70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niewidzialny patriotyzm

Nasze akty patriotyzmu są albo rzadkie i odświętne, albo obliczone na tak demonstracyjny efekt, że i tak je widzimy. Nawet najmniejsze oznaki codziennego patriotyzmu nie mają szansy zniknąć w tłumie. A przecież widzialny mit nie ma mocy oddziaływania na naszą codzienność.

Stoją na tle jasnego drewnianego płotu. Siedmioro dzieci i czworo dorosłych. Trudno ich policzyć, bo chociaż zdjęcie jest nienaturalnie ostre, to przedstawione na nim postacie zlewają się w jedną plamę. Wszyscy mają na sobie ubrania łączące trzy kolory: biały, czerwony i niebieski; na niektórych koszulkach nadrukowano amerykańskie flagi. Poza tym ukazani na fotografii ludzie nie wyróżniają się niczym szczególnym. Są uśmiechnięci, rozluźnieni, zadowoleni z życia. Można zgadywać, że to rodzina albo grupa znajomych na pikniku z okazji 4 Lipca.

W ten sposób reklamuje się jedna z najpopularniejszych sieci odzieżowych w USA. W sklepie zawsze wisi przynajmniej kilka flag, a wielka tablica przy wejściu informuje, że „Old Navy kocha naszych żołnierzy” i z dumą ich wspiera, udzielając zniżek. Poza tym jest to zwyczajny sklep dla zwyczajnych ludzi. Podobne zdjęcie równie dobrze mogłoby pojawić się na profilu facebookowym typowego amerykańskiego ojca rodziny. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego ani podniosłego – 4 lipca przywdziewa się narodowe barwy. Amerykański patriotyzm jest tak powszechny i codzienny, że wręcz niewidzialny.

* * *

W Polsce patriotyczne symbole dopiero nieśmiało torują sobie drogę do świata mody. Budząc sporo kontrowersji, orzeł biały zadebiutował na wybiegu za sprawą projektanta Roberta Kupisza. W jego kolekcji – o wdzięcznej słowiańskiej nazwie Heroes (zima 2012) – znalazły się stroje inspirowane powstaniem warszawskim. Zamiast bieli i czerwieni Kupisz wykorzystał odcienie szarości. Uczestnicy pokazu oglądali ciężkie płaszcze, za krótkie spodnie, charakterystyczne opaski na ramiona i wielkie, ostentacyjne godło na piersi.

Do szerszego grona odbiorców próbują trafić natomiast firmy takie jak Surge Polonia. Jej twórcy umiejętnie wykorzystują ubranie jako narzędzie komunikacji. We współczesnym świecie każdy z nas staje się w pewnym sensie żywą powierzchnią reklamową. Reklamujemy świadomie i nieświadomie, w codziennym życiu, na ulicy, zamieszczając zdjęcia na portalach społecznościowych. Używając określonego modelu telefonu, zarazem promuję go wśród znajomych. Nosząc T-shirt z nadrukiem, mogę zamanifestować uwielbienie nie tylko dla określonej firmy odzieżowej, lecz także dla ulubionego muzyka albo polityka. Dlaczego więc nie reklamować swojego patriotyzmu? Tego rodzaju narzędzia docierania do młodych odbiorców od 10 lat z powodzeniem stosuje m.in. Muzeum Powstania Warszawskiego. Surge Polonia podąża w podobnym kierunku. W ich ofercie znajdują się ubrania ozdobione wizerunkiem orła białego, kotwicą Polski walczącej czy symboliczną figurą husarza. Sami o sobie piszą: „pierwsza na świecie marka odzieży patriotycznej”.

Wydaje się, że to właśnie w mariażu z marketingiem można poszukiwać klucza do zrozumienia ponowoczesnego patriotyzmu. Marka coraz częściej staje się kategorią, za pomocą której mówimy już nie tylko o towarach i usługach, lecz także o osobach, organizacjach charytatywnych, a nawet ideach. W polskim „rankingu marek” (Brand Asset Valuator) na rok 2013 porównywano rozpoznawalność i szacunek, jakim Polacy darzą np. Rafaello, Frugo, Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i Wisławę Szymborską. W zestawieniu znalazły się także Polska i Kościół katolicki. Choć konserwatywną część opinii publicznej oburza czasem, że narodową historię i kulturę promuje się i sprzedaje jak wafelki, teoretycy brandingu już od dawna wykroczyli poza reklamowanie batoników. Simon Anholt, guru w tej dziedzinie, pisze wprost o narodach jako markach, które przypisują swoim obywatelom, produktom i inicjatywom określone cechy. Kupujemy szwajcarski zegarek, traktując jego pochodzenie jako gwarancję jakości. Francję kojarzymy ze smakiem, Włochy – z elegancją, Niemcy – z niezawodnością. Polska pozostaje wciąż marką w budowie. Co będzie komunikować swoim odbiorcom? Surge Polonia wybiera przede wszystkim historię. Umieszczane na ubraniach motywy przywodzą na myśl wolność, niezależność, ale też nieprzeciętność. Twórcy koszulki z wizerunkiem orła białego zapewniają, że każdy jej posiadacz „będzie mógł poczuć się wyjątkowo i nie pozostanie niezauważony”.

Różnica między niewidzialnym amerykańskim patriotyzmem a wyróżniającym się polskim mówi nam coś ciekawego o obydwu społeczeństwach.

Ile widzisz flag?

Mit działa najlepiej wtedy, gdy go nie widać. Francuski semiotyk Roland Barthes doszedł do tego wniosku już ponad pół wieku temu. Badając różne aspekty francuskiego życia codziennego, pokazał, jak narodowe sentymenty przenikają niezauważane do świadomości ludzi poprzez językowe nawyki, widowiska sportowe, nawet kuchnię. Według autora Mitologii mit zamienia kulturę w naturę. To, co mogłoby być inne, staje się pod jego wpływem oczywiste i niepodlegające dyskusji. W ten sposób niewidzialny mit wpływa na nasze postępowanie. Jego reguły traktujemy jak obiektywne prawa fizyki. Ujawniony – traci moc oddziaływania. Staje się przedmiotem akademickich debat, trafia do muzeum albo na karty historycznych traktatów.

Pod koniec ubiegłego stulecia koncepcję Barthes’a rozwinął brytyjski socjolog Michael Billig. Jego wydana w roku 1995 książka Banalny nacjonalizm w sugestywny sposób opowiada o dwóch rodzajach flag obecnych w przestrzeni publicznej. Niektóre łatwo zauważamy. Billig określa je jako „flagi, którymi się wymachuje”. Chodzi tu o sztandary, przed którymi salutujemy, śpiewamy hymn. Innymi słowy, manifestujemy widzialny patriotyzm. Gdybyśmy jednak przyjrzeli się uważnie, w naszym otoczeniu dostrzeglibyśmy także wiele ukrytych symboli narodowych. Flaga zdobi produkty oznaczone godłem „Teraz Polska”, kontur kraju wyznacza ramy mapy w prognozie pogody itd.

Sądzę, że liczba flag, które pozostają niezauważone, stanowi ważną miarę, którą można zastosować do porównania różnych społeczeństw. Współczynnik ten określę „poziomem zerowym patriotyzmu”. Wskazuje on na próg nasycenia naszego codziennego życia elementami narodowymi, oddzielając patriotyzm niewidzialny od widzialnego. Im wyższy „poziom zerowy”, tym więcej niezauważanych flag wokół nas. Dopiero po jego przekroczeniu dostrzegamy narodowe treści. Barthes’a i Billiga interesowało właśnie to, co rozciąga się poniżej progu naszej wrażliwości. Obydwaj autorzy byli sceptyczni wobec patriotyzmu. Woleli mówić o nacjonalizmie. Barthes analizowane przejawy ukrytego kultu Francji i francuskości postrzegał jako narzędzie kolonialnego ucisku, ideologizacji społeczeństwa i narzucania mu mieszczańskich wyobrażeń. Billig w „banalnym” nacjonalizmie widział szansę powrotu szowinizmu na ulicę i polityczne salony – tym bardziej niepokojącą, że zakamuflowaną i wymykającą się klasycznym definicjom propagandy. Wydaje mi się jednak, że tam, gdzie Barthes dostrzegał apoteozę mieszczańskiego ograniczenia, a Billig – ukryty nacjonalizm, można przy odrobinie dobrej woli zobaczyć też niewidzialny patriotyzm – zjawisko, które ma wiele cech pozytywnych.

Poziom zerowy patriotyzmu różni się radykalnie między społeczeństwami. Im więcej wszędzie flag, tym mniej ich zauważamy. Zmysły przyzwyczajają się do wszechobecności patriotyzmu, tak jak do jaskrawego światła lub hałasu. W USA narodowa symbolika jest tak wszechobecna, że znaczna jej część pozostaje dla samych Amerykanów niezauważona. W Polsce wciąż łatwiej kupić bluzę z gwiazdami i pasami bądź Union Jackiem niż z orłem białym albo polską flagą. Dlatego wydrukowane na koszulkach deklaracje patriotyzmu rzucają się w oczy. Nosząc na piersi kotwicę Polski walczącej, zwracamy na siebie uwagę znacznie bardziej od niezliczonych przechodniów w ubraniach z napisami „USA”, „I ♥ NY” lub „Keep Calm and Carry on”.

Mainstreamowy patriotyzm

Ameryka kipi od patriotyzmu. Na każdym kroku jest go tak wiele, że przybyszowi z zewnątrz nieraz trudno uwierzyć w to, co widzi. Barthes i Billig powiedzieliby, że Amerykanie nie dostrzegają wszechobecnych flag i nie słyszą dudnienia hymnu. Ich własny patriotyzm stał się muzyką sfer.

Ślubowanie na wierność fladze Stanów Zjednoczonych (Pledge of Allegiance) otwiera obrady Senatu i posiedzenia władz lokalnych. Dzieci w większości szkół rozpoczynają od ślubowania dzień nauki. Po wysłuchaniu hymnu kładą rękę na sercu i recytują słowa przysięgi. Dla Europejczyka taka forma i częstotliwość manifestowania przywiązania do ojczyzny jest – delikatnie mówiąc – zaskakująca. Niesie ze sobą najgorsze wspomnienia i skojarzenia.

Prawdziwy szok przeżyłem jednak, gdy usłyszałem ślubowanie… w parku rozrywki Walt Disney World Resort na Florydzie. Jedną z części parku stanowi World Showcase – coś na kształt wystawy światowej, gdzie kilkanaście krajów prezentuje swoją kulturę, historię i przyrodę w pawilonach oferujących atrakcje w rodzaju panoramicznych filmów i kolejek górskich. Amerykański pawilon zajmuje najbardziej eksponowane miejsce. Jest też największy. Gdy zatrzymaliśmy się przed nim z rodziną, orkiestra w strojach z końca XVIII w. akurat kończyła grać kolejną patriotyczną melodię. Przed muzykantami ustawili się rzędem dorośli i dzieci. Niektórzy mieli uszy Myszki Miki na głowie. Inni stali z kubkami niedopitej coca-coli. W pewnym momencie zgromadzeni położyli prawe dłonie na sercu i wraz z heroldem wyrecytowali przysięgę na wierność fladze Stanów Zjednoczonych. Staliśmy osłupiali. Czy traktowali to poważnie? A może była to tylko zabawa?

Wszechobecny patriotyzm Amerykanów jest dla nich samych niewidzialny. Gdyby nagle zaczęli go dostrzegać, stanęliby sparaliżowani tak jak my w Disneylandzie. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Można by ją porównać do performance’u Christopha Steinbrenera i Rainera Dempfa Delete!. Artyści zakleili żółtą folią wszystkie reklamy, szyldy i logotypy w jednej z dzielnic Wiednia. Miasto pełne pustych miejsc, dziur i nieciągłości nagle ujawniło, jak bardzo nasycone było marketingowym przekazem. Gdyby tak zakleić wszystkie przejawy amerykańskiego patriotyzmu, życie zwykłego Amerykanina stałoby się dziurawe jak polska droga powiatowa.

Co nowego ukazałoby się naszym oczom, gdyby takiemu zabiegowi poddać polski patriotyzm? Sądzę, że nic albo prawie nic. Nasze akty patriotyzmu są albo rzadkie i odświętne, albo obliczone na tak demonstracyjny efekt, że i tak je widzimy. Nawet najmniejsze oznaki codziennego patriotyzmu nie mają szansy zniknąć w tłumie. A przecież widzialny mit nie ma mocy oddziaływania na naszą codzienność. Jest sztuczny, oderwany od życia. Oczywiście przychodzą chwile w życiu narodów, gdy potrzebują one ujrzeć swe mity. Podczas wojny, niewoli lub klęski żywiołowej to łopocząca flaga, patriotyczny okrzyk i bezprzykładne bohaterstwo przywracają odwagę, nadzieję i poczucie sensu. Gdy uporamy się już z wrogami lub katastrofą, flagi, okrzyki i bohaterowie stają się tylko częścią zbiorowej pamięci. Miejsce jaskrawych symboli doby kryzysu powinny wówczas zająć niedostrzegalne mity czasu pokoju.

A niewidzialny mit działa! Kilka dni po wizycie w parku Walta Disneya dotarliśmy późnym wieczorem do niewielkiego hotelu na obrzeżach Jacksonville. Żona ze śpiącym synkiem na rękach poszła do pokoju, a ja zacząłem znosić do hallu kolejne partie bagażu (uroki podróży z niemowlakiem!). „Jedyny wózek do bagażu akurat zabrał inny gość…” – oznajmiła pani z recepcji, z przerażeniem mierząc wzrokiem rosnący stos dziecięcych akcesoriów. Zrezygnowany, pokiwałem głową. „To wszystko?” – włączył się do rozmowy mężczyzna, który stał przy kontuarze. Po czym chwycił za dwie największe walizki. Zaskoczony, próbowałem odmówić. „Jesteś z zagranicy. Jesteś tu moim gościem”, usłyszałem. „Welcome to America!” Miał dwadzieścia kilka lat. Był żołnierzem. Do Jacksonville wysłano go na szkolenie. Trochę się tym martwił, bo jego żona niedługo miała rodzić. Ucieszył się bardzo, że podoba nam się w Stanach. Zresztą chyba nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej. Uwielbiał park Walta Disneya.

– Mam kartę stałego gościa. To świetne miejsce. World Showcase jest znakomite.

– Tak… Szkoda, że Polski tam nie ma.

– Musicie wykupić miejsce. Wszystkie kraje, które tam są, zapłaciły. Ale warto. To przecież świetna promocja.

Patriotyzm dla hipsterów

Mówią o sobie, że zawsze szli pod prąd. Poznali się jeszcze w liceum. Jedyni w klasie byli przeciwni przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. W ten sposób twórcy marki Red is Bad – kolejnej firmy oferującej odzież patriotyczną – przedstawiają się na swojej stronie internetowej. W ich wizji patriotyzm musi być widoczny, bo tłem jest dla niego brak polskości, a nawet antypolskość. W świecie widzianym oczyma młodych ludzi z Red is Bad „lewicowa propaganda sączy się z każdego głośnika i z każdego monitora”, a „wolnościowe i prawicowe poglądy są wyszydzane i tępione”. Jest to patriotyzm tylko dla wybranych – dla hipsterów. Miłość do ojczyzny, która opiera się na mówieniu „nie” – mediom, Unii Europejskiej, czerwonej propagandzie… Wydaje się, że twórcy Red is Bad mogliby poczuć się zawiedzeni, gdyby pewnego dnia obudzili się w kraju, w którym patriotyzm należy do mainstreamu. A może jego miarę stanowi dziś właśnie to, czy oferuje coś dla wszystkich i czy potrafi obyć się bez wroga?

„Niemodne i tępione przez media poglądy – to nasze poglądy” – głoszą twórcy Red is Bad. Łatwo być patriotą w oblężonej twierdzy. Ta diagnoza wydaje się zresztą pasować także i do polskiego katolicyzmu ostatnich lat. Nietrudno określić swoją tożsamość i zewrzeć szeregi wobec wszechobecnych wrogów. Trudniej zgromadzić zwolenników wokół pozytywnego programu, zwłaszcza tego nudnego – dotyczącego spraw błahych i codziennych.

Patriotyzm buntu nigdy nie będzie niewidzialny. (Podobnie zresztą katolicyzm buntu nie stanie się niewidzialny). Jest on demonstracyjny z założenia. Opiera się na tym, co Billig nazywa „wymachiwaniem flagą”. Tylko czy taki patriotyzm nie pozbawia siebie czegoś, co Amerykanom przychodzi naturalnie? Twórcy Red is Bad mówią otwarcie: „chcemy, aby bliskie nam poglądy zaczęły być widoczne na polskich ulicach”. Trzeba przyznać, że realizują to w dobrym stylu. Doskonale posługują się wzornictwem, rozumieją zasady rynku, angażują się w akcje społeczne bliskie ich ideom. Może jednak w samej definicji patriotyzmu przez ostentacyjną negację tkwi już jakiś błąd? Jeśli mit działa tylko wtedy, gdy go nie widać, to czy prawdziwy patriotyzm nie powinien dążyć właśnie do stania się niewidzialnym?

Kto na tym zarabia?

Niewidzialny patriotyzm ma wiele wad. Jak pokazują Barthes i Billig, łatwo przeobraża się w nacjonalizm i dzięki swojej naturze stanowi doskonały nośnik propagandy. Posiada jednak przynajmniej dwie wielkie zalety.

Przede wszystkim wydaje się, że nie musi być skierowany przeciw komuś. Codzienna miłość do ojczyzny doskonale obywa się bez wrogów i zagrożeń. Amerykanin w koszulce z gwiaździstym sztandarem ma świadomość, że otaczają go ludzie, którzy myślą tak samo jak on. Polski patriota upamiętniający Żołnierzy Wyklętych sam czuje się wyklęty. Uważa, że ten, kto kocha ojczyznę, musi albo z trudem przebijać się ze swoim przekazem przez obojętność mas, albo – jeszcze częściej – chronić przed nimi swoją tożsamość, bo chcą ją podeptać, zniszczyć i sponiewierać.

Ponadto niewidzialny patriotyzm dopuszcza różne poziomy zakorzenienia. Można być dumnym Polakiem, Mazowszaninem, warszawiakiem i mieszkańcem Żoliborza. Natomiast otwarcie wyrażany regionalizm i nacjonalizm często ścierają się w dramatycznych konfliktach, co dobrze pokazują badania socjologiczne. We wszelkiego rodzaju separatyzmach „wymachiwanie” regionalną flagą staje się sposobem, by zamanifestować odrębność lub wręcz brak przynależności narodowej. Z kolei eksponowana narodowa flaga stanowi oręż w starciu z tendencjami uważanymi za odśrodkowe. Dramatyczne przykłady takiej walki na symbole obserwujemy w ostatnich miesiącach na Ukrainie. Niewidzialny patriotyzm nie wchodzi w konflikt z tożsamością ponadnarodową – np. europejską. Tworzy też dobre warunki dla tolerancji religijnej, przy akceptacji postawy, w której ktoś wiąże własny patriotyzm z konkretnym wyznaniem. W budynku państwowym mogą więc wisieć obok siebie dwie niewidzialne flagi, a między nimi – niewidzialny krzyż. Jest to niemożliwe w przypadku symboli używanych, by kłuły w oczy – by walczyć o wyłączność i zawłaszczenie symbolicznej przestrzeni. Dwie flagi, którymi się wymachuje, zderzą się wcześniej czy później. Wtedy jedna z nich pozostanie flagą, a druga okaże się szmatą bądź obydwa sztandary pójdą w strzępy. To samo dotyczy wymachiwania krzyżem.

Daleki jestem od bezrefleksyjnej idealizacji kraju, w którym spora część mieszkańców nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i troszczy się tym faktem w mniejszym stopniu niż o niezbywalne prawo do posiadania broni. Jednak skoro już na potrzeby tego szkicu uczyniłem z USA szczęśliwą krainę niewidzialnego patriotyzmu, to podkreślę jeszcze, że jest to miejsce ciekawe także w kwestii wielu poziomów identyfikacji. Niewidzialny patriotyzm Amerykanów dotyczy także małych ojczyzn: od stanów, przez regiony i miasta, po uniwersytety. Wprawdzie przeciętny nowojorczyk manifestuje swoją lokalną tożsamość, raczej prosząc o bezglutenowe menu i sojowe latte, aniżeli paradując w czapeczce z napisem: „I ♥ NY”, ale już kampusy akademickie pełne są młodych ludzi w barwach plemiennych. Studenci i absolwenci z dumą eksponują logo swojej uczelni na wszelkiego rodzaju przedmiotach: od odzieży, przez tablice rejestracyjne, po biżuterię. Wielkie uniwersytety, zwłaszcza te odnoszące sukcesy sportowe, czerpią z tego tytułu niebagatelne dochody. Według raportu Collegiate Licensing Company w roku akademickim 2012/2013 miłośnicy odzieży i gadżetów z uniwersyteckim logo w sumie zasilili budżety swych ulubionych uczelni imponującą kwotą 4,6 mld dolarów (ponad 14 mld zł). Stanowi to większą sumę niż planowane nakłady budżetowe na szkolnictwo wyższe w Polsce na rok 2014 (ok. 12 mld zł).

Ciekawe, jaki zastrzyk pieniędzy trafiłby do budżetu USA, gdyby państwo otrzymywało dolara za każdą koszulkę z gwiazdami i pasami sprzedaną na świecie? A może… tak właśnie jest? Może ostatecznie każda wywieszona flaga i każdy patriotyczny gadżet przynoszą Amerykanom wymierny dochód? Może ktoś, spoglądając na wiszącą na zwykłym domu flagę, z zawstydzeniem podniesie leżącą przed nim puszkę po coca-coli albo wcześniej ktoś inny – w koszulce z amerykańskim orłem – zawaha się, nim ją rzuci…

W podobny sposób Polska może będzie kiedyś zarabiać na każdym sprzedanym gadżecie z biało-czerwoną flagą. Stanie się to jednak dopiero wtedy, gdy nosząc koszulkę z polską flagą, nie będzie już ani trzeba, ani można zademonstrować czegokolwiek, patrioci znikną w tłumie i staną się niewidzialni.

.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata