70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie pod kreską

Pożyczają, by przetrwać do chwili, gdy wreszcie dostaną zapłatę. Albo przestają płacić innym, bo sami się jej nie doczekali. Raczej nie trafią do zestawień dotyczących niespłacalnego zadłużenia, pozostając wiecznie na garnuszku bliskich. Tysiące, a może i miliony Polaków, którzy nauczyli się żyć z długiem na co dzień, jak z żywiołem albo ze śmiertelną chorobą.

Kuba, 32-latek, realizator dźwięku, inżynierię zarządzania długiem – jak określa się to w korporacjach – opanował do perfekcji. Od kilku lat jego podstawowym źródłem dochodu są zarobki wynikające ze stałej współpracy z jednym z teatrów. Szef placówki jest zarazem jej dyrektorem artystycznym, więc ma masę spraw na głowie, włącznie z przelewami dla pracowników. Nie znosi też papierkowej roboty, ot, taka jego właściwość, bo poza tym jest całkiem w porządku. Kuba wie, że jeśli odpowiednio wcześnie nie zacznie do szefa dzwonić i przypominać o terminie płatności, o planach na najbliższy weekend (z racji stanu finansów zazwyczaj funkcjonuje w trybie tygodniowym, czasem miesięcznym, żadnego długoterminowego horyzontu) może zapomnieć. „W teatrze na umowę o dzieło zarabiam czasem kilkaset złotych na miesiąc, czasem nieco więcej, zależnie od liczby wyjazdów i zakresu obowiązków – mówi. – To nie są spore kwoty, dlatego regularność ich wpływu ma duże znaczenie. Przede wszystkim pozwalają zapłacić bieżące rachunki. W tygodniu, kiedy powinna przyjść zapłata, już od poniedziałku zaczynam wydzwaniać, przypominać się, męczyć, żeby udało się puścić przelew najpóźniej w czwartek. Podobnie jest z większością innych zleceniodawców, z którymi współpracuję. To jak praca na drugi etat, w dodatku nieco upokarzająca, bo choć mam wrażenie, jakbym żebrał, w rzeczywistości upominam się o swoje”.

Najgorsza dla Kuby jest cisza w eterze, czyli brak informacji o przesunięciach w płatnościach. Brak pewności, że zapłata pojawi się na koncie zgodnie z umową: „W ubiegły poniedziałek miałem iść do lekarza. Nie jestem ubezpieczony, więc potrzebowałem gotówki. Gdybym wcześniej wiedział, że przelew pojawi się na koncie później, niż zakładałem, coś bym zawczasu wykombinował. A tak znów stres i konieczność pożyczania od innych”.

Kuba kiedyś prowadził studio nagrań, współpracował przy produkcji reklam. Przyszedł kryzys, rynek się załamał, firmę trzeba było zamknąć. Teraz realizuje zlecenia poza teatrem, faktury wystawia jego ojciec, który też prowadzi działalność gospodarczą. Kuba mieszka u niego, zrezygnował z wynajmowanego mieszkania, bo go na nie nie stać.

„Każdego dnia działam w trybie człowieka pierwotnego: jeśli czegoś nie upoluję, nie będę miał co jeść. Żyję w stałym napięciu, pod presją – mówi. – Mam 32 lata, jestem wolny, daję sobie jakoś radę. Nie wyobrażam sobie jednak podobnej szarpaniny za lat 20. Podobnie jak tego, że zakładam rodzinę i mam na utrzymaniu dzieci”.

Premia za nieterminowość

Statystyki dotyczące polskiego zadłużenia, opracowywane zwykle na zlecenie firm z sektora finansowego, wyglądają nie najgorzej: np. z raportu BIG InfoMonitor wynika, że tylko 2,38 mln rodaków nie spłaca zobowiązań terminowo. Łączne prywatne zaległości wobec banków oraz innych instytucji na koniec 2014 r. wynosiły 40,94 mld zł, zaś w przeliczeniu na jednego dłużnika: 17 214 zł. Zestawieniom towarzyszą krzepiące komentarze, że co prawda średnie zaległe zadłużenie rośnie, ale tempo wzrostu całkowitego przeterminowanego długu ostatnio zmalało, co daje podstawy,by sądzić, że Polacy albo uczą się coraz lepiej zarządzać własnymi środkami, albo strach przed działającymi coraz sprawniej windykatorami skłania ich do terminowego regulowania zobowiązań. Nie oddaje to jednak w pełni skali zjawiska.

Gdy spojrzymy równolegle na statystyki dotyczące oszczędzania, ujawnia się druga strona medalu. Nieumiejętność prowadzenia domowego budżetu czy nieufność względem banków to nie jedyne i wcale nie najpowszechniejsze powody niepłacenia, jak przekonują nas eksperci. Wielu badanych nie płaci również dlatego, że funkcjonują od pierwszego do pierwszego, więc stale są pod kreską. Tegoroczna kwietniowa edycja Badania Oszczędności Getin Banku tylko potwierdza to, co już wcześniej ujawniały inne badania – zgodnie z nią 3/4 mieszkańców naszego kraju nie ma żadnych nadwyżek finansowych. Posiadaczami lokat bankowych jest tylko nieco ponad 17% obywateli, a średnia kwota wolnych środków na rachunku oszczędnościowym wynosi 27 tys. zł. Dla porównania: przeciętne gospodarstwo domowe w Wielkiej Brytanii dysponuje poduszką finansową w wysokości 14,4 tys. funtów, a zgodnie z danymi banku HSBC zero oszczędności deklaruje w tym kraju tylko 25% badanych. Czyli wręcz odwrotnie niż u nas. Nie mówiąc o zdyscyplinowanych Holendrach, którzy przeciętnie mają na kontach zgromadzone po 44 tys. euro, a miesięcznie odkładają ponad 200. Gdy kurs szwajcarskiej waluty przebił pułap 4 zł za franka i wybuchła sprawa tzw. frankowiczów, ekonomiści oraz politycy różnych opcji uspokajali, że przecież tylko 2 mln polskich rodzin dzieli z bankami hipoteki. Piana na powierzchni morza. Rozmowy z zadłużonymi pokazują coś innego: wielu z nich nie trafia do rejestru dłużników, bo rozpaczliwie kombinuje. Gdy bank nie da kolejnego kredytu konsumpcyjnego albo włączy się zdrowy rozsądek przed pożyczką „chwilówką” na lichwiarski procent, niemal zawsze znajdzie się ktoś, od kogo można pożyczyć na oddanie, „gdy będę miał”, bez odsetek. Lepiej uposażony przyjaciel, członek rodziny. Jak ojciec inżyniera dźwięku Kuby, do którego ten zwraca się w potrzebie – o pieniądze na benzynę, piwo z kolegami czy w ostateczności opłaty, jeśli wynagrodzenie nie wpłynie na konto na czas. Tym sposobem mechanizm, który dawno powinien się zaciąć, wciąż – mimo zgrzytu – obraca się. Zgrzyt to także wyrzuty sumienia – Kuba jest świadom, że zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy to nie ojciec jemu, lecz on, dorosły już syn, powinien dokładać się ojcu do rachunków.

„W Polsce jest normą, że zobowiązań nie płaci się w terminie. Przyjęło się wręcz, że termin zapłaty na fakturze jest czysto teoretyczny – przyznaje Joanna Rosłonek z firmy windykacyjnej Vindico. – Tak naprawdę na rzetelne wpłaty możemy liczyć tylko od instytucji państwowych. Te – jeśli termin płatności wypada w poniedziałek – robią przelew już w piątek. W odniesieniu do prywatnych przedsiębiorców różnica jest kolosalna – wpłaty 4, 5, a nawet 7 miesięcy po terminie traktowane są jak coś normalnego”.

Co gorsza, nie płacić się wręcz opłaca. Odsetki od nieterminowej spłaty, o ile oczywiście wierzyciel będzie chciał ich dochodzić, są dużo niższe niż ewentualny kredyt w banku. Przedsiębiorcy zaciągają darmowe kredyty obrotowe dzięki swoim wierzycielom. Odsetki ustawowe wynoszą w tej chwili tylko 8% w skali roku – jest to czterokrotna stopa lombardowa, a pobieranie większych odsetek ogranicza obecnie ustawa o lichwie. Na szczęście dla wierzycieli istnieje także inny przepis – ustawa z 8 marca 2013 r. o terminach zapłaty w transakcjach handlowych.Mówi ona o tym, że w procesie odzyskania należności istnieje możliwość przerzucenia kosztów windykacji na dłużnika w zobowiązaniach powstałych po 27 kwietnia 2013 r. Praktyka pokazuje jednak, że odzyskanie tych kosztów wiąże się z kolejnym procesem windykacyjnym, bo mało kto płaci je dobrowolnie.

Przygoda z niesolidnym płatnikiem może naznaczyć początkującego przedsiębiorcę na całe życie. Jak 33-letniego Roberta, właściciela agencji reklamowej w dużym mieście na wschodzie Polski. Było lato 2014 r., po rocznym prowadzeniu działalności zaczął szukać dodatkowych klientów, wiedząc, że niedługo zacznie płacić wyższy ZUS. Krewny, chcąc mu pomóc, polecił kontakt z panem Władysławem, który – jak zasłyszał – współpracuje z dużymi firmami i może potrzebować podwykonawcy. „Zadzwoniłem. Podczas pierwszej rozmowy mówił trochę niejasno, ale pomyślałem, że może jest chory. Podejrzliwość mi przeszła, gdy spotkaliśmy się u niego w domu i zobaczyłem na stole opiewające na grube kwoty faktury od firm, z którymi współpracował. Wyglądało to wiarygodnie. Szybko dobiliśmy targu. Zgodził się na stały miesięczny abonament za moje usługi w wysokości 2 tys. zł. Czułem się, jakbym złapał Boga za nogi, ale postanowiłem poczekać na pierwszy przelew. Przyszedł punktualnie. Drugi też. Potem zacząłem dostawać od niego bełkotliwe telefony o dziwnych porach. Kolejnego przelewu już nie było, a ja wystawiłem fakturę. Nie odbierał telefonów, więc pojechałem do niego”.

Pan Władysław okazał się schizofrenikiem, trafiającym co pewien czas na leczenie do zakładu zamkniętego. Fakturę udało się anulować, Robert uniknął podatku za wynagrodzenie, którego nigdy nie otrzymał, ale nowych klientów już nie szukał. Jesień spędził głównie na kanapie, siedząc z córką w domu i obserwując, jak za oknem zmieniają się kolory liści na drzewie. Biznesowy pech dotknął go mocno – zdiagnozowano u niego depresję. Utrzymywali się z pensji żony. Teraz powoli staje na nogi, zatrudnił się na etacie w korporacji, ale nie jest mu w niej najlepiej. Wolałby znów pójść na swoje, lecz gdy o tym myśli, czuje lęk, że powtórzy się sytuacja podobna do tej z panem Władysławem. Nadal więc łyka proszki.

Pokolenie prekariatu

Internet i półki z psychologicznymi lekturami w księgarniach uginają się od nauk dla zadłużonych, jak wyjść na prostą i zacząć rozsądnie rozporządzać finansami. Współczesny guru minimalizmu Leo Babauta wyznaje na swoim blogu Zen Habits, że jeszcze kilka lat temu wiódł typowe życie dłużnika: pożyczka, kilka kart kredytowych, kredyt długoterminowy, narastające odsetki, nieodbierane telefony z banków, nieustanne monity. Wreszcie (w ramach życiowej przemiany, która obejmowała fascynację minimalizmem i założenie bloga) wziął się w garść, spłacił wszystko, co był winien bankom, i zaczął oszczędzać. Wśród przetestowanych na własnej skórze rad, jakimi dzieli się z innymi, najważniejsza brzmi: jeśli już toniesz, nie pogrążaj się bardziej, najpierw spłać istniejące zobowiązania i nie zaciągaj nowych. Poleca, żeby zacząć od najmniejszego długu, bo najłatwiej się z nim uporać, a nastroi optymistycznie do dalszej walki. Żeby, dosłownie, zamrozić w lodówce karty kredytowe albo pociąć je na kawałki (nieskuteczne w przypadku kart działających tylko w Internecie). I spłacając, jednocześnie odkładać – przynajmniej 15% zarobków – na osobne konto. Wystarczy, by początkowo fundusz na czarną godzinę wynosił równowartość miesięcznej pensji – optymalny zasób to sześciokrotność wypłat. Pozwala prowadzić życie niezdeterminowane jedynie przez strach relacji z bankiem.

Gdy Kuba, inżynier dźwięku, doczekał się niedawno sporej gratyfikacji od klienta – 15 tys. zł brutto za trzy miesiące pracy, zamiast uregulować najpierw zobowiązania – karty kredytowe, koszty komornika – kupił nowy komputer i aparat fotograficzny. „To przemyślana decyzja – mówi. – Traktuję zakup jako inwestycję w zawodowy rozwój. Komornik kosztuje mnie 250 zł miesięcznie, dam radę go spłacić w ratach przez najbliższe pół roku. A tak przynajmniej doposażyłem swój warsztat pracy i dzięki temu może zyskam nowe zlecenia. Kto wie, kiedy znów trafi mi się równie wysoka kwota”.

Kuba ma telefon komórkowy bez Internetu, 22-letni samochód kupiony za grosze od wujka. Pilnuje się, by nie zaciągać w bankach kolejnych zobowiązań, bo łatwo mógłby wpaść w spiralę długów. Podczas rozmów z kontrahentami spóźniającymi się z przelewem najbardziej irytuje go, że księgowe w firmach czy instytucjach potrafią rzucić lekko: „Poczeka pan jeszcze jeden, dwa dni”. „Syty głodnego nie zrozumie. Wiele z tych osób pracuje na etatach, przyzwyczaiły się do regularnych płatności, w razie potrzeby mogą sięgnąć po zaskórniaki. Im jest wszystko jedno, czy pieniądze wyjdą z konta w czwartek czy w piątek. A ja realizuję dziesięć projektów naraz, w dodatku z wieloma współpracownikami, każdy dzień opóźnienia z wypłatą może mieć katastrofalne skutki. W podobnym trybie »z dnia na dzień« funkcjonuje większość moich znajomych” – mówi Kuba.

Rzeczywistość wolnych zawodów: dziennikarzy, fotografów, projektantów. Oraz młodych stawiających pierwsze kroki na rynku pracy. Nawet dziennikarka Marta Sapała, autorka opublikowanej w ubiegłym roku książki Mniej, opisującej doświadczenia jej rodziny i kilku innych związane z rezygnacją z zakupów przez rok, przyznaje, że choć eksperyment zmienił jej podejście do zadłużania się, to i tak nie udało się całkowicie zrezygnować z kredytów. „Nie robiłam tego wcześniej intensywnie, mamy tylko kredyt hipoteczny i jedną wspólną kartę kredytową od lat. Ale zmniejszyłam na niej limit i zamknęliśmy linię debetową – mówi Marta. – Do pieniędzy mam stosunek ambiwalentny. Określiłabym go jako niechętny szacunek. Jeśli zaś chodzi o wydawanie, to najważniejsze jest, na co i jak. Wolałabym oczywiście zupełnie się nie przejmować pieniędzmi, ale niestety należę do grupy prekariuszy z kredytem hipotecznym we franku”.

Kartę kredytową wykorzystują wyłącznie w awaryjnych sytuacjach – głównie za granicą. Już po zakończeniu roku bez zakupów udało się im ograniczyć stałe wydatki w postaci rachunków: za telefony komórkowe czy prąd. Sama przyznaje, że to ciekawe: bo przecież celem eksperymentu nie było oszczędzanie. Stało się ono skutkiem ubocznym. Marta: „Pocieszające jest, że rok bez zakupów uświadomił mi, jak duża jest przestrzeń, w której da się funkcjonować bezgotówkowo, lecz niestety nie da się załatwić tym sposobem wszystkiego. Pieniądze dają mimo wszystko poczucie bezpieczeństwa. Ale zaciągania kolejnych długów unikamy. Nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy oprzeć nasze życie na harmonogramie comiesięcznych spłat”.

Krótka kołdra

Według Joanny Rosłonek współwinni nakręcania spirali długów są sami przedsiębiorcy – wierzyciele, którzy zbyt późno podejmują kroki, by odzyskać należność.

„Jeśli kołderka jest zbyt krótka, to nakrywa się nią najbardziej potrzebujące obszary – stwierdza Rosłonek. – Operator komórkowy, który zaczął naliczać swoim abonentom odsetki karne za nieterminowe spłaty, poprawił swoją płynność finansową, gdyż dawał tym wyraźny znak, że nie toleruje spóźnień. Świadomość konsekwencji motywowała ludzi do spłat”.

Brzmi logicznie, ale nie dla Ryszarda, 28-letniego grafika i projektanta stron internetowych. W długi popadł, gdy klienci, dla których wykonał pracę, przestali regulować swoje zobowiązania. „Próbowałem różnych sposobów na odzyskanie niektórych należności w terminie albo chociaż w ogóle – opowiada. – Były pisma windykacyjne, były pieczątki z firm zajmujących się odzyskiwaniem długów, prośby, e-maile, telefony, wyłączenia stron. Niestety, ten, kto nie ma w zwyczaju płacić w terminie, i tak nie zapłaci. Gdy w czwartek dostaję obietnicę, że w piątek będą pieniądze na koncie, mogę być już w 99% pewny, że najwcześniej pojawią się we wtorek – za 2, 3 tygodnie. W efekcie mam wciąż kilka kredytów, o których wiem tylko ja. Co miesiąc muszę szukać dodatkowych zleceń i niemal codziennie zarywać noce, aby odrobić to, co spowodowane zostało przez zleceniodawców, dla których »projekt na już« nie oznaczał wcale »płatności na już«” – mówi.

Ryszard, w przeciwieństwie do Kuby, ma rodzinę – żonę i dwoje dzieci. „One nie zrozumieją, gdy powiem, że nie kupię im lekarstw, bo pewien pan nie zapłacił mi, choć miał to zrobić 3 miesiące temu. Nie zrozumieją też, dlaczego nie ma na stole jedzenia, dlaczego muszą chodzić w podartych spodniach czy ubraniach, z których wyrośli. Sytuacja teraz lekko się poprawiła – dzięki temu, że wywalczyłem coś na zasadzie etatu z jedną ze współpracujących firm. Dalej mam własną działalność, ale co miesiąc 10 mam już stałe wynagrodzenie. Przynajmniej na razie” – dodaje z ostrożnym optymizmem.

Pensję za stałą współpracę przeznacza w całości na codzienne, normalne życie. Pozostałe zlecenia idą na spłaty. „A wygląda to, niestety, tak, że gdy wydaje się, że w danym miesiącu zapłacę ratę i coś więcej – okazuje się, że klient nie zapłacił. I plan legł w gruzach. Pojawiają się kary, kredyt zamiast maleć, rośnie – mówi Ryszard. – Każdy dzień to wybór: czy pieniądze, które się pojawiły, wydać na rodzinę, przyjemność czy na spłatę zobowiązań. A przecież zarabianie w zawodzie, który się lubi, powinno sprawiać radość, prawda?”

Strategia strusia

Markowi udało się zacząć drugie życie. W poprzednim, istniejącym od 2008 r., był pośrodku łańcucha pokarmowego – podwykonawca współpracujący z dużymi agencjami, klientami globalnych koncernów, zatrudniający pracowników i zlecający pracę mniejszym, często jednoosobowym firmom. Relacjonuje: „Moim przekleństwem okazało się to, że dobrze zacząłem. Od razu trafiłem na poważne zlecenia i w ciągu pierwszych sześciu miesięcy wystawiłem faktury na bardzo wysokie kwoty. Płatność pojawiła się dopiero w trzecim miesiącu, i to nie w całości. Przy wysokich fakturach kwota podatku VAT była nie do udźwignięcia. No i zaczęły się zaległości. Każdą złotówkę, która wpływała na konto, automatycznie przekazywałem na ich pokrycie, więc brakowało mi pieniędzy na bieżące rachunki”.

Skąd brały się opóźnienia w zapłacie? Część firm powstawała wówczas dla jednego zlecenia – gdy uzyskały kontrakt, znikały z rynku, nie płacąc podwykonawcom. Niektóre miały wiele spółek-córek, więc mijało sporo czasu, zanim udawało się wyegzekwować należność od tej właściwej. Jeśli zaś główny koncern źle obliczył rentowność przedsięwzięcia, świadomie odbijał sobie straty na mniejszych podwykonawcach, działając z pozycji siły.

Drugi błąd – jak utrzymuje dziś Marek – polegał na trzymaniu się założenia, że najpierw zawsze musi zapłacić współpracownikom. „Zostawało niewiele. W efekcie przestałem płacić podatki do urzędu skarbowego, licząc na to, że polskie urzędy są nierychliwe, więc zanim się zorientują, sytuacja się poprawi. Doszło do tego, że rolowałem dług, spłacając jedno zadłużenie drugim. By sobie pomóc, przeszedłem na system zaliczek od klientów, jednak gdy zorientowali się, że są mi potrzebne nie na realizację zadań, lecz na bieżące funkcjonowanie, zaczęli odmawiać. Najdziwniejsze było jednak to, że kontrahenci byli bardzo zadowoleni z mojej pracy i pojawiali się kolejni klienci, jednak płacili z ogromnym opóźnieniem, co pogarszało sytuację. Argumentowali, że robią tak, ponieważ inni im nie płacą”.

Zdecydował się wreszcie na ostre cięcie, zamykając firmę z dnia na dzień.

„Otrzeźwiła mnie świadomość, że współpracownicy mają lepiej niż ja. Oni dostawali pieniądze od razu, a mój zysk pożerany był przez koszty długów. Nie miałem wyjścia. Do domu zaczęli przychodzić windykatorzy. Poziom mojej frustracji sięgał zenitu, życie rodzinne wisiało na włosku”.

Porozmawiał szczerze z najbliższymi o sytuacji i zaproponował program naprawczy. Poszedł do pracy, zapominając na pewien czas o własnej firmie. Udało mu się wykaraskać z zaległości. Dwa lata temu założył kolejną firmę. „Zacząłem inaczej dobierać klientów. Teraz to ja ich wybieram, wcześniej robiąc rozeznanie na rynku, a nie odwrotnie. Pracuję tylko dla klientów wypłacalnych i nie biorę wszystkich zleceń »jak leci«”. Wolę poświęcić czas na dopracowanie umowy lub wziąć jedno zlecenie, ale takie, za które otrzymam zapłatę, niż pięć, przy których stracę potem czas na dochodzenie swego. Wiem już, że lepiej mieć jednego większego, lecz stabilnego klienta pozwolającego gromadzić środki na bieżącą działalność i kilku dużo mniejszych oraz że przy trwających kilka miesięcy projektach trzeba umawiać się na płatności w ratach”.

Marek milknie na chwilę, gdy pada pytanie, czy któryś z kontrahentów przeprosił go za opóźnienia. „Nie, a dlaczego miałby to robić? To biznes. Tu nikt się nie patyczkuje”.

Po próbach upomnienia się o należności zdarzało mu się usłyszeć, że praca nie została należycie wykonana, choć wcześniej przy jej odbiorze nikt nie zgłaszał zastrzeżeń.

Grafik Ryszard: „Kiedy odpisałem jednemu z pracowników klienta, że wstrzymuję prace, bo nie otrzymałem zapłaty za poprzednie, dostałem natychmiast telefon od zdenerwowanego właściciela, z pretensjami, że śmiem pisać takie rzeczy innym pracownikom. On sam nie czuł żadnej skruchy, gdy mu powiedziałem, że kilka razy próbowałem mu osobiście przypominać o zapłacie”. Bohdanowi, na co dzień samozatrudnionemu w telewizji jako montażysta, w sukurs przyszedł Internet. Po dziewięciu miesiącach prób wyegzekwowania zapłaty od jednego z dodatkowych klientów natrafił na jego profilu w mediach społecznościowych na trailer filmu, przy którym pracował – z informacją o zbiórce na jego dokończenie poprzez platformę polakpotrafi. pl. „Doskonale, już nie mogę się doczekać gotowego filmu, podobnie jak przelewu za robotę sprzed 9 miesięcy” – skomentował Bohdan. Wpis został szybko usunięty, a dostęp do konta zablokowany, ale on poszedł za ciosem i wysłał uprzejmy e-mail z informacją, że jeżeli do końca tygodnia nie dostanie przelewu, składa w urzędzie skarbowym podanie o odroczenie terminu opłacenia należnych podatków, ponieważ zleceniodawca nie zrobił przelewu na czas. „Musiał wiedzieć, że w praktyce skutkuje to kontrolą u niego i jeżeli się okaże, iż moja faktura została wliczona w koszty, będzie miał kłopoty – mówi Bohdan. – Przelew za wszystkie zaległe zlecenia wraz z odsetkami przyszedł następnego dnia”.

Większość dłużników, gdy już znajdzie się pod ścianą, stosuje jednak strategię strusia. Joanna Rosłonek, zaczynając pracę w branży windykacyjnej, spodziewała się wykrętów, zaskoczyła ją jednak ich skala. „Gdy w grę wchodzą pieniądze, łamane są, niestety, wszelkie normy. Na jaw wychodzą najgorsze cechy ludzkie. Na porządku dziennym są udawane choroby, ciąże, poronienia i rozwody, by tylko odwlec i wytłumaczyć brak zapłaty”.

W grupie raźniej

Firmy zajmujące się odzyskiwaniem długów koncentrują się na obsłudze wierzytelności w obrocie gospodarczym, lecz gdy zgłosi się do nich indywidualny klient, też nie odmawiają. Są to zdecydowanie rzadsze przypadki i – jak podkreślają – większość osób zwleka z prośbą o pomoc aż do momentu, gdy zawiodły wszelkie sposoby na odzyskanie pieniędzy. Takie wnioski dotyczą zwykle pożyczek prywatnych. Mało kto decyduje się walczyć z niesolidnym kontrahentem w sądzie – choć jak podkreślają windykatorzy, najskuteczniejszą formą dochodzenia swego jest oczywiście postępowanie sądowe.

Na taką drogę zdecydował się montażysta Bohdan. Razem z kolegami z pracy dostał propozycję od wspólnego znajomego pracującego dla dużego dewelopera, żeby zrealizować spot reklamowy apartamentowca. Plan był taki, że jednoosobowa firma Bohdana wystawi fakturę, podpisując z pozostałymi umowy o dzieło. – „Czas nas gonił, nie było wolnej chwili na dopinanie formalności takich jak umowa, ale nie spodziewaliśmy się, że tak poważna firma jak ten deweloper współpracuje z kimś nieuczciwym”.

Po oddaniu prac i ich akceptacji zapadła cisza. Bohdan z kolegami zadzwonili do dewelopera z informacją, że nie wyrażają zgody na emisję spotu, dopóki pośrednicząca agencja im nie zapłaci. „Deweloper się przejął, interweniował, co rozwścieczyło »agencję«. Jej właściciel zaczął grozić sądem i donosem na mnie do telewizji, twierdząc, że ma tam wysoko postawionych znajomych. Nie odpuściłem. Sprawa zakończyła się w marcu 2015 r. Ma wypłacić mi i operatorowi w sumie prawie 100 tys. zł za naruszenie praw autorskich, odszkodowanie, honorarium i odsetki” – dodaje Bohdan.

Większość oszukanych nie odważa się wejść na wojenną ścieżkę, bo zwyczajnie boją się, że kontrahent, silniejszy od nich, będzie się mścił. Nie chcą wyjść na pieniaczy i stracić innych źródeł przychodów, zwłaszcza gdy żyją od zlecenia do zlecenia. Do organizacji specjalizujących się w pomocy zadłużonym (bezpłatnego wsparcia udzielają m.in. ośrodki Doradztwa Finansowego i Konsumenckiego prowadzone przez Stowarzyszenie Krzewienia Edukacji Finansowej) zgłaszają się dopiero wówczas, gdy nie ma już znikąd ratunku. Barierą jest też wstyd.

Coraz częściej organizują się sami. Jak w grupie „Czekam na przelew” na Facebooku, do której zapisało się blisko 5 tys. osób. W grupie jest raźniej, można się wyżalić, podzielić doświadczeniami, ostrzec innych przed nieuczciwym kontrahentem. Bywa, że na fali wydarzenia uruchamiającego zbiorowe poczucie krzywdy zakładają stowarzyszenia. „Zaczęło się od mojej sprawy z Raiffeisen Bankiem, potem dołączyli inni” – mówi Tomasz Sadlik, założyciel krakowskiego stowarzyszenia Pro Futuris, skupiającego posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich, którzy uważają się za poszkodowanych przez banki. O młodym stowarzyszeniu stało się głośno, gdy zaczęło organizować spektakularne protesty w miejscach publicznych, nagłaśniając sprawę. „W tej chwili problemy ze spłatą dotykają ok. 25% osób, które podpisały umowę na te kredyty. Jeśli jednak złoty znowu osłabnie, ofiar franka będzie znacznie więcej. Dlatego właśnie naciskamy na banki, rząd, Komisję Nadzoru Finansowego itp., żeby do problemu podejść systemowo, dopóki jeszcze jest to możliwe” – zaznacza Sadlik.

Taka samopomoc, wbrew pozorom, nie przyciąga tylko młodych, wykształconych i z dużych miast, jak chcieliby to widzieć politycy. „Nadal stresuje mnie cała sytuacja, ale staram się już panować nad nerwami. Wiem, że nie jestem sama” – mówi współpracująca ze stowarzyszeniem Zofia, samotna matka wychowująca dwie córki, która o swoich przygodach z bankiem mogłaby chyba napisać książkę. Gdy w lipcu 2009 r., po ciężkiej operacji usunięcia części trzustki, śledziony i nadnercza, z powodu wielomiesięcznego przebywania na zwolnieniu lekarskim straciła sporą część dochodów, zwróciła się do banku, w którym miała kredyt, o przesunięcie o 3‒6 miesięcy płatności rat kredytu hipotecznego, dołączając do prośby dokumentację medyczną. Bank odmówił. Gdy przestała płacić, pracownicy banku początkowo domagali się uregulowania należności, dzwoniąc do niej kilka razy dziennie. Następnie bank wezwał Zofię do natychmiastowej spłaty całości kredytu w wysokości trzy razy wyższej od zaciągniętej kwoty. Kolejnym krokiem było wszczęcie egzekucji przez komornika. „Dzięki panu Tomaszowi i jego organizacji nabrałam sił do nierównej walki z bankiem, który, jak już wiem, podczas podpisywania umowy nie uprzedził mnie o istniejącym ryzyku walutowym, a wręcz przeciwnie, zapewniał, że kredyt we frankach jest jak najbardziej bezpieczny. Uświadomiłam sobie, że jako klient mogę mieć jakieś prawa. Żałuję tylko, że nie wiedziałam tego rok wcześniej. Ale może jeszcze jest nadzieja na sprawiedliwość”. Za pomoc w przygotowaniu artykułu dziękuję uczestnikom i administratorowi forum na Facebooku „Czekam na przelew”. Na prośbę rozmówców ich imiona zostały zmienione.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata