70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Banknoty bez Mizrachijczyków

Współczesne społeczeństwo izraelskie powstało w wyniku migracji Żydów z różnych stron świata, która rozpoczęła się na masową skalę w latach 50. XX w. Ogromna różnorodność przybyszów wymusiła podjęcie starań, by w krótkim czasie wytworzyć nową tożsamość narodową

W eseju, który wywarł ogromny wpływ na późniejsze interpretacje idei syjonizmu, opublikowanym po raz pierwszy w 1979 r., Eliezer Schweid wskazał, że jednym z centralnych toposów myśli syjonistycznej była „negacja diaspory” (szelilat ha-galut)[1]. Życie w diasporze miało prowadzić albo do dyskryminacji i prześladowań, albo do asymilacji. Pogląd ten nabrał jeszcze większej mocy w obliczu Holokaustu. W wyniku takiego sposobu myślenia, a także niejako w odpowiedzi na Zagładę, Izrael miał być ojczyzną „nowych Żydów” będących przeciwieństwem tych niegdysiejszych żyjących w diasporze. „Nowy Żyd”, zwany Hebrajczykiem, Izraelczykiem bądź Sabrą[2], miał być odważnym, silnym, mówiącym po hebrajsku, przywiązanym do ziemi pionierem. O Shoah w początkach izraelskiej państwowości starano się zaś zapomnieć, do oficjalnego dyskursu włączając tylko pamięć o żydowskich bojownikach gett i partyzantach.

Jednocześnie politycy izraelscy wywodzący się najczęściej z Europy Wschodniej (Aszkenazim) w momencie kształtowania się państwa postrzegali siebie jako przynależących do nowoczesnego europejskiego świata. Od Europejczyków przejęli więc dychotomię Wschodu i Zachodu: aby stać się częścią syjonistycznej narracji, Żydzi wywodzący się z krajów świata islamu (Mizrachim) byli zmuszeni do pewnego rodzaju transformacji uprawniającej ich do wejścia w skład wyobrażonej syjonistycznej społeczności. Zgodnie z tym założeniem, zachodni syjonizm „uratował” prymitywnych Żydów ze Wschodu, proponując im model nowoczesnego zachodniego państwa. Ich adaptacja do niego miała być trudna, gdyż z dawnych miejsc zamieszkania przywieźli swoje orientalne – często seksistowskie – zachowania, analfabetyzm czy despotyzm, ale na szczęście możliwa. Ograniczenie ideałów syjonizmu do kultury europejskiej było jednak zaprzeczeniem faktycznych korzeni większej części populacji na nowo kształtującego się państwa.

Izrael budowano więc przede wszystkim rękami Żydów „orientalnych”, realizujących jednakże wizje ideologów syjonistycznych, pochodzących przeważnie z Europy Wschodniej.

Dziedzictwo sztetl zostało zastąpione spuścizną po kosmopolitycznym Berlinie czy Paryżu, która tak naprawdę była bliska niewielkiemu tylko procentowi rodzącego się narodu. Porządek panujący w Izraelu przynajmniej do lat 70. XX w. był czymś na kształt nieegalitarnego pluralizmu z określoną hierarchią kultur. Do języka codziennego wszedł nawet zwrot ukuty dzięki tytułowi debiutanckiej książki Samiego Michaela Równi i równiejsi[3] (Szawim we-szawim joter), dotyczący pozycji Mizrachim w społeczeństwie izraelskim. Na rzecz homogenizacji społeczeństwa na modłę aszkenazyjską działało w Izraelu wiele instytucji: wojsko, system edukacji, radio, telewizja itd.

Narzędziem, które temu sprzyjało, był także język. Dla Mizrachim pierwszego pokolenia językiem ojczystym był często arabski, obok perskiego czy kurdyjskiego. Polityka państwa zmierzała jednak, co stosunkowo zrozumiałe, do tego, by jedynym językiem używanym przez Żydów, przynajmniej w sferze publicznej, był hebrajski. Starano się więc wyrugować języki diaspory (także jej aszkenazyjskiej części). Tym samym kolejne pokolenia Izraelczyków w znikomym stopniu posługiwały i posługują się już mową swoich przodków: „Okrążają mnie i nie przestają rozmawiać ze sobą po arabsku. A co tu jest do omawiania? Co im tak wesoło? Rozumiem co dwudzieste słowo, ale nie daje mi to za dużo, bo jakoś nie łączą mi się te słowa w logiczną całość. W końcu to nie marokański naszych staruszków z miasteczka. (…)”[4]. Tymi słowami fikcyjny mieszkaniec jednego ze średniej wielkości przemysłowych miast na prowincji Izraela, gdzie najczęściej osiedlano Mizrachijczyków, Kobi Dadon, którego poznajemy na kartach książki Sary Shilo Krasnoludki nie przyjdą, relacjonuje swój pobyt w pobliskiej arabskiej wiosce.

Uprzedzenia w języku

Stosunek izraelskich aszkenazyjczyków do nowo przybywających Mizrachim pokazują liczne ówczesne teksty kultury. Prześmiewczo o mieszkańcach Izraela wywodzących się z Bliskiego Wschodu pisał np. Ephraim Kishon, jeden ze znanych dziennikarzy i humorystów izraelskich, w zbiorze satyr W tył zwrot, Pani Lot!: „Imigranci, głównie Żydzi pochodzący z okolic Bliskiego Wschodu, otrzymują początkowo tak zwane »Ma’abaroth«, czyli prowizoryczne zakwaterowanie w blaszanych barakach obozów przejściowych, i pozostają tam później przez całe lata. Państwo nieustannie troszczy się o ich istotne potrzeby materialne. Prócz tego funkcjonuje cały szeroko rozbudowany aparat opieki duchowej dbający o dobre samopoczucie osiedleńców”[5]. Jak wynika z dalszej lektury satyrycznego tekstu Kishona, autor (z którego opinią identyfikowało się najpewniej wielu Izraelczyków) uważał, że Mizrachijczycy sprytnie wykorzystują państwo i są bezproduktywni.

Uprzedzenia uzewnętrzniły się też na poziomie języka codziennego. Niezwykle ciekawa jest w tym kontekście etymologia słowa „frecha”, które trafiło do hebrajskiego języka ulicy za sprawą, a raczej z inspiracji (bo ukuli je z pewnością Aszkenazyjczycy), Mizrachim. Słowo to oznaczające literalnie „kwitnącą” było bardzo popularnym imieniem nadawanym Mizrachijkom w pierwszych dekadach izraelskiej państwowości. Dziś jest to obraźliwy epitet, jakim określa się mało ambitne dziewczyny, skoncentrowane tylko na pielęgnacji swojego wyglądu i oddawaniu się popularnym rozrywkom. Jeśli język świadczy o rzeczywistości, słowo to stanowi jeden z dowodów na poczucie wyższości, jakie mieli izraelscy Aszkenazyjczycy wobec swoich rodaczek wywodzących się z Afryki czy Azji. Męskim odpowiednikiem frecha jest ars – termin ten wywodzi się bezpośrednio z języka arabskiego, gdzie również zalicza się do obraźliwych.

Podziały etniczne, mimo że niezgodne z oficjalną polityką państwa zwaną mizug galujot (mieszaniem się diaspor), będącą izraelskim odpowiednikiem melting pot, były i są odczuwalne przez Izraelczyków już od dzieciństwa. „Mój pierwszy dzień w szkole. Nauczycielka, Rywka, sadza mnie obok Siwan, Chen i Kalanit; wszystkie trzy są blondynkami. Moje włosy są czarne i bardzo krótkie, ponieważ miewam wszy. Wyglądam jak chłopak. Mój ojciec robi mi zdjęcie z Kalanit – będę je cenić przez długi czas jako pamiątkę chwili, kiedy byłam blisko obrazu idealnej mnie. Matki i ojcowie przechadzają się po klasie, uśmiechając się na widok Chen i Siwan robiących sobie zdjęcia. Niektórzy cmokają z podziwem: »wyjątkowe Laleczki!«. Moja matka mówi, że mam w sobie »egzotyczne piękno«. Brzmi to jak komplement, ale wątpliwego rodzaju. Dlaczego właśnie egzotyczne? Jestem dziewczynką, nie papają! Zawsze wiedziałam, że nie chcę tego rodzaju piękna. Zwłaszcza jeśli jest czymś w rodzaju nagrody pocieszenia. Chcę się czerwienić, gdy jest zimno, i mieć spalony kark po wuefie w słońcu. Ale ponieważ jestem egzotycznym owocem, w słońcu robię się nawet ciemniejsza”[6] – tak o swoich doświadczeniach i odczuciach pisze izraelska pisarka Yonit Naaman w eseju o wymownym tytule Jadua sze-ha-Temaniot hamot ba-mita (Wiadomo, że Jemenki są gorące w łóżku). W późniejszych latach, jak wspomina, nie tylko ona sama, ale także inni będą ją oceniać poprzez spojrzenie na jej cielesność, a zwłaszcza ciemniejszy kolor skóry.

Muzyka mizrachit

Stereotypowi frechaars – niczym polscy Seba i Karyna – gustują w muzyce charakterystycznej dla swojego regionu. Muzyka mizrachit (muzyka mizrachijska, wschodnia) urosła do miana oddzielnego gatunku (obok przesiąkniętej folklorem, patriotycznej piosenki Izraela i izraelskiego rocka), obecnego w zasadzie tylko i wyłącznie w Izraelu. Kojarzona głównie z tą grupą etniczną i początkowo niezależna od głównych wytwórni, na przełomie lat 80. i 90. została okrzyknięta „muzyką kasetową” (od nośnika i sposobu kopiowania) lub muzyką Centralnego Dworca Autobusowego w Tel Awiwie (ulokowanego w biedniejszej, południowej części miasta, gdzie sprzedawano rzeczone kasety). Narodziny jej jednak można datować na lata 70.

Czym jest muzyka mizrachit? Z muzykologicznego punktu widzenia charakterystyczne dla tego gatunku są dźwięki, które mieszczą się w ramach zachodniego sposobu myślenia o muzyce, ale mają w sobie pewien „wschodni” ryt (właśnie „wschodni”, a nie kojarzący się konkretnie z jakimś regionem, np. z Marokiem czy Turcją). Znakiem rozpoznawczym jest np. częste wykorzystywanie melizmatów (czyli wykonywania na jednej samogłosce wielu dźwięków), użycie nosowego głosu, improwizacji czy instrumentów takich, jak: buzuki, oud czy kanun. Repertuaru zwykle nie układa się przez komponowanie go, lecz tworzenie coverów nagrań arabskich czy tureckich, po uprzednim dopasowaniu linii melodycznej i napisaniu nowego hebrajskiego tekstu. Takim przykładem jest piosenka Maora Edriego Jalla, jalla z 2012 r. będąca przeróbką syryjskiego przeboju Wafika Habibiego. Słuchacze tego typu przebojów, choć najczęściej pochodzą z jednej grupy etnicznej i zwykle można im przypisać konkretną pozycję społeczną, różnią się między sobą, dlatego też wewnątrz muzyki mizrachit wyewoluowało wiele subkategorii, z których najprężniejsze to muzyka grecka i jemeńska. Rozwój gatunku przypadł na lata 80. i 90. XX w., kiedy to wprowadzenie nowego nośnika, czyli kaset magnetofonowych, umożliwiło tanią produkcję i kopiowanie muzyki, niezależne od wielkich wytwórni. W odróżnieniu od muzyki głównego nurtu dla muzyki mizrachit źródłem, a nie efektem, popularności są często występy na żywo: na weselach, przyjęciach itd.

Zarówno odbiorcy, jak i wykonawcy postrzegają ten gatunek jako muzykę „zwykłych ludzi”. Piosenkarz nie jest traktowany jako idol, ale jako człowiek z sąsiedztwa. Ludowość wyraża się na wiele sposobów: przede wszystkim poprzez miejsca występów publicznych, lecz także wykonywanie piosenek na życzenie publiczności, często w sposób na wpół profesjonalny. Chwytliwe, rymujące się słowa zazwyczaj nie są zbyt wyszukane. Przykładowo: tekst refrenu piosenki Peera Tasiego Derech Ha-Szalom, która na platformie YouTube ma 36 mln wyświetleń (czyli ponad cztery razy tyle co liczba mieszkańców Izraela), brzmi mniej więcej tak: „Zamówiła kawę z mlekiem dla nas dwojga i narzeka tylko na upał / »Co za upał!« pyta: czy może się ruszymy, wynajmuję mieszkanie bardzo / blisko Derech Ha-Szalom zamówmy rachunek, tej nocy nie idziemy spać”. Inny przebój tego gatunku Terminal 3 Dudu Aharona (ponad 35 mln wyświetleń) traktuje o planach wyjazdu do Ameryki Południowej, a jego rymujący się w hebrajskim refren bardzo zapada w pamięć: „Cukiereczku, ależ jesteś piękna, / księżyc jest tu naprzeciw nas, / zrozumiesz, że tu nie jest Istambuł, / tu można wszystko bez limitu, / ależ robisz dobrze na duszy, / ach cóż za miłość”. Zastanawiając się nad fenomenem tej muzyki, nie sposób tu uciec od porównania do disco polo.

Tak jak disco polo muzyka mizrachit, długo pogardzana na salonach, wkroczyła do mainstreamu i czasem nie da się jej odróżnić od parodii gatunku.

W 2016 r. popularny program Erec nehaderet (Wspaniały kraj) będący swoistym izraelskim odpowiednikiem Saturday Night Live wyprodukował piosenkę pt. Metuka me-ha-chaim, która stała się przebojem lata. Piosenka traktuje o mężczyźnie, który przepuszcza w kolejce w Zarze kobietę i obiecuje jej dać wszystko, czego pragnie. Idą razem do kawiarni, gdzie bohater porzuca ją dla kelnerki. Z kelnerką udaje się na plażę, ale kobieta nie chce pływać, zostaje więc porzucona dla ryby. Wspólnie z rybą płyną na Rodos. Gdy mężczyzna wraca z podróży, bierze taksówkę z lotniska Ben Guriona. Kierująca pyta go o adres, a on znów obiecuje dać jej wszystko, o czym marzy. Dziś piosenka ma 10 mln wyświetleń.

Muzyka Mizrachijczyków to jednak wbrew pozorom nie tylko mizrachit. Przykładem innego stylu jest działający w Sderot w latach 1986–1998 zespół Sfataim (Usta) starający się grać oryginalną muzykę marokańską, którą liderzy zespołu pamiętają jeszcze ze swojego dzieciństwa. W repertuarze grupy znalazła się też piosenka mówiąca o tęsknocie za Marokiem czy marginalizacji Mizrachim w Izraelu lub ambiwalencji, z jaką podchodzą do życia w swojej nowej ojczyźnie. Swoistą rewolucję na izraelskiej scenie muzycznej wywołał powstały w 1988 r. zespół Tippex (znany też potem jako Teapacks), ze swoim liderem Kobim Ozem (który debiutował jako klawiszowiec w Sfataim). Współtworzyli go muzycy urodzeni w Sderot oraz w pobliskim kibucu Sza’ar Ha-Negew. Twórczość Tippexu to fuzja rockowej muzyki izraelskiej z muzyką mizrachit. Oz, frontman zespołu i jednocześnie autor tekstów, w trafny sposób opisuje mizrachijską rzeczywistość i rozprawia się z nią, nie szczędząc przy tym ironii. Przykładowo: pierwszy przebój grupy Ha-Rabi Joe Kapara traktował o mizrachijskich pielgrzymkach do grobów świętych mężów (takich jak np. pielgrzymki do Netiwot). Oz przyznał zresztą, że jego celem była redefinicja sceny muzyki Izraelu i żonglowanie społecznymi konwencjami. Wiele piosenek, np. Zakurzone wzgórza, kpiło z realizacji rządowych, syjonistycznych projektów: „To nie jest imponujące, pomyśleli ministrowie, / Na mapie są puste łaty. / Tam gdzieś brakuje osiedli. / Tak więc władze wysłały polecenie: / »Wybudujemy osiedle, / więc znajdźcie ludzi, / tak aby zapełnili swoim życiem wszystkie nowe domy«. / Teraz jest pełno kropek na mapie, / I media obiecały dobrą promocję, / Tak więc ministrowie rozkazywali już śpiącym głosem/ i zajęli się innymi »pilnymi sprawami«”.

Czarne Pantery

Rozgoryczenie wyrażane w cytowanych Zakurzonych wzgórzach było w istocie walką o egzekucję praw, które formalnie przysługiwały Mizrachijczykom. Nie dyskryminowano ich przecież, odbierając polityczne i obywatelskie uprawnienia. Kulała raczej realizacja równościowych ideałów. Mizrachijczycy długo jednak nie reagowali na marginalizację stworzeniem jednolitej siły politycznej. Przyjmowali raczej strategię dostosowywania się do istniejących podziałów partyjnych. Jeszcze w osmańskim okresie historii Palestyny, czyli do końca I wojny światowej, jemeńscy robotnicy narzekali na złe traktowanie przez swoich aszkenazyjskich pracodawców. W zasadzie do 1973 r. Mizrachim oddawali swoje głosy na rządzącą krajem lewicę. Popierali więc partię Mapai mimo wybuchów niezadowolenia, podważających politykę i retorykę rządu.

Do protestów doszło np. w 1959 r. w Wadi Salib, dzielnicy Hajfy. W lipcu jej mieszkaniec – Mizrachijczyk Jakow Elkarif – został w trakcie bójki postrzelony przez aszkenazyjskiego policjanta. Gdy informacja dotarła do opinii publicznej, miejscowi Mizrachim zaczęli wychodzić na ulicę, demonstrując przeciwko rządzącym. Były to pierwsze, choć jak się miało potem okazać, nie ostatnie, otwarte wystąpienia wobec rządzącego establishmentu aszkenazyjskiego. Szansa na zmianę społecznej pozycji Mizrachim i przewartościowanie ideałów syjonistycznych została jednak niewykorzystana. Zaniedbanie to dało o sobie znać ponad 10 lat później. W styczniu 1971 r. grupa młodych Mizrachijczyków, pochodzących głównie z Maroka, a mieszkających w Jerozolimie, zawiązała organizację protestu i nazwała się Czarnymi Panterami (Panterim Szchorim). Pantery wysunęły serię postulatów, mających na celu likwidację upośledzenia ich grupy społecznej. Sprzeciwiały się praktykom dyskryminacyjnym, domagały się walki z ubóstwem (przede wszystkim godnej pracy dla zaczynających życie zawodowe), żądały również reformy edukacji. Nazwą swojej grupy starały się wskazać na paralele ich losów z sytuacją Afroamerykanów. Chociaż liczba osób, które faktycznie przyłączyły się do ruchu, nie była imponująca, inicjatywa zyskała dużą popularność i stała się głosem Mizrachim. Izraelskie Czarne Pantery zyskały rozpoznawalność na całym świecie po brutalnie stłumionej demonstracji, która odbyła się w Jerozolimie 18 maja 1971 r. Czarne Pantery skutecznie skierowały więc uwagę izraelskiej opinii publicznej na sytuację Mizrachim. Doprowadziło to do konkretnych zmian, zwłaszcza w pierwszych miesiącach protestów. Zorganizowano np. specjalne programy edukacyjne dla dzieci mieszkających w biednych dzielnicach. Wolontariusze oferowali pomoc w Mursarze, dzielnicy Jerozolimy, z której pochodziła większość założycieli Panter, a różne siły polityczne starały się zyskać zwolenników wśród tej grupy. Jednak po początkowym sukcesie ruchu jego popularność zaczęła maleć. Mimo ogromnego potencjału nigdy nie udało się go przekształcić w organizację z jasnym politycznym programem i celami. Brakowało mu wyraźnych liderów, którzy mieliby dość charyzmy, by przyciągnąć nowych zwolenników. Jedynym poważniejszym przedstawicielem był Saadia Marciano, aktywista społeczny, który przez krótki czas (1980–1981) zasiadał w parlamencie z ramienia niszowej lewicowej partii. Czynnikiem hamującym gwałtowne zmiany była też wojna Jom Kippur z 1973 r., która sprawiła, że priorytety rządu i zainteresowanie opinii skoncentrowały się ponownie na polityce międzynarodowej.

W wyborach do Knesetu z 1973 r. Czarne Pantery wystawiły swoje listy, ale ugrupowanie nie uzyskało miejsc w parlamencie. Być może uznano ruch za zbyt radykalny, a jego działalność za sprawdzającą się na ulicy, ale niekoniecznie w parlamencie. Panterom brakowało też jasnego programu politycznego, który nie opierałby się tylko i wyłącznie na kontestacji, lecz oferował również konstruktywne projekty. Wywodzący się spośród Mizrachijczyków wyborca, widząc jednak, że partia Mapai nie radzi sobie z ich problemami, zaczął sympatyzować z Likudem, nowo powstałą wówczas prawicową koalicją (obecnie na czele Likudu stoi Benjamin Netanjahu). Na nowej sytuacji i frustracji Mizrachim najbardziej zyskał właśnie Likud. W 1977 r. ugrupowanie to dzięki głosom Mizrachijczków wygrało wybory, odsuwając od władzy lewicę (rządzącą nieustannie od 1948 r.).

Rdzeń ruchu syjonistycznego

Pierwszą partią stricte reprezentującą Mizrachim w parlamencie była Tami, której nazwa stanowi akronim hebrajskiego Tnuat Masoret Israel – Ruch Tradycji Izraela. Założona tuż przed wyborami w 1981 r. religijna partia odwoływała się wprost do symboli Mizrachim, przyciągając tym samym Żydów „orientalnych” sympatyzujących zarówno z prawicą, jak i lewicą. Mimo piastowania stanowisk ministerialnych miała małą skuteczność w Knesecie. Nic dziwnego więc, że w wyborach z 1984 r. straciła poparcie. Prawdopodobnie głosy – zamiast na Tami – oddane zostały na utworzoną wówczas partię SZAS. Założona jako Światowy Związek Sefardyjskich Strażników Tory (Ha-Tahdut Ha-Sfaradim Ha-Olamit Szomrej Tora) partia powstała pod patronatem słynnego rabina Owadii Josefa. To właśnie on do swojej śmierci w 2013 r. decydował o jej polityce (mimo że wykonawcami jego woli byli polityczni liderzy: Arie Deri i Eli Jiszaj). Niegdysiejszy naczelny rabin Izraela uznawany był przez religijnych, ortodoksyjnych Mizrachijczyków za najważniejszego eksperta w kwestii halachy. Znany był z częstego używania zwrotu o „powrocie korony na swoje dawne miejsce”. Myśl ta miała dotyczyć zarówno kwestii prawno-religijnych, jak i społecznych, tj. przywrócenia Mizrachijczykom należnego im miejsca w społeczeństwie izraelskim. Utworzenie SZAS-u miało być protestem wobec nieuwzględniania większej liczby polityków wywodzących się z kręgów Mizrachim na listach wyborczych najwięszej izraelskiej partii religijnej, czyli Agudat Israel. Zdecydowano się jednak przejąć wzorce organizacyjne od aszkenazyjskich religijnych weteranów – tj. podział między przywództwem duchowym a politycznym, gdzie pierwszy buduje program, którego realizacją i wykonaniem zajmuje się drugi. SZAS zyskał stosunkowo duże poparcie społeczne i potencjał koalicyjny.

Dodatkowo SZAS nie pozostał tylko partią per se, ale – zgodnie zresztą z międzywojenną żydowską tradycją – zaczął wspierać i współtworzyć instytucje religijne, kulturalne i oświatowe. Te wszystkie czynniki sprawiły, że stał się ważnym elementem przy budowaniu koalicji rządzących w Izraelu (także w obecnym Knesecie zyskał blisko sześcioprocentowe poparcie i wszedł w skład koalicji rządzącej). Co ważne, SZAS nawołuje do powrotu do mizrachijskich wartości i korzeni, stawiając się tym samym w opozycji do aszkenazyjskich syjonistów, którzy starali się pod przykrywką modernizacji odciąć Mizrachim od ich tradycyjnej, ludowej religijności. Partia nie poddaje się łatwym definicjom. SZAS przyjął ciekawą strategię, nie stara się wyprowadzić Mizrachim z obozu syjonistycznego, ale przedstawia ich wręcz jako rdzeń tego ruchu. Tożsamość mizrachijska, zwłaszcza z jej tradycyjną religijnością, jest dla niej definicją izraelskości, a pozostali mieszkańcy kraju to „inni”.

70 lat po ucieleśnieniu się marzeń Teodora Herzla o państwie Izrael możemy zadać pytania, czy to, co osiągnięto, stanowi odbicie ideałów XIX- i XX-wiecznych twórców myśli syjonistycznej, ale też jakie piętno wywarł na niej fakt, że kształtowała się przede wszystkim w Europie. Oczywiście proces wytwarzania mitów czy budowania oficjalnych kategorii „swoich” i „obcych” obserwujemy w przypadku każdego państwa. Izrael jest tu jednak przypadkiem bardzo ciekawym, gdyż proces ten możemy odtworzyć prawie „krok po kroku”. W chwili obecnej wydaje się, że kraj może być już areną dyskusji mających na celu rewizję dawnych założeń. Cele twórców państwowości zostały zrealizowane – stworzono bądź co bądź tożsamość żydowską alternatywną dla tej w diasporze.

Mimo to wciąż statystyczny Mizrachijczyk (choć raczej na pewno nazwie się Izraelczykiem) rzadziej niż jego aszkenazyjski kolega może pochwalić się wyższym wykształceniem, a nawet jeśli, to i tak prawdopodobnie będzie od niego mniej zarabiał.

Mieszka też pewnie na peryferiach kraju bądź w biedniejszej dzielnicy jednego z dużych miast, jest też mocniej przywiązany do tradycji, aczkolwiek nie bardzo pamięta język swoich przodków, w wyborach częściej głosuje na prawicę, a w armii rzadko należy do prestiżowych oddziałów. Tyle statystyki, które, choć prawdziwe, spłaszczają obraz i przyczyniają się, chcąc nie chcąc, do budowy stereotypów, które wielokrotnie utrwalane przez izraelskie media, ale obecne też nawet na poziomie języka codziennego, nierzadko są uwewnętrzniane przez samych Mizrachim. Czy we współczesnej izraelskiej narracji jest miejsce na dziedzictwo Żydów wywodzących się ze świata islamu? Coraz częściej tak, w końcu obecnie ich potomkowie stanowią większość społeczeństwa. Gdy spojrzy się jednak na nowe izraelskie banknoty ostatecznie wypuszczone do obiegu w 2017 r. przedstawiające postaci ważne dla izraelskiej literatury (Natana Altermana, Rachel Bluwstein, Szaula Czernichowskiego i Leę Goldberg), próżno szukać na nich Mizrachijczyków.

 

[1]  E. Schweid, Rejection of the Diaspora in Zionist Thought, w: Papers on Zionism, red. J. Reinharz  i A. Shapira, Nowy Jork 1996.

[2] Określenie to odnosi się jednak tylko do Żydów urodzonych już w Izraelu. Słowo pochodzi od hebrajskiej nazwy kaktusa – opuncji figowej. Tak jak kaktus – wytrwała, kolczasta roślina o twardej skórze, kryjąca słodkie, miękkie wnętrze – „nowy Żyd” jest szorstki i męski na zewnątrz, ale delikatny i wrażliwy w środku.

[3] S. Michael, Szawim we-szawim joter,  Tel Awiw 1974.

[4] S. Shilo, Krasnoludki nie przyjdą,  tłum. A. Podpora, Wołowiec 2013, s. 182.

[5] E. Kishon, W tył zwrot, Pani Lot!,  tłum. S. Lewański, Wrocław 1988, s. 30.

[6] Y. Naaman, Jadua sze-ha-Temaniot hamot ba-mita: Al ha-keszer bejn cfifut ha-pigment we-szem ha-toar ‘frecha’, „Teoria we-bikoret” 28 (wiosna 2006), s. 185. Tłum. M. Kozłowska.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter