70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Piękny umysł Weigla

Rudolf Weigl twierdził, że nikogo do nauki nie można zmuszać – każdy człowiek jest wolnym ptakiem, a nauki ścisłe to prawdziwa niewola. Jeżeli chce się osiągnąć w nich jakikolwiek sukces, trzeba się zupełnie im poddać.

Najnowsza książka Mariusza Urbanka (autora m.in. zajmujących biografii Jerzego Waldorffa, Jana Brzechwy, Juliana Tuwima czy Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego) została poświęcona prof. Rudolfowi Weiglowi – wynalazcy szczepionki przeciwko tyfusowi plamistemu, ratującego w czasie II wojny światowej życie wielu wybitnym intelektualistom we Lwowie. Dawał im bezpieczne „zatrudnienie” karmicieli wszy w swoim instytucie (działającym w czasie okupacji, co notabene budziło pewne kontrowersje). Panicznie obawiający się tyfusu Niemcy nie mieszali się do tego, kto konkretnie pomagał Weiglowi w badaniach. Profesor skrzętnie korzystał z tej szansy, werbując (i tym samym dając polisę na życie) choćby Zbigniewa Herberta, Eugeniusza Romera, Stefana Banacha czy Andrzeja Szczepkowskiego.

Przybliżenie historii poszczególnych karmicieli wszy jest oczywiście zajmujące, niemniej to nie główny walor książki. Urbanek próbuje bowiem opowiedzieć również o Weiglu jako naukowcu. Przecież praktycznie przez cały okres II RP profesor prowadził wyróżniającą się działalność badawczą, był niezmiennie poważnym kandydatem do Nagrody Nobla. Oczywiście trzeba uważać, aby nie poddać się zbyt łatwo wyświechtanej retoryce typu „kiedyś to były dobre czasy…”, niemniej mimo wszystko warto zapoznać się z tym, jak funkcjonował wówczas jeden z najlepszych instytutów naukowych. Zwłaszcza dzisiaj, w momencie przeprowadzania wielkich zmian w strukturze nauki polskiej, w tym wdrażania kolejnych biurokratycznych pomysłów. Jak na tego typu kwestie patrzył Rudolf Weigl? Przede wszystkim twierdził, że nikogo do nauki nie można zmuszać – każdy człowiek jest wolnym ptakiem, a nauki ścisłe to prawdziwa niewola. Jeżeli chce się osiągnąć w nich jakikolwiek sukces, trzeba się zupełnie im poddać. Jego pracownicy przebywali więc w zakładzie kilkanaście godzin dziennie. Nie interesował się nadmiernie publikacją wyników swoich badań. Dla niego oznaczały dążenie do prawdy. Co działo się z nimi później, stanowiło sprawę drugorzędną. Jako szef stanowił autorytet dla swych podwładnych. Zarazem wspominano, że nie był dla nich kapralem. Nie skracał jednak nadmiernie dystansu. Przedkładane mu do zatwierdzenia wyniki badań sprawdzał bardzo wnikliwie, prawie zawsze zgłaszał jakieś uwagi. Wymagał jednak, aby każdy naukowiec przygotowywał swoją pracę indywidualnie, bez angażowania innych. Mawiał, że skoro on zawsze robił wszystko sam, to inni również mogą. W razie wątpliwości mogą konsultować się z nim samym. I tutaj służył pomocą.

Oczekiwał, że badania będą wielokrotnie powtarzane i sprawdzane. Jeżeli coś szło zbyt łatwo i szybko, podchodził do tego z dużą dozą nieufności. Za najciekawsze uważał doświadczenia, które się nie udają albo podważają przyjętą hipotezę. Nie znosił przypadków, w których badacz popadał w samozadowolenie. Wyznawał zasadę, że każdy człowiek powinien przechodzić w życiu trzy okresy. Podczas pierwszego wydaje mu się, że jest wyjątkowo mądry i wszystko wie. W drugim okresie zdaje sobie sprawę z tego, jak duża jest jego niewiedza. Dopiero w trzecim w końcu zaczyna się uczyć. Konstatował jednak, że większość zatrzymuje się w pierwszym okresie i „dlatego jest tylu głupców”. Sam nigdy nie puszył się swoją wiedzą ani sukcesami.

Czy Weigl odnalazłby się we współczesnej nauce? Można odnieść wrażenie, że wiele prawnych ram instytucjonalnych utrudniłoby mu funkcjonowanie. Obecnie stają się specyficzną grupą urzędników, którzy poza dydaktyką w większym stopniu muszą dokumentować i opisywać wszystkie aspekty swojego funkcjonowania. Ten opis pracy staje się nierzadko ważniejszy od samej pracy, czyli rzeczywistych badań naukowych. Na to nie starcza już czasu. Zapewne trochę irytowałoby to wynalazcę szczepionki na tyfus plamisty.

Książka Urbanka przedstawia również Weigla prywatnie: jako troskliwego ojca i nie zawsze dobrego męża (szkoda, że tak było; to ostatnie zresztą średnio pasuje do tej postaci). Przedstawiany profesor to jednak człowiek nader oryginalny, niepozbawiony – jak na porządnego naukowca przystało – również swoich dziwactw i przyzwyczajeń. Ważne, że potrafił się też oderwać od nauki i znaleźć trochę czasu na spędzenie np. z najbliższymi wakacji. To ten czas najlepiej zapamiętał jego syn. Zresztą Urbanek nie stroni od przytaczania barwnych anegdot. Osobna sprawa to czasy powojenne, kiedy tak naprawdę Weigl nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości (nie tyle z powodu kwestii ideowych, ile raczej mijającego czasu).

Przy okazji pojawiają się pytania o możliwe granice współpracy naukowca ze zmieniającymi się reżimami. W przypadku profesora pewne współdziałania z Niemcami w czasie okupacji rekompensuje fakt uratowania licznych istnień ludzkich, w tym także członków ruchu oporu. Ponadto wobec hitlerowców zachowywał się z ogromnym dystansem. Nie przyjął ich propozycji uruchomienia procedury przyznania mu Nobla.

Po wojnie temat tej najbardziej prestiżowej nagrody powrócił. Wtedy pojawiły się oskarżenia o kolaborację, które ostatecznie zaprzepaściły tę szansę.

Na podstawie kilku przeprowadzonych przez autora niniejszej recenzji doświadczeń badawczych można „potwierdzić” hipotezę, że książka Profesor Weigl i karmiciele wszy jest niesamowicie wciągająca dla wielu współczesnych przedstawicieli świata nauki, niezależnie od reprezentowanej dyscypliny. Zresztą nie tylko dla nich.

_

Mariusz Urbanek

Profesor Weigl i karmiciele wszy

Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2018, s. 350


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter