70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Syjoniści u Dajana

W piątkowy wieczór 13 czerwca 1969 r. żegnałem się z Polską. Na dworzec w Katowicach przyszła prawie cała moja klasa.

Było poważnie, pięknie, wzruszająco, ale i wesoło, jak bywa na spotkaniach nastolatków. W pewnym momencie podszedł do nas jegomość w mundurze ormowca, dopytując się, co to za zamieszanie. Całe towarzystwo wybuchło tylko śmiechem.

W przedziale pociągu relacji Warszawa Gdańska–Wiedeń oprócz mnie i ojca były jeszcze trzy osoby. Małżeństwo w średnim wieku i 40-letnia elegancka kobieta. Ona mówiła, że wybiera się na wycieczkę do Australii, małżeństwo rozmawiało po cichu. Dopiero później okazało się, że jadą aż ze Szczecina. Kobieta, Polka, odprowadzała do granicy swojego męża Żyda, który opuszczał Polskę, nie wiedząc jeszcze sam, dokąd ma wyjechać. Na naszych oczach rozgrywał się dramat. Ze łzami w oczach wysiadła w Zebrzydowicach, na granicy z ówczesną Czechosłowacją. Minęło już 50 lat, a ta scena mnie nie opuszcza i choć układałem w wyobraźni wiele scenariuszy, do dziś nie wiem, czy ci ludzie nadal żyją i czy kiedykolwiek się jeszcze spotkali.

Przed północą pociąg przekroczył granicę państwa i po raz pierwszy w życiu wyjeżdżałem z kraju.

Pomyślałem, że opuszczam Polskę – jedyny kraj na świecie, w którym nie pozwolono mi być Polakiem.

W Austrii

O szóstej rano pociąg wtoczył się na pustawy wiedeński dworzec. Minęliśmy dwie grupki mężczyzn w średnim wieku, ubranych w szare garnitury. Kilkadziesiąt metrów dalej pociąg zatrzymał się, a oni, przekrzykując  się: „Izrael, Ameryka, Izrael, Ameryka”, rzucili się w naszą stronę. Byli to urzędnicy Agencji Żydowskiej, zwanej potocznie Sochnutem, którzy załatwiali formalności wyjeżdżających do Izraela oraz reprezentanci Hebrajskiego Stowarzyszenia Pomocy Imigrantów (HIAS, Hebrew Imigrant Aid Society) pomagający Żydom emigrującym do USA i do innych krajów. Większość poszła za tymi z HIAS-u, wśród nich nasz sąsiad z przedziału. My udaliśmy się do czekającego przed dworcem, niewielkiego busa. Nie każdy wspomina miło to pierwsze spotkanie. „W autobusie jeden z pracowników Sochnutu odezwał się do nas łamaną polszczyzną: Witamy was w imieniu Sochnutu, teraz już będziecie mieć i ciepłą strawę, i ciepłe łoże. To przemówienie od razu mnie zdenerwowało. Czy myśmy w Polsce przymierali głodem i byli bezdomni?”[1]. Bus zawiózł nas do urokliwego, choć nieco zaniedbanego zameczku w Schönau, dwadzieścia kilka kilometrów od Wiednia. Włodek Goldkorn, dziś redaktor działu kulturalnego włoskiego tygodnika „L’Espresso” i znawca tematyki żydowskiej, opisywał to miejsce jako „starą warownię otoczoną przepięknym parkiem. Czuliśmy się jak na wakacjach, spacerowaliśmy wśród wiekowych drzew, przysiadając czasem na ławeczkach rozrzuconych przy ścieżkach, obserwowaliśmy zwierzęta. Żyliśmy w atmosferze idylli i zawieszenia w czasie”[2]. Ja nieco inaczej zapamiętałem te cztery dni w Schönau w oczekiwaniu na samolot izraelskich linii El Al. Było to pierwsze zetknięcie się z kolorowym Zachodem, kapitalizmem, wypielęgnowanymi parkami, czystymi ulicami, eleganckimi witrynami zasobnych sklepów, lśniącymi samochodami, sokiem pomarańczowym i coca-colą. Jednak zwykły smutek, żal i nostalgia za zapyziałą Polską, a w dodatku jeszcze niepewność i paraliżujący strach przed nieznanym nie pozwoliły mi cieszyć się tymi widokami i wrażeniami.

Cztery lata później, 2 października 1973 r., w malutkiej bazie wojskowej na Synaju mój wzrok przyciągnęła nazwą Schönau pierwsza strona hebrajskojęzycznego dziennika „Maariv”. Przywołała wspomnienia. Tekst donosił o ostrym konflikcie między premier Goldą Meir a kanclerzem Austrii Bruno Kreiskim. Wcześniej palestyńscy terroryści zaatakowali pociąg z Żydami w drodze do „obozu przesiedleńczego” w Schönau. Za zwolnienie zakładników zażądali zamknięcia obozu. Kreiski przystał na propozycję. Golda Meir, która nigdy nie negocjowała z terrorystami, nazwała go „nędznym żydowskim sklepikarzem”. Ten antysemicki docinek przylgnął w Izraelu do kanclerza na długie lata. Jego bratanek, drobny blondynek Yossi Kreiski, który był wtedy w naszej jednostce magazynierem, mimo że niespecjalnie lubił wujka, został przez nas nazwany sklepikarzem.

Trzy dni później wybuchła najkrwawsza wojna w dziejach Izraela – wojna Jom Kippur. Miałem 20 lat i za chwilę miałem się stać żarliwym syjonistą.

W Izraelu

Wiosną 1969 r. Izrael obchodził 21 lat swojego istnienia, a dwa lata wcześniej – w wyniku wojny zwanej później sześciodniową – z małego, będącego w stałym zagrożeniu państewka stał się mocarstwem, i to nie tylko w skali Bliskiego Wschodu. Aby właściwie zrozumieć sens tych słów, trzeba sobie przypomnieć atmosferę dni przed wybuchem wojny: kolejna eskalacje przemocy na granicach, ostrzeliwanie przez Syryjczyków kibuców na północy, krwawe incydenty, groźby ówczesnego prezydenta Egiptu Gamala Nasera – wszystko to sprawiało, że społeczeństwo czuło, jakby znów znalazło się na krawędzi przepaści. Czerwcowa wojna zmieniła to diametralnie. Nadszedł czas euforii, dumy, nadziei, że koszmarne wojny miną bezpowrotnie i może najważniejsze – pojawiło się przekonanie, że oto przemija okres spartańskiego ascetyzmu i nadchodzi epoka dobrobytu i szczęścia.

26 lutego 1969 r. zmarł premier Levi Eszkol, jeden z najwybitniejszych i najmądrzejszych polityków w historii współczesnego Izraela. Społeczeństwo zapamiętało go jednak przede wszystkim z dramatycznego przemówienia  wygłoszonego pod koniec maja 1967 r. oraz nominacji Mosze Dajana na stanowisko ministra obrony dwa dni później (1 czerwca). Mosze Dajan był wówczas uznawany w Izraelu za niemal półboga, niekwestionowanego bohatera i zwycięzcę tamtej wojny. Wraz z nim inni generałowie cieszyli się szaloną popularnością, a ich podobizny niczym współczesnych świętych drukowano na pocztówkach i sprzedawano na miejscowych targowiskach jak na polskich odpustach. W tym samym czasie w komunistycznej Polsce Dajan – przedstawiany niczym szatan – figurował na antysemickich karykaturach. W marcu 1968 r. podczas tzw. masówek robotnicy wypisywali hasło „Syjoniści do Dajana” na plakatach, które później przeszły do historii jako ilustracje tamtej kampanii.

W 1969 r. Izrael liczył 2,93 mln mieszkańców. Zwycięstwo w wojnie sześciodniowej spowodowało gwałtowny przypływ imigrantów. O ile w 1967 r. było ich zaledwie 14,5 tys., a w 1968 r. 20,7 tys., o tyle w roku 1969 liczba ta sięgnęła aż 38,1 tys. Wśród nich kilka tysięcy tzw. marcowych banitów – ostatnich świadomych swojego pochodzenia polskich Żydów i dopiero co zdemaskowanych „syjonistów”. Istnieją rozbieżności, co do dokładnej liczby przybyłych do Izraela polskich Żydów, jest jednak pewne, że spośród wyjeżdżających, którzy deklarowali Izrael jako swój docelowy kraj, dotarła tam ich zdecydowana mniejszość. Większość wybrała Skandynawię i Stany Zjednoczone. Według Dariusza Stoli, opierającego swoje badania na izraelskim roczniku statystycznym z 1973 r., w roku 1968 przybyło z Polski do Izraela 1349 osób, a w roku 1969 – 1735, to jest łącznie 3084[3]. Nie były to liczby szczególnie znaczące. Warto przypomnieć, że w latach 1960–1969 trafiło do Izraela 152 tys. imigrantów z Afryki, głównie z Maroka, 35 tys. z obu Ameryk i ok. 90 tys. z Rumunii[4].

Ogólnie rzecz biorąc, zerwanie przez PRL stosunków dyplomatycznych z Izraelem w konsekwencji wojny sześciodniowej oraz późniejsze wydarzenia marcowe i oszalała kampania antysemicka prowadzona pod kryptonimem walki z syjonizmem nie wywołały w Izraelu większego wrażenia. Państwo żyło zupełnie innymi problemami. Wiosną 1968 r. temat kampanii antysemickiej w Polsce pojawiał się w prasie izraelskiej sporadycznie, wyłączając polskie gazety (takie jak: dziennik „Nowiny-Kurier” czy tygodnik „Przegląd”) piszące o tym szerzej. Kneset bodaj raz tylko znalazł okazję, by zająć się tą sprawą. 19 marca, tego samego dnia i mniej więcej o tej samej porze kiedy I sekretarz PZPR Władysław Gomułka wygłaszał swoje dramatyczne przemówienie, w którym podzielił Żydów w Polsce na trzy kategorie: wiernych Polsce Ludowej, kosmopolitów i syjonistów, w nowym budynku Knesetu pojawił się jego duch, bo nazwisko Gomułki padło w czasie debaty przynajmniej kilkanaście razy. Parlamentarzyści izraelscy wyrazili niepokój o ostatnich kilkadziesiąt tysięcy Żydów pozostałych w Polsce, za żelazną kulturą. Dyskutowano o Mickiewiczu, demonstracjach studentów, atakach w polskiej prasie i początkach antyizraelskiej kampanii. Wspomniano o manifestacji w Katowicach, gdzie 14 marca Edward Gierek mówił o śląskiej wodzie, która „pogruchocze kości” reakcjonistów godzących w PRL, i o „bankrutach politycznych” żydowskiego pochodzenia. Wiceprzewodnicząca Knesetu Dwora Netzer mówiła, że Polska jest olbrzymim cmentarzem narodu żydowskiego, a potem przeczytała w przekładzie na hebrajski pierwszą zwrotkę wiersza Juliana Tuwima Matka[5]. Meir Wilner, parlamentarzysta z izraelskiej partii komunistycznej Rakach, wyraził pełne poparcie dla siostrzanej partii w Polsce PZPR, czym wzbudził gorzką ironię i oskarżenia o zdradę ze strony Szmuela Mikunisa z izraelskiej lewicy.

Przedstawicielem rządu jedności narodowej w tej debacie był minister bez teki Menachem Begin. Dawny komendant narodowo-radykalnej organizacji Bejtar w Polsce[6], absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, żołnierz armii Andersa wykazał się dogłębną znajomością dzieł Adama Mickiewicza, w szczególności Dziadów, i symbolicznej liczby „44”. Begin mówił o podjętych przez Mickiewicza próbach stworzenia w Turcji Legionu Żydowskiego i o Zagładzie narodu żydowskiego w czasie ostatniej wojny. Pierwszego września 1939 r. w Polsce było 3,3 mln Żydów, a do końca wojny przeżyło ich tam zaledwie 30 tys. Jedynie nieliczni im pomagali. „Gdyby tylko naród polski zachował się jak naród duński, przeżyłoby w miastach, wsiach i lasach kilka milionów, a na pewno kilkaset tysięcy”[7]. Pod koniec swojego przemówienia Begin wyraził nadzieję, że władcy PRL-u otworzą granice kraju i doprowadzą do masowego wyjazdu Żydów, a on sam nie będzie szczególnie rozczarowany, jeżeli w Polsce nie pozostanie nawet jeden Żyd.

W wojsku i w księgarni

Młodzi ludzie, którzy przyjeżdżali do Izraela, a nie podjęli wcześniej studiów, trafiali do wojska. Należałem do tej kategorii. Byliśmy typowym mięsem armatnim. Zostaliśmy skazani na służbę w pełnym wymiarze, która wynosiła dwa lata dla dziewczyn i trzy dla chłopców. Właściwie nie było od niej żadnej możliwości odwrotu ani ucieczki. W tamtych czasach w Izraelu próbę wymigania się od wojska, nawet z pobudek pacyfistycznych, traktowano jako rzecz niezrozumiałą, haniebną i godną potępienia. Włodek Goldkorn w swojej autobiografii opisuje traumatyczne zdarzenie, którego doświadczył na terenach okupowanych na początku swojej służby i które doprowadziło go do opuszczenia wojska, a w konsekwencji również do wyjazdu z Izraela[8]. Mój inny rówieśnik Giora Neuman, działacz lewicowej organizacji Macpen (Kompas), za odmowę służby spędził w wojskowym więzieniu wiele miesięcy, zanim zdołał zwolnić się z armii.

Sytuacja studentów była zdecydowanie lepsza. Byli starsi zaledwie o kilka lat, a mieli zupełnie inne perspektywy. Czekała ich skrócona służba wojskowa, i to nie od razu, lecz po ukończeniu studiów lub ich części. W tej sytuacji mogli się cieszyć wolnością i dzielić euforię z innymi. „Kiedy tu przyjechałem, w powietrzu ciągle unosiła się ekstaza. Zwycięstwo było tak wielkie, że ten naród, cały czas dążący do osiągnięcia stanu normalności, przeskoczył ten stan. Pozycję neurastenicznego intelektualisty zamienił na pozycję supermana”[9]. Byli też tacy, którzy ciągle utyskiwali, tęsknili za Polską, jej przyrodą i kulturą. „W Izraelu nie było żadnego wyboru. Zero kontaktów z Polską, stosunki dyplomatyczne zerwane, nic nowego nie docierało, każdy wziął płyty Ewy Demarczyk i słuchał w kółko, ale ile można”[10].

Inna była sytuacja naszych rodziców. Wyjechali z Polski, zostawiając nie tylko swoje wspomnienia, lecz właściwie całe życie. Przypadki były różne, w zależności od wieku, zawodu, sytuacji rodzinnej, a przede wszystkim dotychczasowych losów. Pomimo „miękkiego lądowania”, bo każdy dostał mieszkanie i jakąś konkretną pomoc, co w poprzednich falach imigracyjnych ze względu na trudną sytuację gospodarczą kraju było właściwie niemożliwe, nie mieli łatwo. Trudne były również relacje z Żydami z Polski, którzy przyjechali wcześniej. „Byliśmy tymi, którzy wracają tam, gdzie od dawna już powinni być, gdzie wracają skandalicznie późno”[11].

W Tel Awiwie w pasażu przy Allenby 94 od 1958 r. działała polska księgarnia Edmunda i Ady Neusteinów. Nie była zresztą jedyną w mieście, w promieniu ok. 300 m istniały dwie inne. Pod koniec lat 60. księgarnia Neusteinów stała się swoistą mekką marcowych emigrantów, kawałkiem Polski, klubem, punktem informacyjnym i kontaktowym. Można tam było spotkać poetów, których jedyną ojczyzną był zapewne język, a przede wszystkim nieszczęsnych melancholików, przyciąganych nostalgia za szarą Warszawą, Łodzią, zakurzonymi Katowicami, zapyziałą Legnicą. My, młodzi, rzadko chodziliśmy do księgarni Neusteinów, mieliśmy na głowie inne sprawy.

Pobyt w kibucu

W moim przypadku ważną rolę w procesie asymilacji odgrywała Alijat Hanoar, instytucja zajmująca się imigracją młodzieży do Izraela, która powstała w Niemczech w 1932 r. jako integralna część Agencji Żydowskiej. Opierała się na trzech zasadach: pracy, nauce i koleżeństwie.

W Alijat Hanoar skierowano mnie na ulpan, roczny kurs językowy, w kibucu Gewat w dolinie Jezreel. Uczyliśmy się tam i pracowaliśmy po cztery godziny dziennie. Kibuc Gewat w połowie drogi między Haifą i Afulą założyli w 1926 r. Żydzi z Pińska, którzy przybyli do Palestyny po pogromie 5 kwietnia 1919 r. (zginęło wówczas 35 Żydów). Latem 1969 r., kiedy przyjechałem do Gewatu, mieszkało w nim ok. 800 członków kibucu, w tym dwie rodziny z Polski, które osiedliły się tam po emigracji w 1957 r.

Kibuc był zamożny. Trzy lata wcześniej otworzono fabrykę rur plastikowych, rosły gaje cytrusowe, sady, były pola uprawne, obory, kurniki – wszystko, co powinno znajdować się w kibucu. Istniała jeszcze pierwszoligowa drużyna koszykówki, która choć różnie radziła sobie w rozgrywkach, przysparzała niemało emocji. Jedzenie pyszne, rozrywki, tańce, wycieczki i bujne życie towarzyskie. Oprócz nas, ulpanistów, przebywało tam kilkunastu wolontariuszy, głownie z USA i Skandynawii, którzy dodawali miejscu światowego posmaku.

Na ulpanie było nas w sumie ok. 60 żydowskich dziewcząt i chłopców w wieku 15–17 lat z całego świata: z USA i Kanady, Argentyny, Wenezueli, Włoch, Francji, Turcji, Indii, Pakistanu, Maroka, ZSRR i oczywiście Polski. Był wśród nas emigrant z Egiptu i 17-latek z Syrii, który siedział tam w więzieniu, uciekł i przez Liban i zieloną granicę dotarł do Izraela. „Nasz entuzjazm był ogromny. Że po dwóch tysiącach lat rozbicia przyjeżdżamy z różnych krajów i łączymy się w jeden naród… Byliśmy szczęśliwi, że realizujemy izraelską legendę”[12].

Z Polski było nas 11. Barwna mozaika polsko-żydowskiej młodzieży z końca lat 60. Byli tacy, co regularnie odwiedzali kluby Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (TSKŻ), obchodzili święta żydowskie, jeździli na kolonie.

Na niektórych żydostwo spadło jak grom z jasnego nieba, bo nie dość, że nic nie wiedzieli o swoich żydowskich korzeniach, to nie różnili się zbytnio w antysemickich poglądach od swoich polskich kolegów.

Przyjechaliśmy zewsząd i pochodziliśmy z różnych środowisk: robotników, inteligencji i prywatnej inicjatywy. Byli wśród nas młodzi ortodoksyjni komuniści, potomkowie bundowców, asymilanci, niewierzący i religijni, jakby dopiero co przyjechali z przedwojennych sztetli. Właściwie to nie było u nas tylko syjonistów, chociaż niebawem mieliśmy się nimi stać.

Piękna brunetka 16-letnia Estera przyjechała z Niebuszewa, osiedla w Szczecinie, gdzie kiedyś masowo osiedlali się żydowscy repatrianci ze Związku Radzieckiego. Pochodziła z tradycyjnej rodziny żydowskiej, mówiła i śpiewała w jidysz, opowiadała o świecie, o którym nawet nie śniliśmy. W kibucu poznała 18-letniego Grzegorza, również ze Szczecina. Grzegorz, najstarszy z nas, był synem żydowskiego pułkownika i Polki, którym nie pozwolono na wyjazd. Pomimo młodego wieku miał za sobą przeżycia, jakie mogliśmy oglądać tylko na filmach. W Polsce był cinkciarzem, rozprowadzał narkotyki, właściwie był narkomanem, a i u nas propagował haszysz. Niewiele miał wspólnego z żydostwem i z Izraelem. Ciągle mówił o Szwecji, a gdy po roku wyjechał, nigdy go już nie zobaczyłem. Jasnowłosy Janek z Wrocławia miał 15 lat, pochodził z mieszanego małżeństwa. Nie tylko nie czuł się Żydem – był wręcz praktykującym katolikiem po komunii i bierzmowaniu. Życie czasami płata niezłe figle; kilka lat później spotkałem go na ulicy w Jerozolimie w polowym mundurze spadochroniarza z izraelskiej armii. Było kilku chłopców z egzotycznych wówczas dla mnie miasteczek na Dolnym Śląsku: Bielawy, Dzierżoniowa, Legnicy. Część z nich wywodziła się z rodzin repatriantów, którzy przybyli do Polski z ZSRR dopiero po 1956 r., a ich polski pozostawiał wiele do życzenia. Opowiadali o swoim życiu w Polsce, jakby działo się to w jakimś dalekim kraju, na innej planecie. Jeszcze ciekawsze i fascynujące były kontakty z rówieśnikami z innych krajów: z Maroka, Indii, Argentyny, nie wspominając o rdzennych Izraelczykach. Chcąc nie chcąc, zachłystywaliśmy się tym wszystkim, nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Szybko wchodziliśmy w przystępną i atrakcyjną izraelskość, omijając jakoś smutną żydowskość z diaspory.

Z naszym kibucem sąsiadował inny, nieco mniejszy Ramat Dawid, a tuż za nim rozciągała się baza wojskowa. Została zbudowana w 1942 r. w czasie II wojny światowej przez Anglików i stacjonowało tam kilka dywizjonów RAF-u. W maju 1948 r. przeszła w ręce powstających izraelskich sił powietrznych. Przez cały nasz pobyt w Gewacie, aż do sierpnia 1970 r., na południu toczyła się wojna, która przeszła do historii jako „wojna na wyczerpanie”. Z obu stron Kanału Sueskiego izraelska i egipska artyleria ostrzeliwały się wzajemnie. W pewnym sensie była to wojna luksusowa, gdyż toczyła się wyłącznie na froncie, nie dotykając ludności cywilnej. Jej bilans był jednak tragiczny: w ciągu roku, od czerwca 1969 do sierpnia 1970 r., zginęło 1424 żołnierzy izraelskich. Każdego dnia o świcie budził nas szum startujących myśliwców; wracały w porze śniadania, czasami kołysząc skrzydłami jakby w geście tryumfu. Przypominały nam, że żyjemy w kraju pogrążonym w wojnie, w której i my weźmiemy udział. Wiosną 1970 r. przyszło pierwsze wezwanie na wojskowe badanie lekarskie, potem test psychometryczny, w końcu dwa lata później powołanie. Czułem się już wtedy Izraelczykiem.

Idąc polami w kierunku bazy lotniczej, skręcając w prawo, można było dojść do Nahalalu – pierwszej wsi-moszawu na ziemiach Izraela[13]. Powstał w 1921 r. i został zaplanowany w formie symetrycznego koła, w którego centrum znajdowały się budynki publiczne: dom kultury, sklep, przychodnia, sekretariat. Następny krąg tworzyły budynki mieszkalne, dalej pola uprawne. Jednym z założycieli Nahalalu był Szmuel Dajan, ojciec legendarnego generała, deputowany do pierwszego Knesetu w 1949 r. W Nahalalu w domu kultury w sobotę wieczorem wyświetlano filmy amerykańskie. Pewnego razu poznałem dziewczynę, była w moim wieku, ledwo znałem hebrajski, ale wystarczająco, by się porozumieć. Miała pięknehebrajskie imię i bardzo śmieszne według mnie nazwisko. Kiedyś wskazała na mijany dom, mówiąc, że należy do Dajana. Opowiedziałem jej o Polsce i o tym, jak w marcu 1968 r. krzyczano na nas: „Syjoniści do Dajana”. Zaśmiała się i zapytała, czy chcę poznać jego syna. – Oczywiście – odpowiedziałem. – No to załatwione – odrzekła. W następną sobotę poszliśmy na kawę do Ehuda Dajana, starszego syna generała. Miał 28 lat i dopiero co się ożenił. Młody, przystojny, o rysach przypominających postać z fotografii w gazetach. Spodobała mu się moja opowieść, a jeszcze bardziej to, że zwykłe antysemickie wyzwiska i przepowiednie czasami się sprawdzają.

Wiele lat myślałem o tym spotkaniu, traktowałem je jako dość zabawną anegdotę. Ehuda spotkałem jeszcze raz czy dwa w moim życiu. Później poznałem jego starszą siostrę Jael. Pisząc ten tekst, zamierzałem nawet do niego zadzwonić. Wtedy dowiedziałem się o jego śmierci. Ehud Dajan, rzeźbiarz, zmarł 17 listopada 2017 r. Miał 75 lat.

 

[1] Wypowiedź Leona Rozenbauma, w: J. Wiszniewicz, Życie przecięte, Wołowiec 2008, s. 588.

[2] W. Goldkorn, Dziecko w śniegu, Wołowiec 2018, s. 128.

[3] D. Stola, Emigracja pomarcowa, Warszawa 2000, s. 10.

[4] Hashnaton Hastatisti l’Israel 2007 (Izraelski Rocznik Statystyczny 2007), Jerozolima 2008, s. 347

[5] Wypowiedź D. Netzer, w: Diwrei HaKneset (Dokumenty Knesetu), Jerozolima 1968, posiedzenie z 19 marca 1968 r., s. 1505. Pierwsza strofa wiersza Tuwima brzmi: „Jest na łódzkim cmentarzu, / Na cmentarzu żydowskim, / Grób polski mojej matki, / Mojej matki żydowskiej”.

[6] Bejtar, Betar – syjonistyczny, skrajnie prawicowy ruch młodzieżowy żydowski działający w okresie międzywojennym w wielu państwach Europy i w Palestynie. Wzorował się na innych ruchach nacjonalistycznych tego czasu.

[7] Wypowiedź M. Begina, w: Diwrei HaKneset, dz. cyt., s. 1509.

[8]  W. Goldkorn, Dziecko w śniegu, dz. cyt., s. 138–141.

[9] Wypowiedź Marka, Ja jestem z sześćdziesiątego siódmego, w: J. Wiszniewicz, Z Polski do Izraela, Warszawa 1992, s. 19.

[10] Wypowiedź L. Rozenbauma, w: J. Wiszniewicz, Życie przecięte, dz. cyt., s. 587.

[11] Tamże.

[12] Wypowiedź Hermana Litmana, Tu jesteś u siebie, w: J. Wiszniewicz, Z Polski do Izraela, dz. cyt., s. 44.

[13] Moszaw – wieś, osada. W swoim założeniu moszawy podobne są do kibuców, z tą różnicą, że mieszkańcy posiadają w nich własność prywatną.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter