70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Myślenie jest rzeczą groźną

Ogromnie trudno opuścić zamknięty, ciepły kokon wspólnej i powszechnie obowiązującej prawdy. Samodzielne myślenie jest groźne. Posuwamy się do przodu, niejednokrotnie cofając się. Czyż bowiem ukrytym pragnieniem nie jest powrót do przeszłości, do krainy myślowych gotowców.

Istota ludzka wyróżnia się tym, że jest obdarzona indywidualną świadomością. Człowiek może myśleć samodzielnie, i na tym polega jego podstawowa, a jednocześnie jakże groźna zdolność. Korzystanie z niej sprawia, że człowiek wystawia się na tysiące niebezpieczeństw.

We wszystkich cywilizacjach podkreśla się znaczenie samodzielnego myślenia oraz zagrożeń, jakie ono wyzwala. Przytoczę może jedynie dwa przykłady z odległej przeszłości. Najpierw najlepiej nam znany: postacie Antygony i Sokratesa, oboje skazano na śmierć za to, że odważyli się myśleć inaczej. Fakt, że Antygona była małą i delikatną dziewczynką, a do tego prawdopodobnie również anorektyczką, świadczy o tym, że człowiek, nawet najbardziej kruchy, jest w stanie myśleć samodzielnie i wbrew wszystkim. Drugi przykład pochodzi z dalekich stron, co jeszcze bardziej pozwala ukazać uniwersalność tej idei. Li Zhi, chiński pisarz żyjący w XVI w., odważył się zebrać teksty historyczne i zaproponować ich własną analizę, bez wcześniejszej zgody ówczesnych władz. Napisał dwie książki, zatytułowane Księga palenia oraz Księga ukrycia. Książki te były, rzecz jasna, zakazane, a ich autor w końcu popełnił samobójstwo w więzieniu; przed śmiercią zdążył jednak napisać tekst Regard ému sur ma vie („Ze wzruszeniem patrzę na swoje życie”), w którym czytamy: „Przeżyłem tak wiele upokorzeń, tak potwornie mnie szykanowano, że gdyby całą ziemię zamienić na czarny atrament, nie wystarczyłoby go, aby spisać wszystkie moje nieszczęścia”1. Oto czym jest odwaga myślenia, która, jak widać, istnieje nie tylko na Zachodzie.

W cywilizacji judeochrześcijańskiej myślenie indywidualne stanie się nie tylko czymś naturalnym, ale i koniecznością moralną. Chcąc to wykazać, możemy się odwołać do pięknych fragmentów zaczerpniętych ze św. Pawła poświęconych „człowiekowi wewnętrznemu”. To, że w każdym z nas istnieje „człowiek wewnętrzny” myślący samodzielnie i w tajemnicy, wywyższa nas, ale też budzi niepokój, gdyż oddala od ludzkiej wspólnoty.

„Człowiek wewnętrzny” to nie umysł, który bawi się sam ze sobą i uprawia gierki słowne, żonglując różnymi pojęciami… Chociaż ma wolność myślenia, nie jest wolny w takim sensie, że „wszystko jest możliwe” i że mógłby myśleć sobie cokolwiek bądź. Chcę przez to powiedzieć, że „myślenie” nie jest tożsame z „wyobrażaniem sobie”. Nie można myśleć o świecie tak, jak pisałoby się powieść będącą fikcją literacką – w co wydają się wierzyć przedstawiciele niektórych nurtów nihilistycznych od Diogenesa przez markiza de Sade’a aż po Michela Foucaulta.

W życiu ukierunkowanym na działanie wolność nie jest niczym innym jak wyborem odpowiedzialności. W życiu duchowym z kolei wolność oznacza dojmujące poszukiwanie prawdy. Wolny umysł to umysł otwarty na prawdę. A taka postawa wymaga odwagi. Św. Augustyn napisał w Wyznaniach: ludzie „kochają prawdę, gdy ich oświeca; nienawidzą jej, gdy im wykazuje ich błąd”2. Już samo to świadczy o tym, jak bardzo prawda jest niebezpieczna: chciałoby się, aby nie wydobywała wszystkiego na światło dzienne; nad tym promieniem światła nie sposób jednak zapanować (choć wielu podejmuje takie próby).

Do czego może być potrzebny intelektualista, jeśli nie do poszukiwania prawdy? Poszukiwanie prawdy czyni wolnym, gdyż uwalnia od pewników narzucanych przez władzę, od przyzwyczajeń i przesądów. Jesteśmy żebrakami prawdy i to najlepszy los, jaki mógł nas spotkać, gdyż dzięki temu unikamy arbitralności oraz różnych partykularyzmów.

Status autonomicznego podmiotu wymaga, by wycofać się, aby móc naprawdę myśleć. Wolny umysł zachowuje w stanie nienaruszonym tę zdolność wycofania się i nabrania dystansu, której wymaga liberum examen, a więc całkowita swoboda intelektualnych poszukiwań. Dlatego właśnie dyktatury oraz wszelkie formy moralnego porządku starają się w jak największym stopniu utrzymać jednostki w tłumie tak, aby uniemożliwić osiągnięcie dystansu. W tym sensie dobrze pojęta demokracja opiera się na wolnych umysłach, których samotność symbolizuje kabina do głosowania. Człowiek musi odłączyć się od wspólnoty, aby myśleć. W sferze myślenia każdy umysł jest wewnętrznym strażnikiem poszukiwania prawdy, która jest uniwersalna. Co więcej, ponieważ poszukiwanie prawdy wymaga zazwyczaj porzucenia innych pożądanych dóbr (np. dobrego imienia), nie może się ono dokonywać w centrum władzy, a więc tam gdzie znajduje się potęga i sława. Kant słusznie zauważa, że udział w sprawowaniu władzy nadwyręża nieuchronnie wolność sądzenia. Myślenie jest więc poświęceniem.

Marginalność, która stanowi słabość dla politycznych społeczeństw i może być brzemieniem lub przedmiotem dumy dla artysty bądź też klęską dla podmiotu gospodarczego, świadczy – wręcz przeciwnie – o godności umysłu, który wykorzystuje wszystkie swoje zdolności właśnie dzięki przyjęciu odpowiedniego dystansu.

Oświecenie a pod miot myślący

Myślenie indywidualne jest u nas czymś uprawnionym, a nawet nagradzanym, gdyż wpisuje się ono w religię słowa (a nie w religię Księgi), w logos i w dialog; ludzie są hermeneutami, interpretatorami stworzenia. Prawda zawsze pozostaje niepewna, wciąż trzeba podejmować ryzyko w imię niepewnego, czegoś kruchego i wątpliwego zarazem. Stąd potrzeba odwagi. Stąd również niebezpieczeństwo. Salto mortale, jak mawiał Jacobi.

I właśnie temu salto mortale zawdzięczamy nadejście demokracji. Gdyby prawda na temat wspólnego dobra nie była tak zmienna, niepotrzebna byłaby debata, zaś do rządzenia społeczeństwami wystarczyłaby solidna autokracja lub technokracja.

Temu samemu salto mortale zawdzięczamy rozwój nauki poprzez odejście od utartych ścieżek myślenia: od komfortu stereotypów i schematów myślowych. Koestler doskonale opisał w Lunatykach, jak bardzo pierwsi naukowcy byli pogardzani i wygwizdywani. Nazywa tekst Kopernika „książką, której nikt nie przeczytał”. Przykłady moglibyśmy mnożyć. Pamiętamy, że Mendel, genialny wynalazca genetyki, wygłaszał wykłady przed publicznością, która ziewała i natychmiast o wszystkim zapominała. Powszechna opinia nie lubi nowości.

Sposób myślenia, który wyklucza determinizm i pewność, jest stale konfrontowany z koniecznością wyrzeczenia się samego siebie: człowiekowi naprawdę wolnemu – powiedział gdzieś Valéry – nie zależy przesadnie na własnych opiniach; może z łatwością się ich wyrzec, jeśli wydają mu się sprzeczne z prawdą. Tak samo zresztą jak może wyrzec się stereotypów. Stąd współistniejący niepokój oraz ustawiczny dyskomfort, które charakteryzują wolnego człowieka.

To antropologia „człowieka wewnętrznego” umożliwiła nastanie oświecenia. Niezależne myślenie oznacza odejście od holizmu. W społeczeństwach holistycznych jedynie nieliczni są do tego zdolni (Sokrates). Ale judeochrześcijaństwo inauguruje antropologię, w której przyjmuje się, że wszyscy powinni być w stanie myśleć samodzielnie.

W niewielkim dziele zatytułowanym Co to jest Oświecenie? z 1784 r. Kant opisuje oświecenie jako proces, dzięki któremu człowiek wydobywa się ze swojej niedojrzałości, aby posłużyć się własnym rozumem. I powtarza za Horacym słowa: Sapere aude! Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem! Występuje w obronie panującego w tym czasie poglądu: proces ten jest spełnieniem powołania umysłu człowieka, które do tej pory pozostawało ukryte i istniało jedynie w postaci wirtualnej: „powołaniem każdego człowieka jest samodzielne myślenie”. Powołaniem ludzkiego umysłu jest samodzielne poszukiwanie prawdy w samotności, nie zaś w cieniu mentorów. Jeśli nie chce w sposób bierny wykorzystywać swojego rozumu, musi porzucić gotowy dyskurs i formułki myślowe klerków, od których nie jest wolne żadne społeczeństwo. W Krytyce władzy sądzenia Kant dokonuje pewnych uściśleń, podając je w formie maksym. Poza tym, że wolny umysł „myśli samodzielnie”, jest on także zdolny „myśleć, wstawiając się na miejsce każdego innego człowieka”3, inaczej mówiąc, może zapożyczać wszystkie inne punkty widzenia, aby skuteczniej poszukiwać prawdy – podczas gdy myśl dominująca wypowiada gotowe sądy, nie biorąc pod uwagę konkretnej sytuacji. Jedynie nabranie dystansu pozwala na tymczasową wszechobecność. Wreszcie myślenie „w zgodzie z samym sobą” oznacza, że umysł czuwa nad tym, aby człowiek żył tak, jak myśli, co staje się niemożliwe, gdy osąd jest heteronomiczny, gdyż życie ma swoje wymogi. Myślenie „bez przesądów” (samodzielne myślenie) uwalnia się od ośrodków władzy, gdzie pewne instancje myślą za wszystkich. „Myślenie rozszerzone” (a więc myślenie polegające na postawieniu się na miejscu każdego innego człowieka) pozwala obrać za punkt wyjścia każdy inny punkt widzenia, nie tylko zaś centralny punkt widzenia podmiotu. Myślenie „konsekwentne” (w zgodzie z samym sobą) uznaje samo siebie za centrum myślenia i centrum skoordynowanego z nim działania.

Oświecenie odpowiadałoby zatem stopniowemu pojawianiu się podmiotu myślącego, umysłu zdolnego do myślenia poza myśleniem zbiorowym. Chociaż ten rodzaj umysłowości zawsze istniał – być może stanowiąc wyjątek – to nowoczesność sankcjonuje tę zdolność jako cechę właściwą dojrzałej ludzkości: Juan Luis Vivès i Comenius już w XVII w. pisali, że każdy powinien móc nauczyć się myśleć samodzielnie, gdyż każdy jest powołany i zdolny do tego, by być nie tylko osobą godną, lecz również niezależnym podmiotem.

Jednak ogromnie trudno opuścić zamknięty, ciepły kokon wspólnej i powszechnie obowiązującej prawdy. Samodzielne myślenie jest groźne. Posuwamy się do przodu, niejednokrotnie cofając się. Czyż bowiem ukrytym pragnieniem nie jest powrót do przeszłości, do krainy myślowych gotowców.

Moda na stadne myślenie

Nic nie pozwala nam sądzić, że oświecenie uwolniło indywidualną myśl od grożących jej niebezpieczeństw. W czasach gdy autokratyczne reżimy upadają i gdy rozwija się demokracja, to właśnie opinia większości zajmuje miejsce autokracji, narzucając jednostce określony sposób widzenia. Mamy zatem do czynienia z sytuacją paradoksalną: w epoce, w której nikt nie musi przyjmować przekonań ojca, Kościoła czy państwa za własne, ludzie wykazują się bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości instynktem stadnym. Podczas gdy, być może po raz pierwszy w historii, każdy może myśleć, co chce, zauważamy, że niemal wszystkie umysły intonują wspólnie tę samą melodyjkę…

Tocqueville scharakteryzował to zjawisko już dawno temu, gdy tylko pojawiła się w Ameryce nowoczesna demokracja: w państwach demokratycznych – pisze – „większość panuje tak bezwzględnie, że aby oddalić się od wyznaczonego przez nią kierunku, trzeba poniekąd zrezygnować z obywatelskich praw i ludzkiej godności”4.

Cóż takiego się wydarzyło? Można by rzec, że jednostka odczuwa realną trudność, którą stanowi nie tyle samodzielne myślenie, ile wzięcie na siebie odpowiedzialności za własne myślenie: ciężaru bycia osamotnionym ze swoją opinią. Dlatego woli najczęściej zrezygnować ze swojego zdania, aby przynależeć do grupy.

Samotność myślenia jest zapewne najmniej komfortową z różnych form samotności. Życie codzienne odsuwa ją zwykle jak najdalej poprzez wszelkiego typu działania i wszelkiego rodzaju alibi. Simone Weil, zastanawiając się, jak było możliwe, że niektórzy ludzie wykonywali tak potworne rozkazy, tłumaczy to głęboką wewnętrzną potrzebą dostosowania się do grupy5.

Nasze myślenie jest myśleniem stadnym. Ów instynkt stadny, do którego nikt się nie przyznaje, po cichu uspokaja. Moda na określony sposób ubierania się jest, w porównaniu z tą modą na myślenie, wzbudzającym śmiech determinizmem, w którym odnajdują się i rozpoznają kolejne epoki, ale nikt nie uświadamia jej sobie w chwili, gdy obowiązuje.

Większość ludzi bardzo obawia się niezrozumienia. Podobnie jak czasami jesteśmy gotowi kupić spokój, i to nawet uciekając się do najbardziej haniebnych środków, kupujemy też przychylność rozumu za cenę ustępstw na rzecz dominującego sposobu myślenia. W takim rozumieniu terroryzm intelektualny odgrywa znacznie bardziej negatywną rolę niż jakikolwiek terroryzm polityczny, ponieważ nie wie o swoim istnieniu i do tego rozpowszechnia się bez widocznej przemocy. Wielu przyłącza się do tzw. oczywistego konsensusu, w ogóle się nad tym nie zastanawiając i czyniąc to nawet z pewnego rodzaju wdzięcznością.

Mimo, a może właśnie z powodu indywidualizmu, ludzie wciąż dążą do wspólnoty myślenia. Starają się ją osiągnąć poprzez zastraszanie, ponieważ wyrzekli się terroru fizycznego i przemocy. Wiktor Krawczenko nie został zmuszony do wypicia cykuty wzorem Sokratesa, ale potępiły go uznane autorytety intelektualne i moralne. To stanowiło najgorszy ostracyzm, bowiem Sokrates uratował honor, oddając życie, a Krawczenko stracił honor jako zdeklarowany kłamca w oczach całej inteligencji, chociaż to właśnie on miał rację. Cokolwiek by zostało powiedziane, społeczeństwo holistyczne o świadomości rozproszonej gromadzi po cichu wszystkie nasze głosy. Odrzuceniu zaś inkwizytorów towarzyszy inkwizycja jeszcze bardziej mroczna, ponieważ działa ona w zawoalowanej i niemal niewyczuwalnej formie. Najbardziej zauważalną konsekwencją tego stanu rzeczy jest to, że samotność w myśleniu staje się coraz rzadsza i znacznie trudniejsza niż kiedyś, gdyż nie przeciwstawiamy się już tylko jasno wyrażonym ograniczeniom, a nowoczesny konsensus pozostaje niejasny, przybierając atrakcyjną postać wolności słowa.

Jak należy to rozumieć? Moglibyśmy powtórzyć pytanie postawione przez La Boétie: dlaczego nie chcą się wyzwolić? Tym bardziej że myślenie konformistyczne nie powołuje się na żadne źródło, nie odwołuje się do nikogo i rozbrzmiewa nader głośno, chociaż nie opiera się na żadnych podstawach. Co gorsza, ukrywa się za swoim przeciwieństwem – za swobodą myślenia. Wszystko odbywa się tak, jakby poprawny, głoszony przez media sposób myślenia stanowił jedyną więź łączącą odizolowanych od siebie ludzi.

Jednorodność myślenia jest wyrazem znaczenia tej więzi. Natomiast wyróżnianie się byłoby równoznaczne z odizolowaniem się od reszty.

Ciężar idei

Błazen, o którym pisze Kołakowski zachowuje „postawę [negatywnej] czujności wobec absolutu jakiegokolwiek”6. Jego zadanie polega na tym, że „demaskuje jako wątpliwe to, co uchodzi za najbardziej niewzruszone, ujawnia sprzeczności tego, co wydaje się naoczne i bezsporne”7, i jest „stałym wysiłkiem refleksji nad możliwymi racjami idei przeciwstawnych”8. Szuka zatem racji także u przeciwników. Postawa błazna opiera się na szyderstwie, co jest czymś fundamentalnym dla intelektualisty, gdyż poddaje on krytyce świat i społeczeństwo, aby następnie podjąć krytykę swojego krytycznego oglądu.

Nie oznacza to jednak, że wystarczy przeciwstawiać się powszechnie przyjętym poglądom, aby myśleć naprawdę. Zbytnim uproszczeniem byłoby sądzić, że oficjalne centrum zawsze się myli i sam sprzeciw oznacza, iż ma się rację. Pryncypialny antykonformizm nadal pozostaje bowiem konformizmem, a ten, kto zawsze mówi „nie”, pozostaje więźniem swojego sprzeciwu, co właśnie uniemożliwia mu myślenie. Kiedy błazen staje się kapłanem swojego błazeństwa, wówczas należy go potępić jako kłamcę.

Wielu intelektualistów w XX w. sprzeniewierzyło się swojej misji, oddając swój intelekt na usługi parodii politycznych projektów.

W tekście O duchu rewolucyjnym (1972)9 Kołakowski opisuje, w jaki sposób wielu intelektualistów dało się uwieść pokusie totalitaryzmu. Jest wielce niepokojące, gdy uświadomimy sobie, jakże często intelektualiści (a więc ci, którzy powinni stanowić niewzruszoną opokę) jako pierwsi śpieszą, by służyć tyranii. Ten fakt stanowi według mnie podstawowy argument na rzecz demokracji. Od czasów Platona przeciwnicy demokracji utrzymują, że lud, niedostatecznie wykształcony i niemający doświadczenia w kierowaniu sprawami tego świata, nie będzie umiał podejmować właściwych decyzji. Kiedy jednak przyjrzymy się przełomowym momentom w historii, zauważymy np., że Martin Heidegger i Carl Schmitt wstąpili tego samego dnia do partii nazistowskiej i że w takich krajach jak np. Francja do 1989 r. ok. 95% intelektualistów było marksistami czy marksizującymi, a w każdym razie wyznawało poglądy bliskie marksizmowi – zaś dalszy bieg historii dobitnie wykazał, że te elity bardzo się myliły (we Francji w tym samym czasie lud wcale nie głosował masowo na marksistów), co świadczy o tym, że posiadanie dyplomu słynnej uczelni nie jest wcale wyznacznikiem właściwego osądu politycznego.

Po 1989 r., kiedy państwa Europy Wschodniej dopiero wyłaniały się z unicestwionego społeczeństwa, my, na Zachodzie, wychodziliśmy z unicestwionej myśli. Mieliśmy wprawdzie nadal nasz świat (gdyż nie przetestowano na nas tego systemu), lecz ten świat był pozbawiony legitymacji. Marksizm odegrał u was rolę społecznej bomby atomowej, a u nas – bomby atomowej w wymiarze intelektualnym. W 1990 r. humorystyczny rysunek w jednej z czeskich gazet przedstawiał przerażonego mężczyznę, który krzyczy do słuchawki w budce telefonicznej: „Policja? Właśnie ukradziono mi 40 lat życia!”. Nam tymczasem ukradziono 40 lat myślenia. Wszystkie nasze znaczenia zostały nam odebrane i zastąpiono je obowiązującą powszechnie prawdą. Wiele poglądów, na których opiera się świat, przekreślono, wyśmiano i przypisano demonicznym wrogom. Wszystkie nurty myślowe, które mogły prowadzić do odrzucenia ideologii, takie jak personalizm czy ordoliberalizm, zostały zdławione, aby pozostawić miejsce dominującemu nurtowi i służącym mu za wymówkę demonicznym wrogom. Przez długi czas mogliśmy być tylko marksistami albo faszystami, a dzisiaj z kolei możemy być właściwie wyłącznie socjalistami lub ultraliberałami.

Tymczasem myślenie niezależne od obowiązujących prawd jest rzeczą groźną. Mamy prawo, a nawet obowiązek, krytykować dawne tyranie, które również władza publicznie piętnuje. Niemile jest jednak widziana krytyka istniejących obecnie form intelektualnej opresji. Odnosząc się do odwagi w myśleniu, Chesterton napisał w książce Co jest złe w świecie: „Często dziś czytamy o męstwie czy śmiałości, z jaką buntownik atakuje wiekową tyranię albo przestarzały zabobon. Tak naprawdę nie ma wcale żadnej odwagi w atakowaniu rzeczy wiekowych lub przestarzałych, tak jak w wyzywaniu do walki własnej babci. Prawdziwie odważny jest ten, kto przeciwstawia się tyraniom młodym jak poranek i przesądom świeżym jak pierwsze kwiaty”10.

Intelektualiści, którzy przez dziesięciolecia wszędzie na świecie głosili i propagowali kłamstwo, muszą odpowiedzieć za ogłupianie kilku pokoleń. Było ono dziełem pełnych nienawiści działaczy przebranych za intelektualistów. Dokonało się w drodze najgorszego z oszustw: oszustwa popełnionego przez zniewolone umysły, które namaszczono jako umysły wolne i które dzięki temu zdobyły zaufanie naiwnych współobywateli.

Na koniec powrócę jeszcze na chwilę do stwierdzenia Kołakowskiego: idee trzeba brać na poważnie. Co to oznacza? Otóż oznacza to, że idee żyją. Odwaga myślenia polega więc również na tym, aby wziąć na siebie odpowiedzialność za działania, które idee te za sobą pociągają.

Bernanos mawiał, że idee wywołują wiatr, a ten wiatr zmienia świat. Idee nie są dekoracją, ornamentem, hałasem. Myśl ma pewien ciężar. Nie wolno sądzić, że idee są niewinne, ani też brać ich za mydlane bańki wypuszczone w powietrze. Kłamstwo zabija. Myśli i słowa żyją własnym życiem. Z chwilą gdy wydostają się na światło dzienne, przyczyniają się do kształtowania przyszłości.

Myślenie jest rzeczą groźną, gdyż to my ponosimy odpowiedzialność za światy, które myśl stwarza, żywi i rozwija.

Tłumaczył Oskar Hedemann

1 J.-F. Billeter, Contre François Jullien, Allia 2007, s. 119.

2 Św. Augustyn, Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Kraków 2001, s. 282 (X, 23).

3 I. Kant, Krytyka władzy sądzenia, tłum. J. Gałecki, Warszawa 1986, s. 210‒211.

4 A. de Tocqueville, O demokracji w Ameryce, tłum. M. Król, Warszawa 1976, t. 2, cz. 2, rozdz. 7, s. 264.

5 S. Weil, List do Georges’a Bernanosa, w: taż, Dzieła, tłum, M. Frankiewicz, Poznań 2004.

6 Zob. L. Kołakowski, Kapłan i błazen (Rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia), w: tenże, Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozproszone sprzed roku 1968, przedmowa, wybór, oprac. Z. Mentzel, Londyn 2002, t. 2, s. 293.

7 Tamże, s. 290.

8 Tamże, s. 291.

9 Tenże, O duchu rewolucyjnym, w: tenże, Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Londyn 1984.

10 G.K. Chesterton, Co jest złe w świecie, tłum. M. Reda, Sandomierz 2013, s. 44..

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata