wysiłek i praca były tak ogromne, że wiele z koni miało głębokie rany od uprzęży czy siodła, bo przecież całymi dniami musiały wozić ludzi i nie były rozsiodływane na noc. „Bo ten biedak nie miał już właściwie grzbietu, a jedynie dwa placki mięsa, które zostały mu w miejscu, pod siodłem, szerokie jak moje dwie dłonie rany (…). Ale trzeba było na tym jeszcze jechać kłusem” – wspomina kirasjer Louis-Ferdinand Céline. Oszukaliśmy je, przygotowując je na to, że kiedy to wszystko będzie się działo: to wykonywanie poleceń, ta zabawa – będzie cicho i spokojnie. Zmysły zwierząt są przecież niewyobrażalnie czułe w porównaniu z ludzkimi. Są zdolne do wysłuchania subtelnego szmeru listowia i wyczucia stróżki zapachu obcego futra snującej się między gałęziami lasu. Dlatego przyciągając zwierzęta do siebie, mówiliśmy do nich spokojnie i cicho. Na polu walki postawione zostały na linii ognia, w punkcie wybuchu, na trajektorii noża. Rozprute, bez nóg, w koszmarze hałasu i woni wnętrzności konały w przeraźliwym jazgocie i w atmosferze stężonej krwi. Truły się gazem bojowym i umierały, dusząc się w męczarniach, bo przecież przy takim wysiłku trzeba oddychać mocniej. Przeraża tłumaczenie, że przetrwać chmurę fosgenu mogły jedynie gołębie, ale jeśli tylko miały siłę szybko ją przeciąć i jeszcze lecieć dalej, zostawiając na lądzie uwięzione ssaki.

Jednak w czasie wojny nie wszystkie zwierzęta przeżywały gehennę. Wszy, pchły, muchy szczury żyły jak w niebie. Rozkosznie im było w zagęszczeniu brudnych, ciepłych ciał niosących krew. Dowiadujemy się o szczurach śniadych zjadających zwłoki, walczących w szpitalu polowym o amputowaną rękę, tłoczących się w okopach i przeszkadzających wojakom spać. Chmary much kłębiące się w upale, larwy w ranach, rozkładające trupy są znowu tylko elementem działania nowo powstałego ekosystemu. Tu funkcjonującego w formie niebywale dobitnie podkreślającej, jakie jego elementy na wojnie dominują. Na froncie więc panuje przede wszystkim rozkład. Mucha domowa (resztki jedzenia), plujka (padlina), cuchna nawozowa (gnój i odchody) – były ich miliardy. Dopiero gdy front w 1918 r. zaczął się przemieszczać, chmary much pozostały na jego tyłach, gdzie było wszystko to, na czym im zależało.

 

Opieka na wojnie

Na początku I wojny światowej nie wyobrażano sobie, że przybierze ona postać tak rozległej w czasie i wyjątkowo brutalnej batalii, dlatego pomoc lekarska dla zwierząt została zlekceważona we wszystkich krajach poza Wielką Brytanią. Jednak wraz z jej rozwojem i utratą nadziei na rychły koniec dla wszystkich niezbędne stało się utrzymanie przy życiu swoich zwierząt. Musiały żyć. Opieka weterynaryjna funkcjonowała w punktach opatrunkowych lub na tyłach frontu. Leczyło się tylko te, które mogły wrócić do pracy. Dezynfekowano rany spod uprzęży, rany osłów wypełnione robakami przemywano rozcieńczonym krezolem, inhalowano konie i psy zatrute gazami bojowymi. Były też operacje. Nie zawsze w znieczuleniu, przede wszystkim dlatego że trzeba by było czekać na jego działanie. Poza tym ból zwierzęcia był dla wielu po prostu konkretnym wskaźnikiem diagnostycznym, bo lokalizującym obszar ciała, który zaraz na żywo podlegał rozcięciu, zdrapywaniu zanieczyszczeń z kości, usunięciu odłamków i zalewaniu środkiem dezynfekującym przez dren. Autor z wielką dokładnością przedstawia rozmaite zabiegi lecznicze, ukazując koszmarny ból zwierząt oraz pośpiech człowieka, by jak najszybciej przywrócić je do pracy na polu walki.

Na sam koniec jest jeszcze rozdział o rodzajach śmierci. Podane zostają statystyki konkretnie ukazujące udział typów ran, grup chorób, kontuzji zmuszających do odstrzału. Bardzo dokładnie. Za dokładnie. Ta statystyka jest już dla mnie nieznośna. Nie doczytałam jej. Nie ma potrzeby. Docieram do końca. Ale tuż przed tylną okładką książki, przed drzwiami do wyjścia z tego świata, widzę 32 fotografie. Nie wyglądają wcale strasznie. Jednak pierwszy raz w życiu cieszę się, że są czarno-białe.

 

Éric Baratay Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie tłum. Barbara Brzezicka, Wydawnictwo w Podwórku,  Gdańsk 2017, s. 368


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter