70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Postimperialna depresja

Putin cieszy się poparciem nie tylko etnicznych Rosjan. Jednak teraz sytuacja jest trudna do przewidzenia. Bo jak mamy odbudowywać imperium i stanąć w obronie Rosjan w Kazachstanie? Co stanie się wówczas z Unią Eurazjatycką? Gra, w którą zaczął grać Putin, jest niezwykle niebezpieczna i nie ma w niej łatwych rozwiązań

 .

Co ostatnie wydarzenia mówią światu o Rosjanach?*

To, co się dzieje w Rosji, pokazuje, jak bardzo chore jest nasze społeczeństwo. Przez lata nam, intelektualistom, wydawało się, że najważniejsze konsekwencje transformacji mamy już za sobą, że przeżyliśmy traumę lat 90., a teraz będzie już tylko lepiej. Okazuje się jednak, że byliśmy w błędzie. Dwadzieścia lat to za mało, by przetrawić upadek imperium. Obserwujemy więc, jak nasze społeczeństwo wchodzi na powrót w mentalność sowiecką i szczerze wyznaje wartości, które są charakterystyczne dla społeczeństw krajów znajdujących się w stanie konfrontacji.

Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle trudna. Na pewno jest to konsekwencja traumy przejścia z jednego systemu politycznego, społecznego i ekonomicznego do innej, zupełnie nowej rzeczywistości. Jednak kluczową rolę w tym procesie odgrywa władza, która wzmacnia urazy przeszłości. Władimir Putin jest pod tym względem niesamowicie skuteczny. Dla zdobycia poparcia potrafi doskonale aktywizować stare sowieckie fobie.

Jesteśmy społeczeństwem głęboko schorowanym. Ze smutkiem przyznaję, że Rosjanie są imperialistami. Próba kompensacji poczucia straty zaowocowała tym, co dziś obserwujemy w rosyjskiej polityce. To typowy przykład syndromu postimperialnego, z którym musiało się zmierzyć wiele państw na świecie. Nie jesteśmy tu wyjątkiem. W Rosji uciekano jednak od tego tematu przez 20 lat, a nagle został on zaktywizowany dzięki sile propagandy, co daje niezwykle bolesne rezultaty. Rosyjskie społeczeństwo jest dziś w 85% skonsolidowane wokół Władimira Putina i wyznaje wartości, które możemy określić mianem postimperialnych. To one stają się podstawą do budowania etnicznego tzw. Russkogo Mira.

Imperium narodowe?

Oczywiście imperium ze swej natury nie może być etniczne. Ale ten paradoks doskonale pokazuje, jak bardzo bezkrytyczni są mieszkańcy Rosji i z jaką łatwością przyjmują wszystko, co podsuwa im propaganda.

Co ważne, ten imperializm nie jest jednoznaczny z rosyjskim nacjonalizmem. Przecież Putina popiera 85% mieszkańców Rosji. To nie są tylko etniczni Rosjanie, którzy stanowią niecałe 80% społeczeństwa. Aneksja Krymu została w Rosji przyjęta jako element procesu odbudowy imperium i w opinii ogółu to nie jest projekt nacjonalistyczny.

Proszę mi wierzyć, czuję się bardzo sfrustrowana. Zresztą nie tylko ja. Ludzie, którzy potrafią ocenić, jak poważne konsekwencje ma i będzie miała polityka Władimira Putina, są głęboko przygnębieni, patrząc na to, co się dzieje z rosyjskim społeczeństwem. I nie ma mowy o tym, żeby się zjednoczyć i przeciwstawić. Opozycja jest pod bardzo silną presją, a społeczeństwo popiera działania prezydenta.

Jak długo może trwać taki stan rzeczy?

Trudno to przewidzieć. Rosyjski socjolog Lew Gudkow przygotował wykres, na którym pokazał, jak zmieniało się poparcie dla Władimira Putina w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Największe było w okresie wojny z Gruzją w 2008 r., wówczas Putina popierało 88% mieszkańców Rosji, czyli o 2% więcej niż dzisiaj. Gudkow przypomina, że po tych 88% po pół roku nie było ani śladu. Podobnie będzie tym razem. Ile może trwać krymska euforia? Moim zdaniem nie dłużej niż rok. A jak się to wszystko dalej potoczy? Tego chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Trzeba jednak przyznać, że rosyjska propaganda jest niezwykle skuteczna i profesjonalna. Bardzo wielu ludzi, którzy uważają się za demokratów i liberałów, popiera dziś działania rosyjskich władz i jest przekonanych, że to, co się stało z Krymem, było właściwą decyzją.

Z czego to wynika?

Jest kilka cech charakterystycznych dla Rosjan. Pierwsza z nich to bardzo krótki horyzont planowania. Ludzie żyją dniem dzisiejszym i nie zwykli przewidywać konsekwencji różnych decyzji. Dlatego nikt w społeczeństwie nie dostrzega, jak poważne będą następstwa tego, co się dzisiaj dzieje w naszym kraju. Rosjan charakteryzuje też bardzo głęboki dystans, który dzieli przedstawicieli władzy od członków społeczeństwa. To symboliczny car i prości ludzie, którzy są mu poddani. Trzecia cecha to bardzo niski stopień zaufania społecznego. Rosjan nie łączą właściwie żadne więzi horyzontalne, z wyjątkiem więzi rodzinnych i przyjacielskich. Tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele – choć i to nie zawsze – są przez Rosjan darzeni zaufaniem. Wreszcie rosyjskie społeczeństwo charakteryzuje bardzo niska kultura kompromisu, absolutny brak umiejętności poszukiwania porozumienia i zawierania go. Dlatego tak niewiele trzeba, by stworzyć w Rosji obraz wroga.

Dziś te wszystkie cechy przyczyniają się do atomizacji społeczeństwa i skutecznie zapobiegają każdej konsolidacji – nie tyle tej skierowanej przeciwko rosyjskim władzom, ile tej, która mogłaby nastąpić niezależnie od nich.

Jak na obecną sytuację reaguje rosyjska elita?

Elita jest absolutnie lojalna wobec władzy. Jej przedstawiciele mogą być niezadowoleni, ale nie są w stanie zdobyć się nawet na drobny gest sprzeciwu. Jestem jednak pewna, że istnieje wewnętrzna niezgoda na to, co się dzieje, podyktowana najczęściej troską o własne interesy. Ale nikt nie powie o tym głośno, bo lojalność stała się wyznacznikiem przynależności do elity. Sytuacja w Rosji jest więc niezwykle trudna.

Jakie scenariusze są możliwe?

Zastanawiam się przede wszystkim, jak długo można integrować społeczeństwo tylko i wyłącznie za pomocą obrazu zewnętrznego wroga, jakim dzisiaj jest Ukraina. Da się to utrzymać przez jakiś czas, zwłaszcza jeśli napięta sytuacja na wschodzie Ukrainy będzie się utrzymywać, ale taki stan nie może trwać latami.

Spodziewam się, że na wiosnę, a może nawet już zimą, dadzą o sobie znać czynniki, które mogą zdestabilizować sytuację. Mam na myśli problemy ekonomiczne i stagnację gospodarczą. Już teraz wstrzymano wzrosty płac. Coraz trudniejsza jest sytuacja w regionach. Wiele budżetów na szczeblu regionalnym jest pogrążonych w długach. To konsekwencja ukazów prezydenta Putina, w których nakazał podnosić pensje. Ale gubernatorzy – choć doskonale wiedzą o tych komplikacjach – milczą, bo muszą być lojalni wobec władzy. Głośno o deficycie w regionach mówią jedynie niezależni eksperci i od czasu do czasu Ministerstwo Finansów.

Dopóki Rosjanie nie poczują konsekwencji polityki prezydenta w swoich kieszeniach, dopóty nie będzie żadnych zmian. Warto pamiętać o wspomnianym przeze mnie wykresie Gudkowa – odwrót od Putina jest nieuchronny. Rok po wojnie w Gruzji poparcie dla niego spadło o połowę. Tak stanie się i tym razem, choć władza będzie szukać sposobu na odwrócenie tego procesu, bo to dla niej jedyna szansa na przetrwanie. Myślę, że będą podejmowane jakieś próby ponownego wyzwolenia społecznej euforii. Nie wiem jednak, ile razy uda się zastosować ten sam mechanizm. Bo niby kogo mielibyśmy teraz przyłączyć – Kazachstan, Białoruś? Istnieje zatem ryzyko, że czynnikiem integrującym stanie się niebawem rosyjski nacjonalizm. Boję się tego scenariusza, bo Rosja jest krajem wielonarodowym, nie można jednak wykluczyć takiego rozwoju sytuacji. Rok temu także nikt z nas nie sądził, że możliwe jest przyłączenie Krymu do Rosji. Nie byliśmy w stanie sobie tego wyobrazić nawet zimą.

Trudno jest zatem odpowiedzieć na pytanie, co stanie się dalej. Na pewno władza zechce przykręcać śrubę. Będą wprowadzane kolejne represyjne ustawy. Nie wiem jednak, jak społeczeństwo zareaguje na załamanie gospodarki. Przypomnijmy sobie początek lat 90. ubiegłego wieku. W latach 1992–1994 sytuacja ekonomiczna pogorszyła się w sposób radykalny, a społeczeństwo to przyjęło i nie buntowało się. Trudno mi ocenić, ile mogą znieść Rosjanie. Historia uczy, że bardzo dużo.

Nie mam natomiast wątpliwości, że bunt – jeśli tylko wybuchnie – rozpocznie się w dwóch rodzajach ośrodków. Po pierwsze, w metropoliach, gdzie znajdują się największe skupiska tych, którzy są krytyczni wobec władzy. Dzisiaj jest to środowisko, które pozostaje zdezintegrowane. Po drugie, w miastach przemysłowych, gdzie będą zamykane kolejne fabryki, a ludzie pozostaną bez pracy i środków do życia. W tym wypadku protesty będą miały charakter społeczno-ekonomiczny, a nie polityczny. Wydaje mi się, że to jest prawdziwa strefa ryzyka, którą rosyjska władza uczy się zarządzać. Obserwujemy to w tzw. monomiastach, których struktura opiera się na jednym gigantycznym przedsiębiorstwie. Po kryzysie ekonomicznym, który w Rosji zaczął się w 2009 r., władza i biznes nauczyły się ze sobą współpracować, by utrzymać względny spokój. Żadnych masowych zwolnień. Jeśli już, to bardzo powolne i stopniowe zmniejszanie liczby pracowników. Zwolnieni otrzymują zatrudnienie w innych przedsiębiorstwach. Nie sposób zorganizować tego bez porozumienia z lokalną władzą, dlatego jestem przekonana, że w regionach administracja i przedsiębiorcy stworzyli wspólny system zarządzania ryzykiem. Gdy chodzi o przetrwanie, władza potrafi znaleźć sposób na ugaszenie potencjalnego buntu społecznego dla utrzymania swojej pozycji.

A kim są ludzie należący do grupy niecałych 15%, które nie popierają tego, co się dzieje w Rosji?

Bardzo niewielu Rosjan jest wolnych od syndromu postimperialnego. Mówimy o grupie nie większej niż 10%. Trudno nakreślić jej jednoznaczny obraz. Na pewno poglądów nie warunkuje wyższe wykształcenie, bo okazuje się, że jest bardzo dużo świetnie wyedukowanych ludzi, którzy poparli interwencję na Krymie. Ich też dotyka syndrom postimperialny, wielką Rosję uważają za wartość. Podobnie jak wartością jest ciepłe morze i to, że kiedyś te tereny były „nasze”. Te przekonania są niezależne od wykształcenia.

Uchowali się jedynie nieliczni, którzy nazywają siebie liberałami i dostrzegają konsekwencje decyzji podejmowanych dziś przez Władimira Putina. Co ciekawe, to nie są wcale młodzi ludzie. Ci akurat dość szybko i z wielką łatwością poparli prezydenta. Nazywają sami siebie pokoleniem Rosjan, którzy wstają z kolan, i są z tego dumni. Jeśli chodzi o wiek, to najwięcej przeciwników polityki Putina znajdziemy w grupie 40-, 50-latków. Ale osób o takich poglądach w ogóle jest bardzo mało.

Czyli Rosjanie i nie-Rosjanie chcą odnowienia imperium. A aneksja Krymu to jednocześnie budowanie imperium i obrona etnicznych Rosjan.

Trzeba to zrozumieć. Krym to obrona Rosjan poza rosyjskimi granicami, a zatem jest to zewnętrzny nacjonalizm, który z powodzeniem można połączyć z budową imperium. Nie jestem pewna, jak długo może to trwać, ale przez 20 lat poza Rosją mieszkały miliony Rosjan i nikogo nie interesował ich los. Nawet wówczas gdy etniczni Rosjanie byli tak naprawdę obywatelami drugiej kategorii, jak w Turkmenistanie. Aż nagle zaczynamy bronić Rosjan na całym świecie. Idea Russkogo Mira jest więc politycznie niezwykle nośna i efektywna.

Natomiast moim zdaniem zgoda na obronę Rosjan na całym świecie trwa tak długo, jak długo nie cierpi na tym nasza kieszeń i nie ma żadnych wojennych konsekwencji tej obrony. Chodzi o siedzenie na kanapie i oglądanie w telewizji, jak Rosja staje się wielka i jak broni Rosjan. Ale kiedy tylko zaczyna się to przekładać na ludzkie życie i koszty, które trzeba ponieść, pojawiają się wątpliwości, czy tak naprawdę chcemy za to wszystko płacić.

A jak w tym obrazie odnajdują się Tatarzy, Baszkirowie i wszyscy inni nieetniczni Rosjanie, którzy dzisiaj zamieszkują kraj?

Wśród nich też króluje syndrom postimperialny – wizja wielkiej Rosji, która zwycięża swoich wrogów. Jak wspominałam, Putin cieszy się poparciem nie tylko etnicznych Rosjan. Jednak teraz sytuacja jest trudna do przewidzenia. Bo jak mamy odbudowywać imperium i stanąć w obronie Rosjan w Kazachstanie? Co stanie się wówczas z Unią Eurazjatycką? Gra, w którą zaczął grać Putin, jest niezwykle niebezpieczna i nie ma w niej łatwych rozwiązań.

A jednak Putin znalazł klucz do rosyjskiego społeczeństwa?

Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jeszcze w zeszłym roku raptem 30% społeczeństwa chciało, by Putin był prezydentem przez kolejną kadencję. A dziś… Udało mu się zintegrować mieszkańców Rosji, bo stworzył bardzo przekonujący obraz zewnętrznego wroga. Zdobycie Krymu łatwo daje się obronić. Nie potrzeba było żadnej wojny ani wielkich pieniędzy. One dopiero staną się niezbędne. Już teraz zrezygnowano z kluczowej inwestycji we wschodniej Rosji – z budowy mostu na rzece Lenie – a pieniądze przeznaczono na budowę mostu nad Cieśniną Kerczeńską. Ludzie zaczną dostrzegać koszty i wówczas sytuacja może się zmieniać.

Dla nas to nieco dziwne. Zawsze uczono nas, że Moskwa to nie Rosja, że są różne Rosje. Pani sama nieraz mówiła o czterech Rosjach. A nagle się okazuje, że mamy do czynienia z jednym krajem – Rosją Władimira Putina.

To prawda – przyznam szczerze, że w kwietniu 2014 r. tymczasowo pożegnałam się ze swoją teorią czterech Rosji. Ona sprawdza się w normalnych warunkach. Ale gdy mamy do czynienia z pełną społeczną mobilizacją, to zaczynają obowiązywać zupełnie inne zasady. Społeczeństwu pokazano wroga i powiedziano, że właśnie z jego rąk trzeba uratować naszych współbraci. Na pytanie, czy powinniśmy przyłączyć Krym do Rosji, wszędzie padała ta sama odpowiedź: „Tak”. Nie ma znaczenia, czy to pytanie zadano w Moskwie, na peryferiach kraju czy w przemysłowych miastach. Gdy nastąpiła mobilizacja, zniknęły cztery Rosje.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że kraj cierpi na pewne załamanie tożsamości. Jak sobie z tym poradzić?

Mobilizacja nie będzie trwała wiecznie. Dziś rosyjską tożsamość próbuje się stworzyć, posługując się obrazem wroga i oblężonej twierdzy. To działa, ale na tym obrazie musi pojawić się rysa, bo nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością. Będą wprowadzane kolejne ograniczenia, chociażby w dostępie do Internetu. Myślę, że młodym ludziom, którzy poparli interwencję na Krymie, szybko zaczną one doskwierać. Nie będą chcieli zupełnie zrezygnować ze stylu życia, który prowadzą, i zaczną opierać się zmianom. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim młodych mieszkańców wielkich miast. Nie wiem, kiedy i jak, ale wierzę, że tym ludziom powoli otworzą się oczy.

Muszę przyznać, że jest to dla nas – ekspertów, intelektualistów – kolosalny szok, gdy widzimy, z jaką łatwością Rosjanie mobilizują się pod wpływem propagandy. Chyba nikt nie podejrzewał, że to może być aż tak łatwe.

A czy jest coś innego, co może zjednoczyć rosyjskie społeczeństwo?

Historia uczy, że tylko wojna i wielka ideologia, jaką było budowanie komunizmu. Poza tym nie znam żadnego innego czynnika zdolnego zintegrować Rosjan. Jesteśmy zbyt różni, wyznajemy odmienne wartości i żyjemy na różne sposoby.

Warto jednak przypomnieć sobie casus Wielkiej Brytanii i wojny o Falklandy czy USA we wrześniu 2001 r. Poparcie dla George’a W. Busha czy Margaret Thatcher było podobne jak w wypadku Putina. To jest zupełnie normalna reakcja – jeśli pojawia się niebezpieczeństwo, to ludzie gromadzą się wokół lidera. Jednak taka sytuacja nie trwa wiecznie.

Dlatego my będziemy cierpliwi. Intelektualiści, z którymi rozmawiam, mówią: „Poczekajmy pół roku. Zobaczymy, jak społeczeństwo zacznie przyjmować nową rzeczywistość”.

Głęboko wierzę, że mieszkańcy większych miast szybko zrozumieją, że te wszystkie działania mają konsekwencje, a rzeczywistość jest zupełnie inna niż to, co pokazuje rosyjska telewizja. Prowincja i małe miasteczka będą żyć, patrząc w telewizor i nie dostrzegając niczego poza tym. A tzw. druga Rosja będzie musiała się zmierzyć z poważnym załamaniem ekonomicznym. To wszystko może mieć bardzo poważne skutki.

Władza może jeszcze użyć figury wewnętrznego wroga, czyli piątej kolumny, zdrajców, co ma szansę okazać się kolejnym czynnikiem mobilizującym. Administracja może się podporządkować takiemu planowi. Można wzniecić wzajemną nienawiść różnych grup społecznych. Ale – bardzo w to wierzę – nie da się stworzyć atmosfery walki z wewnętrznym wrogiem, jak to było za czasów Stalina. To jest już nie do powtórzenia.

* Rozmowa została przeprowadzona 5 lipca 2014 r. Wydarzenia, o których mowa, nie obejmują zestrzelenia samolotu Malaysia Airlines MH 17, katastrofy, która miała miejsce 17 lipca 2014 r.

.

NATALIA ZUBAREWICZ – geografka, ekonomistka, prof. Uniwersytetu Moskiewskiego, dyrektor Programu Regionalnego w Niezależnym Instytucie Polityki Społecznej. Specjalizuje się w opisie sytuacji społeczno-ekonomicznej Rosji i jej regionów, w tym zajmuje się m.in. geografią społeczną i polityczną Federacji Rosyjskiej. Stale współpracuje z ministerstwami gospodarki oraz pracy, ONZ (jako ekspertka programu ds. rozwoju), Bankiem Światowym. Znana jako autorka koncepcji czterech Rosji. Opublikowała m.in. Rosyjskie regiony: nierówności, kryzys, modernizacja (2010)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata