70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. John Moore/Getty

Kto ma problem z Trumpem?

Analiza głównych wątków dotychczasowej kampanii Trumpa pokazuje, że wzbierająca fala prawicowego populizmu, zalewająca kolejne państwa europejskie, uderzyła z całą mocą w stabilną demokrację amerykańską. Prawyborczy sukces ekscentrycznego i narcystycznego miliardera, który w swej megalomanii zamarzył o zostaniu kolejnym prezydentem USA, to dla wielu wyraźny sygnał, że amerykańska polityka znalazła się w głębokim kryzysie.

Populizm nie oszczędza nikogo. Wielu komentatorów wskazywało na „młode demokracje” europejskie jako szczególnie podatne na jego oddziaływanie. Tymczasem potęgowanie obaw i rozbudzanie lęków społecznych przy jednoczesnym serwowaniu cudownego panaceum na wszelkie problemy, z jakimi przychodzi się nam aktualnie mierzyć, z nie mniejszym powodzeniem działa na wyborców w państwach, którym historia podarowała zdecydowanie więcej czasu na uformowanie demokratycznej kultury politycznej.

 

Amerykańska demokracja ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze

Ważnym wątkiem dziejów amerykańskiej republiki jest historia zmagań o upowszechnienie praw wyborczych. Wielu z Ojców Założycieli, w tym gronie tak znakomite osoby, jak chociażby J. Adams, A. Hamilton, B. Franklin czy J. Madison, miało zdecydowanie krytyczny stosunek do nadania praw wyborczych szerokim masom. W młodej republice amerykańskiej nie było dane aktywnie uczestniczyć w wyborach kobietom, rdzennym mieszańcom USA, niewolnikom, ale i wolnym obywatelom o czarnym kolorze skóry, osobom bez wystarczająco dużego majątku, a w wielu miejscach również obywatelom nienależącym do stanowego Kościoła państwowego. Tym samym obywatele sensu stricto (uprawnieni do głosowania i / lub bycia wybranym), w zależności od stanu, stanowili zaledwie od kilku do kilkunastu procent dorosłej populacji (w wieku powyżej 21 lat). Stąd też formuła znana z preambuły do federalnej konstytucji – „We the People” – pierwotnie opisywała podmiotowość polityczną bardzo wąskiej grupy osób, sprawującej „obywatelską pieczę” nad losami państwa i jego mieszkańców.

Realia współczesnej polityki amerykańskiej są zdecydowanie bliższe ideałowi, który w zgrabnej formie wyraził swego czasu Robert Dahl. Na ideał ten składają się dwa założenia: (1) „Wszyscy członkowie [ludu – RP] są dostatecznie kompetentni pod wszelkimi względami, by uczestniczyć w podejmowaniu wiążących ich zbiorowych decyzji dotyczących ich dóbr czy interesów. W każdym zaś razie nikt nie jest o tyle bardziej kompetentny od pozostałych, by jemu należało oddać to zadanie”[1]; (2) „Wobec braku zniewalających przeciwwskazań każdą dorosłą osobę należy traktować jako najlepszego znawcę własnych interesów”[2].

Jeśli miarą jakości demokracji uczynić powszechność praw wyborczych oraz realną możliwość wyboru rządzących, to w Stanach Zjednoczonych jej kondycja w żadnym razie nie powinna budzić niepokoju.

Tymczasem nie brakuje komentarzy wiążących sukces Trumpa z kryzysem rządów ludowych w państwie, którego wkładu w narodziny i rozwój liberalnej demokracji nie sposób przecenić. Oto niewybredna kampania wyborcza doprowadza osobę, która ze swej „niepolityczności” uczyniła centralny punkt swojego wizerunku politycznego, a program wyborczy oparła na kilku chwytliwych, acz niedorzecznych postulatach, do miejsca osiągalnego dla bardzo wąskiej grupy doświadczonych uczestników demokratycznej rywalizacji o najwyższy urząd w państwie. Odpowiedzialnością próbuje się obciążyć wyborcę, który w prawyborach postanowił zaufać komuś, kto odpowiada na problemy współczesnej Ameryki w sposób będący obrazą inteligencji dla tych, dla których sam start Trumpa w prawyborach był żartem, ewentualnie przemyślaną grą marketingową na potrzeby jego planów biznesowych.

Kto więc oddał głos w prawyborach na takiego kandydata? Zastanówmy się dobrze nad odpowiedzią. Jeśli przedstawia ona charakterystykę osoby nierozsądnej, łatwowiernej, podatnej na manipulację itp., to jesteśmy bliscy podważenia trafności założeń wstępnych, na których Dahl funduje nasze wyobrażenie o istocie rządów ludowych. Wykonując kolejny krok, niechybnie znajdziemy się w miejscu, w którym z przekonaniem potwierdzimy, że demokracja liberalna wymaga istotnych reform, bowiem miałaby się zdecydowanie lepiej, gdyby o losie całej wspólnoty politycznej nie mogły decydować osoby niezdolne do wystarczająco wnikliwej oceny kwalifikacji kandydata na urząd publiczny. W konsekwencji osoby takie winny zostać objęte kuratelą przez tych, którzy do takiej oceny są zdolni. Tak oto powracamy do atmosfery okresu narodzin amerykańskiej demokracji, kiedy to paternalistyczna troska nielicznych odmawiała większości prawa udziału w wyborze rządzących. Ci, którzy lepiej znają i rozumieją świat, otaczają opieką tych, których horyzonty myślowe są zbyt wąskie. Nic nowego. Pamiętajmy jednak, że kuratela, jak przekonywał Dahl, nie zabezpiecza przed niedoskonałościami demokracji; nie jest dla niej pomocną ręką w trudnych czasach. Kuratela jest przeciwieństwem demokracji. Ona ją zwyczajnie niszczy[3].

Demokracja amerykańska nie wymaga reform. Działa nad wyraz sprawnie. Regularnie odbywające się wybory skutecznie obrazują przesunięcia preferencji wyborczych, nawet jeśli decyzje konkretnego wyborcy nie odzwierciedlają, w naszej ocenie, jego wartości, opinii, potrzeb czy interesów. Po ostatnich prawyborach w Partii Republikańskiej wielu stawia pytanie, jak to możliwe, że taki kandydat zdołał przekonać do siebie większość wyborców. Pytanie to powraca w cyklu wyznaczanym przez kolejne elekcje, a odpowiedzi są zazwyczaj podobne. Wystarczy sięgnąć po bestseller „The New York Timesa” Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki Thomasa Franka, gdzie autor próbuje dociec źródeł fenomenu popularności George’a W. Busha pośród białych wyborców o niskich dochodach, których losu nie mogła odmienić realizacja programu ekonomicznego republikańskiego kandydata, aby przynajmniej zrozumieć motywacje wyborcy Donalda Trumpa.

 

Populizm Trumpa

Wiele już powiedziano i napisano o populizmie Trumpa, lecz czy jego sposób komunikacji z wyborcą jest nową jakością w amerykańskiej polityce? Czy jego ewidentny sukces jest bezprecedensowy? Absolutnie nie. Republika amerykańska zachowuje w pamięci wielu populistycznych bohaterów. W latach 20. XIX w. Andrew Jackson prowadził zwycięską kampanię wyborczą pod populistycznym wezwaniem przywrócenia demokracji amerykańskiej ludowi. Hasłem wyborczym uczynił sformułowanie „Niech rządzą ludzie” (Let the People Rule). Przed wojną secesyjną znaczącym poparciem cieszyła się partia „Nic niewiedzących”, odwołująca się do ideologii natywizmu, ewidentnie populistyczna formacja polityczna. W latach 80. XIX w. na zachodzie i południu USA swą siłę polityczną budowała Partia Populistyczna (The People’s Party), przeciwstawiająca się industrializacji kraju, walcząca z politycznymi wpływami wielkiego biznesu i promująca agraryzm. We współczesnej Ameryce „nierealistyczne” programy polityczne proponował m.in. Ross Perot, niezależny kandydat w walce o prezydenturę w 1992 r., i stworzona przez niego formacja Partia Reform (notabene wspierana wówczas przez Trumpa). Stosunkowo łatwo wykazać populizm Partii Herbacianej, z którą sympatyzuje republikański kandydat na urząd wiceprezydenta. Dzisiaj z uśmiechem reagujemy na kampanijne hasło Trumpa: „Make America Great Again”, lecz czy ten slogan wyborczy jest mniej pompatyczny i treściowo nieokreślony niż „Yes, We Can”, „Change” lub „Hope” Baracka Obamy? Co warte odnotowania, w wyborach w 2008 r. Obama również przedstawiał siebie jako kandydata niezależnego od partyjnego establishmentu. Co więc różni Trumpa od Perota czy Obamy? Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Perot musiał samodzielnie tworzyć własne zaplecze polityczne (własną partię), by wystartować jako kandydat niezależny. Obama odwołał się do elektoratu demokratycznego z pominięciem partyjnego przywództwa, lecz ostatecznie otrzymał od niego pełne i bezwarunkowe poparcie, w tym również od głównej kontrkandydatki, Hillary Clinton, będącej „first-choice” elity partyjnej. Trump wystartował w republikańskich prawyborach jako polityczny nowicjusz, bez jakiegokolwiek wsparcia Partii Republikańskiej, której przywództwo wielokrotnie ostro atakował, a która dziś, czy tego chce czy nie, musi pogodzić się z tym, że twarz Trumpa stała się centralnym elementem jej wizerunku w wyborach 2016 r., z wszystkimi tego konsekwencjami w przyszłości. Wydaje się, że Trump do niczego nie potrzebuje Partii Republikańskiej, a jedynie jej zwolenników, którzy 8 listopada winni oddać na niego głos.

 

Kryzys Partii Republikańskiej i jej „religijnego” zaplecza

W tym miejscu dochodzimy do bodaj najistotniejszej kwestii, wartej pogłębionej refleksji w odpowiedzi na prawyborczy sukces Donalda Trumpa. Jeśli sukces Trumpa jest wyrazem jakiegoś kryzysu, to niewątpliwie jest to kryzys Partii Republikańskiej, ale i wspierających ją organizacji społecznych chrześcijańskiej prawicy – uczestnika systemu politycznego lobbującego na rzecz przyjęcia rozwiązań legislacyjnych po myśli konserwatywnej części społeczeństwa amerykańskiego z jednej strony oraz mobilizującego i wpływającego na decyzje prawicowego elektoratu – z drugiej.

Prawyborczy sukces Trumpa jest oczywistym wyzwaniem dla Partii Republikańskiej, dla jej jedności oraz spoistości. Czas pokaże, na ile destrukcyjna będzie dla niej ta nominacja. Trzeba tu jednak podkreślić, że Trump nie wpędził republikanów w kryzys. Oni tkwią w nim już od dłuższego czasu, a mianowicie od 2009 r., gdy administracja Obamy ogłosiła program „Obamacare”. W odpowiedzi na ten ruch demokratów na społecznym zapleczu Partii Republikańskiej, wśród jej sympatyków oraz w oparciu o aktywnych i nieraz wpływowych działaczy wyrósł ruch Partii Herbacianej – ewidentnie populistyczne zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, krytyczne nie tylko wobec politycznych rywali republikanów, na czele z prezydentem Obamą, ale z równą mocą atakujące establishment Partii Republikańskiej, oskarżany o nieudolność i brak wizji skutecznego „odwojowania” Ameryki, sukcesywnie zawłaszczanej przez liberałów. Solidny grunt pod sukces Trumpa został przygotowany, zanim on sam podjął decyzję o starcie w prawyborach. Wielokrotne powtarzanie przez liderów ruchu herbacianego, Glenna Becka i Rusha Limbaugha, twierdzenie, że republikanie sprzedali swoich wyborców i fatalnie ich reprezentują we władzach lokalnych, stanowych oraz w Waszyngtonie, na tyle upowszechniło się wśród republikańskich wyborców, iż dziś jedną z dwóch głównych sił politycznych w kraju może z powodzeniem reprezentować osoba bezpardonowo atakująca kierownictwo partii, której nominację posiada. Osoba, której poparcia odmówili pokonani republikańscy kontrkandydaci, Jeb Bush i Ted Cruz; której wypowiedzi na temat polityki zagranicznej i obronnej zmusiły 50 republikańskich polityków, w tym urzędników wysokiego szczebla oraz wpływowych doradców, do wystosowania apelu o niepopieranie w listopadowych wyborach kandydata ich własnej partii – osoby, jak ją opisali, „bez charakteru, wartości i doświadczenia” – jako że jego prezydentura byłaby zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego.

Prawybory w Partii Republikańskiej zakończyły się jej ewidentną porażką, co szczerze przyznaje wielu jej wpływowych członków, choć równie wielu woli nie dostrzegać problemu lub nie są gotowi otwarcie przyznać, że on istnieje. Prawybory nie wyłoniły lidera partyjnego, wokół którego miała zostać zorganizowana walka nie tylko o Biały Dom, ale i o Kongres, lecz przyniosły sukces outsiderowi, który nie jest zdolny wzmocnić partii w czasie dla jej kondycji najważniejszym, czyli w roku wyborczym. Prawybory wyłoniły kandydata, który nie przestaje wskazywać palcem na republikański establishment partyjny jako na uczestnika systemowej i medialnej zmowy przeciwko jego kandydaturze i jeśli przegra listopadową rywalizację, najprawdopodobniej nie zawaha się obwinić również liderów Grand Old Party (GOP) – jak się zwyczajowo przedstawia Partię Republikańską – za swą porażkę.

Sukces Trumpa pozwala nam jednocześnie potwierdzić, że również na zapleczu Partii Republikańskiej, w środowisku chrześcijańskiej prawicy, możemy mówić o poważnym kryzysie.

Od czasów walki Ronalda Reagana o Biały Dom istotną rolę w mobilizacji białego konserwatywnego elektoratu odgrywały organizacje społeczno-polityczne, przedstawiające się jako emanacje ewangelikalnej, konserwatywnej Ameryki. Aczkolwiek siła polityczna i zdolność tych organizacji do oddziaływania na ewangelikalnych wyborców sukcesywnie spada i od lat nie przypomina wpływów The Moral Majority z początku lat 80. czy The Christian Coalition z pamiętnych wyborów do Kongresu 1994 r., tym niemniej wynik tegorocznych republikańskich prawyborów wyraźnie dowodzi utraty kontaktu organizacji chrześcijańskiej prawicy z białym wyborcą określającym się jako evangelical i / lub born-again Christian. Albowiem naturalnym kandydatem dla tych organizacji wydawał się pastor Mike Huckabee, który jednak nie otrzymał wystarczającego wsparcia. Zamiast udzielić poparcia osobie o największej wiarygodności dla ewangelikalnego wyborcy, środowisko chrześcijańskiej prawicy postawiło w grudniu 2015 r. na Teda Cruza. Obaj kandydaci ostatecznie musieli uznać wyższość Trumpa.

Warto tu podkreślić, że niemal połowa oddających głos w republikańskich prawyborach zalicza siebie do grupy białych ewangelikalnych Amerykanów. W badaniach Pew Research Center z marca 2016 r. poparcie dla Cruza zadeklarowało 48% wyborców ewangelikalnych, lecz na Trumpa wskazało aż 34% respondentów. Po uzyskaniu partyjnej nominacji poparcie dla Trumpa w tej grupie republikańskich wyborców niemalże eksplodowało. W lipcowych badaniach ośrodka Pew znakomita większość, bo aż 97%, białych ewangelikalnych respondentów wspierających republikanów wskazała na niego jako na swego kandydata w listopadowych wyborach. Tak oto (1) dwukrotnie rozwiedziony, (2) znany ze swej małżeńskiej niewierności, (3) szukający zarobku w hazardowym biznesie, (4) zmienny w poglądach na temat aborcji i praw osób homoseksualnych, (5) nieokreślający się jako born-again, (6) nieproszący Boga o wybaczenie, bowiem, jak sam otwarcie twierdzi, tego nie potrzebuje – stał się nadzieją konserwatywnego wyborcy, który w swym kandydacie chce widzieć integralnego obrońcę wartości rodzinnych, życia nienarodzonych i chrześcijańskiej moralności. Wyborca ten ma dziś ograniczone zaufanie do polityków Partii Republikańskiej, którzy nie sprostali jego oczekiwaniom i nie zdołali, np. powstrzymać Sądu Najwyższego przed uznaniem za niekonstytucyjne regulacji stanowych i federalnych ograniczających instytucję małżeństwa wyłącznie do par heteroseksualnych. Kryzys zaufania do GOP pośrednio uderza również w organizacje religijnej prawicy, zbierające fundusze na kampanie wyborcze republikańskich polityków i nakłaniające konserwatywnych wyborców do rejestracji. Naturalnie, znani liderzy ewangelikalnych organizacji i środowisk, zwłaszcza dawniej aktywni, tacy jak Jerry Falwell Jr. czy Ralph Reed, ale również Tony Perkins, aktualny lider Family Research Council, nie mogli pozostać obojętni na rozwój wydarzeń i postanowili wesprzeć Trumpa, gdy tylko otrzymał nominację partyjną. Pomimo ewidentnych wad i deficytów stał się nadzieją religijnej prawicy, wbrew wyraźnej woli jej liderów, ale za sprawą poparcia najważniejszego zainteresowanego, czyli wyborcy.

Wsparcie udzielone przez dawne lub aktualne autorytety chrześcijańskiej prawicy nie ma już dziś takiej mocy jak niegdyś. Jeśli wyborca ewangelikalny wciąż się wahał, wystarczył dobrze przemyślany dobór kandydata na urząd wiceprezydenta. Partnerem Trumpa w batalii o Biały Dom został Mike Pence, ewangelikalny katolik, doświadczony polityk, a jednocześnie sympatyk ruchu herbacianego, znany działacz pro-life i zdecydowany przeciwnik małżeństw homoseksualnych. U boku Trumpa pojawił się więc antyestablishmentowy, „herbaciany” republikanin, którego życiorys polityczny jest całkiem wiarygodny dla białego, konserwatywnego, ewangelikalnego wyborcy, oczekującego, że ktoś wreszcie stanie na drodze liberałom z Partii Demokratycznej. Lepszego wyboru Trump nie mógł dokonać.

 

***

Kandydatem partii republikańskiej w 2016 r. w wyborach prezydenckich jest Donald Trump – niewiarygodne, ale prawdziwe. To czytelny dowód słabości Partii Republikańskiej, niezdolnej przekonać republikańskiego wyborcy, by oddał swój głos na Jeba Busha, faworyta establishmentu Grand Old Party, który – zaskakując tym wielu komentatorów i znawców amerykańskiej polityki – odpadł z wyścigu o nominację na wczesnym etapie prawyborów.

Przed lipcową Ogólnokrajową Konwencją Republikanów spekulowano o możliwości swego rodzaju partyjnego przewrotu, w efekcie którego nominacja trafiłaby w ręce osoby rzeczywiście cieszącej się zaufaniem liderów partii. Co prawda, krok ten pozwoliłyby uwolnić się republikanom od Trumpa, lecz pogrążyłby ich w jeszcze większym kryzysie. Republikański wyborca nie obdarza dziś zaufaniem przywództwa partyjnego, lecz bezwarunkowo akceptuje i wspiera mechanizm prawyborów. Negatywne efekty zignorowania głosu „republikańskiego demos” – dodajmy: głosu protestu – który wyraźnie wybrzmiał w ostatnich miesiącach, byłyby zdecydowanie poważniejsze. Odmówienie Trumpowi nominacji partyjnej byłoby bardzo ryzykownym naruszeniem zasad amerykańskiej demokracji, w której zwycięzca wyborczej rywalizacji „bierze wszystko” (the winner-takes-all). Zresztą, skoro na ostatniej prostej w wyścigu o nominację pozostali tylko Trump i Cruz, to dla liderów GOP nie był to już właściwie żaden wybór: a przynajmniej niewart podjęcia aż takiego ryzyka. Ted Cruz przez ostatnie lata wielokrotnie z sympatią wypowiadał się o ruchu herbacianym, który lojalnie rewanżuje się mu politycznym wsparciem. Przed delegatami zgromadzonymi na Ogólnokrajowej Konwencji Republikanów w Cleveland stanęło oto dwóch kandydatów, nieskrywających krytycznego stosunku do politycznej linii i przywództwa własnej partii – różni ich jedynie sposób, w jaki swój krytycyzm okazują.

Partia Republikańska przeżywa kryzys tożsamości. Trudno uznać te kilka konwencyjnych dni za prawdziwe święto Partii Republikańskiej. Dla elit partyjnych był to raczej koszmarny sen, z którego, niestety, nie dane im się było obudzić. Wewnętrznie podzielona i pozbawiania zaufania tradycyjnego, konserwatywnego, ewangelikalnego elektoratu GOP usilnie szuka nowej jakości, pozwalającej z nadzieją spoglądać w przyszłość. Hasło Ogólnokrajowej Konwencji brzmiało: „Make America One Again” – zgrabna parafraza wyborczego sloganu Trumpa. Pozostawiając na boku Amerykę, zapytajmy: czy Trump i jego otoczenie będą zdolni przywrócić jedność Partii Republikańskiej? Trudno w to uwierzyć. Przekonamy się już za dwa lata, przy okazji kolejnych wyborów do Kongresu. Dzisiaj wydaje się, że dla nominata GOP w wyborach prezydenckich 2016 r. kondycja i przyszłość tej partii nie są szczególnie ważne. Liczy się jedynie to, co wydarzy się niebawem, bo już 8 listopada 2016 r. Naprzeciw siebie stanie symbol waszyngtońskich elit oraz osoba, dla której uprawianie polityki to całkowicie nowe doświadczenie. Te dwie osoby wydaje się różnić niemal wszystko. O podobieństwie decyduje stosunkowo wysoki, porównywalny poziom niechęci wyborców i brak społecznego zaufania. Przed kolejnym prezydentem USA niezwykle trudne zadanie. Bez względu na to, kto nim zostanie, będzie to „niechciany prezydent” dla naprawdę wielu Amerykanów. Bez wątpienia inauguracja kolejnej prezydentury wywoła silne emocje, jednak inne niż te towarzyszące pierwszym dniom urzędowania Baracka Obamy.

_

[1] R.A. Dahl, Demokracja i jej krytycy, tłum. S. Amsterdamski, Kraków 1995, s. 140.

[2] Tamże, s. 141.

[3] Por. tamże, s. 77–95.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata