70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czesław Miłosz wobec pokusy teokracji

„Może tak się zdarzyć – pisał komentowany niżej Miłosz – że kler będzie celebrować obrzęd narodowy, kropiąc, święcąc, egzorcyzmując, ośmieszając się zarazem swoim tępieniem seksu, a tymczasem będzie postępowało wydrążanie się religii od wewnątrz i za parę dziesiątków lat Polska stanie się krajem równie mało chrześcijańskim jak Anglia czy Francja, z dodatkiem antyklerykalizmu, którego zaciekłość będzie proporcjonalna do władzy kleru i jego programu państwa wyznaniowego”.

Nie można stosunku Czesława Miłosza do katolicyzmu rozpatrywać przez pryzmat jego publicystyki. Jest on przecież rozpisany na wiele głosów w jego bogatej twórczości poetyckiej i eseistycznej. Jednak to tekst opublikowany na początku lat 90. w „Gazecie Wyborczej” określa w sposób najbardziej wyrazisty jego pogląd na temat obecności religii w przestrzeni publicznej. Wymowy tego tekstu nie osłabia bynajmniej list Poety do Jana Pawła II z 2 kwietnia 2004 r., który Andrzej Franaszek w swojej monografii przywołuje jako dowód na katolicką prawowierność Miłosza. Warto się w ten list wczytać: „Wiek zmienia perspektywę i kiedy byłem młody, zwracanie się przez poetę o błogosławieństwo papieskie uchodziło za niestosowność. A to właśnie jest przedmiotem mojej troski, bo w ciągu ostatnich lat pisałem wiersze z myślą o nieodbieganiu od katolickiej ortodoksji i nie wiem, jak w rezultacie to wychodziło. Proszę więc o słowa potwierdzające moje dążenie do wspólnego nam celu”. Miłosz nie jest pewien, czy udało mu się utrzymać w granicach ortodoksji. Papież tych wątpliwości nie rozwiewa. W liście Jana Pawła II z 24 kwietnia tego samego roku padają słowa życzliwości, ale w moim przekonaniu to odpowiedź zdawkowa. Wprawdzie nie brak w niej swoistej empatii dla dążeń Poety, jednak ostatecznego potwierdzenia katolickości jego twórczości nie ma: „W tych niewielu bowiem słowach zawarta jest bogata i wieloraka treść. Pisze Pan, że przedmiotem Jego troski było «nieodbieganie od katolickiej ortodoksji» w Pańskiej twórczości. Jestem przekonany, że takie nastawienie Poety jest decydujące. W tym sensie cieszę się, że mogę potwierdzić Pańskie słowa o «dążeniu do wspólnego nam celu»”. Być może innej odpowiedzi być nie mogło. To przecież głos Czesława Miłosza w przededniu ostatniej polskiej pielgrzymki Jana Pawła II w czerwcu 1991 r. na pewno w Watykanie został zapamiętany. Dlatego przy kreśleniu stosunku Poety do katolicyzmu polskiego warto ten właśnie esej przypomnieć.

Kiedy w maju 1991 r. Czesław Miłosz przesłał z USA do „Gazety Wyborczej” swój, zaopatrzony znakiem zapytania, tekst Państwo wyznaniowe?, zapewne nie podejrzewał, że już trzy lata później zamieszka w Krakowie i będzie z bliska obserwował przez najbliższe dziesięć lat nieubłagane spełnianie się proroctwa zarysowanego w tym eseju. Państwo wyznaniowe? to tekst wyrosły z zaniepokojenia praktykującego katolika, pamiętającego niefortunne zbliżenie polskiego Kościoła katolickiego do polityki w okresie międzywojennym. Z upolitycznionym Kościołem Miłosz zetknął się w Wilnie i całe życie bolał nad wynikłą z tego słabością polskiego katolicyzmu (przywiązywanie wagi do zewnętrznego podporządkowania raczej niż wewnętrznego przylgnięcia do wyznawanych prawd) i zmagał się z jego zmorą przez całe życie. Postać siejącego postrach prefekta w szkole stała się symbolem traumatycznych doświadczeń jego pokolenia. Wierzył, że inny katolicyzm jest możliwy, wynika to jednoznacznie z jego przyjaźni choćby z Jerzym Turowiczem. Zresztą nie tylko wierzył, zetknął się z nim zwłaszcza we Francji i później w USA. Po zmianach politycznych w Polsce nie tracił nadziei, że i tutaj zacznie się umacniać.

Kiedy umierał w 2004 r., w wieku 93 lat takiej alternatywy ciągle nie było widać. Wprost przeciwnie, demony z czasów swojej młodości, które przywołał w skomponowanej w 1999 r. antologii Wyprawa w dwudziestolecie, dawały o sobie znać w sposób wyjątkowo dotkliwy. Pisał o tym już w 1927 r. na łamach bliskiego sanacyjnego rządu miesięcznika „Droga” Stanisław Vincenz, późniejszy mentor Czesława Miłosza (nazywał go trochę żartobliwie mój profiesor), wypominając katolicyzmowi niechęć do konfrontacji z nowoczesnością: „Ostatecznie pod wpływem naporu takich umysłowości jak Newman i Brzozowski, ta struktura mogłaby ulec przebudowie, faktycznie jednak, katolicyzm napór ten odrzuca, gdyż dopływ nowoczesności do katolicyzmu jest słaby i katolicyzm nie potrzebuje się z nim liczyć wewnątrz siebie jako ze sprzymierzeńcem, a tylko liczy się jako z wrogiem”.

W innym tekście na łamach tego samego pisma mówił wprost o wpływie endecji i policyjnych ciągotkach: „Jeśli rzucić okiem na polską rzeczywistość i jej stosunek do religii, to mimo, iż u fundamentów obecnych rządów całkiem inne i raczej pokrewne Ghandiemu intencje przypuszczamy, jednak o wykonaniu i o ziszczeniu faktycznem – o ile możemy je uważać za ziszczenie, a nie wysiadywanie jajek kukułczych zniesionych przez endecję – śmiemy powiedzieć, że wprowadza się policję do religii”. Miłosz miał wtedy 16 lat i doświadczał tych nacisków na własnej skórze. Ich literacki zapis odnajdujemy w Dolinie Issy i w Rodzinnej Europie.

Echa jego przemyśleń dają się słyszeć w 1961 r. w liście do Giedroycia: „Poważnej dyskusji teologicznej – która jedynie mogłaby religię wydobyć z endeckości – u nich nie ma, przez dyskusję taką rozumiem też teologiczne problemy marksizmu”. Dlatego w tym samym liście radził tłumaczyć nie tyle Thomasa Mertona, którego niezbyt cenił, ile raczej francuskiego jezuitę Gastona Fessarda, który zajmował się marksizmem. Do dzisiaj Fessard, do którego jeszcze wrócę, pozostaje w Polsce nie znany. Jednak to w Rodzinnej Europie znajdujemy najbardziej wnikliwe uwagi o polskim katolicyzmie. Otóż zdaniem Miłosza: „Ukształtowała go sytuacja historyczna krajów na wyznaniowych peryferiach, zwłaszcza w XIX w., czyli opór przeciwko protestanckim Prusom i prawosławnej Rosji. Cała kultura polska rozwijała się w orbicie Watykanu i nie stanowił wyjątku niedługo trwający ferment Reformacji, kiedy wielki spór raczej budził ciekawość dla papiestwa, niż od niego ostatecznie oddalał. Kiedy po upadku państwa pojawił się zraniony nacjonalizm, pomiędzy pojęciami «Polak» i «katolik» postawiono znak równości. (…) tam, gdzie nie da się określić, co jest obyczajem narodowym, a co religijnym, religia zmienia się w siłę społeczną, konserwatywną i konformistyczną. Wtedy, próbując zerwać więzy, jakie nakłada na nas środowisko, musimy ją tym samym atakować”. Ta genealogia polskiego katolicyzmu ma, zdaniem Miłosza, dalekosiężne konsekwencje. Jest to religijność o charakterze raczej zbiorowym niż indywidualnym. Podkreślającym związki ze wspólnotą niż osobistą odpowiedzialność. By nie być posądzonym o gołosłowność oddajmy jeszcze raz głos autorowi Rodzinnej Europy: „Widzę w tym również cechę polskiego katolicyzmu. Podkreśla ona silnie odpowiedzialność wobec istot zbiorowych, tj. Kościoła i Ojczyzny, w dużym stopniu utożsamionych, ale spycha na podrzędne miejsce odpowiedzialność wobec ludzi żywych i konkretnych. Sprzyja idealizmowi różnych gatunków i absolutyzuje działanie: powinno ono zawsze mieć na widoku wielkie cele. Stąd być może pochodzi zdolność Polaków do bohaterskich porywów i lekkomyślność czy niechlujstwo w związkach z innym człowiekiem, a nawet obojętność na jego cierpienie. Noszą gorset – rzymski gorset – który pęka po jakiejś porcji alkoholu i wtedy wyziera spod niego chaos, mniej spotykany w cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Religia rzadko jest dla nich doświadczeniem wewnętrznym, najczęściej zbiorem nakazów ugruntowanych na przyzwyczajeniach i przesądach plemiennych, przez co są stale w niewoli Społecznego Zwierzęcia Platona”. Przydługi cytat? Ważny jednak by oddać sprawiedliwość myślenia Poety również o dzisiejszym katolicyzmie.

Przy takim rozumieniu katolicyzmu nie sądzę by mogło dojść do duchowego zbliżenia Poety z polskim Papieżem, dla którego to właśnie katolicyzm stanowił istotę polskości. Ten spór czeka jeszcze na swego monografistę.

***

 

W Krakowie Czesław Miłosz wraz z żoną Carol Thigpen (pobrali się w 1992 r. po śmierci pierwszej żony poety Janiny w 1986 r.) zamieszkał przy ul. Bogusławskiego, oddalonej kilka minut od ul. Kopernika, gdzie w tym czasie mieszkałem w Kolegium jezuitów. Przy okazji zorganizowanego w jezuickim kościele spotkania poetów Czesław Miłosz czytał swoje przekłady Psalmów Dawidowych. Tak go poznałem. W następnych latach miałem jeszcze kilka okazji go spotkać. Trudno się dziwić, że nasze rozmowy dotyczyły głównie religii i katolicyzmu. Kiedyś zaskoczył mnie pytaniem o bohatera książki Stanisława Brzozowskiego – czy ksiądz (tak się do mnie Poeta zwracał) słyszał o Giavie? Oczywiście nie słyszałem, więc zaraz po spotkaniu zacząłem wertować Samego wśród ludzi i dowiedziałem się, że chodzi o członka zakonu jezuitów, który choć stracił wiarę, to nadal wierzy w instytucje i jej potrzebę dla dobra ludzkości. Przyznam, że moim zdaniem jest akurat odwrotnie, wierzę w sensowność religii, mniej natomiast jestem przekonany do użyteczności jej instytucjonalnych konkretyzacji.

Niekiedy Miłosz dzwonił i prosił o książki z dobrze zaopatrzonej biblioteki jezuitów. Kiedyś chciał coś sprawdzić w książce Andre Chouraqui’ego (tej akurat nie było). Jak wiadomo Chouraqui przetłumaczył na francuski z języków oryginalnych Biblię Hebrajską, Nowy Testament i Koran, był więc bliski Miłoszowi w jego zmaganiach z hebrajszczyzną i greką. Innym razem pilnie potrzebował dzieł wspomnianego francuskiego jezuity Gastona Fessarda o dialektyce ćwiczeń duchowych św. Ignacego Loyoli. Ojciec Fessard zaprzyjaźniony był z Jeanne Hersch, z którą też Miłosz się przyjaźnił, sądzę więc, że to od niej dowiedział się o jego istnieniu.

W ramach wykładów z filozofii w latach 70. przez rok uczestniczyłem w seminarium, na którym analizowaliśmy właśnie książki Fessarda. Było to zupełnie inne spojrzenie na marksizm i filozofię Hegla niż na wykładach np. ks. Tischnera. Fessard traktował krytykę religii jako wewnętrzny namysł nad samą religią i nie odczuwał potrzeby apologetycznych zabiegów wobec tzw. mistrzów podejrzeń. Jak mi się wydaje, to właśnie intrygowało Miłosza i zapewne dlatego w latach 50. zbliżyło do Stanisława Vincenza. I tej ideowej konfrontacji z marksizmem brakowało mu w polskim katolicyzmie, podobnie zresztą jak i Witoldowi Gombrowiczowi, który z jeszcze większym zapałem krytykował zaściankowość polskiej religijności.

Oczywiście wiedziałem o legendarnej paryskiej przyjaźni Miłosza z pallotynem ks. Józefem Sadzikiem, który namówił Poetę do przekładów tekstów biblijnych. Nie śmiałem jednak pytać, a kiedy raz spróbowałem, to Miłosz taktownie zbył pytanie milczeniem. Poruszający wiersz z 1980 r. Do Józefa Sadzika jest zapisem tej duchowej wspólnoty. Później we wspomnieniu Miłosz pisał o ostatnim tekście napisanym przez księdza: „Przedmowa ta [do Miłoszowego tłumaczenia Księgi Hioba] jest ostatnią rzeczą, jaka wyszła spod jego pióra. Umarł nagle 26 sierpnia 1980 roku w drukarni, dokąd zawiózł skrypt niniejszej książki, w wieku 47 lat. Był moim bliskim i drogim przyjacielem, tak że straciłem również inspiratora, uważnego współautora i powiernika. Na jego ocenie przede wszystkim mi zależało, jego aprobaty szukałem w pierwszym rzędzie”. Toteż właśnie jemu wyznał kiedyś: „Gdybym nie miał tego drugiego bieguna, tego zrywania się rano i chodzenia – jakbym był dewotem – co niedziela do kościoła i gdybym nie miał tego poczucia bycia tu z innymi ludźmi przez chwilę, bo może poza tym obrębem nie moglibyśmy się zupełnie dogadać albo porozumieć, to bym jakoś ugrzązł w tej swojej izolacji i samotności”. No więc nie pytałem.

Zresztą Czesław Miłosz niechętnie mówił o swojej religijności, nawet w wywiadach, które znamy, jest to temat poruszany raczej marginalnie. Ale przecież w jego poezji (dostępnej teraz w całości, dzięki monumentalnej edycji Znaku Wierszy wszystkich) dość wzmianek o religijności tradycyjnej, dziecinnie prostej chciałoby się rzec. Dostrzegam w tych wersach rewindykacje religijności horyzontalnej, do której tylko przedstawiciele tzw. katolicyzmu ludowego zgłaszają prawo wyłączności. Poeta na swój sposób protestuje przeciw temu zawłaszczeniu i powiada – ja też mam prawo do moich uczuć religijnych i nikt nie ma prawa wyrokować o ich jakości! Zwłaszcza „specjaliści i eksperci”, których po 1989 r. jakoś wyjątkowo przybyło.

Być może dochodzący na początku gwałtownych przemian nie tylko gospodarczych w Środkowej i Wschodniej części Europy głos Poety powinien być usłyszany zwłaszcza przez entuzjastów „wyjątkowej polskiej religijności” i być potraktowany jako ostrzeżenie i szansa na odnowę? W każdym razie szanuję jego wstrzemięźliwość i nie zamierzam kreślić „portretu religijnego” Miłosza. Chciałbym natomiast rozwinąć kilka wątków poruszonych w najbardziej chyba wyrazistym tekście, o którym wyżej była mowa. I jeszcze jedno. Po wywiadzie dla „Przekroju” w 2001 r., gdy wspomniałem, że dla polskiego Kościoła Jan Paweł II stał się złotym cielcem przysłaniającym Jezusa, Poeta do mnie zadzwonił i powiedział krótko – ja się z księdzem zgadzam i chętnie o tym porozmawiam.

Chciałbym ten tekst potraktować jako kontynuację tamtej rozmowy, do której za życia Poety nie doszło, a jego pytanie o państwo wyznaniowe nie traktuję jako retorycznego. Jest ono dla mnie trafną i przenikliwą diagnozą pokusy, której polski katolicyzm już uległ, a demoralizujące, nawet destrukcyjne owoce upolitycznienia religii, są już dostrzegalne. Przy czym od razu chcę przypomnieć zastrzeżenie Miłosza, który wystrzegał się diagnoz politycznych i nie zamierzał się wtrącać w polityczne swary pobratymców nad Wisłą. Leżała mu na sercu kondycja religijna polskiego katolicyzmu i jedyną jego troską było ostrzeżenie przed uleganiem obserwowanej wszędzie erozji wyobraźni religijnej. Co więcej, jego zdaniem „erozja wyobraźni religijnej, znajduje się u sedna myśli XX w. i nadaje naszym czasom rysy apokaliptyczne”. Tak więc sprawa jest arcypoważna i nie można jej sprowadzać li tylko do polityki. A jednak zadziwia jak trafnie uchwycił Miłosz zmiany zachodzące już w pierwszych latach po zmianie systemu.

Wielu z nas zdawało sobie również z tego sprawę, ale mieliśmy nadzieję, że to tylko chwilowe, że to przejdzie, że przecież tak szybko nie zrezygnujemy z wolności, która „się nam przydarzyła” i będziemy korzystać pełną garścią z wolności słowa i potrzeby wyrażania radości z jej odzyskania. Tymczasem (przypomnijmy, że jesteśmy w maju 1991 r.): „Co uderza w Polsce dzisiejszej, to ponowne pojawienie się dwóch języków, tyle że miejsce marksistowskiego zajął język katolicki. Można tylko życzyć księżom, żeby tak powszechnie wyrażana zgoda na wiodącą rolę katolicyzmu jako religii całego narodu nie przesłoniła im prawdy nieco innej, ujawnianej w rozmowach, które milkną w ich obecności”. To życzenie się nie spełniło. Ludzie nie tylko milkną w obecności księży, po prostu temat katolicyzmu stał się tematem tabu.

A cierpi na tym religijność wertykalna, a więc odnosząca się do Boga, a nie do widzialnych struktur instytucji, która tak bardzo utożsamiła się z Bogiem, że nie sposób dotrzeć do Niego bez jej uwzględnienia. A przecież to, co naprawdę w religii istotne rozgrywa się nie między człowiekiem a instytucją, tylko między nim a Bogiem właśnie. Ten stan rzeczy martwił Poetę: „Triumf Kościoła w zakresie religijności, jak to nazwałem, horyzontalnej, niezupełnie mnie cieszy, bo przypominają się niektóre jej dawne formy, a więc zarówno religijność sarmacka, jak ta sprzed pół wieku, kraju lat międzywojennych. W obu wypadkach religijność wertykalna, a na niej mi przede wszystkim zależy, niezbyt dobrze na tym wychodziła”. A konkretnie oznaczało to marginalizację, a nawet wykluczenie jednostek naprawdę religią przejętych. Owszem były wyjątki i Miłosz z wdzięcznością o nich wspomina. Jednak były to właśnie wyjątki, które zmiana systemu politycznego skazała na niebyt.

Doszło nawet do przedziwnego paradoksu, środowiska będące dla Poety źródłem nadziei zaczęły być atakowane i wykluczane: „Ale z chwilą kiedy znikło państwo ateistyczne i konieczność oporu przeciwko niemu, dawny układ powrócił ze zdumiewającą siłą, jakby społeczeństwa ludzkie były poddane zasadzie homeostatu: katolickie środowisko intelektualne zostało uznane przez katolicki ogół za «Żydów i masonów»”. Ten stan rzeczy może się obrócić przeciw Kościołowi, jak to się przydarzyło w innych krajach: „Może tak się zdarzyć, że kler będzie celebrować obrzęd narodowy, kropiąc, święcąc, egzorcyzmując, ośmieszając się zarazem swoim tępieniem seksu, a tymczasem będzie postępowało wydrążanie się religii od wewnątrz i za parę dziesiątków lat Polska stanie się krajem równie mało chrześcijańskim jak Anglia czy Francja, z dodatkiem antyklerykalizmu, którego zaciekłość będzie proporcjonalna do władzy kleru i jego programu państwa wyznaniowego”. Dodałbym tylko, że to już się staje faktem, a instytucjonalny katolicyzm sprzyja raczej płytkiej i fasadowej obrzędowości. Nie jest wykluczone, że obliczonej na doraźny sukces polityczny, a przy tym nie pozbawionej pełnego hipokryzji konformizmu.

W Przedmowie do wyboru esejów Stanisława Vincenza Po stronie pamięci, opublikowanego w Paryżu w 1965 r., Miłosz napisał: „Wbrew pozorom Vincenz jest zaangażowany w bardzo nowoczesną polemikę, choć w swoich polemikach nie posługuje się argumentem. Słuchacza-czytelnika bierze za rękę, odprowadza w inna stronę i mówi do niego: nie patrz tu, patrz tam”. Mam wrażenie, że to właśnie robił w ostatnich, krakowskich latach Miłosz. A patrzeć „tam”, to dla niego oznaczało poszukiwanie źródeł prawdziwej i głębokiej religijności. Choć był przywiązany do instytucjonalnego katolicyzmu, nie znajdował w nim sojusznika w swoich poszukiwaniach. Stąd obawa przed państwem wyznaniowym. Osobiście nie wydaje mi się, by była to obawa płonna. Rok Miłosza nie przejdzie do historii jako okres zgłębiania jego sporu z katolicyzmem, raczej jako czas uzgadniania jego heretyckiego zaciekawienia Transcendencją z obowiązującą wykładnią katolickiej wiary. Mam wątpliwości, czy jest to dobry sposób czczenia jego obecności w polskiej kulturze.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata