70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gombrowicz (wreszcie) dobrze utemperowany

Pisarz, jaki widnieje na odmalowanym przez Klementynę Suchanow portrecie, to w pierwszej kolejności debiutant życiowy

Nie wiadomo właściwie, jak mówić o tej książce. Z dwóch zasadniczych powodów. Przede wszystkim dlatego że tony papieru już w związku z nią zaczerniono. A i spotkań jej poświęconych – rozmów festiwalowych i telewizyjnych; kawiarnianych i akademickich – nie brakowało. Wokół dwutomowej biografii Gombrowicza – zatytułowanej po prostu: Gombrowicz. Ja, geniusz – panuje więc wzmożony ruch (co nie dziwi w ogóle, jeśli wziąć pod uwagę, że czekać na nią mogło przynajmniej kilka czytelniczych pokoleń), za którym nadążyć nie sposób, i ścisk – ścisk, rzecz jasna, bibliograficznej natury – spowodowany sporą liczbą komentarzy, „przypisów” i polemik, jakie w związku z jej publikacją poczęto gęsto i chętnie rozsiewać w prasie i w internetowych sztambuchach.

Drugi powód nie mniej jest od pierwszego prozaiczny i oczywisty. Bohaterem książki uczyniła bowiem Suchanow pisarza, którego – a sąd ten, trzeba przypomnieć, zdążył już urosnąć do rangi literaturoznawczego komunału – uznać wypada za jednego z najwytrawniejszych egzegetów swoich dzieł. Jak więc o tej książce pisać, nie powtarzając tego, co powiedziano o niej już wcześniej, być może nawet zręczniej i lepiej? Jak – mówiąc językiem samego Gombrowicza – „dobrać się” do niej i które drzwi odemknąć (ale także: jakie wątki i motywy przywołać?), by nie osunąć się w banał i powiedzieć coś zajmującego?

*

Wydaje mi się, że niemało pożytku może przynieść taka np. lektura, która książkę Suchanow osadzi wreszcie w kręgu intuicji zarysowanych swego czasu przez Janusza Margańskiego w, świetnym skądinąd, Gombrowiczu wiecznym debiutancie. Teza wyjściowa tej książki wyłożona została w tytule, ale przypomnijmy ją dla porządku. Autor Ferdydurke, jak go widzi Margański, to – tu niespodzianek nie ma – tytułowy „wieczny debiutant”: pisarz, któremu właściwie nie było nigdy dane zaznać stabilizacji, albowiem swoją walkę o uznanie zmuszony był (przez środowisko, przez okoliczności oraz, jak pisał w Dzienniku, przez Historię) po wielekroć zaczynać od nowa. Badaczowi chodzi jednak w pierwszym rzędzie o to, jak Gombrowicz odnajduje się w świecie za pomocą i pośrednictwem literatury („Los debiutanta nieuchronnie musi spełniać się w literaturze i poprzez literaturę” – Gombrowicz wieczny debiutant, s. 23); egzystencjalny wymiar jego debiutów ma dla niego raczej drugorzędne znaczenie. Suchanow sadowi się tymczasem na marginesach jego projektu, decydując się na opowieść, która tylko do pewnego stopnia będzie z nim zgodna.

Gombrowicz, jaki widnieje na odmalowanym przez nią portrecie, to zatem, w pierwszej kolejności, debiutant życiowy. Owszem, to nadal wytrawny polemista, literacki niby-Syzyf gramolący się niestrudzenie ku szczytom pisarskiego parnasu, autor zaskakująco trafnych diagnoz politycznych i, zapewne, jeden z najciekawszych polskich epistolografów. Ale to właśnie Gombrowicz-który-wkracza-w-świat (czy też pewna społeczna rola, którą można by taką etykietą opatrzyć) jest tej książki bohaterem pierwszym i wyróżnionym. Nic dziwnego: życie autora Pornografii układało się przecież niemal od samego początku w nieprzerwaną serię inicjacji, których zwieńczeniem, ale i najjaskrawszym przejawem, była jego „wyprawa” do Argentyny (w której, uciekając przed widmem wojny, zdecydował się zamieszkać) i 20 lat od niej późniejsza podróż „po sławę” – na podbój literackiej Europy – rozpisana między Berlinem a Paryżem i między Paryżem a Vence. To są jednak fakty całkiem nieźle już znane i nie trzeba było wcale Suchanow, aby szersza publiczność mogła się o nich dowiedzieć. Na czym więc polega prawdziwe osiągnięcie autorki? Gdzie tkwi oryginalność projektu?

Odpowiem bez zbędnej zwłoki: w wyczuleniu na detal. Biografka obserwuje bowiem, w jaki sposób jej bohater mości się w świecie, jak go rozgrywa i aranżuje po swojemu, za pomocą jakich chwytów obłaskawia go i czyni zrozumiałym oraz po jakie strategie sięga, aby okiełznać i uporządkować otaczające go relacje – tak międzyludzkie (poszukiwanie „stolika” w Argentynie; wizyty w Tandilu i próby – owocujące przyjaźniami, które utrzymywał będzie przez resztę europejskiego życia – powołania nowej kompanii, która pozwoli mu odmłodnieć), jak i przestrzenne (urządzanie pokoiku wynajmowanego od Frau Elsy; szaleńcze meblowanie mieszkania w Vence).

Gombrowicz jest więc debiutantem w tym sensie, że w każdym nowym układzie i w każdej nowej konstelacji towarzyskiej (niech to będzie przedwojenny warszawski Zodiak czy jeden z pensjonatów w Zakopanem) zdaje się odczuwać obsesyjną potrzebę określania się i prezentowania postronnym na nowo. To kompulsywne wynajdywanie wizerunku, które sprawi, że jedni dostrzegą w nim „chorobliwego snoba” (jak nazwie go popularna w Stanach pisarka Litka de Barcza), a inni – najbardziej autentycznego z polskich pisarzy (jak opisze go Miłosz), czynić go będzie czasem ofiarą środowiskowego ostracyzmu, a niekiedy – uczestnika nieomal farsowych sytuacji. Z pierwszym przypadkiem mieliśmy do czynienia, gdy z racji uznania dla talentów Stalina i Hitlera zostanie niemal równocześnie obwołany twardogłowym stalinistą i miłośnikiem hitleryzmu. Z kolei z drugim, gdy na spotkanie poprzedzające jego powrót do Europy stawiają „się wszyscy (…), wobec których stosuje inne techniki i ukazuje inną twarz”, co doprowadza go do pasji, bo nie wie do końca, jak się w tych okolicznościach zachować.

Gombrowicz… to biografia wyczerpująca i monumentalna, napisana z rozmachem, choć, przyznać trzeba, niezwykle tradycyjna w formie (największą bodaj ekstrawagancją, na jaką pozwoliła sobie Suchanow, było dość konsekwentne – niekiedy nawet do pewnego stopnia „reportażowe” – operowanie czasem teraźniejszym). Autorka nie epatuje erudycją (choć, jak zauważył Jarosław Klejnocki w programie telewizyjnym Pegaz z 4 października 2017 r., nie sposób nie odnieść wrażenia, że w swych szufladach ma jeszcze materiał, którym mogłaby przynajmniej niejeden tytuł obdzielić) i nie podejmuje też próby przeorania substancji, z jakiej ulepiona jest polska biografistyka, co – gdy się pisze o kimś takim, jak Gombrowicz – nie wydaje się znowu pokusą tak bardzo egzotyczną. Choć ta formalna i retoryczna wstrzemięźliwość jest być może najlepszym, na co, wadząc się z autorem Kosmosu, mogła się zdecydować Suchanow. Dzięki temu, nie tylko na poziomie faktograficznym, ale i retorycznym, udało jej się pisarza ujarzmić, poddać swej woli czy – jak zapewne powiedziałby Jan Błoński – utemperować.

 

*

Tę dwutomową biografię traktuję więc jako udany wymyk, dzięki któremu autorka zdołała uniknąć połknięcia przez swego bohatera. Spotkać się z Gombrowiczem i nie zostać brzuchomówcą wypluwającym z siebie jego formuły: oto chyba najlepsza definicja zwycięskiego spotkania z jego dorobkiem, życiem czy, po prostu, światem. Suchanow ta sztuka udała się ponad wszelką wątpliwość.

 

 

Klementyna Suchanow

Gombrowicz. Ja, geniusz

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017,  s. 584 (tom I), s. 600 (tom II)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata