70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Poszukujący teolog

Wiem, że funkcjonuje stereotyp, zgodnie z którym poszukujących teologów Kościół zaraz ucisza, usuwa, ekskomunikuje. Jednak wykluczenie teologa z Kościoła w związku z jego pracą naukową jest niezwykle rzadkim przypadkiem kary, a dotyka tych, którzy mimo wymiany argumentów nie chcą się w posłuszeństwie podporządkować i nadal z uporem głoszą naukę, o której wiedzą, że pozostaje w sprzeczności z ortodoksją.

Księże Biskupie, zacznę od pytania o charakterze definicyjnym: kim jest teolog?

Teolog to człowiek, który służy wiernie Prawdzie Objawionej. Wiernie i z miłością. Tę Prawdę trzeba bowiem traktować osobowo, ponieważ jest nią Jezus. A więc to służba głęboka, niełatwa, ale piękna. Musi być to służba wierna. Teolog, żeby mógł służyć, powinien mieć przestrzeń wolności, cechować się odpowiedzialnością, która domaga się respektowania wykładni Magisterium, jaka jest mu dana. Została mu ona dana nie po to, by temperować jego poszukiwania, ale by być mu światłem. Dzięki temu ma on zawsze jakiś punkt oparcia.

Mówiąc od razu o Magisterium, zatrzymał Ksiądz Biskup teologa w pół drogi. Przecież istotna jest wierność Prawdzie, a nie Magisterium. Jeśli byłoby inaczej, jak miałby się dokonywać rozwój w teologii?

Prawda objawiona jest Prawdą żywą, a nie historycznym reliktem do pobierania próbek. Nie musimy wobec tego niczego wymyślać. Prawda objawiona zawiera treści, które Bóg nam daje w osobistych z Nim relacjach. Jednym z podmiotów przyjęcia tej Prawdy jest też teolog. Przestrzeń odczytywania treści Objawienia stanowi Kościół. Temu Kościołowi Bóg udzielił charyzmatu nieomylności w wierze, a kolegium biskupów, z papieżem na czele, obdarował charyzmatem nieomylności w nauczaniu, czyli szczególną asystencję Ducha Świętego, by strzegli Lud Boży od błędu. Nie traktujmy więc Magisterium wyłącznie jako korektora, ale nade wszystko jako światło. Dzięki niemu w Kościele znajduje się przestrzeń do odczytywania Objawienia w wierze. Patrząc tylko racjonalnie, natrafimy na trudności, bo rozum domaga się całkowitej wolności dla pracy teologa.

Czy to oznacza, że teolog ma nie brać na warsztat problemów, które Magisterium już oceniło i wprowadziło jako obowiązujące w Kościele nauczanie?

Nie chodzi o to, że nie ma prawa poszukiwania, ale o to, że jeśli zbłądzi, to Magisterium powie mu, iż taka interpretacja w Kościele nie może być przyjęta. Ortodoksyjny teolog przyjmuje takie stanowisko. Nikt nie zabrania mu poszukiwań. Może stawiać hipotezy, może proponować własną interpretację jakiegoś problemu. Wiem, że funkcjonuje stereotyp, zgodnie z którym poszukujących teologów Kościół zaraz ucisza, usuwa, ekskomunikuje. Jednak wykluczenie teologa z Kościoła w związku z jego pracą naukową jest niezwykle rzadkim przypadkiem kary, a dotyka tych, którzy mimo wymiany argumentów nie chcą się w posłuszeństwie podporządkować i nadal z uporem głoszą naukę, o której wiedzą, że pozostaje w sprzeczności z ortodoksją. Sam jako teolog nie czułem żadnego skrępowania przez 20 lat swojej pracy naukowej.

Może dlatego że mając taką właśnie świadomość relacji w stosunku do Magisterium, w teologach działa mechanizm autocenzury: pewne tematy czy problemy wykluczają już na etapie pierwszej myśli, bo wiedzą, że mogliby się narazić na trudności.

Od tego człowiek ma rozum i wiarę w sercu, żeby sam postępował zarówno racjonalnie, jak i w świetle wiary.

Nie jest w efekcie tak, że badania teologiczne są ograniczone i spowolnione?

Jeżeli teolog odkrywa w sobie autocenzurę, to jest to jego osobisty problem, a nie uzasadnione poczucie uwarunkowane obiektywnie. Autocenzury nikt nie może zdjąć z drugiego człowieka, bo są to jego osobiste uwarunkowania. Zgodzę się jednak co do tego, że istnieje w naszym środowisku pewna miałkość, która objawia się właśnie tym, że teologowie z góry obcinają pewne problemy, które później leżą odłogiem. Niestety, niejeden polski teolog nie podejmuje tego, co trudne, co stanowi wyzwanie i potrzebę dzisiejszego Kościoła, lecz bierze na warsztat bezpieczne tematy, żeby się nie sparzyć. To osobista odpowiedzialność teologa, kiedy kieruje się takimi motywacjami. Nie można za to winić Magisterium. Choć być może nieco brakuje ze strony biskupów zachęty skierowanej do teologów, żeby podjęli w danym czasie jakiś istotny problem. Z kolei bywa i tak, że konkretny apel biskupa o realizację określonego tematu czy projektu badawczego spotyka się z podejrzliwością i jest postrzegany jako próba wymuszenia czy narzucenia badań z ograniczeniem wolności teologa.

Teologowie zwykle są zależni od biskupa nie tylko w kwestii posłuszeństwa, ale też materialnego bytu. Żeby móc pracować na wydziale, do czego konieczna jest zgoda biskupa, nie chcą wejść z hierarchą w konflikt, a więc nie podejmują kontrowersyjnych tematów.

Jeżeli teolog pracuje z poszanowaniem Prawdy, to nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym ingerować i odbierać mu misję nauczania, nawet jeśli działa na rzecz hipotezy innej, niż głosi nauczanie Kościoła na dany temat. Nie wydaje mi się, aby istniał tu jakiś problem.

Po VII Kongresie Teologicznym w Lublinie o. Andrzej A. Napiórkowski OSPPE wyłożył punkty z rachunku sumienia środowiska: brak odważnych debat, mówienie głosem nie własnym, lecz Magisterium, hermetyczny język, przeintelektualizowanie przy braku związków z Biblią, ignorowanie rzeczywistych problemów wiernych, klerykalizacja teologii.

Z trzema pierwszymi punktami w pełni się zgadzam. To nawet przypadłości dość powszechne, których obecność znamionuje rodzimą teologię. Świadczy to o naszej słabości. Nie potrafię wskazać wspólnych tego przyczyn, bo bywają one różne: środowisko, osobiste preferencje, nawet wzmiankowana relacja do biskupa. Przede wszystkim jednak niedojrzałość i skłonność do chowania się za czyimiś plecami.

Wśród przyczyn sami teologowie wymieniają jeszcze brak interdyscyplinarności.

W tej kwestii zachodzą pewne zmiany. Relacje z innymi dziedzinami nauki zostały nawiązane, ale trzeba je ciągle rozwijać. Jestem dobrej myśli.

Do innych przyczyn można chyba zaliczyć nadmierny indywidualizm i brak umiejętności (i chęci) pracy zespołowej.

Mogę się pod tym podpisać, bo sam to przeżywałem na uczelni, kiedy nawet w ramach jednego instytutu bywało nieraz ciężko wspólnie coś zrobić. Zwiastunem lepszego współdziałania teologów jest powstała w środowisku „Więzi” kilkutomowa Dogmatyka. To efekt pracy zespołowej, której musimy się wciąż uczyć.

Mówi się dziś o kryzysie teologii, o tym, że znajduje się ona na zakręcie. Mogę nawet przytaknąć, ale pod warunkiem że kryzys ten pojmujemy, mówiąc obrazowo, jako moment wyjścia z wirażu, gdy najpierw trzeba było zwolnić, a potem gwałtownie dodać gazu, aby pojazd wyszedł z zakrętu cało. Jest to kryzys o dużej dynamice poszukiwań, zwłaszcza wśród tego, co stare i źródłowe. Jako taki wzrostu więc nie tylko nie wyklucza, ale wręcz go zakłada. Niemal wszystkie wielkie autorytety teologiczne związane z Soborem już odeszły. Wchodzi na scenę nowe pokolenie, które poddane jest innym nurtom. A więc jest to czas zarówno dużych wyzwań, jak i zagubienia. Rzeczą bardzo pozytywną w dzisiejszej teologii jest rozwój refleksji na poziomie meta-, czyli refleksji nad tym, czym w ogóle jest teologia i czemu ma służyć, co stanowi jej źródło, a co narzędzie. Wracamy więc do spraw kluczowych.

Czy ponad wyliczonymi zaniedbaniami widzimy w polskiej teologii jakieś osiągnięcia?

Trzeba zacząć od pewnych zjawisk strukturalnych i samego faktu, że po roku 1989 status teologii jako nauki został obroniony i znalazła ona swoje miejsce w Polskiej Akademii Nauk. Powstały wyspecjalizowane stowarzyszenia teologów, które stanowią przestrzeń otwartych, fundamentalnych dyskusji. Jednocześnie są one miejscem kształtowania się kościelnej tożsamości.

Poziom, który reprezentują niektórzy młodzi teologowie w naszym kraju, pozwala mieć uzasadnioną nadzieję, że wkrótce ciężar debat teologicznych przeniesie się z Niemiec do Polski. Są to ludzie świetnie wykształceni, mówiący wieloma językami, studiujący za granicą, z dostępem do literatury i ze światowymi kontaktami. Ich sposób uprawiania nauki jest imponujący. Mam teraz doktoranta, który pisze o dwóch teologach afrykańskich. Wyjechał więc do nich na rok i prowadzi rozmowy, żeby nie tylko poznać tę myśl, ale też ich samych, wejść w kulturę i język, konteksty społeczne i religijne, w jakich rodzą się ich prace. Dzięki osobistym rozmowom może weryfikować intencje tych teologów i konfrontować z nimi własne interpretacje.

Czy polska teologia ma jakiś oryginalny wkład w teologię światową?

Niezwykłym polskim osiągnięciem jest teologia miłosierdzia. Również teologia paschalna w ujęciu ks. Wacława Hryniewicza to jedna z tych niezwykłych prac, które przez Kościół w Polsce powinny być za zgodą autora tłumaczone i wydawane w kilku językach. Ogromna spuścizna o. Celestyna Napiórkowskiego OFMConv, dotycząca mariologii po II Soborze Watykańskim. Dziedzictwo abp. Alfonsa Nossola w refleksji dotyczącej chrystologii integralnej i proegzystencji. Teologia biblijna z Duchem Świętym na pierwszym planie, jaką uprawiał ks. Józef Kudasiewicz. Wśród prac zbiorowych mamy też jedne z lepszych na świecie komentarze do encyklik Jana Pawła II.

Wielkim zadaniem naszej rodzimej teologii jest umiejętne przechodzenie z poziomu teologii akademickiej na jej realizowanie, czyli wprowadzenie w duszpasterstwo. Przeciętny pasterz i zainteresowany wierny powinni móc zrozumieć to, co wypracowuje teologia. Potrzeba nam więc translacji.

Nie jest również dobrze z translacją teologii akademickiej na język popularyzatorski. 

To duży problem, który negatywnie wpływa na wizerunek naszej teologii. Nie potrafimy dokonywać „przekładów”, dlatego w publicystyce łatwiej jest korzystać z autorów zagranicznych, którzy nabyli umiejętność przejrzystego pisania. Nie wyleczyliśmy się z kompleksów, że jak coś jest polskie, to gorsze. Taki kompleks wobec Zachodu już dłużej nie jest uprawniony.

Jakie są jeszcze słabości akademickiej teologii w Polsce?

W teologach ujawnia się nieraz kompleks wobec innych dyscyplin. Nie bardzo wiemy, jak bronić jej nauko-wego statusu ani jak zabierać głos w szerokich gronach. Pewnym problemem jest – leżące na przeciwległym biegunie do interdyscyplinarności – poszatkowanie teologii. Specjalizacja poszła za daleko. Eksperci, zajmując się tylko swoją wąską dziedziną, tracą z oczu obraz całości. To nie jest dobre. W związku z tym nie poznajemy innych dyscyplin. Niestety, to problem wynikający ze światowego trendu.

Teologia jest za mało twórcza, a w zbyt dużej mierze powstaje „na zamówienie”. Teolog nie może się bać, musi być mniej zachowawczy, bardziej wyczulony na aktualne problemy, gotowy na nie elastycznie reagować. Tymczasem, kiedy wszyscy zapomną już o jakimś problemie, wtedy cichutko odezwie się gdzieś z boku teolog. Łatwo się rozgrzeszamy z ignorowania tego wymiaru naszej pracy, bo w głowach mamy listę osób „dyżurnych” z poszczególnych środowisk, które „na pewno” zabiorą głos. Takie myślenie to oczywiście zwalnianie się z odpowiedzialności. „Przepraszam, nie mogę zabrać głosu – mówi teolog – bo już dwa tygodnie nad artykułem ślęczę, nie mogę przerywać pracy”. Jakaż jest w tym ociężałość naszej teologii.

Problemem, paradoksalnie, są też zbyt liczne wydziały teologiczne. Tworzono je nieraz zbyt pochopnie. Wiązało się to z polityką rabunkową. Byłem świadkiem, jak dysponujący olbrzymim potencjałem Wydział Teologiczny KUL został „rozkradziony”. Biskupi, po utworzeniu własnych wydziałów teologicznych, nakazywali swoim kapłanom powrót do diecezji. Tu otrzymywali polecenie, aby jak najszybciej zrobili habilitację, bo potrzeba samodzielnych pracowników do obsadzenia katedr. Habilitacje powstawały więc w ekspresowym tempie, bo zwykle w trzy, cztery lata, co siłą rzeczy musiało się odbić na jakości pracy i rozwoju naukowym samodzielnego pracownika. Stąd dziś nieraz brakuje szerokości spojrzenia i dobrego warsztatu naukowego. Przecież profesor musi najpierw szeroko poznać działkę teologii, po której będzie się poruszać, schodzić ją wzdłuż i wszerz. Musi wypłynąć na morze, żeby później, gdy już zajmie się jedną wysepką na tym morzu, wiedział, jak się do niej dostać i jak się z niej wydostać, zależnie od prądów morskich i wiatrów. Przecież jako samodzielny pracownik naukowy prowadzi później prace magisterskie i doktorskie, wobec których będzie albo niekompetentny, albo też będzie narzucać swoją wąską specjalizację, jeżeli wcześniej nie pozna szeroko teologii. W ten sposób nastąpiło poważne obniżenie lotów w tej dziedzinie. Obniżył się poziom kadry akademickiej i odłogiem leży formacja studentów i absolwentów.

Patrzymy dziś na projekty unijne, i dobrze, wykorzystujmy je, ale teolog jest też dla Kościoła. I tu powstaje zasadnicze pytanie: co wnosi do Kościoła jego praca, jego osoba? Również tu obniżka jest widoczna gołym okiem. Funkcjonowanie naszych wydziałów teologicznych, i w ogóle wyższych uczelni, chyba nie tylko w Polsce, schodzi coraz bardziej na poziom taśmowej produkcji z różną troską o znak jakości. Przed oczami mam czołówkę z bajki Reksio, gdzie główny bohater rytmicznie przybija pieczątkę.

Musimy mieć świadomość, że niedouczony teolog będzie stanowić zagrożenie dla Kościoła. Urosną w nim pretensje, zrodzą się roszczenia. Już teraz spotykam się z mentalnością spod znaku „ja mam doktorat, to wiem”. Później taki człowiek nawet nieświadomie może być sabotażystą, z prostej przyczyny – bo jest ignorantem. Dlatego podkreślam, że odpowiedzialność wydziałów, ich władz i kadry za to, jakich teologów dostanie Kościół, jest ogromna. Możemy sobie z tego jeszcze nie zdawać sprawy, ale tego typu ferment źle uformowanych i źle wykształconych teologów objawia się w Europie, co obserwujemy wyraziście choćby w Austrii czy Szwajcarii. Wzywanie do nieposłuszeństwa Magisterium nie służy reformie, ale burzeniu Kościoła. Tak działać nie można.

Czy potrafimy dyskutować z autorytetami? Można odnieść wrażenie, że kiedy Benedykt XVI we wprowadzeniu do Jezusa z Nazaretu prosi o lekturę życzliwą i krytyczną, w Polsce zatrzymujemy się tylko na tej pierwszej prośbie.

Faktycznie w naszej rodzimej teologii nie ma zbyt wiele przykładów krytycznych odniesień do myśli Benedykta XVI. Dość odosobniony był głos ks. Grzegorza Strzelczyka, który krytycznie skomentował pewne treści papieskiej książki. To pokazuje, że młode pokolenie teologów nie jest dotknięte nadmierną bojaźliwością i rzeczywiście poszukuje Prawdy.

Odrzuca Ksiądz Biskup zarzut przeintelektualizowania teologii?

Moim zdaniem w Polsce stoimy okrakiem, bo jednak odnoszę wrażenie, że tej intelektualności tu i tam nam brakuje. Niekiedy mam poczucie obcowania z teologią bezrefleksyjną. Nie widzę więc tego problemu jednoznacznie. Akcentowanie duchowości nie może być stosowane jako usprawiedliwianie bezmyślności. Jeżeli więc zachodzi przeintelektualizowanie, to w znaczeniu podobnym do komentarza Ratzingera odnośnie do niektórych partii treści soborowej konstytucji Gaudium et spes – a więc jako wywodzenie racji wyłącznie z ludzkiej myśli, zapominając o Objawieniu jako pierwszym źródle koniecznym do udzielenia odpowiedzi. Niejako z drugiej strony grozi nam ślepy fideizm.

A co z klerykalizacją teologii akademickiej? Na pewnym dużym wydziale na stu pracowników tylko jeden człowiek jest osobą świecką.

To się zmienia i różnie wygląda. Przykładowo na moim roku studiów doktoranckich z teologii dogmatycznej byłem sam jeden księdzem, pozostałe cztery osoby to świeccy. Większym problemem jest to, jak się później świeckich teologów traktuje, jak się układa z nimi współpracę – czasem biednie, a czasem niedobrze. Nie podoba mi się ten stan, ale nie jest on zawiniony wyłącznie przez duchownych. Świeccy w teologii niekiedy zachowują się nieodpowiedzialnie, częściej jeszcze mało roztropnie, a wskutek tego sklerykalizowane rady wydziałów są względem nich nieufne. Choćby było trzech świeckich i jeden ksiądz w konkursie, to wybiorą księdza, bo wydaje im się bezpieczniejszy, nawet jeśli jest mierny.

Jakie cele są postawione przed działającą w ramach Konferencji Episkopatu Komisją Nauki Wiary, której jest Ksiądz Biskup przewodniczącym?

W perspektywie najbliższych lat wśród celów doraźnych znajduje się próba uregulowania zasad publikacji i treści całego obszaru literatury dewocyjnej. Nie do końca znajduję tu zrozumienie, niektórzy są temu przeciwni, oceniając, że nie mamy szans poradzić sobie z tym zjawiskiem. Ale nie ustąpię, bo widzę, jak problemy z tym związane pęcznieją. Innym celem, który realizujemy, jest podjęcie problemu błędnej interpretacji królowania Chrystusa. Dokonaliśmy rozeznania, nawiązaliśmy kontakt z dwoma nurtami, które są gotowe podjąć dyskusję – w przeciwieństwie do środowisk ks. Piotra Natanka i zmarłego niedawno ks. Tadeusza Kiersztyna – czyli Ruchem Intronizacji Serca Jezusowego i Rycerstwem Chrystusa Króla. Jesteśmy też w kontakcie ze środowiskami polonijnymi, ale nie ukrywam, że z nimi dyskutować jest trudniej.

W bliskiej przyszłości musimy zająć się teologią: jej przyszłością i rozwojem, zwłaszcza w przypadku teologii akademickiej chcemy podjąć problem braku współpracy między krajowymi ośrodkami naukowymi, aby skomunikować je między sobą i z Komisją oraz rozdzielić pewne tematy konieczne do rzetelnego opracowania w najbliższym czasie. Oczywiście, Komisja podejmie też wspomniany problem translacji dorobku naukowego na języki obce i dla potrzeb szeroko rozumianego duszpasterstwa. Myślę, że każdy wydział powinien raz do roku wskazywać ze swego dorobku jedną książkę i promować ją do zagranicznych przedruków.

Innymi słowy, mamy podobne cele, jakie w Watykanie są postawione przed Kongregacją Nauki Wiary: strzec i rozwijać wiarę.

 

Wywiad stanowi fragment książki Tomasza Ponikły, która ukaże się wkrótce.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata