70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kiedy przyleciały efemerydy

Potrzeba niewiarygodnego talentu, by tak wiele życia tchnąć w opowieść o śmierci. I by tak udanie oddać rzeczywiste doświadczenie utraty ukochanej osoby, jednocześnie tkając swoją opowieść z klasyków literatury.

Śmierć przynosi w ofierze fragment. Bierz go albo nic. Ciągła opowieść o niej powstać nie może; szkło rysuje się lub pęka w dłoniach” – pisze autor i dlatego Kontener przybrał formę „składu odprysków”, 103 esejów, minirozpraw o literaturze, fabuł lub wspomnień związanych z doświadczeniem śmierci matki. Niektóre teksty pozornie oderwane są od pozostałych, ale to tylko złudzenie, za chwilę bowiem zdający się nie pasować puzzel znajduje swoje właściwe miejsce. Tak dzieje się np. z tekstem o staruszce cierpiącej na manię zbieractwa do tego stopnia, że jej zatęchły dobytek w końcu ląduje w kontenerze. Tytułowy kontener przywodzi na myśl taki właśnie bezlitosny blaszany śmietnik, dzięki któremu żałobnicy mogą łatwo rozprawić się ze zbieraniną bezwartościowych przedmiotów po zmarłym. To błędny trop w przypadku Kontenera Marka Bieńczyka. Ta książka to nie bezładne wspomnienia o matce wrzucone między kartki, ale uporządkowany zbiór, gdzie myśli układają się w emocjonalną melodię straty, mającą swoje staccata oraz powracające refreny. „Matka nie żyła od sześciu miesięcy, kiedy przyleciały efemerydy” – powtarza (za Camusem) parokrotnie Bieńczyk, opisując letnią noc i nagły zalew powietrza jętkami, małymi białymi owadami. To doświadczenie stanowi punkt wyjścia i dojścia, to cezura żałoby, choć ani jej początek, ani koniec, raczej oczyszczający moment pogodzenia i powrotu do życia. Bo na każdym kroku okazuje się, że to, paradoksalnie, książka o życiu, wielkim głodzie życia, wręcz jego umiłowaniu. Na samym początku Kontenera pojawia się obraz z opowiadania Czerwone liście Faulknera, gdzie umierający od ukąszenia żmii czarny niewolnik krzyczy: „Olé, przodkowie moi!”, jakby wyzywał śmierć, która już przecież ma go w swoich szponach, na pojedynek. Bieńczyk obserwuje łapczywe łapanie powietrza przez bohatera, jego buńczuczne, bo skazane na niepowodzenie, pragnienie życia. Myśląc o śmierci matki, nie może pozbyć się tego powracającego motywu, tych trzech wykrzyczanych słów.

Rzeczy nie są tu jednak bez znaczenia, bo jak się okazuje, śmierć opowiada się za pomocą przedmiotów, to one umieszczają wspomnienia w namacalnych ramach. „Stałem w pokoju szpitalnym, płaszcz wisiał w półotwartej szafie, czapka leżała na półce; na stoliku drżała jeszcze woda w szklance, potrącony but przesunął się o parę centymetrów” – pisze Bieńczyk o chwili zaraz po ostatnim oddechu matki. Ten but jeszcze powróci – narrator kupuje sobie nowe buty w pierwszych dniach żałoby, powróci również czapka w jakże silnym wspomnieniu chorej matki w absurdalnej zimowej czapce wciągniętej jej na głowę przez sanitariusza. I jeszcze grzebień czule czeszący tę samą głowę już po śmierci oraz nowe sukienki – przedśmiertne pragnienie matki, jakby łapczywe chwytanie się życia.

Rzeczy ustąpić muszą jednak miejsca czemuś dużo bardziej ulotnemu, czemuś, co niczym efemerydy powraca w tej prozie, czyniąc zeń wielki traktat o oddechu. Bieńczyk rozważa każdy jego aspekt, od analizy słów „krtań” czy „grdyka”, po wzmożony nasłuch na wersy poezji, śledzenie świszczącego w nich powietrza. Wraz z rozprawą o oddechu pojawiają się niewielkie fabuły z ćwiczeń z trenerem Bartkiem, który jak mantrę powtarza: „Oddychaj, oddychaj”, i gani za każdy krótki wdech, każdy zbyt cichy wydech. I dlatego to nie jest książka o śmierci, bezdechu, książka o ciszy, gdy oddech uwięźnie w gardle, lecz – będę się upierać – traktat o życiu. Zresztą na ostatnich stronach autor pisze wprost, cytując faulknerowskiego bohatera: „To dlatego, że tak bardzo nie chcę umierać”. Bo śmierć bliskiej osoby – i to szczególnej, bo tej, która przecież dała życie – oprócz tęsknoty za nią niesie ze sobą okrutne memento mori, od którego wyrwać nas mogą jedynie wielcy pisarze niczym bracia w żałobie, miliony maleńkich owadów przesłaniających horyzont lub kompulsywne chwytanie się przedmiotów.

„Tamtego dnia, niosąc pod pachą pudełko z butami, myślałem zapewne, że zmartwienie trzeba wychodzić. Niespiesznie je przejść, rozejść je, rozchodzić. Flamenco każe je wytańczyć; wytańczyć, wystukać, wyśpiewać wciąż od nowa. To inny krok z tego samego źródła żałoby, żałoby po matce, po matce niebylejakiej, madre magica”. Zmartwienie, czyli lepsze według autora określenie żałoby, lepsze, bo zawierające w sobie martwotę ogarniającą żałobnika, trzeba „rozchodzić”, niczym ból porodowy, który każe rozchodzić położna. Doświadczenie stawania się matką jest zresztą zadziwiająco bliźniacze z doświadczeniem procesu osieracania przez matkę. Bieńczyk pisze o wsłuchiwaniu się w oddech, o napięciu oczekiwania na każdy kolejny, tak podobny do tych paru sekund czekania na pierwsze zaczerpnięcie powietrza przez dziecko. Ciągłe doglądanie umierającej matki, czy to przez wpatrywanie się w szpitalne monitory, czy to przez „kontrolny dotyk”, jest przecież rewersem tego samego ruchu matczynej dłoni, która poprawia kocyk na noworodku. „[Pomieszanie statusów]. Całymi miesiącami byłem jej matką” – pisze Barthes w swoim Dzienniku żałobnym, studiowanym również przez Bieńczyka.

W tej relacji syn–matka, a może raczej pisarz-syn–matka jest coś szczególnego. „Ojciec ma lepiej, czym byłaby dwudziestowieczna literatura środkowoeuropejska bez jego figury. Schulz, Kafka, Kiš. Martwa matka to nie jest dobry temat, choć jej poświęca się o wiele więcej niż ojcom książek” – pisze Bieńczyk i ustawia się w żałobnym maratonie pisarzy, których literatura wyrasta ze śmierci matki. Największą personą tego biegu jest oczywiście Proust, którego w żałobie po matce czyta Roland Barthes. Bieńczyk czyta ich obu, pośród jego lektur pojawiają się również św. Augustyn, Elias Canetti, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Marcin Wicha i wielu innych, przekuwających swoją synowską tęsknotę w słowa.

Z tych słów nie wyrasta jednak nigdy posąg matki, a przynajmniej nie taki, który miałby jej rysy. To posąg łączący słowo z figurą matki na metapoziomie, gdzie słowa łączą się z jej ciałem i tworzą jedność w wielkim literackim lamencie, wspólnej spuściźnie i matki, i syna. „Więc słowa udają ciało, chcą dostać jego konwulsji. To znany wybieg pisma”. Podobnie jak u innych autorów więc, o tym, jakim matka była człowiekiem, nie dowiadujemy się tu wiele – tylko tyle, że wnikliwie obserwowała ludzi, a nie rozmawiała ze zwierzętami. Jak na książkę o jej śmierci to niewiele. Podobnie jednak jak u Prousta czy Barthes’a nie o uwiecznienie matki w piśmie tu chodzi, ale o samo pisanie, które, jak zanotował Barthes, „w niej ma swój początek”. O literaturę wyrosłą z wielkiej synowskiej miłości, z nieprzejednanej tęsknoty, jednak nietraktującą o matce wprost. Podobnie w Kontenerze nie poznajemy matki autora, ale Bieńczyk z łatwością schodzi z tego metapoziomu do indywidualnego, pełnego czułości doświadczenia dziecka, które żegna swojego rodzica. Opisuje dorosłych mężczyzn, którzy odwiedzają swoje matki w szpitalu i nie widzą w nich starości, brzydoty, nie czują zapachu szpitala, śmierci, bo przepełnia ich miłość. „Tylko oni, synowie i matki, widzieli coś w swoich twarzach, czego inni nie mogli dostrzec, tylko oni, synowie, rozumieli dosłownie i bardziej niż dosłownie, bo rozumieli dotykiem wyniszczoną skórę, półmartwe, zapadnięte oczy, siniaki na rękach, bezsilne dłonie, tylko oni umieli nie zobaczyć tej brzydoty, tego szkaradztwa na własne oczy”.

„Ta książka nie-książka mogłaby się zatem nie skończyć; nie chcę jej kończyć, jeden pogrzeb wystarczy”. Nieubłagana literatura przynosząca pocieszenie skończyć się jednak – podobnie jak życie – musi. U Bieńczyka, w pięknej książce o życiu, kończy się białym od małych owadów, efemeryd, powietrzem.

_

Marek Bieńczyk

Kontener

Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 304


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter