70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy nadejście idei postępu było przejawem postępu?

Zrazu „postęp”, a tym bardziej „postęp moralny”, może się zdawać tematem publicystycznie niewinnym, bezpiecznie wyniesionym w filozoficzno-pięknoduchowskie rejony – akurat dla stu siedemnastu krakowskich intelektualistów i geriatrycznych lóż bezzębnej dziś warszawki. Lecz przyłóż ucho do piersi Molocha – tu, tu bije serce polityki. Otwórz mapy globalnej podświadomości – tędy przebiega linia frontu wojen kulturowych.

Zmiana powszechnego smaku jest ważniejsza niż zmiana poglądów; poglądy, ze wszystkimi dowodami, kontrargumentami i całą intelektualną maskaradą, są tylko objawami zmiany smaku, a na pewno nie tym, za co się je wciąż często uważa, przyczynami. Jak zmienia się powszechny smak? Wskutek tego, że jednostki, możne, wpływowe i nieznające wstydu, wydadzą wyrok: hoc est ridiculum, hoc est absurdum – czyli sąd smaku i odrazy – i po tyrańsku ten wyrok przeforsują; licznym ludziom narzucają w ten sposób przymus, który stopniowo staje się nawykiem jeszcze liczniejszych, a ostatecznie potrzebą wszystkich. Jeżeli zaś owe jednostki inaczej czują i „smakują”, wynika to zazwyczaj z ich szczególnego sposobu życia, pożywienia, trawienia, może z większej albo mniejszej zawartości nieorganicznych soli w ich krwi i mózgu, krótko mówiąc, z ich physis; mają jednak odwagę przyznawać się do swej physis i wsłuchiwać się w jej żądania, nawet najbardziej subtelne – ich sądy estetyczne i moralne to właśnie owe „najbardziej subtelne odgłosy” physis.

 

Fryderyk Nietzsche, Radosna wiedza,

tłum. Małgorzata Łukasiewicz

1. „Wszyscy się zgadzają, że życie jest lepsze niż śmierć, zdrowie lepsze niż choroba, dobrobyt lepszy niż nędza, wolność lepsza od tyranii, pokój lepszy od wojny. Każdą z tych rzeczy da się zmierzyć, a rezultat przedstawić na wykresie w skali czasu. Linia pnie się w górę – oto postęp”.

Tak twierdzi Steven Pinker w polemice prasowej z Johnem Grayem dokoła książki Pinkera The Better Angels of Our Nature: Why Violence Has Declined (tytuł polskiego wydania to: Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury). Steven Pinker jest może najdonośniejszym, ale z pewnością nie jedynym głosicielem triumfu progresu moralnego: The Most Good You Can Do: How Effective Altruism Is Changing Ideas About Living Ethically Petera Singera (2015), Winning the War on War: The Decline of Armed Conflict Worldwide Joshui S. Goldsteina (2011), i tak aż od Retreat from Doomsday: The Obsolescence of Major War Johna Muellera (1989) – trend narastał od pomyślnego zakończenia zimnej wojny. I w odróżnieniu od ujęć konserwatywnych, w tym ikonicznego Końca historii Fukuyamy, z panoramicznych fotografii ludzkości sporządzanych przez postępowców wyłania się obraz owej stopniowej poprawy jako rezultatu urabiania przez człowieka samych idei, jako skutku PRACY NAD WARTOŚCIAMI.

Ciąg skojarzeń i argumentów Pinkera wygląda, w wielkim skrócie, tak:

(a) ilość i rozmach zbrojnych konfliktów (obrazowanych wykresami liczby zabitych w ciągu roku) zmniejsza się;

(b) zmniejszenie wojennej przemocy to objaw ogólnej poprawy natury człowieka („Najbardziej obiecujące wyjaśnienie, jest, jak sądzę, takie, że to owe składniki ludzkiego umysłu, które odpowiadają za powstrzymywanie się od przemocy – a które Abraham Lincoln nazwał „aniołami lepszej strony natury człowieka” – przeważyły w wewnętrznych zmaganiach”);

(c) poprawa następuje dzięki sukcesywnemu wprowadzaniu w życie ideałów Oświecenia;

(d) oznaką i współprzyczyną postępu moralnego jest m.in. ateizacja, wzrost roli państwa, poszerzenie praw kobiet, mniejszości etnicznych i seksualnych, praw zwierząt.

Logika wywodów Pinkera została podważona m.in. przez Pasqualego Cirilla i Nassima Nicholasa Taleba (The Decline of Violent Conflicts: What Do The Data Really Say?), którzy zakwestionowali matematykę analiz statystycznych Pinkera, głównie z uwagi na specyficzną metodologię wymaganą do badań rozkładów o „cięższych” ekstremach, w odróżnieniu od rozkładów normalnych (w krzywej Gaussa). Analiza przeprowadzona według metodologii Cirilla i Taleba nie wykazała żadnych zmian w częstości i skali przemocy w XX w.: ani spadku, ani przyrostu.

Dla mnie jednakowoż interesujące jest tu nie to, co zależy od przygodnej zgodności z faktami, lecz konstrukcja i dynamika argumentu, swoista metaideologia postępu moralnego.

2. Zrazu „postęp”, a tym bardziej „postęp moralny”, może się zdawać tematem publicystycznie niewinnym, bezpiecznie wyniesionym w filozoficzno-pięknoduchowskie rejony – akurat dla 117 krakowskich intelektualistów i geriatrycznych lóż bezzębnej dziś warszawki.

Lecz przyłóż ucho do piersi Molocha – tu, tu bije serce polityki. Otwórz mapy globalnej podświadomości – tędy przebiega linia frontu wojen kulturowych.

W debatach politycznych Zachodu „postępowość” stanowi oczywisty korelat, jeśli nie wręcz synonim, lewicowości; w nas jeszcze ten obyczaj językowy nie zapadł głęboko, gdyż modernizacja Polski po zapóźnieniach PRL-u uchodzi za projekt ponadpolityczny i w tej prowincji Imperium „postęp” nadal ma coś z bezpłciowej ergonomii, ze sprawności harcerza.

Lecz jeśli wartością absolutną jest długość bezpiecznego życia maksymalnej liczby ludzi, naszym celem powinna być globalna farma z miliardami Homo sapiens hodowanymi od poczęcia w stuprocentowo bezpiecznych kojcach-izolatkach (dopuszczenie do swobodnego kontaktu z innym człowiekiem – o, to już ryzyko).

Wzdrygasz się na tę wizję. Dlaczego? Bo: „Co to za życie!”. Poszedłbyś więc na wojnę przeciwko Huxleyowskim utopiom gwarantowanej chemicznie szczęśliwości i panopticonowego bezpieczeństwa? Zabijałbyś? Ryzykowałbyś, że zabiją ciebie?

Co chwila natykamy się na sytuacje takich nierozstrzygalnych konfliktów wartości w codziennej praktyce politycznej – począwszy od sporu o prawo do aborcji czy eutanazji (a więc życie nie zawsze i nie dla każdego jest lepsze niż śmierć!), na kwestii wyboru modelu gospodarczego skończywszy. Co uznajemy za ważniejsze: globalny rozwój („fala unosząca wszystkie łódki”) czy zmniejszanie nierówności ekonomicznych? Jak duże obniżenie współczynnika Giniego usprawiedliwi spowolnienie przyrostu PKB, i o ile procent? Itd., itp.

„Życie lepsze niż śmierć” – i dopóki w tej walucie nie wycenimy każdej innej wartości, twierdzenie o postępie moralnym oparte na malejącej liczbie ofiar wojennych da się obrócić w twierdzenie o moralnej zapaści (np. tak: „Niczego już wyżej nie cenią – byle tylko przeżyć! Zwierzęta, nie ludzie!”); i mogą one funkcjonować obok siebie, przeciwko sobie. Funkcjonują. Funkcjonowały. Niemal każda epoka była ogłaszana Złotym Wiekiem czegoś i zarazem Czasem Ostatecznego Upadku czegoś innego.

Nawet więc założywszy, że dałoby się zebrać potrzebne dane i że nie zostaną one podważone metodologicznie ani merytorycznie, to żeby móc wydać sąd o postępie w stylu Pinkera, musielibyśmy wpierw sprowadzić te wartości do wspólnego mianownika.

Oraz otrzymać gwarancję, iż ten mianownik nigdy się nie zmieni (nie będzie przedmiotem postępu); że przyszłe pokolenia nie wypracują nowej moralności. Inaczej nie byłby on już „wspólny” – nie z naszymi dziećmi, wnukami.

Czy to w ogóle możliwe? Skoro właśnie ustanowienie jednego mianownika byłoby aktem wartościowania skierowanym wprost przeciwko wartościom takim jak wolność sumienia czy wyznania. Negowałoby też samą istotę człowieczeństwa tak jak rozumiał je np. Dostojewski (Steven Pinker w dialogu z Człowiekiem z Podziemia nie przeszedłby testu Turinga, jawiąc się rozmówcy raczej toporną maszyną do obliczania, co jest dla każdego człowieka najlepsze, aniżeli istotą poruszaną tajemnymi żywiołami ducha). Sprzeciw podniosą także indywidualiści-postmoderniści: czymże jest wolność wyboru płci, paszportu czy języka bez wolności wyboru moralności?

Lecz przede wszystkim: w jaki sposób w praktyce można by doprowadzić do powszechnej zgody – i to zgody serc, nie rozumów – co jest tym wspólnym mianownikiem? Jak PRZEWARTOŚCIOWAĆ WARTOŚCI?

Ba, na tym przecież polega istota wojny kulturowej, do której kanonad i salw budzimy się i zasypiamy.

3.Cofnijmy się jeszcze dwa kroki.

Zachodzi zmiana. Ale czy zachodzi postęp? Właściwie w jaki sposób gramy w tę grę językową?

Funkcjonują tu (lub funkcjonowały) trzy sploty intuicji.

I. Nieuchronność historyczna. Której nikt już nie bierze serio. Niemniej wówczas da się obronić sens „postępu” – gdy drogowskazy Historii i człowieczeństwa zasadziła przed nami ręka Boga czy inna ponadludzka matematyka idei.

Wtedy moralność można co najwyżej dopasowywać do kierunku marszu, ale żadne nasze przekonania etyczne nie obrócą samego drogowskazu.

Na dobre czy na złe, opuściliśmy wszakże jasno oświetlone autostrady dziejów.

II. Organiczny rozwój. Nie ma on sankcji nieuchronności, nie aspiruje do bezwyjątkowej normy. Nie każdy organizm rozwinie się tak samo – to jego własna struktura opowiada nam drogę jednostkowego postępu.

Tutaj w ostatecznym rozrachunku decyduje nie zimny rozum, nie wyczucie moralne – lecz zmysł estetyczny, pewność dopełnienia formy.

Trudno mi znaleźć we współczesnej kulturze Zachodu żywe konteksty dla takiego pojmowania postępu. Bo na Wschodzie – owszem. Na powyższym rozumieniu postępu opiera się m.in. azjatycki model kapitalizmu.

Do Kartezjusza i Bacona w takich kontekstach mogła działać nauka (filozofia); dziś nauka zasiada pośrodku ławy oskarżonych w procesach pokazowych postępu moralnego. Lęk przed technologią czyniącą człowieka coraz bardziej nieludzkim i zbędnym skłania wręcz ku luddystycznym odwróceniom wizji rozwoju, tak na prawicy, jak i na lewicy. Także „kapitalizm świętego przyrostu PKB” bardziej zaczyna nam na Zachodzie wyglądać na rozrost nowotworu, koniec końców, zabijający nosiciela, aniżeli na zdrowy rozwój organizmu.

III. Słuszność moralna. Na czym oparta? Na metodzie definiowania podmiotu etycznego i narzucania myślenia kategoriami wynikającymi z nowego porządku serca.

W tę grę gramy na co dzień, wypracowując (wywalczając) nowe mianowniki etyki. Po to Pinker rozwija swoje wykresy i tabele oraz całą magię liczb. Czy zwierzęta mają prawa jak ludzie? Które zwierzęta? Które prawa? Czy płód człowieka to człowiek? Czy małżeństwo jest funkcją biologicznej płci? Czy szkoda wyrządzona przyrodzie (ekosystemowi) jest szkodą tylko dlatego, że w konsekwencji szkodzi człowiekowi? Czy kultura jako kod tożsamości jest wartością suwerenną? Itd., itp.

Drogowskaz wskazuje kierunek marszu. Postępujesz naprzód czy się cofasz? (A może właśnie czaisz się w krzakach z nożem naostrzonym na stawiaczy drogowskazów).

4. Zachodzi zmiana. zachodzi przyrost (lub regres, tj. przyrost z odwróconym znakiem). Ażeby więc ujrzeć w nim teraz postęp, trzeba mieć gotową skalę wartości do przyłożenia z zewnątrz; trzeba mieć to Pinkerowe „wszyscy się zgadzają, że X jest lepsze od -X” jako linijkę do pomiaru każdego czynu i skutku.

Z zewnątrz – ach!, czyli taką, która sama nie podlega postępowi; która nie jest jego funkcją w żadnym sensie.

Czy to w ogóle możliwe?

Czy warunkiem istnienia postępu trzeciego rodzaju jako pojęcia logicznie spójnego nie jest właśnie wykluczenie możliwości postępu w wartościach?

Gdy zeskrobać z nich retorykę gazetową i kontekst aktualnej polityki, taki kościec ukaże się w większości, jeśli nie we wszystkich, manifestach konserwatyzmu przeciwko zmianom przeprowadzanym pod hasłami POSTĘPU MORALNEGO. Cofając się po łańcuchu implikacji, zazwyczaj zatrzymujemy się na którymś poziomie sporu wartości (aksjomat vs aksjomat), gdzie konserwatysta argumentuje za wartościami tradycyjnymi przeciwko nowym. Lecz to oczywiście nie może być poziom zero, bo wciąż da się tam zakwestionować samą skalę wartości, do której przykłada on tę zmianę; to nadal jest „moje dobro i zło” kontra „twoje dobro i zło”.

Poziom zero byłby poziomem czystego paradoksu logicznego: dezintegracji „postępu moralnego” jako pojęcia.

5. Także na gruncie religijnym sprzeciw wobec samego konceptu „postępu” zaczyna się od powyższej konstatacji – taki jest sens owego passusu z Centesimus annus Jana Pawła II, powtarzanego jak zaklęcie przez polityków siłujących się na wartości:

„Dziś zwykło się twierdzić, że filozofią i postawą odpowiadającą demokratycznym formom polityki są agnostycyzm i sceptyczny relatywizm, ci zaś, którzy żywią przekonanie, że znają prawdę, i zdecydowanie za nią idą, nie są, z demokratycznego punktu widzenia, godni zaufania, nie godzą się bowiem z tym, że o prawdzie decyduje większość, czy też, że prawda się zmienia w zależności od zmiennej równowagi politycznej. W związku z tym należy zauważyć, że w sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

Zmieniamy wartości, zmieniamy widzialne manifestacje prawd etycznych i estetycznych. Jak? W demokratycznych głosowaniach. A co sprawia, że ludzie głosują za nowymi wartościami? Jaka SIŁA przemalowała im wcześniej te wartości w głowach? Jakie jest źródło tej SIŁY i kto nią włada?

Patrząc z perspektywy pokoleń, a nie kadencji parlamentów, jej charakter nie ma tak dużego znaczenia – czy jest to brute force prawa egzekwowanego przemocą państwową czy soft power kultury reżyserującej nam sny i kompleksy.

Prawo wpływa na świadomość, świadomość wpływa na stanowione prawo, a tak czy owak chodzi o wybicie naszych oczywistości ponad wasze oczywistości.

6. Przewijając film w zwolnionym tempie: Kiedyś uważaliśmy, że X jest złe, teraz uważamy, że X jest dobre. (Poziom wartościowania).

Kiedyś X występowało, teraz X nie występuje. (Poziom faktów).

Zatem:

Kiedyś powyższa zmiana stanowiłaby postęp (przejście od stanu wartościowanego negatywnie do stanu wartościowanego pozytywnie). Dzisiaj stanowi regres (przejście od stanu wartościowanego pozytywnie do stanu wartościowanego negatywnie).

Ale wartościowania wyrażane i egzekwowane w świecie także należą do poziomu faktów. Każde zdanie typu „X jest złe” można ująć jako: „Panuje sąd -X”.

Tworzymy linijkę, odmierzając ją od linijki, którą stworzyliśmy, odmierzając ją od linijki, którą stworzyliśmy…

Itd., itd., ad infinitum.

Ów paradoks jest autentyczny i sprzeciw konserwatyzmu zrozumiały. Lecz przecież nie otwiera on żadnej drogi wyjścia z klinczu – bo wartości stare tak samo są tu nie do obrony logiką (sankcja „nakazów Bożych” odwołuje się do wiary, nie do rozumu), tak samo trzeba używać siły do ich utrzymania.

Co faktycznie zmienia się w sposób nieodwracalny – kumulując się, rafinując – to nasza wiedza o naturze owego procesu, nasza znajomość anatomii mordu i reprodukcji wartości.

Jeśli więc waży coś ten tekst, to też nie dlatego, że takie nowości tu wymyślam, lecz co najwyżej – że odsłaniam, uwyraźniam, że powtarzam w stylu i rytmie epoki, tzn. w zgodzie z postępem.

7. Zatem w jaki sposób można nadać sens uwikłanemu etycznie pojęciu postępu? (Inaczej niż poprzez absolutną niezmienność, tj. apostępowość, w dziedzinie wartości).

Dałoby się chyba uratować ten sens, gdyby ograniczyć się do sądów o zmianach w bardzo dużej skali czasowej, rzekłbym: antropologicznej. Nie dość, że nie znajdzie się nikt, kto zakwestionowałby wartość rozwoju mowy u prymatów, spełnilibyśmy więc kryterium demokratyczne; spełnilibyśmy także kryterium logiczne, gdyż ten postęp „stwarza sam siebie”: dopiero w wyniku rozwoju intelektu i mowy pojawił się człowiek taki, jakim go dzisiaj pojmujemy jako podmiot i przedmiot postępu.

Jednak nie w tym znaczeniu używamy terminu „postęp”; nasz postęp rozbłyska na horyzoncie zorzami i piorunami, migocze w oknach pędzącego świata.

8. Są tacy postępowcy trzeciego rodzaju, którzy wydają się wierzyć w uniwersalną i transcendującą nawet logikę moc „dyskursu humanistycznego” – czegoś, co w praktyce miałoby przypominać proces ucierania się konsensusu akademickiego w naukach „miękkich” wokół danych nazwisk, teorii, książek: nie istnieje żaden sposób dowiedzenia słuszności ich tez, z czasem powszechnie się je po prostu UZNAJE.

Widzimy jednak, że sama akademia stała się nie tylko polem bitwy, ale narzędziem, bronią w wojnach kulturowych.

Większość ofensyw lewicy po 1968 r. wyszła stamtąd; całe rodziny jej wartości utożsamiane są na Zachodzie z „kulturą campusową” (pozytywna dyskryminacja, polityczna poprawność, genderyzm, przestrzenie bezpieczne od wolności słowa itd.).

Aby ten model istotnie stał się uniwersalnym, wszyscy musielibyśmy być jak doktorowie socjologii i wykładowcy filozofii Derridy; musielibyśmy żyć, myśleć i dyskutować jak oni, przyjąć do krwi i mózgów ich „nieorganiczne sole” (w czasach Nietzschego nie istniało cudowne słówko lifestyle). Poddać się duchowej konwergencji pod łagodnym naciskiem zunifikowanych kultury i warunków bytowania.

W praktyce „dyskurs humanistyczny” obcuje z resztą ludzkości w konwencji dekadenckiego elitaryzmu, a jego weapon of choice to dwusieczny miecz Prestiż & Pogarda.

9. Najuczciwsi są chyba ci progresiści trzeciego rodzaju, którzy na tyle przejrzeli reguły gry, że wiedzą i przyznają, iż postęp polega właśnie na zmienianiu tych reguł, tj. na codziennej praktyce walki o prawo stawiania i obracania drogowskazów.

Pinker i współtriumfatorzy opowiadają w istocie zwycięstwo podwójne: najpierw wprowadzili w życie praktyczne (polityczne) wartości Oświecenia; których powszechna akceptacja spowodowała (jak twierdzą) obniżenie wojennej przemocy; co nie tylko jest dobre samo w sobie w systemie wartości absolutyzującym życie, ale służy za argument ex post wspierający wartości zależne.

Wyobraźmy sobie wszakże takiego oto partyzanta moralności: „wiemy, że powoduje to wzrost masowej przemocy, ale POMIMO TO dążymy do ateizacji, racjonalizacji, denaturalizacji i równości”. Czyż porzucenie iluzji wspólnego mianownika etyki nie wpuszcza ożywczej krwi w te wartości? Czy dopiero wtedy nie stają one wyprostowane, o własnych siłach, z podniesioną głową? Czy dopiero dzięki temu nie pokazują się nam WARTOŚCIAMI?

Lecz partyzant Gramsciego wie, że najszybciej – choć i najsłabiej, naskórkowo – uprawomocnia się wartości nowe poprzez obmycie ich w wartościach starych, powszechnie uznanych: świeckie NAMASZCZENIE.

10. Z literackiego punktu widzenia interesujący jest świat wewnętrzny takiego partyzanta. Od ofiary ukąszenia heglowskiego różni go przede wszystkim poczucie mocy, romantyczny etos Twórcy. On nie odkrywa, nie odczytuje, nie inferuje słuszności jutra; on je WYBIERA, czyli tworzy. Wyobrażam sobie, że najskuteczniejsi stawiacze drogowskazów wyśpiewują w snach Žižkowe covery Wielkiej Improwizacji.

Ponieważ jednak weryfikacja skuteczności ich wysiłków następuje w rzeczywistości społecznej, która jest piaskownicą globalnej popkultury, nasi Foucaltowi Konradowie nieuchronnie zmieniają się w wieszczów Pudelków, Wykopów i gimbazowego jutiuba. Konrad Mickiewicza przynajmniej uzurpował władzę Boga; im pozostaje bić się o duszę Polaka z Popkiem, psem-pająkiem i steatopygią Kim Kardashian.

Nie masz czulszego barometru mód Krakowskiego Przedmieścia i Twittera od młodego lewicowca.

11. Byłyby, jak mi się zdaje, dwie podstawy definicji postępu moralnego – nie platformy niewzruszone, lecz przynajmniej kotwice ratujące od całkowicie swobodnego dryfu pojęć. Jedna to biologiczność człowieka (podmiotu i przedmiotu wartościowań). Druga to technologia (materialna ekspresja wiedzy o obiektywnie niezmiennych a poznawalnych prawach natury).

Obie są zresztą wykorzystywane w sporach politycznych z progresistami. Nie w celu zanegowania idei postępu jako takiego, lecz właśnie dla przechwycenia koncesji na wbijanie drogowskazów.

12. Biologia człowieka stawia twarde ograniczenia dla postępu w językach wartości. Można sobie wyobrazić próbę ustanowienia oddychania tlenem jako wartości negatywnej (zaczęłoby się w londyńskich klubach i na fejsie Lady Gagi); postęp ludzkości okaże się wówczas wyjątkowo powolnym.

Niemniej na tę właśnie modłę toczą się pojedynki z inżynierami progresu.

Progresista: „Człowiek nie powinien X, człowiek powinien Y”.

Konserwatysta: „X należy do natury człowieka. Zostaliśmy stworzeni przez ewolucję do X, nie do Y”.

Progresista: „Należy zatem zmienić naturę człowieka”.

Konwerwatysta w wersji hard: „Natury człowieka nie da się zmienić”.

Konserwatysta w wersji soft: „Może i da się coś zmienić w naturze człowieka, ale lepiej nie próbować, doświadczenie pokazuje, że więcej z tego szkody niż pożytku”.

Logicznym finalnym stanowiskiem progresisty jest zanegowanie istnienia człowieka jako takiego. XXI-wieczny humanizm postrzega człowieka jako twór fikcji.

Logicznym finalnym stanowiskiem konserwatysty w wersji hard jest krańcowy materializm. Aby bezwarunkowo zanegować władzę ducha nad materią, trzeba zanegować istnienie ducha.

13. Odwieczny ów dylemat – co decyduje: natura czy wychowanie? – naukowcy rozstrzygają zazwyczaj, studiując historie bliźniąt rozdzielonych zaraz po urodzeniu.

Skupiamy się na tych statystycznych wyjątkach, jako że umożliwiają one obserwację rezultatów „eksperymentu na ludziach”, którego przeprowadzenia planowego nie dopuściłaby żadna etyka.

Mamy oto bliźniactwo genetyczne, a zatem identyczną podstawę NATURY, oraz odmienne okoliczności jej rozwijania w życiu: rozbieżne WYCHOWANIE.

I co się tyczy predyspozycji człowieka do przemocy (agresji), dotychczasowe metaanalizy historii rozdzielonych bliźniąt wykazały rozkład wpływów bliski 50/50.

Może tylko to będzie interesującą nowiną, że wpływ natury (genów) rośnie w czasie – im starsi jesteśmy, tym przypadki życiowe mają mniejsze znaczenie. Jako dzieci pozbawieni byliśmy wolności wyboru środowiska; jako dorośli zaś – urządzamy sobie otoczenie i relacje z ludźmi wedle naszej niezmiennej, dziedziczonej biologicznie natury.

14. Technologia otwiera nowe pola wartości i zamyka pola stare.

Pewne kwestie przestają stanowić wyzwania moralne, skoro znajdujemy dla nich rozwiązania technologiczne. Tak zmieniła się etyka seksualna po rozpowszechnieniu środków antykoncepcyjnych. Poznanie intymnej mechaniki mózgu zmieniło stosunek do osób chorych psychicznie – oczyściło te przypadłości ze znaczeń moralnych i religijnych. Nie jest już kwestią biblijnej wagi problem higieny osobistej. Wielkie miasta jako naturalne środowisko bytowania człowieka w XXI w. wydziedziczyły nas z obyczajów i moralności hodowanych przez tysiące lat życia pod rytmem i grozą nagiej przyrody.

Pewne kwestie stają się problemami moralnymi, skoro dzięki technologii przeszły z kategorii natury, fatum, na które nie mamy wpływu, do kategorii zmiennych podległych naszemu wyborowi. Tak oto otwarły się przed nami na oścież piekła etyczne biotechnologii. Bronie masowej zagłady zagrażają już egzystencji człowieka jako gatunku; „morderstwo gatunku Homo sapiens” to bardzo świeży paragraf sumienia. Podobnie jak globalna odpowiedzialność ekologiczna.

W tym sensie technologia tworzy przestrzenie, w których możemy dokonywać wartościowań, i w ten sposób rysować wektory postępu. Czy może jednak pomóc nam w jakikolwiek sposób przewidzieć, jakie północe i południa wskażą te wektory? Domagalibyśmy się tu od nauki Münchhausenowej metody wyciągania ze stwierdzeń o faktach – zdań powinnościowych.

15. Tak jak w biologii ewolucyjnej do obserwacji i testowania reguł ewolucji używa się gatunków o najszybszej zmienności genetycznej (rozmnażające się na naszych oczach jednokomórkowce czy muszki owocówki), tak i dla obserwacji postępu wartości dysponujemy szklarnią przyśpieszonego metabolizmu i mutacji: jest to „postęp w dziedzinie sztuki”.

Jak to się dzieje, że jednego roku takie dzieła sztuki uznawane są za dobre (wartościowe), a drugiego – inne?

I te pierwsze – czy tracą wówczas na wartości? Czy też ich wartość przechodzi do kategorii historycznej, tzn. stają się „reliktami wartości”: ponieważ powstały jeszcze pod ich żywą władzą, są arcydziełami epoki przebrzmiałych norm, lecz gdyby je dokładnie takie same stworzył ktoś dzisiaj, nie byłyby sztuką dobrą? Ba, czy byłyby sztuką w ogóle? (Oto i przypadek powieści jako gatunku).

16. Widzimy, że ów postęp ma charakter jednokierunkowy. Nie da się powrócić do wartościowań pogrzebanych w pyle Historii, a to z tej racji, że nie da się powrócić do stanu ducha – świadomości, pamięci, światooglądu – ich czasu.

Nie da się np. zapomnieć Holokaustu ani bomby atomowej i tworzyć tak jak przed nimi. Och, można, ale to już zawsze będzie „tak jak”, to już będzie „tak jakby”.

(Jednym z przedmiotów „tak jakby” jest idea historycznej nieuchronności postępu, czy w oryginalnej, chrześcijańskiej wersji, czy w jej racjonalizacjach heglowskich i marksowskich. O postępie pierwszego rodzaju można żartować, można używać go jako straszaka, straw-man argument, można wmawiać go oponentom; i niewiele więcej).

17. Widzimy, w jaki sposób idea postępu przeniknęła i opanowała myślenie i doświadczenie sztuki.

Inaczej bowiem pytamy o istnienie postępu, a inaczej pytamy o istnienie idei postępu. Potrafimy sobie wyobrazić społeczeństwa znające ideę postępu, a w cudzej, zewnętrznej siatce wartości lokowane jako niepostępowe; oraz społeczeństwa idei postępu nieznające, a wedle jakiegoś kryterium postępu – postępowe.

Prawda, przed Oświeceniem kanony piękna też się zmieniały i inne były arcydzieła tej i tamtej epoki. Jednak w horyzoncie danej estetyki rządziła reguła skończonego ideału, do którego dążenie jest sensem wysiłków artysty. Po Oświeceniu postęp jako taki wniknął do wnętrza postępu sztuki: postępowość stała się zasadą, smakiem i satysfakcją.

Postępowość, czyli właśnie indywidualne ideału przełamywanie; a dążenie do jakkolwiek rozumianej perfekcji pokazało się jedną z podrzędnych cnót rzemieślniczych, niemal antysztuką.

18. Widzimy, jak w tym najszybszym laboratorium postępu jego praktycy i teoretycy rozpoznali i zaakceptowali reguły sportu ekstremalnego mózgów i dusz.

I. To jest dobre, co jest postępowe.

II. Postępowe jest to, co bardziej sprzyja przyrostowi dobra w życiu społecznym.

III. A to dobro samo jest przedmiotem postępu, tzn. kryteria postępu ulegają postępowi.

IV. Najbardziej postępowy jest więc ten, kto tworzy, tj. narzuca JUTRZEJSZE DOBRO.

19. Smutna i zniechęcająca jest codzienność postępu wartości artysty. Ku jakim słońcom się zwrócić? Z czyich kadzideł łykać dym? Nie rozbłysły jeszcze konstelacje gwiazd, z których mamy odczytywać przyszłe piękno i dobro.

W pył Historii zapadły szkielety zarówno tych, co wierzyli w światło przewodnie gwiazd stałych, w marmurowy bezruch firmamentu; jak i tych, co marzyli o niezawodnych metodach obliczania ruchu niebios: dialektycznych algorytmistów wartości. Postęp trzeciego rodzaju, jedyny możliwy, jedyny widzialny, w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o piękno i dobro każe się zwrócić raczej ku Google Trends i licznikom internetowych fanów.

Jakże nas wyczerpuje udawanie, że nie ma żadnego „tak jakby”! – gdy udawać też trzeba w stylu i pozie tegorocznego „tak jakby”. (Jak np. ja Wam tu piszę). Trzeba, trzeba, nie da się inaczej.

I wcale nie próżne pragnienie sukcesu nami kieruje – lecz szczere dążenie do wypowiedzenia prawdy o świecie i własnym doświadczeniu życiowym. Jednak ta prawda wciąż i wciąż wyślizguje się spod myśli: drogowskazy obracają się i przesuwają nie w gazetach i na salonach – nie tylko, nie najpierw, nie przede wszystkim – lecz w naszych głowach.

Prędzej czy później pojawia się więc pokusa, by odrzucić pozory i półśrodki i przystać do prawdziwych twórców: do którejś z trup ustawiaczy jutrzejszego dobra. O, tragedia subtelnych dusz! Bo za późno, dla nas jest już za późno, rolę Edka w Tangu obsadzono dawno temu, i zupełnie inne kwalifikacje przesądziły: granitowa muskulatura, panzer czoło, wątroba byka.

Koniec historii – to było jakieś rozwiązanie.

20. Lekcją, jaką najłatwiej wynieść z obserwacji brutalnych darwinizmów rozwoju wartości w szklarni sztuki, jest ta prosta mądrość, iż postęp w wartościach nie wynika z tych wartości. Nie można narzucić nowych kanonów sztuki siłą sztuki – skoro właśnie zaprzeczasz sztuce, nicując ją pod inne plusy i minusy. Ta siła pochodzi skądinąd.

Niszczenie wartości i tworzenie nowych wymaga oparcia się na innych oczywistościach, zazwyczaj niższych, bliższych naturze, tj. stałym biologicznym – jak poczucie fizycznej mocy, bezpieczeństwa, atrakcyjności seksualnej, przynależności do grupy; jak lifestyle elit; jak pieniądz i sława.

Uprawiając sztukę w czasach panowania idei postępu, przystajesz na ślepe posłuszeństwo kaprysom rozstawiaczy drogowskazów.

21. Uprawiając politykę w czasach panowania idei postępu, skazany jesteś na krwawą partyzantkę wartości. Strzela się do błaznów i poetów; bezpieczni są inżynierowie i finansiści. Nie ma litości, bo nie do pomyślenia są jakiekolwiek wspólne zasady rozejmu, jakikolwiek kodeks walki – skoro walka idzie właśnie o prawo do pisania wszelkich kodeksów.

Uprawiając politykę – nie tę ustaw i ministerstw, lecz tę umysłów i serc, czyli sztukę intymnej władzy nad człowiekiem – musisz być tym jedynym, w którego głowie drogowskazy się nie przesuwają, pomimo najdzikszych kalejdoskopów moralności dokoła. Gdyby bowiem wrogowie byli w stanie przestawiać twoje dobro i zło, pogubiłbyś się fatalnie, usiłując z kolei wodzić na smyczy ichnie „tak” i „nie”; swoje drogowskazy stawiasz ty i tylko ty. Przecież czujesz wyraźnie najlżejsze na nie naciski i szarpnięcia – odczytujesz bowiem bezbłędnie kierunek wiatrów epoki.

Ty jeden stoisz poza dobrem i złem. Ty masz wolność sądu smaku i odrazy; ty jesteś postęp.

 

22. Żyjąc w postępie, żyjem

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata