70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kultura apokryfu

Przez soczewkę Apokryfu rodzinnego można zobaczyć metodę pisarstwa Malewskiej, obdarzającego zaufaniem wiedzę, bibliotekę, literaturę, wycofującego natomiast na drugi plan świadectwo osobiste.

Postanowiłam odświeżyć lekturę Apokryfu rodzinnego, chociaż korci mnie napisanie tekstu o powieściach historycznych Hanny Malewskiej. Oczywiście, zostały one przez historyków literatury zinterpretowane, w obecnych edycjach mają zapewniające czytelność przypisy, ale niedostatecznie włączono je w szerszą problematykę twórczości kobiet, chętnie wybierających kostium historyczny, działających w swoistej niszy. To bardzo ciekawa tendencja, niejako przecząca przekonaniu, iż powieść kobieca czerpie przede wszystkim z doświadczenia potocznego (skądinąd przekonaniu stereotypowemu, kobiety chętnie pisywały „powiastki historyczne”). Wiem, Malewska obruszyłaby się, widząc swoje nazwisko w jakiejś antologii „pisarstwa kobiecego w XX wieku”, a dowodem na to jest także Apokryf…, jednak czytanie ma zawsze pewien rys anachronizmu i niewierności: nie można dziś zlekceważyć perspektywy wypracowanej przez studia kobiece i skazać się na niedostrzeganie tego, co z punktu widzenia współczesnej wrażliwości (ale i porządku historycznoliterackiego) ważne. Tak więc erudycyjna, błyskotliwa, wynalazcza narracja historyczna autorki Opowieści o siedmiu mędrcach skłania do zadawania pytań o twórczość kobiet.

Natura opowieści

Kobiety w XX w., zwłaszcza zaś po 1945 r., często wybierały tematykę „niszową”, „kostiumową”, czyniąc z niej zasłonę dla opisu niedostępnej inaczej, niebezpiecznej z powodów politycznych rzeczywistości. Nie każda pisarka dysponowała tak imponującym przygotowaniem i talentem, by wracać do starożytnej Mityleny, dziejów rodów polskich czy przygód romantycznych poetów. Pytanie, które z perspektywy studiów kobiecych trzeba zadać, brzmiałoby, czy w tych rozległych peregrynacjach Malewska pozwala mówić kobietom, „reprezentuje” także kobiecy punkt widzenia. Z odpowiedzią, bez ponownej lektury całości dorobku, miałabym problem. Oto np. na wyspie Lesbos pisarka towarzyszy jednemu z poetyckich konkurentów Safony (której dzieje witałybyśmy najżywiej), Alkajosowi, samej poetce poświęcając zaledwie akapit. Byłoby jednak uproszczeniem poprzestanie na poszukiwaniu „nieobecności kobiet”. Rzecz raczej w opowieści, w tym, kogo reprezentuje, jaki świat podtrzymuje, umacnia. Nawiasem mówiąc, znikome zainteresowanie Malewską w ostatnich latach dziwnie kontrastuje z renesansem (przynajmniej uniwersyteckim) twórczości Teodora Parnickiego. Dziwnie, ale i zrozumiale: Parnicki dostarcza materiału do rozważań nad naturą narracji; Malewska każe podążać za opowieścią jako taką. Pozornie.

Podążanie to ma cel podobny do tego, jaki dawno wyczytaliśmy z autotematycznych partii i konstrukcji prozy Parnickiego: liczy się (oczywiście) ciąg zdarzeń, ale równie ważna jest natura opowieści. Dlatego Malewska stylizuje, pisze językiem, który uznać można za jakąś wyobrażoną wersję mowy / pisma postaci z epoki, będącej celem literackiej wycieczki. W tym sensie „apokryf” to słowo klucz do całości, co oddał Andrzej Sulikowski, autor wstępu do wydania wspomnień w edycji wydawnictwa Universitas.

Istotnie, w lekturze po latach najbardziej uderza mnie to, że tryb opowiadania, zasada budowania kolejnych, przypisanych postaci-epoce cząstek przypomina choćby tę z Opowieści o siedmiu mędrcach. Dotyczy to zwłaszcza części sprzed pamięci narratorki, a więc najbardziej, w założeniu, fikcjonalnej. Postaci są opowiadane tak, jak mogłyby o nich mówić kroniki, poematy, powieści, począwszy od XVIII w. Ich biografie są bardzo „w stylu” epoki, którą reprezentują. Wciągają też momentami niczym zapowiedzi jakiejś potencjalnej, czasem rodzajowej, kiedy indziej nawet romansowej prozy. Widoczne są także szwy opowieści, dowodzące bardzo wysokiej kultury literackiej autorki, która nie daje nam naiwnej kroniki rodziny, lecz poddaje refleksji także możliwość opowiadania, tym samym przypominając istotne dla XX w. pytania o status fikcji.

Tak więc przez soczewkę Apokryfu rodzinnego można zobaczyć metodę tego pisarstwa, obdarzającego zaufaniem wiedzę, bibliotekę, literaturę, wycofującego natomiast na drugi plan świadectwo osobiste.

Możliwe dzieje

W tym właśnie miejscu – świadectwa osobistego – Apokryf… zaskoczy współczesnego czytelnika. Nie trzeba długo rozwodzić się na temat zainteresowania autobiografizmem, w tym opowieściami rodzinnymi. To zainteresowanie w ostatnich latach ma dwa źródła: po pierwsze, jest funkcją odblokowania pamięci w Polsce po 1989 r., po drugie, sprzyja mu popkultura. Malewska pisała Apokryf rodzinny w latach 1963–1964, tak więc warto pamiętać o zupełnie innym kontekście, także politycznym. Można śledzić fragmenty, w których wyraźnie ucina czy eufemizuje zdarzenia, mogące przynieść kłopoty z cenzurą – np., co znaczy „zginąć w walkach wewnętrznych” po 1939 r.? Delikatny jest też, musiał być, wywód na temat Rosjan – owszem, antenaci nie chcą się mieszać z Moskalami wysłanymi do pacyfikacji Polaków w Królestwie Polskim, ale stosunek do ZSRR nie jest w ogóle żadnym tematem. Zostawiam jednak te kwestie na boku. Ważniejsze są pobudki spisywania wspomnień. Dziś przyzwyczajeni jesteśmy do faktu, iż zarzewiem, główną przesłanką autobiografizmu powinno być emocjonalne nastawienie do przeszłości rodziny, uwalniające poszukiwanie własnej tożsamości. Oczywiście, autobiografie bywają różne, mogą wychodzić od zdarzenia negatywnego (i, prawdę mówiąc, te bywają najchętniej czytane i często także najciekawsze), mogą apoteozować dzieje przodków, a więc podbijać wartość samego narratora. Dziś rzadko podejmuje ktoś wysiłek szukania korzeni bez (założonego lub nieświadomego) dążenia do osiągnięcia pewnego profitu emocjonalnego.

Malewska samym tytułem ustawia sprawę zupełnie odmiennie: apokryf, czyli możliwe dzieje, hipotetyczne przypadki rodziny. Autorka wywodzi także, że pewna wstępna konstelacja jest o tyle zawsze apokryficzna, że gdzieś na początku spokrewnieni jesteśmy „formacyjnie”, a krew odgrywa tu drugorzędną rolę. Tak więc zakłada raczej odtworzenie dziejów inteligencji w Polsce, czyniąc się oczywiście jej spadkobierczynią i częścią. Powtarzane wielokrotnie założenie, iż nie chodzi tu o „korzenie” osobiste, o rozwiązywanie wewnętrznych, jednostkowych konfliktów, czy choćby zaspokajanie ciekawości, stawia tekst po stronie diagnoz socjologicznych, esejów kulturowych. O ile odległa przeszłość – niewolna od uogólnień potwierdzających szlachetność antenatów, lecz nieprzesadnie kreująca wyjątkowość – podana jako apokryf wydaje się przez wybór konwencji i dystans tym bardziej wiarygodna, o tyle problematyczna dla współczesnego czytelnika może być stosowana konsekwentnie, z kilkoma zaledwie „potknięciami” kreacja „ja” mówiącego na męskiego kronikarza. Powiem tak: miejsca, w których ten zapewne w założeniu wiarygodny i uniwersalny narrator zaczyna mówić „bliżej autorki”, są bardzo ciekawe. Delegowanie do zadania opisywania rzeczywistości narratora o utwierdzonych literacko cechach to oczywiście metoda stosowana zawsze przez Malewską. Kim miałby być ów kronikarz rodziny? Autorka włącza zresztą do tekstu także zapiski dziennikowe, wspomnienia i listy bohaterów i bohaterek, pokazując całą gamę swych pisarskich możliwości. Zgodnie z prawdopodobieństwem kronikę, powtórzę, spisałby kronikarz i jest on częścią „apokryfu”, czyli fikcjonalnego dzieła na temat rodziny, reprezentującej dzieje polskiej inteligencji o korzeniach ziemiańskich. Jednak dziś zwykle chcemy więcej, a tego więcej – podmiotowej narracji – u Malewskiej nie dostaniemy, w każdym razie nie wprost i nie od początku.

Narracja bowiem ma wyraźną cezurę, o której czytamy: „Raczej będą to fragmenty wspomnień z pewną dozą refleksji i komentarza – i z coraz większymi lukami: jak gdy nadlatujące stado ptactwa naprzód widzimy jako gęstą chmurę, a potem jako prawie pustkę” (s. 168). Moment ten to dzieciństwo i kiełkująca w nim pamięć własna narratora (konsekwentnie „kronikarza”?), nadal powściągliwie prezentowana i ograniczona do kwestii, by tak rzec, ważnych w perspektywie zbiorowości, nie zaś w historii indywidualnej. Najbardziej osobisty wydaje się kończący całość fragment, w którym chcę czytać motywacje pisarki: „Generacji Teresy i Kasi nie zainteresuje chyba żaden album rodzinny czy sztambuch. Kto wie zresztą? Przecież i my około dziesiątego roku życia nienawidziliśmy albumów oraz opowiadań, jak to było illo tempore” (s. 244).

W tej sprawie Malewska myliła się: wybuch zainteresowania sztambuchami, nieraz w postaci zinfantylizowanej, miał dopiero nadejść. Uderza jednak, że pod koniec tekstu, dowodzącego co chwila swej fikcjonalnej natury i socjologicznego celu, pojawia się tak osobista, prywatna przesłanka – oto tekst ma adresatki w przyszłych czytelniczkach z rodziny, spadkobierczyniach tradycji. Powinno wobec tego raz jeszcze paść pytanie: co znajdą dla siebie w tej historii?

Autobiografia bez zwierzeń

Malewska z całą pewnością nie mogłaby zrezygnować z próby intelektualnego uporządkowania „sztambucha” czy albumu, najbardziej prywatnego. Weźmy dla przykładu taki fragment: „Ale bywa też w niedostatku wspomnień pewnego rodzaju brak wyobraźni – tej, która jest bardzo szeroką i ciągle odświeżaną pamięcią. Rodzina ta nie umiała odświeżać swojej pamięci, podobna w tym zresztą do większości innych, które raczej zapominają, co wiedziały przedtem, niż rozszerzają swój horyzont. „Przekazywanie doświadczeń” nie jest oczywiście sprawą prostą, a w pewnym dosłownym sensie to niemożliwość. Lecz chodzi o to, że zapomnienie i niezrozumienie zjawia się czasem tak wcześnie, iż nowa generacja nie ma nawet z czym się kłócić ani czego podawać w wątpliwość. Niemniej z jakiegoś powodu kobiety tej rodziny, dwie co najmniej, które znałam, zawsze doskonale rozumiały ludzi, wszelkiego rodzaju, dużych i małych” (s. 78).

Mamy w nim i wypowiedź na temat natury pamięci, i diagnozę formacji. Mamy też ocenę konwencji „opowieści rodzinnych”, wartą zastanowienia. Przekonanie, któremu hołduje wielu autorów – amatorów i profesjonalistów – iż istnieje „naturalna” nić opowieści, zostaje tu zakwestionowane. Malewska nie ma naiwnych złudzeń, co bardzo mi się podoba. Problematyczna, jak wiele innych, jest tu jej wypowiedź na temat roli kobiet, obdarzanych specjalnymi przymiotami, zawsze w ramach bardzo tradycjonalistycznego paradygmatu. Kobiety „trzymają rodziny”, zarządzają dobrami, organizują fraucymer i „skarbonkę”, kręcą mężczyznami. Zgoda, z czasem autonomizują się i ten proces może być świetnym przyczynkiem do dziejów emancypacji w Polsce. Malewska zresztą używa argumentacji emancypacyjnej, zna i rozumie położenie antenatek i własnej generacji. Co jeszcze warte jest uwagi w zacytowanym powyżej fragmencie: zniknął gdzieś „kronikarz”, pojawia się pamięć indywidualna, podmiotowe, biograficzne uzasadnienie uogólniającej tezy o roli bohaterek. W pewnym sensie ten fragment, jak kilka innych w drugiej części książki, rozszczelnia narrację i pozwala mówić o niej jako o jednym z możliwych wariantów autobiografii.

Tak, autobiografii, odartej ze zwierzeń i niedyskrecji, wypranej z dramatów i wykroczeń, dbającej o zajmowanie pozycji nie tyle „sztambucha”, ile „rozprawy”, ale jednak autobiografii. Powściągliwość Malewskiej, nie tylko dotycząca jej samej, lecz i przodków, zadziwi współczesnego czytelnika, chociaż ma kontynuatorki w opowieściach o „porządnych” rodzinach, trochę w swoich zawsze dobrych wyborach niewiarygodnych. U Malewskiej nawet nieudane dziecko, morfinista ginie w 1905 r. w okolicznościach bohaterskich. Nie, Malewska wcale nie jest zwolenniczką bohaterszczyzny, nie utwierdza stereotypów dzielnego Polaka-katolika, powstańca, skrzętnego gospodarza, skądże. Ale i nie decyduje się na żadne przekroczenia, nie próbuje niczego burzyć – buduje historię polskiej rodziny.

Z niektórymi tezami można żywo dyskutować. Na przykład teza, iż Polacy (wywodzący się zresztą „zewsząd”) nigdy nie byli ksenofobami, współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do dyskusji o przypadkach polskości wybitnie zamkniętej w sobie, mającej na sumieniu liczne grzechy wykluczania innych, może tylko zdumiewać. U tak przenikliwej analityczki przeszłości stanowi „ślepą plamkę”, podobnie jak przyjęcie jako oczywistej opartej na patriarchalnym kontrakcie relacji kobiet i mężczyzn.

Esej rodzinno-historyczny Hanny Malewskiej należy do kultury apokryfu, do epoki zawodowego pisarstwa, od której oddaliliśmy się bardzo. Sądzę, że każdy, kto ulega pokusie pisania o własnej rodzinie, powinien go poznać, co nie znaczy, że jego asceza emocjonalna mogłaby zostać skopiowana. Warto się jednak uczyć od Malewskiej różnicy pomiędzy życiem a literaturą.


Cytaty w tekście pochodzą z wydania: Hanna Malewska, Apokryf rodzinny, PIW, Warszawa 1977

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata