70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O Kościele jako moralnej wyroczni

Hans Joas jest socjologiem, a gdy socjolog bierze się za rozważania o Kościele, dla wielu wierzących oznacza to z konieczności niebezpieczeństwo redukcji tajemnicy Kościoła i zaprezentowanie zbyt jednostronnego oblicza ludu Bożego. Nie należy jednak żywić tego typu obaw przy lekturze Kirche als Moralagentur?, bo autor najwyraźniej bardzo stara się unikać uproszczeń i łatwych schematów.

Co więcej, Hans Joas usiłuje niuansować i dodatkowo problematyzować temat Kościoła, a w jego książce próżno szukać całościowych odpowiedzi. Przede wszystkim zaś nie próbuje w swoim eseju przeprowadzić dogłębnej i wyczerpującej refleksji o naturze Kościoła. W gruncie rzeczy chodzi jedynie o głos w bardzo aktualnej dyskusji, bo bezpośrednim pretekstem do napisania książki jest stanowisko kościelnych hierarchów w kwestii polityki emigracyjnej.

*

Pytanie stanowiące tytuł książki jest oczywiście nieco ogólniejszej natury, a lekko sparafrazowane brzmi: czy Kościół może w społeczeństwie odgrywać rolę moralnej instancji? Oczywiste jest, że Kościół próbuje to robić, a większość ludzi daje mu do tego prawo lub nawet w takim moralnym przewodnictwie widzi często jedyną rolę, jaką ma on do odegrania w nowoczesnym społeczeństwie. Joas jest jednak sceptyczny i wskazuje, że sprawa wcale nie jest tak jednoznaczna. Tak bowiem jak Ewangelia jest przewodnikiem w kwestiach wyborów moralnych, ale nie jest w tym samym stopniu wskazówką dla rozwiązywania problemów natury politycznej, tak też Kościół, odwołując się do Ewangelii w indywidualnym prowadzeniu wiernych, niekoniecznie ma prawo wkraczać z ewangeliczną moralnością w dziedzinę polityki. Z perspektywy współczesnego społeczeństwa Kościół jest bowiem zaledwie jedną z opcji wybieraną bądź odrzucaną przez indywidualne osoby. Należy przy tym brać pod uwagę, że moralne zobowiązania jednostki zmieniają się, gdy żyje ona w społeczności, a każda społeczność z kolei powinna zachowywać i pielęgnować własną logikę życia politycznego i gospodarczego. Joas pisze wprost, że motywowana religijnie pomoc niesiona uchodźcom przez chrześcijańskie wspólnoty jest czymś zrozumiałym i godnym podziwu, ale postawa ta nie powinna przekładać się na zajmowanie stanowiska w sprawie polityki emigracyjnej: można bowiem pomagać uchodźcom i wszelkimi siłami taką pomoc wspierać, a zarazem nie godzić się na zniesienie ochrony granic państwowych. Niektórzy zaś ludzie Kościoła uważają się za upoważnionych do zajęcia takiego radykalnego stanowiska politycznego, myląc je z radykalizmem Ewangelii. W tym przykładzie uniwersalizm chrześcijańskiego przykazania miłości, przekładając się na hasła polityczne, może równocześnie prowadzić do dekonstrukcji ram politycznej działalności. Przede wszystkim zaś wysuwanie moralnych apeli natury politycznej należy do porządku społecznego, a jego kształtowanie we współczesnych demokracjach Zachodu leży poza kompetencjami przedstawicieli Kościołów.

Joas pisze przede wszystkim o Kościołach w Niemczech, większość przykładów wypowiedzi kościelnych hierarchów pochodzi z Kościoła protestanckiego. Tymczasem temat jest aktualny także w Polsce – wystarczy wspomnieć dyskusję z okazji Bożego Narodzenia przeprowadzaną na jeszcze wyższym poziomie abstrakcji, gdy z przeróżnych stron wszelkie, także kościelne, autorytety starały się odpowiedzieć na pytanie, czy Jezus był uchodźcą. Konkretne reakcje miały, co zadziwiające, ważne reperkusje polityczne i były wprost odbierane jako opowiedzenie się za lub przeciw polityce aktualnego rządu. Joas zresztą podaje przykłady z innych krajów niż Niemcy, porównując protestanckie Kościoły w Niemczech i Stanach Zjednoczonych i ich różne zdanie w kwestii legalizacji małżeństw homoseksualnych. Takie zestawienie prowokuje do postawienia pytania: czy na podstawie innego stanowiska zajmowanego w kwestiach moralno-politycznych można powiedzieć, że jeden Kościół jest bardziej ewangeliczny niż drugi?

 

*

Jak podkreśla Joas, nie ma prostego przejścia od indywidualnej moralności do kształtowania polityki danego państwa, a jego książka wydaje się wyrastać ze zmęczenia pytaniem, w którym pobrzmiewa rodzaj szantażu: jak możesz być chrześcijaninem, a wspierać taką czy inną opcję polityczną w kwestiach natury moralnej? Być może właśnie temu zmęczeniu i wyrastającemu z niego zniecierpliwieniu należy przypisać dosyć chaotyczny sposób prowadzenia argumentacji w pierwszych rozdziałach książki. Joas w niejasny sposób odwołuje się do II Soboru Watykańskiego, próbując odnaleźć w jego dokumentach punkt odniesienia dla funkcjonowania Kościoła w społeczeństwie.

Za względu na, jego zdaniem, niewystarczającą recepcję tych dokumentów, postanawia cofnąć się aż do IV w. i w definicjach soboru nicejskiego odnaleźć sposób na przybliżenie właściwych relacji Kościoła i świata. Zaskakujące jest jego zmierzenie się z tradycyjnymi określeniami Kościoła. Dlaczego np. przy omawianiu świętości Kościoła Joas przywołuje koncepcję societas perfecta? Czy jest to pójście za pierwszym nieprzemyślanym skojarzeniem? Przecież koncepcja ta nie ma nic do czynienia z niedostrzeganiem w Kościele grzechu, lecz wiąże się jedynie z podkreśleniem faktu, że Kościół posiada wszystkie środki do osiągnięcia własnych celów i w tym sensie jest instytucją niezależną od państwa. Pisanie, że rozumienie Kościoła jako societas perfecta to wyraz aspiracji do bezgrzeszności i doskonałości moralnej, jest czymś absolutnie nieadekwatnym, a nawet zawstydzającym. Skądinąd słuszne zarzucanie Kościołowi korporacyjnego myślenia, które chroni własny interes nawet za cenę dążenia do rodzaju fałszywego samouświęcenia instytucji i niedostrzegania w niej żadnego zła, traci swoją przekonywającą moc, gdy opiera się na tego typu argumentach. W innym miejscu Joas odwołuje się do spostrzeżenia, że Kościół powstał jako religijna wspólnota niepowiązana z konkretnym narodem i żadną państwową strukturą. Trzeba przyznać, że takie wyidealizowane spojrzenie na Kościół okazuje się, delikatnie mówiąc, zbyt mało zniuansowane w odniesieniu do faktów historycznych. Ciągle na nowo odkrywamy chociażby rolę powiązania wczesnego Kościoła z instytucjami Imperium Rzymskiego, a wiek IV jest tego najbardziej znamiennym przykładem. Kościół nigdy nie istniał w zawieszeniu poza strukturą społeczną i polityczną, co więcej, takie istnienie nie jest dla niego żadnym ideałem, który miałby starać się urzeczywistniać.

Hans Joas wypowiada swoje zdanie na temat polityczno-moralnego zaangażowania Kościołów chrześcijańskich. Niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy czy też nie, trzeba przyznać, że to głos intersujący i ważny. Szkoda jednak, że intelektualista tej miary najwyraźniej czuje się zobowiązany do napisania przy okazji całej książki, bo zawarte w niej przesłanki i sposób prowadzenia argumentacji budzą tyle wątpliwości, że przesłaniają i zaciemniają główną myśl autora. Zrozumiała jest potrzeba szybkiego odniesienia się do aktualnych dyskusji, a być może głos ten za pół roku okazałby się już nieaktualny, ale książka Joasa pozostaje ostrzeżeniem, aby w takich okolicznościach niekoniecznie sięgać po zbyt rozbudowaną formę wypowiedzi, gdyż siłą rzeczy ujawnia ona niedopracowane i nieprzemyślane do końca aspekty tematu, z którym chcemy się zmierzyć.

_

Hans Joas

Kirche als Moralagentur?

Kösel-Verlag, Monachium 2016, s. 112

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter