70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sztuka bycia sobą

Współczesna filozofia pełni czasem funkcję recyclingu starych pojęć, które są tak wyświechtane i wysuszone, że właściwie już nam nic nie mówią. Nawet wielkie idee oparte na wspaniałych metaforach mogą tracić świeżość i stawać się kliszami, które służą nie do myślenia, ale do podniosłego gadania. Filozofia ma dbać o to, żeby szacowne pojęcia z powrotem zaczynały dawać do myślenia. Pojęcie „bycia sobą” również domaga się odnowienia.

Wydaje nam się, że pojęcie „bycia sobą” jest proste do wyjaśnienia, lecz trudne w realizacji. Chciałbym postawić dwie mocne tezy. Teza numer jeden – nie wiemy dokładnie, co to znaczy być sobą. Każdy z nas ma jakieś intuicyjne przekonanie i czuje pewien dyskomfort, gdy ktoś mu oznajmi albo sam odczuje, że nie jest sobą. I teza numer dwa, jeszcze ostrzejsza – wbrew potocznej opinii wartość bycia sobą jest dyskusyjna. Po co mamy być sobą, skoro łatwiej, wygodniej, a czasem piękniej sobą nie być?

Twierdzę, że bycie sobą jest zagadką. Ludzie natomiast odpowiadają: przecież wszyscy rozumiemy, czym jest bycie sobą. Co zatem wiemy?

Zdaje się, że bycie sobą jest czymś, co można odnaleźć na trzech podstawowych ścieżkach.

Ilustracja do nr 704 miesięcznika

Sztuka bycia sobą, ilustracja: Arobal

Pierwsza ścieżka to panowanie nad własnym życiem, autonomia. Autonomia może znaczyć różne rzeczy – kontrolę, suwerenność, niezależność od zewnętrznych okoliczności. Nie o taką autonomię nam chodzi. Rzadko kto ma czelność powiedzieć, że jest zupełnie uniezależniony od tego, co się dzieje w świecie, od tego, co się dzieje poza nim. Nie kontrolujemy do końca naszego życia. Jednak jest jeszcze inne, ludzkie pojęcie autonomii, które znaczy, że jesteśmy w stanie rozeznać się w tym, co ważne, a więc w tym, co może być dla nas racją, motywem; oddzielić to, co ważne, od tego, co nieważne, i działać według tego, co uznajemy za istotne. Takie jest współczesne pojęcie autonomii. Oznacza ono tyle: żyjesz w świecie, masz pewne pragnienia i wybierasz z nich te, które są ważne i które ty sam uważasz za ważne. Jeśli potrafisz to uczynić, będziesz sobą. Wydaje się, że w niektórych sytuacjach, nawet wtedy kiedy zniewalają nas wewnętrzne albo zewnętrzne okoliczności, gwałt zewnętrzny bądź wewnętrzny nałóg, jesteśmy w stanie ocenić, co jest ważne, i przynajmniej starać się to zrealizować. Miarą naszej autonomii jest to, na ile potrafimy zapanować nad życiem, a więc kierować się własnymi wyborami. Piękna ścieżka – ścieżka autonomii. Oczywiście pojawiają się na niej przeszkody. Mówimy, że autonomia stanowi ideał, ale w życiu jest trudniej, w życiu największym wyzwaniem jest walka ze słabą wolą. Nie trzeba św. Pawła, żeby zrozumieć, że czasem wiem, co jest dobre, a wybieram to, co złe. Albo wiem, co jest ważne, a wybieram to, co jest mniej ważne. To jedna ze słabości ludzkiej woli, której nie potrafimy właściwie wyjaśnić. Jak to jest? Nie wybieramy tego, co dla nas samych jest ważne, tylko to, co miałkie, śmieszne, wygodne. Nawet jeżeli poradzimy sobie z tą słabością woli, to im dłużej żyjemy, tym wyraźniejsze staje się rozróżnienie między tym, co ważne według naszej woli i naszego sądu, a tym, co pilne, czego wymaga od nas rzeczywistość. To jest właśnie codzienność naszego życia. Wiem, co jest ważne, ale bardzo rzadko to realizuję, bo jest cały stos rzeczy pilniejszych, one są ważne tu i teraz, nie ważne w ogóle. Dlatego właściwie im dłużej żyjemy, tym bardziej rzeczy istotne odchodzą na dalszy plan. Bardzo rzadko kierujemy własnym życiem. Spróbujmy podliczyć, ile godzin spędzamy na tym, co pilne i co trzeba zrobić, i porównajmy to z godzinami czy chwilami, w których robimy to, co my sami uważamy za ważne. Nie jesteśmy więc sobą. To jest nasza słabość albo słabość czy klęska świata, w którym żyjemy.

Tutaj dopiero zaczyna się prawdziwe myślenie. Zastanówmy się, czy naprawdę ta droga autonomii jest prawdziwym ideałem. Nie jest istotne to, czy my czasem na tej drodze upadamy, ale czy warto nią kroczyć. Każdy, kto obserwuje, co się dzieje z ideami na rynku publicznym, wie, że poszczególne idee mają swoje karykatury. Pierwsze nasze zadanie będzie zatem polegało na oddzieleniu karykatury idei od idei prawdziwej. Karykatura idei autonomii – na czym ona polega? Polega ona na tym, że chcemy zapanować nad własnym życiem, a więc kontrolować je aż do końca. To jest próba odzyskania suwerenności. Chcemy zrobić wszystko sami, zabezpieczyć się, żeby żadna niespodzianka na nas nie czekała, żeby te wszystkie rzeczy, które nas otaczają, były przewidywalne, pozostawały pod kontrolą. Nie trzeba jednak czytać biblijnej przypowieści o gospodarzu, który budował spichrze, aby pomieścić obfite zbiory, a tej samej nocy zabrano jego duszę do nieba, by zdać sobie sprawę, że nie panujemy nad swoim losem, nie panujemy nad śmiercią – własną i cudzą, nie panujemy nad miłością. Najciekawsze i najważniejsze rzeczy nie są pod naszą bezpośrednią kontrolą. Przyjrzyjmy się teraz rzeczywistemu ideałowi autonomii. Nie pragnę uzyskać suwerennej kontroli nad własnym życiem, chcę, gdy przychodzą do mnie różne bodźce z zewnątrz, móc wybierać tylko te, które są najważniejsze. Co by się wówczas działo? Okazuje się, że ten ideał wymaga od nas zamknięcia oczu na siebie samych – na własne emocje, na nasze dziwne stany, na to, co jest w nas, a nad czym zupełnie nie panujemy. Powinniśmy być coraz bardziej racjonalni, powinniśmy być jak mędrzec stoicki, który przyjmował wszystkie ciosy losu, ale się im nie poddawał, ponieważ oceniał je z perspektywy tego, co jest ważne, i tego, co nieważne. Ważne jest, żeby zachować cnotę. Czy jednak taki mędrzec nie jest obcy światu, a w pewnym sensie także samemu sobie? Czy on nie znika, nie staje się takim potężnym rozumem, który musi przyjmować jedynie rzeczy ważne, a te, które czasem stanowią o smaku naszego życia, musi odstawiać? Filozofowie anglosascy, którzy mają odwagę atakowania ciekawych i kontrowersyjnych tematów, zastanawiają się ostatnio nad tematem moralnego świętego – tego, który uznaje, że w każdej sytuacji należy postępować moralnie. Okazuje się, że z takim typem człowieka nikt by nie wytrzymał, bo oprócz moralności, oprócz czynienia tego, co ważne i dobre, istnieje cała sfera tego, co też domaga się realizacji.

Dziwny ten ideał autonomii. Nie jest wcale takie jasne, czy to właśnie jego mamy głęboko w zakamarkach naszej duszy. Może zatem droga autonomii nie jest tą drogą, którą powinniśmy kroczyć, aby być sobą? Może istnieje inne wyjście?

Droga druga to droga autentyczności. Można ją układać różnie, ale zasadniczo chodzi o to, żeby realizować, spełniać czy rozwijać w sobie to, co jest nasze. Nasze pragnienia, talenty, spotkania, a więc te doświadczenia, które są dla nas najcenniejsze, z którymi przyszliśmy na świat, te nasze najbardziej zakorzenione marzenia. Spełnienie jest jednym, dla niektórych nawet wystarczającym, z warunków szczęścia. Kapitalna idea – być sobą to znaczy realizować i spełniać samego siebie. Spytajmy jednak, czy naprawdę tak często bywamy autentyczni. Tutaj również pojawiają się smutne refleksje. Wydaje się, że niewiele rzeczy spełniliśmy z tego, co jest w nas najbardziej zakorzenione. Z biegiem lat nasze pragnienia i marzenia są coraz rzadziej realizowane, nie mamy siły, wewnętrznej mocy ani też przekonania do tego. Słabo jest z nami. Im człowiek starszy, tym częściej ma przekonanie, że wszystkie rzeczy, które chciałby z siebie wydobyć, spełnić, zaliczyć można raczej do kategorii marzenia. Nie bardzo lubię spotkania po latach z moimi przyjaciółmi z liceum, ze studiów. Są bardzo sentymentalne. Przypominamy sobie nasze marzenia i żyjemy w nich przez chwilę, a potem wracamy do codziennego życia. Okazuje się, że ten ideał realizacji, spełnienia siebie jest strasznie trudny do osiągnięcia. Nie tylko ze względu na naszą słabość, ale też rodzaj oporu ze strony świata. Jesteśmy wrzuceni w ten surowy świat i większość tego, co w nas jest, nie rozkwitnie. Znów warto pomyśleć nad samym ideałem autentyczności. Najpierw musimy sprawdzić, czy ten ideał autentyczności nie posiada swojej karykatury. Szybko okazuje się, że ta karykatura oczywiście istnieje, spotykamy ją wszędzie, jest obecnie niesłychanie popularna w poradnikach duchowości i w kulturze masowej. Mówi się: bądź sobą, to znaczy wydobywaj z siebie to, co w tobie jest, bądź autentyczny, pozbądź się barier, granic. Im bardziej wyrazisz emocje, uczucia, tym lepiej. Ta karykatura w moim rozumieniu polega na tym, że autentyczność jest rozumiana jako wyrzucanie z siebie tego, co jest teraz, tego, co powierzchowne. Nasz gniew jednak wcale nie odsłania tego, co jest w nas najbardziej zakorzenione, tego, co jest naszą wewnętrzną prawdą. Czasem może to wyrazić, ale rzadko. Zastanówmy się, jak by to było, gdybyśmy mogli naprawdę spełnić siebie. Okazuje się, że tu pojawia się kłopot, bo można powiedzieć, że jest w nas sporo talentu i pragnień, które się sobie przeciwstawiają. Nie jesteśmy w stanie spełnić naszych pragnień. Ogromna większość dylematów w życiu polega na pytaniu: co mam robić? Jestem utalentowany w tym i tym, ale nie mogę robić naraz dwóch rzeczy. Trzeba się dookreślić, a nie iść w wielu kierunkach. Ideał całkowitego wyrażania siebie jest więc sprzeczny. Zatem ideał autentyczności może polega na wyrażaniu tego, co jest w nas najważniejsze, najcenniejsze, najbardziej zgodne z prawdą. Wtedy naprawdę skoncentrowalibyśmy się na wyrażaniu samych siebie. W zamian otrzymalibyśmy jednak coś w rodzaju „kikutów życia”. Mówię o tym ostro, bo naprawdę zadziwiające jest, jak wielkie talenty i pasje mogą być udziałem ludzi, którzy z naszego intuicyjnego punktu widzenia nie potrafią sobie poradzić z własnym życiem. Zauważmy, jak trudno przeżyć całe życie, mając jedną podstawową pasję.

Wtedy nasza egzystencja polega na tym, że albo realizuję pasję, albo popadam w stany jedynie zbliżone do życia. Jednostronny rozwój prowadzi do tego, że nasze życie staje się spazmatycznym wołaniem o to, by pewna część nas rozbłysła, a inna pozostała w cieniu. Iluż znamy sportowców, muzyków, z którymi nie można normalnie porozmawiać, dla których całe połacie życia nie istnieją, żyją oni jedynie po to, by przez chwilę rozbłysnąć, ale nie wydaje się, by spełniali w ten sposób podstawowe intuicje związane z byciem sobą.

A może spełnianie siebie wcale nie jest tym, o co chodzi? Prócz autentyczności musi być przecież coś, co jest ważne, żeby żyć. Na razie mamy dwie drogi, na których i tak upadamy. Nawet gdybyśmy przeszli je do końca, najprawdopodobniej nie chcielibyśmy znać takich siebie. Wydaje się, że zarówno ideał autentyczności, jak i autonomii nie są dla nas.

Może zatem trzecia, ostatnia droga jest czymś, co warto rozwijać. To jest droga autokreacji. Chodzi tutaj o to, by nie być niewolnikiem własnej natury. O życie, w którym można zawsze się zmienić, mieć dystans wobec samego siebie, być otwartym na zmiany, ciągle się rozwijać. Może o to powinniśmy się starać? Nie być niewolnikiem własnych dobrych i złych przyzwyczajeń. Im jesteśmy starsi, tym trudniej o wolność. Wraz z upływem lat coraz bardziej się boimy. Jesteśmy słabsi, jeśli chodzi o autokreację. Nie potrafimy podać siebie w wątpliwość, odskoczyć od samych siebie, być plastycznymi wobec tego, co nas spotyka. Jeżeli już idziemy drogą, którą przez lata kroczyliśmy, przetarliśmy, to inne drogi zdają się niebezpieczne i wiemy, jak łatwo się na nich potknąć. Znów – ideał piękny, realizacja taka sobie. Często mówimy do Boga: takim mnie stworzyłeś, takim jestem. Albo, wybierając wersję tryumfalną: jestem, jaki jestem. Ludzie uważają to współcześnie za kwintesencję bycia sobą, ale prawdopodobnie jest to jeden z podstawowych przypadków zagubienia samego siebie. Przyjrzyjmy się dokładnie temu ideałowi. Ideał autokreacji też ma swoją karykaturę, która współcześnie pojawia się dość często. Polega ona na tym, że sama zmiana staje się idolem. Jeśli nie wiemy, kim jesteśmy, ubieramy na siebie różne tożsamości. Twierdzimy: mogę być taki lub inny. Zmieniamy stroje, maski, ale pod spodem, mówiąc Tischnerem czy Gombrowiczem, nie mamy twarzy. Czy na tym polega pewien rodzaj smaku bycia człowiekiem? Na tym, że przemieniam się i nigdy tak naprawdę nie angażuję się w to, kim jestem, bawię się życiem. Ideał zabawy może być interesujący, ale jeśli jest doprowadzony do skrajności, moje bycie sobą staje się czymś mało znaczącym. Jeśli się bawię, lecz ta zabawa polega na przebieraniu się w kolejne maski, które nie mają trwałego wpływu na mnie samego, to otrzymujemy odwrotność i karykaturę bycia sobą jako autokreacji.

Poważnie rozumiany ideał autokreacji domaga się wolności wobec własnej natury, nabrania dystansu wobec najgłębiej zakorzenionych cech, przyzwyczajeń i przekonań o sobie i świecie. Ciągle wybieram i tworzę siebie na nowo, porzucając stare sposoby istnienia. Jestem po części swoją własną kreacją. Jednak w odróżnieniu od karykaturalnej zabawy w przybieranie tożsamości – przyjmuję za tę kreację pełną odpowiedzialność. Czy jednak dążenie do ideału autokreacji – nieokieł-znana pasja w tworzeniu samego siebie – nie grozi zagubieniem?

Mamy zatem trzy drogi: autonomia, autentyczność, autokreacja. Trzy wspaniałe ideały, wedle których mieliśmy znaleźć samych siebie. Znaleźliśmy? Otóż okazuje się, że nie potrafimy tych ideałów zrealizować, a nawet gdyby nam się udało, doszlibyśmy być może do sytuacji, w której nie poznalibyśmy samych siebie. A przecież o coś innego tutaj chodzi. Nie o czystą autonomię, czystą autentyczność, czystą autokreację. Zatem o co? W tej chwili zdrowo myślący człowiek powie coś takiego: filozofowie mają skłonność do dzielenia włosa na czworo. Podzieliłeś bycie sobą na trzy wymiary, a one przecież są razem. Życie polega na tym, żeby starać się jak najmocniej zrealizować każdy z nich. Nie tylko być autonomicznym, ale także realizować siebie, mieć dystans, nie traktować się tak bardzo poważnie, trochę grać sobą, kierować realizacją samego siebie. Piękny obraz i kolejna fikcja. Dlaczego? Wydaje się, że te trzy ideały często występują przeciw sobie. Dobrze obrazują to dwa przykłady. Istnieje syndrom szczęśliwego niewolnika. Polega on na tym, że spełniam się w niewoli, nie chcę być autonomiczny, nie chcę wybierać, chcę, żeby to mną kierowano, ale tak kierowano, żebym pozostał sobą. To czasami jest niezwykle autentyczne. Gdybyśmy mieli wygodę, posiadali rzeczy, o których marzymy, to czy wolność byłaby naprawdę czymś tak ważnym? Szczęśliwy niewolnik jest problematyczny dla filozofii. Podobne zjawisko występuje obecnie w debacie na temat tego, czy kobieta może się realizować, rezygnując z pracy zawodowej na rzecz domu. Jak przedstawić uległą żonę – tę, która uważa, że jej mąż ma zawsze rację? Może tak jest, może ona czuje się przy nim spełniona? Dlaczego odbierać jej możliwość realizacji siebie w ten sposób? Drugi przykład dotyczy sytuacji, gdy ktoś w pewnym momencie porzuca swoje życie i staje się mnichem, pustelnikiem. Czy może to zrobić? Czy jest to realizacja samego siebie, czy wręcz przeciwnie? Czy porzucanie samego siebie to zdrada? A więc porzucenie własnej autentyczności na rzecz autokreacji? Czy też wręcz przeciwnie – odnalezienie samego siebie? Jak to ocenić? Nie wiemy. Jeśli bycie sobą opiera się na trzech wymiarach, które są wewnętrznie sprzeczne, jak zatem osiągnąć jedność? Okazuje się, że na razie nie bardzo widać, jak można rozwiązać dylemat bycia sobą. Szukaliśmy go na trzech drogach. Okazało się, że żadna z tych dróg do końca nam nie odpowiada. Być może ich synteza byłaby lepsza, ale trudno ją sobie wyobrazić. Może powinniśmy tylko skromnie powiedzieć, że człowiek powinien realizować na tyle, na ile może, każdy z tych trzech wymiarów. Jednak w pewnych sytuacjach, jeżeli one występują przeciwko sobie, po prostu nie wiemy, czy to jest bycie sobą czy nie.

A może odwróćmy sytuację? Może bycie sobą jest tam, gdzie do tej pory go nie dostrzegaliśmy – w momentach styków i napięć. Może ono gdzieś tam tkwi, a my je musimy tylko odkryć. Każdy człowiek ma w sobie zapisaną kartkę, coś takiego, co jest jego wewnętrzną prawdą i tę wewnętrzną prawdę trzeba wydobyć. Ale przecież bycie sobą jest również dynamiczne i twórcze. W tych skrajnych sytuacjach odsłania się bycie sobą jako aktywna synteza trzech wymiarów – autonomii, autentyczności i autokreacji. Ta synteza jest dana źródłowo w ważnych życiowych wyborach. Zazwyczaj mam do czynienia z wyborem w codziennych sytuacjach, np. podczas zakupów. Decydujemy się na jakieś produkty zależnie od naszych preferencji i zamożności. W codziennym wyborze preferencje są ustalone – zakupy nie zmieniają mnie samego. Odkrywam przed sobą pewne opcje i „przeliczam”, która z nich pasuje mi najbardziej.

Przy poważnych wyborach życiowych sytuacja się zmienia. Nie mam przed sobą opcji do wyboru. Nie są to zwykłe wybory. Ważne słowa: „przed sobą”. Wybieram bowiem alternatywy mnie samego, a zatem różne możliwe projekty mojego życia i w pełni angażuję się w jeden z nich. To nie tylko wybór pewnej opcji postępowania, ale wybieranie siebie samego. Wybieram własne powołanie – artysty, filozofa lub szewca. Wybieram sposoby przeżywania tego, co świąteczne i własnego czasu wolnego.

Nie dzieje się tak zawsze. Kształtowanie siebie samego – wybór jednej z alternatyw, zdaje się zachodzić nieświadomie, mimowolnie. Idziemy z prądem życia. A to znaczy, że gubimy samych siebie.

W doświadczeniu „ważnego” wyboru życiowego odsłania się możliwość bycia sobą jako splotu trzech wymiarów.

W wyborze odkrywam możliwe alternatywy mnie samego. To wymiar autentyczności, czyli wierności temu, kim jestem i byłem – to właśnie pole swobody, przestrzeń swojskości. Wśród tych możliwych projektów mnie samego wybieram te, które są naj-ważniejsze, w moim rozumieniu najbardziej zasługujące na realizację. To wymiar autonomii. Wreszcie sam wybór jest twórczy: przekształca mnie samego, sprawia, że moja przyszłość będzie już inna. Staję się inny, i to decyduje o zmianie zarówno pola swobody, jak i możliwych preferencji. Ten proces powtórzy się przy następnym wyborze. Bycie sobą jest dynamiczne, ma swoją wewnętrzną historię. Nie jest gotowym kształtem, który wystarczy odkryć i utrzymać, ale zmienia się nieustannie.

Bywam słaby – nie spełniam siebie samego. Na tych trzech drogach poszukiwania siebie jestem naprawdę słaby, ciągle upadam, nie nadążam, nie spełniam siebie, jestem schematyczny, zależny od tego, co pilne. Im starszy się staję, tym bardziej pula możliwości się zmniejsza. Czy to by znaczyło, że człowiek dojrzały ma mniejszą szansę bycia sobą niż młody?

Na czym zatem polega ideał bycia sobą? Czy na jednoczesnym dążeniu do osiągnięcia autonomii, autentyczności i autokreacji? To byłoby absurdem, bo nierzadko te pojęcia pozostają w radykalnym napięciu. Zatem chodzi o coś innego – o współgranie trzech wymiarów, w którym każdy z nich nakłada ograniczenia na pozostałe.

Mam tworzyć samego siebie, ale nie za cenę przekroczenia granicy, za którą siebie zdradzę. Spełniać własne talenty i przeznaczenia, nie zapominając o tym, żeby panować nad własnym życiem. Traktować siebie poważnie, ale zarazem zachowywać dystans wobec siebie samego. Te krótkie uwagi mają wskazywać linie napięć, a nie gotowe rozwiązania.

Bycie sobą jest sztuką, a nie spełnianiem gotowych recept. Każdy z nas musi odkrywać własną drogę, bo różne są nasze historie, temperamenty i okoliczności naszego życia, które są materią naszych życiowych wyborów.

Bycie sobą narzuca standardy, którym nie zawsze potrafię sprostać. Na tej potrójnej drodze bywam nieautentyczny, niewierny samemu sobie – nie potrafię wypełnić własnych możliwości; bywam też nieautonomiczny – nie potrafię żyć wedle tego, co sam uważam za ważne. Wreszcie tracę autokreatywność – zastygam w swoich życiowych schematach.

Jednak prawdziwe niebezpieczeństwo leży gdzie indziej. Nie tam gdzie zbaczamy z drogi – z powodu słabości, lenistwa i nieuwagi, ale tam gdzie tę drogę gubimy – to znaczy fałszywie dostrzegamy ideał bycia sobą: szukamy go w dążeniu do radykalnej wierności sobie albo do osiągnięcia pełnej władzy nad własnym życiem, albo wreszcie do nieokiełznanej autokreacji. Jednak w tym dążeniach nie tylko nie osiągniemy celu, ale kompletnie zagubimy nas samych.

Praktykowanie bycia sobą wymaga przestrzegania dwóch reguł.

Po pierwsze, bycie sobą wzywa do nadawania jedności własnemu życiu. Gdy dokonujemy wyborów, to potem one zmieniają całą konstrukcję życia. To nie jest tak, że gdy za tydzień dokonam innego wyboru w jakiejś sprawie, to ten poprzedni wybór nie będzie miał znaczenia. Ja się już zmieniłem. Wybór w danym momencie zmienia całą konfigurację naszego życia. Inne rzeczy stają się tym, co dla mnie ważne, tym, co chciałbym zrealizować. Zatem budujemy całą historię. Niektórzy mówią o tzw. tożsamości narracyjnej. To znaczy, że w pewnych sytuacjach, dokonując wyborów, kształtujemy tożsamość. Sztuka kształtowania tożsamości jest analogiczna do budowania narracji w opowieściach. Rozumiemy samych siebie, tak jak rozumiemy książkę. Zatem narracja naszego życia, to, co nazywamy sztuką bycia sobą, polega na tym, że my kreujemy pewien rodzaj historii. Czasem ta historia jest małym esejem, a czasem staje się potężną epopeją. Sedno sprawy nie polega na tym, żeby napisać dużą, grubą książkę, ale żeby ta książka miała własny, niepowtarzalny sens. Nasze wybory są stale skierowane w przód lub w tył.

Zastanawiamy się nad tym, co robiliśmy w przeszłości i co będziemy robić w przyszłości. Sztuka bycia sobą polega na tym, że przez całe życie tkamy jedną tkaninę. Tkając, budujemy siebie samych od wewnątrz.Przekształcamy życiowe przypadki w składniki własnego losu.

Po drugie, bycie sobą zmusza do egzystencjalnej czujności. Wyborów dokonujemy tu i teraz. Jedność życiową tworzą nie tylko wielkie wybory życiowe, ale niekiedy bardzo drobne decyzje. Każdy dramaturg wie, że czasem jedno słowo, pozornie nieważny szczegół zmienia konstrukcję sztuki. Zagubienie samego siebie polega zwykle na tym, że umyka nam ważna chwila. Nie wyczuwamy, że mamy do czynienia z sytuacją, która wymaga naszej natychmiastowej akceptacji lub zaprzeczenia.

Pozostaje zatem reguła: buduj swoją spójną historię przez kolejne wybory życiowe, ale bądź czujny, bo życie może przebiec obok ciebie. Świat możliwości wydaje się kurczyć, gdy stajemy się starsi, ale to nie znaczy, że brak sił i perspektyw wykluczy możliwość decydowania o sobie. Bycie sobą dokonuje się w wielkich życiowych wyborach, ale również w cichych, rozpaczliwych nocach w szpitalu, kiedy kształtujemy naszą postawę wobec bezsilności i cierpienia.

Być może będziemy w stanie odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy być sobą. Ta odpowiedź, jak już udało się pokazać, nie jest zbyt prosta. Ale czy nawet prowizoryczna odpowiedź dostarczy nam drugiej, którą chciałem uzyskać: na pytanie, czy warto być sobą? Co nam to daje? Bycie sobą stanowi strukturę, która wcale nie wystarczy do spełnienia naszych pragnień. Nie da nam szczęścia. Bycie sobą nie sprawi, że będziemy lepsi. Można sobie nawet wyobrazić sytuację, iż człowiek jest sobą, mimo że jest zły. Tischner w to nie wierzył, ale wierzą inni filozofowie. Nie wiadomo do końca, jak rozstrzygnąć stosunek bycia sobą do dobra. A zatem jaka jest więc wartość bycia sobą?

Spinoza powiedział, że najważniejszą rzeczą, jaką w życiu możemy osiągnąć, jest zadowolenie z siebie. Co to znaczy? To znaczy, że jestem jakoś ukontentowany sobą. Jestem sobą w tym znaczeniu, że moje życie ma pewien sens. To jest klucz, który stanowi odpowiedź na pytanie, dlaczego warto być sobą. Człowiek, który jest sobą, uznaje, że życie ma sens. Wcale nie musi być dobry ani szczęśliwy, ale zdaje sobie sprawę, że bez tego sensu jego świat się rozpada.

Nie ośmielam się twierdzić, że bycie sobą jest zawsze możliwe. Istnieją stany, które rzadko przykuwają uwagę filozofów. Depresja, apatia, acedia – te duchowe i cielesne doświadczenia, które rozkładają ludzkiego ducha. Coś strasznego dzieje się w głębi nas samych. Nie chce nam się być sobą, a nawet nie pragniemy, żeby nam się chciało. W stanach depresji znika sens świata, a zatem również rozsypuje się nasze bycie sobą. Snujemy się po świecie jak widma. Czy w tej bezradności jest jeszcze szansa na bycie sobą?

To pytanie wywołuje temat roli drugiego człowieka w byciu sobą.

Inny człowiek jest tym, który budzi, otwiera nowe światy, pozwala nam się tworzyć. Czasem potrafi pomóc mi przejść przez „ciemną noc”, w której jestem obojętny wobec siebie; kiedy nie potrafię lub nie mogę być sobą. Drugi człowiek przypomina mi o ideale bycia sobą, który w ciężkich i mętnych chwilach zdaje się odchodzić w cień, ale ciągle pozostaje kotwicą, wokół której budujemy sensowność świata i nas samych.

Niektórzy filozofowie mówią, że „bycie sobą” jest owocem egoistycznej miłości własnej, która odcina nas od innych ludzi. Jednak to dzięki innym potrafimy rozpoznać i tworzyć samych siebie. Tylko śpiewając z drugim człowiekiem, potrafię uchwycić własny ton. Zatem miłość własna przybliża nas, a nie oddala od innych ludzi. A jej potępianie jest jednym z ponurych przesądów, który nie pozwala nam na autentyczne i swoiste współbycie z drugim człowiekiem. To jednak temat na zupełnie inny tekst.

Podstawą tego tekstu był wykład Adama Workowskiego wygłoszony 14 października 2013 r. w Instytucie Myśli Józefa Tischnera.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter