70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kurdyjskie marzenia o niepodległości

Historia w Kurdystanie wydaje się częściej dzielić, niż łączyć. Niewątpliwie jest ona jednak przeżywana, aktualizowana w teraźniejszości, opowiadana i dyskutowana. Wciąż idealizowana i interpretowana jako ciąg możliwości, by wreszcie uzyskać wymarzoną niepodległość, określić miejsce na mapie, stworzyć ojczyznę i towarzyszące jej symbole.

Dwudziestego piątego września 2017 r. przeprowadzono wśród mieszkańców Regionu Kurdystanu (Herêmî Kurdistan, federacyjna część Iraku) referendum niepodległościowe. Objęło ono również sąsiadujące z nim tereny pozostające poza administracją kurdyjskiego rządu (Rząd Regionalny Kurdystanu, Hukumetî Herêmî Kurdistan), zamieszkane jednak w większości przez Kurdów i przez nich kontrolowane (miasto Kirkuk i tereny w prowincji Niniwa). Głosowanie – w którym zdecydowana większość uczestników opowiedziało się za niepodległością – wzbudziło silne reakcje na świecie, w regionie oraz wśród samych Kurdów zamieszkujących Turcję, Syrię i Iran.

Rząd centralny w Bagdadzie zareagował gwałtownie. Wkrótce po referendum zażądał jego anulowania, zamknął lotniska międzynarodowe w Erbilu i Sulejmanii (największych miastach Kurdystanu), przeprowadził akcję militarną w Kirkuku oraz na innych spornych terenach, odsuwając w czasie nie tylko marzenia Kurdów o niepodległości, lecz również niwecząc szansę na dialog dotyczący przyszłości Iraku. Postępująca presja wywierana na rząd oraz sytuacja międzynarodowa zdają się przesuwać w nieokreśloną przyszłość plany budowy na Bliskim Wschodzie państwa Kurdów. Rzeczywistość stawia nowe wyzwania. Najważniejszym z nich jest dziś współpraca poszczególnych frakcji politycznych i konsolidacja sił przed wyborami parlamentarnymi w Iraku. Kolejnym – dyplomacja, która powinna stać się orężem i „kurdyjską marką”.

Raporty i analizy przygotowane po referendum dotykają istotnych problemów związanych z podziałami na lokalnej scenie politycznej, dokonują oceny działań rządu kurdyjskiego oraz prognozują przyszłość całego regionu. Często nie pojawiają się w nich głosy i opinie zwykłych mieszkańców Regionu Kurdystanu. Raporty pozbawione są emocji, które towarzyszyły głosowaniu. Próbuję je odtworzyć. Szansę uchwycenia oddolnej perspektywy zapewnia mi status obserwatora pozwalający zarówno na przeprowadzenie szeregu rozmów, jak również na podpatrzenie lokalnej kurdyjskiej demokracji w działaniu. Umożliwia on – przynajmniej częściowo – ukazanie tamtejszego terytorium jako wspólnej przestrzeni Kurdów, Turkmenów, muzułmanów, Asyryjczyków, Ormian, chrześcijan i jezydów. Wszystkie te grupy znajdują się obecnie w samym środku dynamicznego procesu wyłaniania się wartości politycznych oraz negocjowania symboli określających przynależność i tożsamość mieszkańców regionu. W tym sensie referendum niepodległościowe nie może być traktowane jedynie jako jednostkowy akt, lecz raczej jako część szerszego zjawiska nabywania świadomości społecznej i patriotycznej sięgającego przynajmniej początków XX w. Historyczny w swym wymiarze moment głosowania połączył ahistoryczne opowieści o Kurdystanie snute przy urnach, na ulicach, w herbaciarniach. Referendum stało się opowieścią.

 

Język: początek
„Kiedy już ogłosimy niepodległość – na dzień po referendum przekonuje mnie Karim, zaprzyjaźniony ze mną Kurd z Erbilu – zmienimy alfabet na łaciński, a język angielski będzie drugim językiem w Kurdystanie”. Z pewnością wielu wyznaczyłoby ważniejsze cele stojące przed państwem, które miałoby uzyskać niepodległość, niż zmiana alfabetu. Inni na pewno nie zgodziliby się na taką modyfikację. Gdy przyjmiemy jednak perspektywę historyczną, to właśnie refleksja nad językiem, sposobem jego zapisywania oraz prawem do używania okaże się dla Kurdów w XX w. kwestią nadrzędną. Język tworzył wspólnotę, zaś jego wybór, użycie oraz zmiana określały preferencje polityczne.

Opowieść o zmianie alfabetu powinna rozpocząć się w chwili, gdy kolejne fale nacjonalizmu przetaczały się na początku XX w. przez Bliski Wschód, zaś tamtejsze narody odkrywały, że faktycznie są narodami, że język może być użytecznym narzędziem identyfikacji, włączenia i wykluczenia. W przypadku Kurdów nacjonalizm językowy był niewątpliwie sposobem na zerwanie z partykularnymi podziałami o charakterze klanowym i plemiennym. Dawał im poczucie jedności, choć w rzeczywistości mieszkańcy regionu posługiwali się licznymi dialektami. Dziś w zasadzie możemy mówić o dwóch głównych wariantach języka kurdyjskiego – kurmandżi i sorani, które mają status języków literackich. Kurdowie w Iraku i Iranie mówią w sorani i zapisują go alfabetem arabskim, w Turcji natomiast do zapisu kurmandżi używa się łacińskiego. Pismo jest elementem znaczącym, wszak język kurdyjski zapisywany był już literami ormiańskimi, estrangelą (pismem syryjskim), cyrylicą, w zależności od tego, kto go używał i do jakich celów. Oczywiście nie bez znaczenia było to, w jakim państwie Kurdowie mieszkali i jaka była jego oficjalna polityka etniczna oraz kulturalna. I tak np. alfabet łaciński po raz pierwszy wykorzystano do zapisu kurmandżi w Związku Radzieckim. Szybko zastąpiono go cyrylicą. Po 1920 r. w administrowanym przez Brytyjczyków Iraku wprowadzono do szkoły sorani i wydawano w nim gazety przy użyciu alfabetu arabskiego. Najtrudniej było Kurdom w republikańskiej Turcji, gdzie zakaz używania ich własnego języka w mowie i w piśmie obowiązywał w zasadzie do lat 90. XX w. Pismo umożliwiło asymilację kulturową, warunkowało powstanie tekstów, nierzadko silnie zideologizowanych.

Gdy w 1919 r. rozpoczęła się konferencja pokojowa w Paryżu, Kurdowie mieli nadzieję, że z ogromnego obszaru, który zamieszkiwali, podzielonego wówczas między Turcję osmańską a Persję, uda się wykroić część stanowiącą ich wolną i niepodległą ojczyznę. Możliwość realizacji takiego planu widzieli we współpracy z Brytyjczykami. Ich wojska stacjonowały w Mezopotamii. Stopniowo rozwijali tam administrację. W tym też roku pełniący funkcję komisarza Bagdadu sir Arnold Wilson po uprzednich kontaktach z przywódcami plemion kurdyjskich w Sulejmanii zdecydował się na formę rządów pośrednich poprzez lokalnych przywódców. Wysłał również oficera Edwarda Noela w inne rejony kurdyjskie – do Mosulu, Mardin, Wan –celem zbadania ich preferencji politycznych oraz stosunku do Korony Brytyjskiej. Owocem podróży Noela, odbytej wspólnie z pochodzącymi ze znanej kurdyjskiej rodziny Bedyr-chanów braćmi Kamuranem (w późniejszym czasie napisał gramatykę kurdyjską oraz przetłumaczył na kurdyjski biblijne Przypowieści Salomona) i Dżaladetem, były bardzo obszerne i szczegółowe raporty. Dotyczyły one m.in. świadomości językowej Kurdów oraz roli, jaką nadawali językowi w tworzeniu ponadlokalnej tożsamości. Nie zabrakło też informacji o wyrażanej przez Kurdów potrzebie zmiany alfabetu na łaciński, co zważywszy na czas i okoliczności, może zdumiewać. Za odrzuceniem alfabetu arabskiego opowiadali się przede wszystkim postępowi i nastawieni proeuropejsko Kurdowie. Taki wybór oznaczał wszak konieczność dokonania gruntownej rewizji własnej tradycji kulturowej.

Mjr Noel popierał dążenia niepodległościowe Kurdów. Uczył się ich języka. Do raportu dołączył lokalne przysłowia. Dodatkowo dywagacje językowe skłoniły go do uznania ich za naród moralnie lepszy niż Turcy, Arabowie czy Persowie. „Kurdowie nie mają rodzimego słowa oznaczającego prostytutkę” – dowodził. Żeby zrozumieć znaczenie jego opisów, należy pamiętać, że ich język był często negatywnie oceniany, a wręcz ośmieszany przez sąsiednie narody, „jest jak pierdnięcie osła” – głosiło przysłowie perskie.

Stosunek Noela do Kurdów był wyjątkowy. Brytyjczycy, decydując się na formę rządów pośrednich, na zarządcę Sulejmanii wyznaczyli Mahmuda Barzindżiego. Wkrótce jednak Kurdowie, wszczynając w 1919 r. powstanie pod jego wodzą, wypowiedzieli Brytyjczykom posłuszeństwo. Po jego stłumieniu Arnold Wilson odwiedził rannego przywódcę Kurdów. Ku jego zdziwieniu miał on przypięty do rękawa fragment programu amerykańskiego prezydenta Wilsona mówiący o prawie do samostanowienia narodów w tłumaczeniu na język kurdyjski.

Kurdowie nie uzyskali niepodległości po 1919 r. Nie mieli jej ani w mandatowym (1920–1932), ani w rządzonym przez monarchię haszymidzką Iraku (1932– 1958), ani też w czasie gdy przekształcił się on w republikę (1958). Jednak w latach 50. XX w. pojawiła się możliwość zdobycia większej autonomii kulturalnej. Prym w edukacji w języku kurdyjskim wiodła Sulejmanija będąca ważnym ośrodkiem życia akademickiego. Działający tu Ibrahim Amin Baldar zajął się opracowaniem alfabetu kurdyjskiego, a w zasadzie sposobem dostosowania alfabetu arabskiego do fonetyki kurdyjskiej. W 1951 r. rozpoczął pracę w irackim Ministerstwie Edukacji. Czuwał tam nad wydawaniem książek do nauki języka kurdyjskiego, w których zastosowano nowe czcionki. Pierwsze takie publikacje zostały wydrukowane w Bagdadzie. W 1955 r. ukazał się podręcznik dla dorosłych, później elementarz dla dzieci Nowy alfabet. Niewątpliwie historię Kurdów można opowiedzieć przez pryzmat alfabetu. W 2000 r. w Erbilu, stolicy Regionu Kurdystanu, otwarto w dawnej szkole miejskiej działającej od lat 30. XX w. Muzeum i Archiwum Edukacji. Na dziedzińcu umieszczono pomnik „twórcy kurdyjskiego alfabetu”. Gdy po referendum niepodległościowym odwiedziłem to miejsce, spotkałem tam Ismaila Barzindżiego, poetę i inicjatora projektu muzeum, który wskazując na umieszczone w gablocie pierwsze wydanie elementarza, snuł opowieść o niepodległości i języku. Na zakończenie rozmowy dodał jeszcze, że Baldar tuż po II wojnie światowej przebywał jakiś czas w Warszawie. Muzeum ma siłę generowania narracji.

 

Historia w opowieści

Dzień przed referendum gazeta „Xebet”, będąca organem prasowym Demokratycznej Partii Kurdystanu, zamieściła obszerne artykuły, które jednoznacznie dowodziły, że oto nadszedł historyczny moment dla Kurdów. W gazecie wydrukowano również niewielkie plakaty referendalne, przygotowane w ramach rządowej kampanii „Tak dla niepodległości Kurdystanu”. Duże plakaty wisiały niemal w każdym zakątku Erbilu. Jeden z nich zwrócił moją uwagę, gdy przebywałem w chrześcijańskiej dzielnicy Ankawa. Przedstawiał osoby stające w kolejce do urny referendalnej ubrane w ludowe stroje, wśród których można było rozpoznać muzułmanów, chrześcijan, jezydów. Napis na plakacie głosił, że Kurdystan jest wspólną ojczyzną Kurdów, Turkmenów, Asyryjczyków, Syryjczyków (określenie chrześcijan tradycji zachodniosyryjskiej), Chaldejczyków, Ormian, Arabów. Projektował otwartą „kurdystańskość” jako nową formę identyfikacji. To faktycznie historyczny moment. Referendum było wydarzeniem niezwykłym, łączącym szereg różnych głosów i perspektyw: politycznych, społecznych, kulturowych, wspólnych i jednostkowych, historycznych i autobiograficznych. Jednak dominowała narracja reprezentowana przez rząd kurdyjski, wzywająca do niepodległości i osadzona w szerokim kontekście historii. Na ostatniej stronie przedreferendalnego numeru gazety „Xebet” zamieszczono plakat, większy od pozostałych, przedstawiający bohatera walki z Brytyjczykami Mahmuda Barzindżiego. Było to czytelnym wskazaniem na referendum jako kontynuację walki o niepodległość, ciągłość historii kurdyjskiej i bynajmniej nie jej koniec.

Dwudziestego czwartego września 2017 r. Rzecznik Rządu Regionalnego Safeen Dizayee na spotkaniu z obserwatorami referendum uznanymi za takich jedynie przez rząd kurdyjski przywołał układ Sykes-Picot z 1916 r. dzielący Bliski Wschód na brytyjską i francuską strefy wpływów. Z pewnymi modyfikacjami obowiązywał on po zakończeniu wojny i niewątpliwie ukształtował wyobrażenia polityczne o tym regionie. Dizayee przedstawił referendum jako próbę rewizji historii, modyfikacji wyznaczonych arbitralnie granic oraz ukształtowania nowej mapy politycznej regionu. W jego słowach, podobnie jak w wypowiedziach innych polityków kurdyjskich, wyraźnie łączyły się dwie perspektywy czasowe. Pierwsza dotyczyła traktatów z czasów I wojny światowej i prób uzyskania przez Kurdów niepodległości w okresie międzywojennym, druga zaś odnosiła się do najnowszej historii Iraku, tej po obaleniu Saddama Husajna w 2003 r. Kurdowie uznali integralność państwa i jego federacyjny ustrój, podkreślali jednak niewspółmiernie duże koszty, jakie ponoszą, zwłaszcza od 2014 r., gdy ciężar walki z Państwem Islamskim spadł praktycznie na ich barki. Referendum było zatem pośrednią krytyką niewydolności rządu centralnego w Bagdadzie. Biorąc pod uwagę rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie, trwającą w Syrii wojnę oraz walkę z Państwem Islamskim w Iraku, społeczność międzynarodowa zarzucała Kurdom, że moment przeprowadzenia referendum niepodległościowego był wysoce nieodpowiedni. „Kiedy będzie właściwy czas?” – pytał Dizayee. „Obwinianie Kurdów za sytuację na Bliskim Wschodzie jest nie w porządku” – dodał. Referendum miało być przesłaniem do świata, potwierdzeniem gotowości Kurdów i ich determinacji w tworzeniu własnej historii. To jednak nie znaczy, że data jego przeprowadzenia została przyjęta zgodnie przez wszystkie ugrupowania i siły polityczne. Sprzeciw niektórych partii wobec wyznaczonego przez rząd kurdyjski terminu nie stanowił krytyki samej idei, lecz raczej wynikał ze sceptycznej oceny innych działań lokalnej administracji. Niemniej przed głosowaniem wszystkie główne partie (Demokratyczna Partia Kurdystanu, Patriotyczna Unia Kurdystanu, Gorran, Partia Muzułmańska) wezwały do udziału w nim. Każda z nich wystawiła również swoich reprezentantów w komisjach referendalnych.

Historia w Kurdystanie wydaje się częściej dzielić, niż łączyć. Niewątpliwie jest ona jednak przeżywana, aktualizowana w teraźniejszości, opowiadana i dyskutowana. Wciąż idealizowana i interpretowana jako ciąg możliwości, by wreszcie uzyskać wymarzoną niepodległość, określić miejsce na mapie, stworzyć ojczyznę i towarzyszące jej symbole. Prezydent i lider Demokratycznej Partii Kurdystanu Masud Barzani w wystąpieniu przed referendum podkreślił jego historyczne znaczenie. „Pierwszą kurdyjską republiką w historii była Republika Mahabadzka – mówił. – Urodziłem się w cieniu jej flagi. Chcę umrzeć w cieniu flagi niepodległego Kurdystanu”. Republika Mahabadzka powstała w 1946 r. w Iranie przy wsparciu ZSRR. Przetrwała niemal rok. W jakimś stopniu funkcjonuje ona dziś jako mit fundacyjny, historyczny punkt odniesienia w walce o niepodległość. A dodatkowo jako element biografii pewnej części kurdyjskich polityków. Stosunek do referendum zależał od wielu czynników: rywalizacji politycznej oraz odmiennych doświadczeń Kurdów w Iraku. Stąd bierze się właśnie emocjonalny stosunek do przeszłości, niepodlegający dyskusji i nieznający kompromisu. Historia Kurdów rozbija się na jednostkowe, partykularne historie, a referendum – w założeniu – miało je wszystkie połączyć.

I to się właściwie udało. Kurdowie popierali ideę, nie konkretne rozwiązanie polityczne, a oddając głos, nie mieli poczucia, że obudzą się dzień po referendum w niepodległym Kurdystanie. Nie wydaje się jednak, by zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka. Referendum był wydarzeniem historycznym, ale zaistniało w ahistorycznej kurdyjskiej teraźniejszości. Nieco ponad 92% głosujących opowiedziało się za niepodległością, zaś frekwencja w referendum wyniosła 73% wszystkich uprawnionych do głosowania. „To chyba trochę mało – mówi zmartwiony Karim – powinno być 100%”.

Referendum zostało potraktowane jako wspólne zobowiązanie i kontrakt społeczny, a przy tym również jako indywidualny obowiązek każdego mieszkańca. Prowincje Erbil i Duhok, zdecydowanie prorządowe i sympatyzujące z Demokratyczną Partią Kurdystanu, opowiadały się bezkrytycznie za planami referendum, a dzień, w którym się ono odbyło, był dla ich mieszkańców radosnym świętem. Nieco inaczej, z większą zadumą świętowano w Sulejmanii, bastionie Unii Patriotycznej Kurdystanu. Mimo wszystko jednak referendum stało się opowieścią krążącą między Kurdami, w której oni sami przemienili się w bohaterów. Kurdystan natomiast okazał się sceną, na którą wkroczyły wielopokoleniowe rodziny, na której bawiły się dzieci przebrane za dzielnych Peszmergów, ubrane w kurdyjskie flagi, a także w stroje z różnych części Kurdystanu. Referendum było niczym żywy elementarz z nowymi literami Baldara. Niezwykła atmosfera, jaka opanowała wówczas szereg kurdyjskich miast, miasteczek  i wsi, dała impuls do tworzenia jeszcze jednej opowieści o Kurdystanie – o wyjątkowym miejscu na mapie Bliskiego Wschodu, gdzie wspólnie, bezpiecznie i w braterstwie żyją muzułmanie, chrześcijanie i jezydzi. Taką opowieść słyszałem w Szejchanie, nieopodal jezydzkiego sanktuarium w Lalisz. A w Duhok, Suzan, studentka kurdyjska, członkini komisji referendalnej, z pełnym przekonaniem mówiła mi: „Wiem, że musimy się jeszcze wiele nauczyć, ale już osiągnęliśmy dużo. Jesteśmy tu razem”. Wskazuje jeszcze na karty do referendum, na których pytanie o niepodległość zapisane jest w czterech językach: kurdyjskim, arabskim, tureckim i neoaramejskim, i w trzech alfabetach. „To właśnie Kurdystan” – dodaje. Suzan, głosując za niepodległością, projektuje Kurdystan przyszłości, który miałby być wspólną przestrzenią dla kilku narodów, łączącą różne języki, przestrzenią, w której można „negocjować” przeszłość tak, by nie dzieliła mieszkańców. To faktycznie piękne marzenie.

Wydaje się, że przynajmniej w dniu referendum Kurdystan przemienił się w taką wspólną przestrzeń łączącą i przyciągającą Kurdów, oddziałującą na wyobraźnię i kształtującą postawy. Miejsce idealne. Poza bliskowschodnimi konfliktami. Poza czasem. W Duhok na ulicy spotykam Hanę, Kurda, który od 16 lat mieszka w Leicester. Ożenił się z Angielką. Przyleciał specjalnie na referendum, ubrał się w strój kurdyjski i wspólnie z braćmi zmierza do lokalu wyborczego. Towarzyszy mu synek. W ręce trzyma flagę. Rozgląda się. „Kurdystan jest OK” – mówi z dającym się już rozpoznać akcentem z Leicester.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter