70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nigdy dość rzeczywistości

20-letni śląscy artyści rozglądają się z uwagą wokół siebie i jak dobrzy didżeje dobierają skrawki, które w bulimicznym tempie zasysają z rzeczywistości. Miksują je i wypluwają oblepione resztkami własnej wrażliwości i wyobraźni.

Bartosz Zaskórski (aka Mchy i porosty) – zagra rytualne piosenki inspirowane lekcjami przyrody z trzeciej klasy podstawówki. Podczas wykonywania piosenek będzie siedział na podłodze” – tak brzmiał opis jednego z jego noise’owych koncertów. Artysta grał wtedy m.in. na wydrążonym pniu. Żeby wyjaśnić jego minimalistyczne utwory, trzeba najpierw napisać wiele słów o innych aktywnościach, podjąć wysiłek przebicia się przez osobistą mitologię, nazwać motywy przewodnie jego prac, sklasyfikować go i włożyć w wygodną szufladkę. Innymi słowy: oswoić działania Zaskórskiego dla większej grupy odbiorców.

Rysownik, artysta wideo, performer, rzeźbiarz, autor słuchowisk. Bartosz Zaskórski nie ogranicza się do jednego medium. Repertuar środków wyrazu, zawsze zawieszonych na pograniczu toporności i zabrudzenia, można by określić mianem ciągłego eksperymentu. Oprócz odejścia od wyczyszczonego sposobu obrazowania widać u niego szczególne upodobanie do opisów czynności, obowiązków, dynamiki, instrukcji obsługi. Artysta zajęty jest tworzeniem różnego rodzaju kolekcji i spisów. Zgodnie z porządkiem alfabetycznym układa w jednej ze swoich książeczek sposoby spędzania wolnego czasu. Znajdziemy tam tak osobliwe zajęcia, jak: spleśniałym bycie, pierwszych oznak zauważanie, próżne kątów przepatrywanie, pretensjonalnym bycie, aktualizowanie danych, obślinianie się itd. Opisywanie jest w jego pracach czynnością trzymającą świat w ryzach, przynoszącą spokój, wyciszającą. I tak, dla czystej przyjemności grupowania, Zaskórski tworzy atlas anatomiczny z wyimaginowanymi narządami. W organie sklasyfikowanym w jego prywatnej systematyce jako „przemagacz własnej nędzy”, rozrysowanym w manierze rysunków z podręczników medycznych, odkrywamy liczne części składowe. Jest tu np. segment odpowiadający za użalanie się nad samym sobą, inny za nieróbstwo i ciężką pracę, zapętlenie, uchylenia się od wykonywania obowiązków, wyjście poza siebie i wielki opór.

Wsie wyimaginowane i zamknięte

Od jakiegoś czasu Bartosz Zaskórski wpadał na najlepsze pomysły podczas przechadzek. Równomierne, rytmiczne stąpanie po ziemi porządkowało natłok myśli. Podczas obserwacji wymyślał potencjalne rozszerzenia dla swojego najbliższego terytorium. W ten sposób zaczęły powstawać krótkie historie o fikcyjnych wsiach. Na przykład wideo o wsi, w której tańczą autobusy. Jej mieszkańcy są wychowywani do bycia kierowcami tego środka zbiorowego transportu. Kiedy dorastają, biorą udział w konkursie, którego głównym elementem jest finezyjny taniec autobusów na betonowym placu. Przygląda się temu cała wieś, wydaje werdykt, który stanowi przepustkę do tego, by jej mieszkańcy mogli opuścić wieś-fortecę i udać się do miasta.

Wieś nr 8 – wszystkie wsie z projektu mają swoją liczbę porządkową – powstała na terenie, na którym znajduje się nieczynny park rozrywki z rzeźbami dinozaurów. Ludzie nie podejmują tam wysiłku budowania domów, mieszkają we wnętrzach gipsowych odlewów dinozaurów – pośród łap, ogonów, głów i korpusów będących wyobrażeniami tych pradawnych zwierząt. Jak pisze Zaskórski: „porozumiewają się dźwiękami, które, ich zdaniem, mogły wydawać dinozaury: to znaczy warczą na siebie i skrzeczą. Ta garstka ludzi składa się z osób, które w dzieciństwie przeżywały głęboką fascynację tymi gadami. Fascynacja chroniła ich przed troskami, tak jak teraz gipsowe odlewy chronią ich przed deszczem i wiatrem”.

Ludzie ze wsi nr 10 są pogodzeni z własnym losem. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że wszystko obracają w żart. Ta umiejętność wykształciła się, kiedy niemal wszyscy mieszkańcy pracowali w pobliskiej hucie, gdzie często zdarzały się nieszczęśliwe wypadki. Nauczyli się wtedy żartować, widząc urwane kończyny, co pozwoliło im osiągnąć błogi spokój.

Z kolei we wsi nr 7 ludzie obawiają się pozostać w samotności. Sytuacja ta rzutuje na zagospodarowanie przestrzeni. Płoty ogradzające posesje są niskie, wycina się drzewa, a wszelkie nierówności terenu są spłaszczane. Okna w domach są duże, zwrócone w kierunku innych budynków mieszkalnych i głównego placu. Mimo to tutejsza ludność nie sprawia wrażenia zbyt ze sobą zżytej – do osiągnięcia spokoju wystarcza pozostawanie w zasięgu wzroku innych ludzi. Jak pisze Zaskórski, „jeśli dochodzi między nimi do spotkań, rozmowy, które odbywają się między nimi, dotyczą pogody, aktualnej pory roku oraz omawiania zdarzeń z poprzedniego festynu”.

Barokowe pomysły a dyscyplina

Bartosz Zaskórski deklaruje, że interesują go głównie butwiejące resztki instalacji elektrycznych. To osobliwe hobby znajduje wyraz w rysunkach, które wykonuje: supłowatych strukturach, kłączach, hybrydach łączących formy organiczne, liście, korzenie, wici, ogony i również kable, igły, narzędzia i przyrządy pomiarowe, rury, spirale, rusztowania oraz głośniki.

W komponowanych przez niego utworach słychać podobne fuzje, organiczne hałasy zlewają się z postukiwaniem mechanizmów, taśmowym rytmem. Odkrywa się w nich rytmiczny ruch maszyn, zgrzyty i hałasy wydawane przy pracy. Słuchanie jest w tym przypadku doświadczeniem zmęczenia towarzyszącego wykuwaniu nowych elementów z jazgotliwego chaosu, sprzężeń i trzeszczeń.

W wideo-artach, które opierają się na jego autorskich mikroopowiadaniach, pewne aspekty rzeczywistości zostają wydobyte na światło dzienne, uwypuklone i wyolbrzymione. Zasady realności obowiązują tu tylko częściowo. Stają się rdzeniem z oczyszczonym polem wokół i tworzą dodatkową przestrzeń, w której kiełkować mogą barokowe pomysły Zaskórskiego. Swoje wizje opiera on na zagęszczeniu dziwności odkrywanej na wyciągnięcie ręki. Fikcyjne wsie roją się wokół tych prawdziwych jak duchy niemogące znaleźć urzeczywistnienia, są tylko potencjalnością fizycznie istniejących miejsc, po których spaceruje z kantowską dyscypliną i zapamiętaniem niewidzialnego badacza-narratora.

Nie byłoby fikcyjnych wsi, gdyby nie nuda i monotonia polskiej prowincji z jej wiecznym zachmurzeniem, wilgocią, burą leśną ściółką i wypranym z kolorów zimowym pejzażem. Mieszkańcy wsi Zaskórskiego pogrążeni są w swoistym letargu, celebrując ciągle jedną tylko czynność, która staje się istotą ich codzienności. Zaklęci w powtarzającym się stale cyklu, przypominają postaci z baśni, które z różnych przyczyn nie mogą wyjść poza krąg absurdalnych czynności i obowiązków narzuconych im w ramach klątwy albo złego uroku.

Odizolowane od zewnętrznego świata krainy, których rzeczywistość określona jest przez fiksacje mieszkańców, wydają się nieustannie wilgotne i gęste. Jak zalążki lub kiełki, które czekają na pierwsze promienie wiosennego słońca, żeby zacząć się rozrastać. Panują tam ciągła szarówka, noc i odwilż, niemożność przezwyciężenia bezruchu, poczucie klaustrofobii. Wydaje się, że istotą wsi Zaskórskiego jest fakt, że nie można ich opuścić, a nawet gdyby pojawiła się taka możliwość, to mieszkańcy i tak nie wiedzieliby, dokąd mają uciekać.

„Dzicy” ze Śląska

Skłonność do przerysowywania i wyolbrzymień nie wynika u Zaskórskiego ze „zmęczenia rzeczywistością” (by przywołać tytuł Jakuba Banasiaka, definiującego powrót tendencji surrealistyczncych w polskiej sztuce ostatnich lat). Jego programowe zmyślanie jest narzędziem, za pomocą którego interpretuje on otaczający go świat, opowiadając go sobie na nowo. Artysta jest jedną z ciekawszych postaci w zbiorze, który opisałam w książce Dzikusy. Nowa sztuka ze Śląska. Zaliczyć można do niej kilkunastu twórców urodzonych w latach 80., którzy w swoich realizacjach z wyczuciem przetwarzają doświadczenia czerpane z codzienności i najbliższego otoczenia. Bartek Buczek, Michał Gayer, Natalia Bażowska, Alicja Boncel, Adam Laska, Szymon Szewczyk, Michał Smandek, Dominik Ritszel, Paweł Szeibel, Justyna Gruszczyk to artyści, którzy mimo młodego wieku zasługują na szczególną uwagę. Nie znajdzie się u nich głębokiego skupienia na ciele, kwestiach społecznych ani obsesyjnego badania tożsamości. Te kwestie rozpracowano za nich już wcześniej. 20-letni śląscy artyści rozglądają się z uwagą wokół siebie i jak dobrzy didżeje dobierają skrawki, które w bulimicznym tempie zasysają z rzeczywistości. Miksują je i wypluwają oblepione resztkami własnej wrażliwości i wyobraźni. Buszując w rzeczywistości, natrafiają na elementy i tematy, które silnie przykuwają ich uwagę, ale czasami tylko po to by zostać porzuconymi po krótkiej chwili zabawy.

Dzikusy przewracają otoczenie na lewą stronę, w znanym i swojskim szukają ukrytych mechanizmów i potencjału do przekształceń. Za każdym razem, niezależnie od medium, próbują wypracowywać prywatne rytuały, bazujące na zwykłych doświadczeniach. I tak Michał Gayer wykonuje w zaciszu własnego pokoju miniaturowe obiekty. Artysta nazywa ten proces „instalacją piżamową”, robioną rano, zaraz po wstaniu z łóżka, bez potrzeby przebierania się i wychodzenia, niemal po omacku. Układa rzeźbę z kryształków cukru, inną z zapałek. Z lepionej w palcach pajęczyny, włożonej do dziury w biurku i podświetlonej od dołu, formuje malowniczy wybuch. Artysta przez rok dokumentował śmierć owadów, które wpadały do jego pokoju przez okno. Na jego zdjęciach przypominały one monstrualne awangardowe pomniki. Fotografował w zbliżeniach drobne śmieci wplatane w wykładzinę dywanową, drobinkę brokatu znalezioną w pościeli, która wyglądała jak złoty głaz porzucony na pustkowiu.

Oprócz tego pracowitego badacza statusu materii na Śląsku energicznie działają też wspomniani już inni artyści, np.: Justyna Gruszczyk, która na bazie woni potu, mleka i wanilii rekonstruuje zapachy dzieciństwa; Szymon Szewczyk, który buduje totemy z drewnianych elementów oklejonych w tandetne wzory typu „marmurek” czy „granit”; Bartek Buczek, który spisuje przepisy na niemożliwe dzieła sztuki w książce pt. Za drogie, za słabe, zbyt trudne.

Dla łatwiejszej orientacji na gruncie sztuki aktualnej postanowiłam poszukać jednego określenia, które pasowałoby do całej grupy tych artystów. Nazwałam ich „dzikusami”. Po pierwsze, ze względu na sposób katalogowania i diagnozowania świata na gorąco, z zadyszką i debiutanckim entuzjazmem. Po drugie, z uwagi na wyraźną zachłanność w eksploracji nowej rzeczywistości, w której materialność pod wpływem nowych mediów staje się towarem deficytowym. Musi zostać znaleziona na nowo.

Otoczenie w zasięgu ręki Bez względu na używane środki wyrazu „dzikusy” z niezmienną rozkoszą dokumentują chwilowe zakrzepnięcia zjawisk na moment przed ich rozpuszczeniem i wymazaniem z pamięci. Jak skoncentrowani testerzy próbują zdobyć wiedzę o nowej rzeczywistości. Zbierają ślady zadziorów, które zaczepiły oko do intensywniejszego patrzenia. Właśnie ten udostępniony przez nich bezruch umożliwia przyglądanie się badanym zjawiskom. Mikrozdarzenia rozrastają się i rozpulchniają przez same zwrócenie na nie uwagi. W symulowanej przez nich dziecięcej nudzie połączonej z rozgorączkowaną wyobraźnią jest miejsce na szczególny rodzaj obserwacji – hiperczułość. Ich prace to podejmowane z melancholijną wytrwałością próby powrotu do niezapośredniczonego doświadczenia, do stanu, kiedy mleczne zęby jeszcze nie wypadły, a rzeczywistość wydawała się bardziej rozłożysta i groźna.

Do definiowania nowej sztuki ze Śląska wygodnym kluczem mogłoby być postindustrialne dziedzictwo regionu i mit górnika związany z wydzieraniem skarbów ziemi. Był on w kulturze obwarowany szczególnymi rytuałami. Splecenie z podziemnym życiem i władającymi nim duchami powodowało, że górników otaczała niepokojąca, liminalna symbolika kopalni typowa dla miejsc przejścia z jednej rzeczywistości do drugiej, w tym przypadku: z groźnych mrokówna powierzchnię. Można by najpierw przywołać figury twórców – szamanów, ochraniających społeczność przed niebezpiecznymi siłami obudzonymi eksploatacją podziemi. Potem wystarczyłoby ukuć smakowite mitologie, które pozwoliłyby na umieszczenie młodych artystów w wygodnej regionalnej szufladce. Egzotyczni geniusze z Czarnego Śląska to byłby idealny produkt: przyjemna różnica, romantyczna inność, niejasności i zagadki. Można by się doszukiwać się w kolejnych realizacjach przeklętego spadku pokopalnianych hałd, sadzy i pyłu węglowego czy odniesień do złożonej historii regionu. Jednak obserwując działania młodych twórców, nietrudno zauważyć tendencję zgoła przeciwną, przekorną niechęć do podejmowania tematów nie swoich, w znaczeniu nieprzeżytych na własnej skórze. Miejsce, w którym działają i z którego czerpią inspiracje, zdaje się kurczyć do najbliższego otoczenia. Prywatne mapy rzeczywistości młodego pokolenia artystów ze Śląska pozostają w kontrze do pokolenia HD i potrzeby hiperostrości. Ich działania są odwzorowaniem rzeczywistości z minimalnym malowniczym przesunięciem. Zostawiają miejsce na poczucie obcości i nieprzewidywalności odnajdywane w tym, co dobrze znane. Poszczególne prace przywodzą na myśl końcowy moment w opowiadaniu O ścisłości w nauce Jorge Louisa Borgesa, w którym resztki gigantycznej mapy, pokrywającej się z realnym terytorium cesarstwa w każdym punkcie, zostały, po spaleniu zamieszkane przez zwierzęta i żebraków. To właśnie rzeczywista przestrzeń, która nagle objawia się jako zdziczała, zasiedlona przez rozgorączkowaną wyobraźnię, niepoddająca się zasadom logiki i realności, jest motorem prac „dzikusów”. Dla tych młodych twórców skłonność do drobnych przekształceń jest sposobem na odświeżenie świata, opisanie go i zdefiniowanie na nowo. Proces obserwowany w ich artystycznych strategiach można porównać do kartografii, której celem będzie ponowne wprowadzanie romantyzmu do zbyt oswojonego i odczarowanego świata, zdominowanego przez technologie i ekspansywność nowych mediów.

Rzeczywistość w realizacjach „dzikusów” daje się szczypać, przytrzymać na chwilę, ale nie pozwala się w całości objąć i opisać. Jej nowi zachłanni dokumentaliści zadowalają się badaniem małych próbek. Ale czynią to w świadomie niekonsekwentny sposób. Kolekcjonują obrazy, ale obserwowane w dużym zbliżeniu, w skali mikro, jak preparaty na laboratoryjnym szkiełku. Stosowane przez nich przypatrywanie się z bardzo bliska i emocjonalne wchodzenie w podejmowane kwestie powodują rozmycia konturów, zamglenia na krawędziach, łzawienie zmęczonego oka, zmiany w obrazie tego, czemu się przygląda. Nie szukajmy tu prób scalenia wyników wizualnych badań, definicji, podsumowań, diagnoz. Artyści wchodzą w rolę wyzwolonych badaczy, ale świadomie odsuwają od siebie rygor doprowadzenia swoich eksperymentów do końca. Najistotniejszy jest dla nich sam moment podejmowania próby, przestrzeń wolności.

.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter