70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Piotra Zychowicza historia w wersji pop

Historia bywa kapryśna, a suma błędów być może zawsze wynosi zero. Dlatego warto dokonywać głębszego namysłu i czasem wstrzymać się ze stawianiem kategorycznych ocen, zwłaszcza gdy pisze się trochę „inną” historię Polski, jak uczynił to Piotr Zychowicz.

Czy przez hipotetyczny sojusz II Rzeczypospolitej z III Rzeszą można było uniknąć tragedii września 1939 r.? Czy polityka Polskiego Państwa Podziemnego i rządu londyńskiego po pakcie Sikorski– Majski była słuszna? Czy powstanie warszawskie zasłużyło na miano „obłędu”? To tylko krótki katalog kontrowersyjnych pytań i zarzutów znajdujących się w dwóch głośnych, by nie powiedzieć: najgłośniejszych, w ostatnich dwóch latach książek z gatunku publicystyki historycznej autorstwa Piotra Zychowicza.

Pisarska bomba?

Pytania te nierozerwalnie wiążą się z bardzo wyostrzoną, miejscami wręcz brutalną historyczną oceną kilku kluczowych postaci II RP, a potem rządu na uchodźctwie: Józefa Becka, Władysława Sikorskiego, Tadeusza Bora- -Komorowskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Leopolda Okulickiego. Zychowicz, patrząc na historię na sposób manichejski, prócz czarnych charakterów ma także swoich bohaterów, tych, którzy trafnie odczytywali rzeczywistość, lecz ich nie posłuchano albo zignorowano. Są nimi Władysław Studnicki, Stanisław i Józef Mackiewiczowie, Kazimierz Sosnkowski, Tadeusz Katelbach, Janusz Bokszczanin czy zbiorowo Narodowe Siły Zbrojne. Autor Paktu Ribbentrop–Beck i Obłędu ’44 w bezkompromisowy, a miejscami perwersyjny sposób rozstrzyga wątpliwości, nazywając rzeczy po imieniu. Pisze o „koncertowej głupocie”, „polskiej megalomanii”, „nadętym ego”, „skrajnej niedojrzałości”, ale i „zdradzie”. Taki zestaw określeń gwarantował awanturę i liczne polemiki. Czy jego pisarstwo jest zatem przełomowe, czy wielkie kwantyfikatory i poważne oskarżenia mają służyć trafnemu odczytaniu słynnej sentencji Cycerona, że historia magistra vitae est?

Zychowiczowi z pewnością udało się jedno: reanimował, a nawet rozgrzał do czerwoności historyczną debatę publiczną. Wyprowadził ją z hermetycznych gabinetów i sal wykładowych instytutów historii. To duża wartość, której nie mam zamiaru bagatelizować. Ponadto linie podziału wokół jego książek przebiegają w poprzek poglądów politycznych i przyjętych „tradycyjnych” mód na postrzeganie historii w różnych środowiskach. Niemniej największy zamęt wprowadził Zychowicz wśród swoich kolegów z szeroko rozumianego obozu konserwatywno- prawicowego. Anegdotyczny już spór o książki Zychowicza pomiędzy Sławomirem Cęckiewiczem a Piotrem Gontarczykiem czy polemiczny w swojej istocie wywiad, jakiego udzielił Jarosław Kaczyński na łamach macierzystego dla autora Paktu… tygodnika „Do Rzeczy”, mają swój wymiar. A gdy dodamy do tego jeszcze jego jawną krytykę powstańczych aksjomatów Jarosława Marka Rymkiewicza i połączymy to z napływającymi pochwałami „za odwagę” ze strony dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, to musimy zadać sobie pytanie, czy nie mamy do czynienia z prawdziwą pisarską bombą. Przez wiele lat mówiło się, że Polacy niespecjalnie interesują się historią, a spory o wydarzenia związane z II wojną światową są domeną profesjonalistów. Biorąc pod uwagę szum wokół jego książek oraz ich sprzedawalności, można sądzić, że Zychowicz skutecznie obalił tę tezę. Czy zatem publicystyka historyczna Zychowicza z jego bardzo emocjonalnym stylem i wybitnie pamfletowym charakterem ma same zalety?

Ukąszony ahistoryzmem

Przede wszystkim książki Zychowicza cierpią na chorobę ahistoryzmu. W pułapkę tę wpadają dość często ci autorzy, którzy świadomie odrzucając naukowy sztafaż (jak mówi Zychowicz: opasłe i nudne przypisy), uelastyczniają język, zarazem podkręcając hardość zarzutów. Wobec postaci historycznych, którym ma sporo do zarzucenia, Zychowicz nie stosuje żadnej taryfy ulgowej. Dobrym przykładem jest główny antybohater Paktu… płk Józef Beck. Zychowicz pomija geopolityczny kontekst, w jakim znalazła się II RP po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 r. Nie bierze pod uwagę tego, że szef polskiej dyplomacji de facto zrealizował swoje zobowiązanie, i to nie tylko w kwestii wierności wobec koncepcji Marszałka „gry na dwu fortepianach” między III Rzeszą a ZSRR. Beck wywiązał się też z deklaracji, że uda mu się wciągnąć Francję i Wielką Brytanię do konfliktu z Niemcami. Nie mógł jednak przewidzieć, iż kraje dawnej ententy zachowają bierność, zwłaszcza że z polskiego punktu widzenia było to irracjonalne. Zychowicz skupia się natomiast na licznych błędach ostatniego ministra spraw zagranicznych II RP, żądając od niego, by przewidział wszystko, włącznie z obsesyjnym, zbrodniczym i rasistowskim charakterem reżimu hitlerowskiego.

Nie twierdzę, że samo postawienie pytania o alternatywę dla Polski w roku 1939 nie ma sensu. Zastanawianie się na tym ukazuje przecież historykowi wagę danego wydarzenia i jego dynamikę. Nie uważam również, że Beck był politykiem bez wad. Należy jednak ważyć zarzuty i bardzo uważać, by w pisarskiej zapalczywości nie zabrnąć za daleko. Pamiętajmy, że na każdą, nawet najbardziej błyskotliwą, spekulację można przecież odpowiedzieć przeciwspekulacją. Warto w tym miejscu zatrzymać się nad zagadnieniem coraz częściej snutych (Piotr Zychowicz nie był w tym względzie ani pierwszy, ani zapewne nie będzie ostatni) rozmaitych alternatywnych scenariuszy dotyczących tego, jak mogłyby potoczyć się losy Polski podczas II wojny światowej. Co ciekawe, wyjątkowa mnogość przede wszystkim pozytywnych historii kontrfaktycznych sugeruje, że Polacy, niezależnie od barw politycznych, pragną mieć historię pełną sukcesów. Zychowicz również uległ tej modzie. Autor projektuje daleko idące fantasmagorie z wizją zatknięcia biało-czerwonej flagi na Kremlu, dorzucając do tego tezę o tym, że Holokaust nie zaistniałby na taką skalę, powołując się przy tym zupełnie ahistorycznie na casus Węgier pod rządami admirała Horthy’ego.

Wydawałoby się, iż po krytyce Paktu…  Zychowicz wziął sobie do serca cześć uwag krytycznych, pisząc Obłęd ’44 w nieco inny sposób. Pewne fragmenty świadczą o tym, że to tylko złudzenie. Hipotetyczna opowieść o triumfie II RP w II wojnie światowej jest tu zastąpiona pamfletem. W Obłędzie… nie ma już części beletrystycznej, jest za to część emocjonalno-oskarżycielska. Bywa, że Zychowicz przeistacza się w surowego prokuratora, stawiając przed historycznym trybunałem Sikorskiego, Mikołajczyka, Bora-Komorowskiego, nie mówiąc o samym Okulickim, którego co prawda nie nazywa wprost zdrajcą, ale „niech sami sobie Państwo odpowiedzą na to pytanie”. Całe dowództwo AK i Polskiego Państwa Podziemnego jest tu postawione pod pręgierzem. Zychowicz tworzy swego rodzaju „historiografię niepokorną”, wyśmiewając przy okazji niemal całą historiografię „oficjalną”. Nie szuka niuansów, nie patrzy na trudny kontekst okupowanej Polski roku 1944 czy 1945. Takie postawienie sprawy prowadzi autora do sprzeczności, niekonsekwencji i kilku szokujących tez. To wielka szkoda, gdyż jego krytyka, zwłaszcza decyzji o wybuchu powstania warszawskiego, jest dobrze udokumentowana, racjonalna i choć powtarza znane już historykom argumenty, to dzięki ich kondensacji nadaje im odpowiedni wymiar. Zychowicz prezentuje w tych fragmentach mądrą konstatację, iż zanim zaczniemy kogokolwiek oskarżać o „brak pomocy”, „wiarołomstwo” czy „zły los”, powinniśmy przyjrzeć się własnym błędom i wyciągnąć z nich wnioski. Zwłaszcza prawicowo-konserwatywnego czytelnika takie oceny mogą skłonić do refleksji nad naszą historią.

Dziecięca choroba antykomunizmu

W drugiej książce Zychowicz nie ustrzegł się przed myśleniem życzeniowym. Postulowana przez niego strategia „spokój za spokój” wobec okupacyjnej polityki III Rzeszy jest tego dobrym przykładem. Począwszy od kampanii wrześniowej i dokonanych już podczas działań wojennych niemieckich zbrodni, po pierwsze egzekucje w Generalnym Gubernatorstwie, w żaden sposób „niesprowokowanych” działalnością raczkującego wtedy ruchu oporu, widać jak na dłoni, że było to niemożliwe. W związku z tym Zychowicz popełnił dość zasadniczy błąd, stawiając w zasadzie znak równości między okupacją Niemiec hitlerowskich i GG a późniejszą hegemonią i podległością Polski Ludowej wobec ZSRR. Nazwałbym to „dziecięcą chorobą antykomunizmu”. Istnieje podstawowa jakościowa różnica pomiędzy nazistowskim totalitaryzmem a radzieckim stalinizmem czy szerzej: komunizmem. Zaznaczam, że nie chodzi tu o żadną relatywizację zbrodni ani chęć ocieplenia któregoś z totalitaryzmów.

Hitleryzm był obliczony na eksterminację, także Polaków. Mein Kampf nie pozostawia w tym względzie najmniejszych złudzeń. Jednym z nadrzędnych celów Führera, z którym przystępował do wojny, była walka z „międzynarodowym żydostwem”. Drugą kwestią była wojna na Wschodzie, walka o Lebensraum. Sprawa ta była dla nazistów ideologiczną krucjatą, a nawet czymś więcej, misją. Zychowicz w swoich wnioskach zupełnie pominął tzw. Generalplan Ost (Generalny Plan Wschodni), czyliniemiecki plan osiedleńczy i germanizacyjny terytoriów Europy Wschodniej, który zakładał wyniszczenie i wysiedlenie większości miejscowej ludności słowiańskiej, w myśl nazistowskiej polityki rasowej określanej jako „niższe rasy słowiańskie”, i postulował osiedlenie na ich miejsce Niemców i „aryjczyków” z innych części Europy. Głównymi założeniami tego „nowego niemieckiego ładu” miały być całkowita eksterminacja Żydów oraz większości Słowian, a także germanizacja, przesiedlenia lub fizyczne wyniszczenie innych pomniejszych grup ludnościowych, których odpowiednia część zostałaby zakwalifikowana jako „małowartościowa”. W stosunku do Rosjan planowano całkowite biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania rozrodczości. Polaków zamierzano pozostawić w liczbie od 4 do 8 mln w charakterze niewolniczej siły roboczej.

Natomiast „radziecki raj”, z ogromem przelanej ludzkiej krwi, nie był tym samym co niemiecki narodowy socjalizm. Przeciętny Polak, a tym bardziej Żyd, komunizm przeżywał. W Europie Hitlera takiej szansy by nie było. Można było zatem zakładać (biorąc pod uwagę oświeceniowy pseudouniwersalizm systemu), że komunizm w odróżnieniu od nazizmu może się reformować i podlegać fluktuacji. Zresztą późniejsza praktyka historyczna to potwierdziła. Stalinizm w Polsce różnił się od Polski Gomułki, a ta z kolei od ery Gierka. Nawet w najczarniejszych latach 50. Polacy nie byli eksterminowani jako naród, lecz podlegali brutalnej hegemonii politycznej. Nie powinno się zestawiać i liczyć ofiar obydwu totalitaryzmów, ale śmierć 6 mln obywateli II RP (w tym 3 mln polskich Żydów) to znacznie więcej niż około 350 tys. ofiar okupacji radzieckiej 1939–1941 i okresu polskiego stalinizmu 1944–1956.

Autor Paktu… nie bierze w ogóle tych różnic pod uwagę. Z pewnych fragmentów wynika, że traktuje III Rzeszę jak normalnego partnera, z którym można coś ustalić czy wynegocjować taktyczne modus vivendi. Tytułując jeden z rozdziałów Obłędu: Na wschodzie trzymamy kciuki za Wehrmacht, Zychowicz nie zdaje sobie sprawy, że praktyczna realizacja tego postulatu mogłaby w najlepszym razie wydłużyć II wojnę światową o kilka lat, a tym samym pochłonąć kolejne ofiary. A przecież autor Obłędu… swoją Realpolitik chciał chronić substancję biologiczną narodu. Twierdzenie, że jakikolwiek pakt z III Rzeszą był wtedy możliwy, to klasyczne myślenie życzeniowe. Tak jak instrumentalnie Hitler traktował propozycje złożone Beckowi (przypominam znaczącą rozmowę Hitlera z gen. Waltherem von Brauchitschem z marca 1939 r., kiedy mowa była o tym, że „Polska powinna być tak rozgromiona, aby w ciągu najbliższych dziesięcioleci nie trzeba było brać jej w rachubę jako czynnika politycznego”), tak samo podczas II wojny światowej Niemcy w żaden sposób nie byli zainteresowani powstaniem nawet kadłubowego kolaboracyjnego rządu polskiego. Przy okazji należy wspomnieć, że byli i tacy, którzy chcieli taki rząd stworzyć. O tym, że nigdy nie potraktowano ich poważnie, Zychowicz nie chciał pisać. Zastanawiające jest w tym kontekście całkowite znikniecie w Obłędzie… centralnej przecież postaci Paktu…, czyli Władysława Studnickiego…

Nieznośna lekkość oskarżeń

Wydaje się, że Zychowicz nie wyczuwa także, w jak trudnej sytuacji politycznej znalazł się w 1944 r. emigracyjny rząd w Londynie. Ludzie ci, włącznie z tak wykpiwanym na kartach Obłędu… Sikorskim i Mikołajczykiem, byli całkowicie uzależnieni od łaski i dobrej woli Brytyjczyków i Amerykanów. W 1944 r. pole manewru Mikołajczyka było bardzo ograniczone. W tak trudnym położeniu przywódcy emigracyjni, a także oficerowie AK postanowili jednak zaryzykować i spróbować podjąć grę ze Stalinem. Bierność w ich rozumieniu oznaczała sowietyzację kraju. Powstanie warszawskie było desperacką próbą odwrócenia tego stanu rzeczy. Próbą, zgodzę się z Zychowiczem, wręcz szaleńczą, bo aby się powiodła, musiało kolejno udać się wiele piętrowych polityczno- -militarnych kalkulacji. AK powinna pokonać Niemców, a legalny polski rząd w osobie delegata rządu na kraj powitać Armię Czerwoną w wyzwolonej stolicy. Nie jest przy tym wcale oczywiste, że Stalin zaakceptowałby ten stan rzeczy, ale „trudne do wyobrażania” zwycięstwo dawałoby przynajmniej cień szansy. Od początku była to mrzonka i fantasmagoria, a ci oficerowie KG AK, którzy ostatecznie wydali rozkaz rozpoczęcia powstania, źle, a wręcz fatalnie ocenili sytuację, ignorując straty ludzkie i materialne. Mówiąc Zychowiczem, wyskoczyli z 10. piętra bez spadochronu. Autor Paktu… racjonalnie i rzetelnie to odmalowuje. W tym przypadku również jak najbardziej uzasadnione było przedstawienie alternatywnej decyzji dowództwa AK, czyli zaniechania walk. Realnie istniała taka możliwość, a oficerów przeciwnych bądź sceptycznych wobec wydania Niemcom „bitwy” w Warszawie była poważna liczba. Co do tego nikt nie powinien mieć wątpliwości.

Niemniej rozumowanie tych, którzy się tak tragicznie pomylili, mogło w tamtym czasie wyglądać równie racjonalnie. Spójrzmy przez chwilę na sytuację z ich perspektywy. Czy stolica Polski mogła zachować się biernie? Czy nie zostałoby to wykorzystane jako przejaw słabości polskiej konspiracji i nie ułatwiło oskarżeń o uchylanie się od walki z Niemcami? Co miało robić kierownictwo podziemia po wkroczeniu Armii Czerwonej? Ujawnić się i poddać bez uprzedniej walki? Pozostać w konspiracji? Wycofać się wraz z Niemcami na Zachód? Każde z tych działań w rozumowaniu zwolenników powstania świadczyło o słabości podziemia i przyspieszało odsunięcie AK i rządu londyńskiego od prawa decydowania o losach kraju. Szkoda, że Zychowicz nie przedstawił tych dylematów, lepiej wtedy zrozumielibyśmy tragizm tamtego czasu, ale także przenikliwość osób takich jak płk Bokszczanin, którzy trafnie ocenili sytuację. Niestety, Zychowicz zamiast zrozumieć, woli oskarżać.

Baczyński w PPR

A można przecież wyobrazić sobie o wiele czarniejszy scenariusz. Powstanie warszawskie przeprowadza nie AK, ale Armia Ludowa do spółki z Armią Czerwoną. Faktycznie Warszawę wyzwalają Rosjanie, dorabiając później heroiczny rys garstce partyzantów pod wodzą Zenona Kliszki. Nie ma przy tym znaczenia, czy AL w Warszawie w ogóle brałaby udział w walkach. Wiadomo było, że jej zdolność bojowa była równa zeru. Stosownie do tej hipotezy Polacy odarci z mitu „walecznej AK” mieliby teraz wciąż ulice Zenona Kliszki bądź Mariana Spychalskiego, a AL z taką „piękną patriotyczną kartą” weszłaby po wsze czasy do narodowo- -wyzwoleńczego panteonu. W Warszawie stałby pomnik Władysława Gomułki, a Moczarowskie Barwy walki zastąpiłyby w kanonie lektur szkolnych Kamienie na szaniec. Po przełomie 4 czerwca 1989 r. mogłoby być podobnie. Nie byłoby przecież innego punktu odniesienia. Oskarżenia, że ludzie ci byli bolszewickimi konfidentami, odrzucić można by z łatwością. Mówiono by, że przede wszystkim jako jedyni walczyli z hitlerowskimi oprawcami. Kto by pamiętał nazwę „Polska Walcząca”? Zdyskredytowana, oskarżana o kolaborację, leżałaby gdzieś na śmietniku historii. Otwarta też byłaby wtedy kwestia „węgierskiego” scenariusza 1956 r. w Polsce, a także znacznie powszechniejsza akceptacja społeczna dla komunizmu. Można przecież sobie wyobrazić, że na takiej właśnie fali Krzysztof Kamil Baczyński wstąpiłby do PPR. Idźmy dalej: być może także doświadczenie Solidarności jako ruchu non violence miałoby inny charakter. Warto w tym miejscu przywołać słowa Jana Olszewskiego podczas dramatycznej dyskusji w Komisji Krajowej Solidarności po „prowokacji bydgoskiej” w 1981 r., gdy przestrzegając związkowców, by podjęli rozważną decyzję na temat strajku generalnego, przypomniał… gorące głowy polskich oficerów prących do powstania w Warszawie. Zychowicz, niestety, o tych wszystkich uwarunkowaniach zapomina, a szkoda. Każdy scenariusz ma swoje dalsze konsekwencje.

Lepiej ostrożnie niż efektownie

Historia bywa kapryśna, a suma błędów być może zawsze wynosi zero. Dlatego warto dokonywać głębszego namysłu i czasem wstrzymać się ze stawianiem kategorycznych ocen, zwłaszcza gdy pisze się trochę „inną” historię Polski, jak uczynił to Piotr Zychowicz. Jeśli postulat, że historyk nie powinien być zwykłym zbieraczem wiedzy, traktujemy poważnie, to może lepiej stawić czoło dawnym klęskom, by je wreszcie w sensie nader symbolicznym przezwyciężyć? Nie sądzę, by nasza psychologia narodowa na tym ucierpiała. W pogoni za współczesnym sukcesem i merkantylnym uznaniem, gubiąc gdzieś polski tragizm historii, pozbawiamy się zrozumienia przeszłości i banalizujemy pamięć, rzecz dla każdej zbiorowości niezbędną. Warto o tym pamiętać, czytając kolejną pozycję z półki publicystyki historycznej podlanej sosem „co by było, gdyby”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata