70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. z archiwum autorki / il. T. Piotrowski

Gościniec

Początkowo mówiłam tylko po angielsku, więc byłam turystką angielskojęzyczną. Od dwóch lat coś puściło i staram się przemawiać w nepali, jestem więc turystką mówiącą nieco w nepali. Robię więc nieco za cyrk, i na tym poprzestanę.

Jeżdżę z reguły sama, co o tyle ma znaczenie, że podróże w pojedynkę bardzo się różnią od tych, w któ­rych ktoś nam towarzyszy. Towa­rzystwo choćby tylko jednej osoby wpływa na wszystko – na dynamikę podróży, na spektrum postrzegania rzeczywistości, na intensywność kontaktu z każdą chwilą. Towarzysz podróży z reguły odwraca uwagę od tego, co się dzieje, i dlatego każda grupa zawsze bardziej się skupia na sobie niż na tym, co wokół. Grupa ma swoją grupową, zwielokrotnioną toż­samość, która robi za parawan i tępi percepcję. Grupa zagłusza rzeczywi­stość, bo nawet ta najmniejsza nie­ustannie snuje narrację – szemrze, gada, komentuje, porównuje, ocenia.

Gdy jestem sama, staję się więc uważniejsza, wyostrzają mi się zmysły. Otwieram się na sytuacje, wchodzę z nimi w interakcję, zmieniam barwy, wtapiam się w pejzaż jak patyczak w gałąź.

Ale choć przemieszczam się z reguły sama, i choć staram się patrzeć i słuchać, to i tak rzadko zdarza mi się widzieć i słyszeć. Bo choćbym i na zawsze zamieszkała w Himalajach, to jestem turystką i turystką pozostanę. Turystką stacjonarną, czyli uprzywi­lejowaną osobą płci żeńskiej, która z sobie tylko znanych, irracjonalnych względów na kilka miesięcy w roku porzuca życie w kraju wygodnym na rzecz życia w kraju Czwartego Świata. Życie to jednak też tak naprawdę jest wygodne, bo nie zamieszkałam prze­cież w lepiance, mam bieżącą wodę i prąd, a przede wszystkim mam pasz­port kraju Pierwszego Świata. W razie choroby czy innego nieszczęścia mogę zwrócić się o pomoc do swojej ambasady czy konsulatu. Gdy Nepal nawiedziło trzęsienie ziemi – zginęło wtedy dziewięć tysięcy Nepalczyków, którzy nie mieli dokąd uciec – wielo­krotnie proponowano mi ewakuację.

I to są, mówiąc z bardzo grubsza, te zasadnicze różnice, które gości w biednych krajach różnią od ich domowników. Bo my, jakkolwiek brutalnie to brzmi, jesteśmy tam na wakacjach i zawsze, w razie czego, mamy dokąd uciec czy wrócić. Wyobrażenia o swojskości, o byciu „jednym z nich” są oczywiście piękne jak tęcza, ale niestety, równie jak ona namacalne. I bardzo dobrze, jeśli się o tym pamięta, bo wtedy relacja z lokalsami staje się transparentna i uczciwa. Ale rzeczywistości tej nie nazwałabym wersją przeznaczoną dla turystów, bo to trąci nieco cynizmem. Jest to raczej gra oparta na obustronnej symetrycznej wymianie, a reguły tej gry – jeśli się do nich sto­sować – są jasne i sprawiedliwe. Nie wiem oczywiście, jak to wygląda w innych miejscach na świecie, bo mówię o kraju, który jest moim drugim domem czy też moim wspa­niałym gościńcem, czyli o Nepalu. W mojej himalajskiej wsi mieszkam od lat. Początkowo mówiłam tylko po angielsku, więc byłam turystką angiel­skojęzyczną. Od dwóch lat coś puściło i staram się przemawiać w nepali, jestem więc turystką mówiącą nieco w nepali. Robię więc nieco za cyrk, i na tym poprzestanę. A wracając do obustronnej wymiany – w przypadku Nepalu sprawa jest w miarę prosta. Może powiem tak: Nepalczycy (wraz z rzeszą zamieszkujących Nepal Tybe­tańczyków) dbają o pokarm duchowy, czyli o nadbudowę, a my w zamian pielęgnujemy bazę.

Granice dzielące turystę od domownika są zatem oczywiste. Ale nie tylko dzielą, bo granice przecież też łączą. Wystarczy nie udawać, nie przebierać się w cudze piórka, ale zwy­czajnie i po ludzku się otworzyć na to, co nowe, i nie bać się śmiechu.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter