70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dyspozytyw osoby

W starożytnym Rzymie niemożliwa była personalizacja wobec kogokolwiek bez depersonalizacji wobec innych – bez spychania kogoś w nieokreśloną przestrzeń sytuującą się poniżej poziomu osoby. W tle osoby zawsze prześwitywał bezwładny profil rzeczy.

1.

Jeśli zadaniem refleksji filozoficznej jest krytyczny demontaż aktualnych opinii, radykalne podważenie tego, co prezentuje się jako oczywiste, to niewiele znajdziemy pojęć, które wymagałyby tej interwencji tak bardzo jak „osoba”. Pozostawiając na moment ustalenie jej znaczenia, a raczej – znaczeń, najbardziej uderza niezwykły sukces tej idei, potwierdzony wciąż wzrastającą liczbą poświęconych jej konferencji i publikacji. Wrażenie, jakie z tego wypływa, to nadmiar sensu zdający się tworzyć z niej nawet nie tyle kategorię konceptualną, ile hasło przeznaczone do łączenia rozległego i nieprzemyślanego konsensusu. Gdyby pominąć termin „demokracja”, to żadne inne pojęcie nie cieszy się w naszej tradycji tak powszechnym uznaniem. I to nie tylko w związanych z nią dziedzinach – od filozofii po prawo, antropologię i teologię, ale również w obrębie ideologii będących co do zasady opozycyjnymi wobec siebie. Ta zadeklarowana lub domyślna zgodność rzuca się w oczy najbardziej na konfliktowym jakby się zdawało terenie, jakim jest bioetyka. Spór, często ostry, jaki toczy się w jej ramach między reprezentantami światopoglądu laickiego i katolickiego, zasadza się na wyznaczeniu dokładnego momentu, w którym istota żyjąca może zostać uznana za osobę – w chwili poczęcia lub dopiero później – a nie na wartości przypisywanej takiej kwalifikacji. Bez względu na to, czy osobą zostaje się z boskiego dekretu czy też drogą naturalną, kluczowe jest samo przejście, w trakcie którego biologiczna materia pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia staje się czymś nienamacalnym. Tylko to życie, które okazało się zdolne do dostarczenia dowodów o własnym statusie osoby i przekroczyło te symboliczne drzwi, może być traktowane jako święte lub wartościowe.

Ten nadzwyczajny sukces, który ma oczywiście wiele przyczyn, przyćmił nawet zwyczajowo przyjęty podział na filozofię analityczną i kontynentalną. W tym kontekście należy zauważyć, że mało które pojęcie, tak jak osoba, ukazuje już od chwili pojawienia się podobne bogactwo leksykalne, semantyczną plastyczność i sugestywną moc. Idea osoby, utworzona w punkcie produktywnego napięcia, krzyżowania się języka teatralnego, świadczeń prawnych i dogmatów teologicznych, wydaje się ucieleśniać tak gęsty i zróżnicowany potencjał sensu, że okazuje się niezbędna (i to pomimo wszystkich swoich wewnętrznych przeobrażeń – również tych istotnych). Do tej, rzec można, strukturalnej, przyczyny triumfu osoby należy dołożyć kolejną, nie mniej ważną, o charakterze historycznym, która tłumaczy niezwykły rozkwit tego pojęcia obserwowany od połowy poprzedniego stulecia. Chodzi mianowicie o wyraźną konieczność odtworzenia, po zakończeniu II wojny światowej, związku między rozumem i ciałem, który nazizm zamierzał rozbić w katastrofalnej próbie zredukowania życia ludzkiego do nagiej warstwy biologicznej. Poza wszelką dyskusją pozostaje oczywiście pozytywna intencja oraz merytoryczne zaangażowanie autorów Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 r., a także wszystkich kolejnych deklaracji, opracowywanych w jeszcze bardziej personalistycznym duchu. Podobnie jak intelektualna płodność licznych badań skoncentrowanych na wartości i godności osoby ludzkiej, które naznaczyły cały współczesny horyzont filozoficzny, od pokantowskiego transcendentalizmu po nie tylko husserlowską fenomenologię i po egzystencjalizm (nieheideggerowski), nie wspominając o postrzępionej linii, która biegnie od Maritaina i Mouniera aż do Ricoeura.

Trudniej jednak zrozumieć efekt, jaki wywołała ta wciąż narastająca fala różnego rodzaju personalizmu. Czy kategoria osoby była w stanie zrekonstruować związek między prawem a życiem (przerwany przez totalitaryzmy XX w.) w formie, która czyniłaby możliwym i skutecznym coś takiego jak prawa człowieka? Trudno uciec od pokusy udzielenia oschłej i negatywnej odpowiedzi na to pytanie.

Proste dane statystyczne wyrażone w wartościach względnych i bezwzględnych o tych, którzy codziennie giną wskutek głodu, choroby i wojny, wydają się same z siebie zaprzeczać istnieniu prawa do życia.

Oczywiście można powiązać tę trudność do stosowania praw człowieka w praktyce z przypadkowymi zmiennymi – np. z brakiem władzy na tyle silnej, by była w stanie narzucić ich obowiązywanie. Albo z niedającą się przezwyciężyć obecnością cywilizacji historycznie odpornych na akceptację uniwersalistycznych modeli prawnych. W tym przypadku problemem jest utrudnione lub jedynie częściowe rozszerzenie się zasięgu paradygmatu osoby. Miałby się on rozwiązać w sposób bezpośrednio proporcjonalny do swojego rozwoju, równoległego w stosunku do modelu demokratycznego, który stanowiłby zarówno jego założenie, jak i rezultat. Uważam, że takiej, pokrzepiającej, rzekłbym, interpretacji przedstawić należy inną perspektywę, która sproblematyzuje zagadnienie w zupełnie inny sposób. Na jej podstawie z pewnością nie można stwierdzić niedocenienia kategorii osoby. Przeciwnie, osoba pełni funkcję strategiczną nie tylko w społeczno-kulturalnym porządku struktur obecnych czasów, ale również politycznym. To, co się zmienia, to znak, jaki przypisuje się tej roli. Teza, którą rozwinąłem w mojej niedawnej książce[1], mówi, że pojęcie osoby nie jest w stanie uzdrowić dziejowego rozdźwięku między życiem a prawem, między nomos a bios, ponieważ to ono właśnie go stworzyło. Kiedy odłoży się na bok retorykę naszych rytuałów politycznych okazuje się, że pierwotna sprawczość paradygmatu osoby związana jest właśnie ze stworzeniem wspomnianego rozdźwięku. Nie ulega wątpliwości, że nawet nie podejmując po raz kolejny analizy złożonej i problematycznej kwestii etymologii tego terminu, aby uchwycić jego istotę, trzeba zwrócić się w stronę prawa rzymskiego, niezależnie od tego, czy jest się jego znawcą czy nie. To konieczny krok, zważywszy na wagę prawnych źródeł tego pojęcia – nie odrębnych, ale ściśle związanych także z chrześcijańskim znaczeniem przypisywanym osobie. Chciałbym dodać, że w tych coraz częstszych spotkaniach współczesnej filozofii z prawem rzymskim pojawia się coś więcej niż tylko specyficzna potrzeba. Coś, co dotyczy samego ukonstytuowania się tzw. cywilizacji chrześcijańsko-mieszczańskiej w formie, jaka wciąż zdaje się wymykać zarówno analizie historycznej, jak i antropologicznej. To rodzaj ukrytej reszty, która wymyka się dominującej perspektywie, i właśnie dlatego wciąż kontynuuje swoją podziemną „pracę” w głębi naszych czasów. Założycielskie opowieści, łączące początki cywilizacji z konfliktem, a nawet zbrodnią dokonaną na sobie przez braci, odsyłają prawdopodobnie właśnie do tego – do podziemnych pozostałości, w których słowu „zbrodnia” (delitto) nadano dosłowne znaczenie od delinquere – braku lub cięcia, jakie gwałtownie rozdziela historię człowieka od jego możliwości rozwoju.

  — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter