70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między grozą a miłosierdziem

Choćby Bóg był złudzeniem jeśli chodzi o istnienie, to pozostaje On jedyną rzeczywistością jeśli chodzi o dobro.

Kim jest Bóg dla rozrzuconych po świecie ludzi różnych kultur i języków, którzy w Niego wierzą? Kim jest, niezależnie od tego, jak Go sobie wyobrażają, po jakiemu o Nim mówią; niezależnie od tego, iloma boskimi postaciami zaludniają swój Olimp albo niebiosa, jak te postaci nazywają, jak się do nich modlą i o co je proszą? Bóg jest władcą czy wsparciem? Budzącą szacunek – a nieraz postrach – potęgą wprawdzie sprawiedliwą, lecz nieubłaganie stojącą na straży narzuconych człowiekowi praw, domagającą się kultu i starannie odprawianych rytuałów? Czy może jednak kimś bliskim, choć niepojętym, na kim można się wesprzeć w chwilach słabości i zwątpienia? Świętą grozą, czy przenajświętszym miłosierdziem?

Oczy Buddy

Górska prowincja Mae Hong Son to trudno dostępna enklawa u podnóża Himalajów wciśnięta między Birmę a północną Tajlandię; pozbawiona dostępu do świata mozaika plemion rozsiadłych po swoich dolinach i tam borykających się z nieurodzajną glebą. Stąd też zwaśnieni monarchowie i okoliczni książęta nie dbali o zabór tak kłopotliwego miejsca. Góry i doliny zaludnione przez plemiona mówiące różnymi językami, wyznające różnych bożków, ale klepiące tę samą biedę, uniknęły więc przemarszów wrogich armii i tratowania ich zagonów przez kolumny bojowych słoni. Dopiero Brytyjczycy, zagarniając Birmę, wzięli pod swoje panowanie te dzikie ostępy i watahy miejscowych pogan przebierających się od święta w różnobarwne stroje, ale nieznających żadnego cywilizowanego języka ani obyczaju. Nie na długo starczyło ich kolonialnego prawodawstwa, szkockiej whisky i irlandzkich misjonarzy, bo pogonili ich Japończycy, po których pozostały do dziś rdzewiejące w dżungli kolumny samochodowych wraków, których nikomu nie chce się usuwać. Kiedy uciekli ostatni najeźdźcy, oddano ten kawałek niełaskawej ziemi królowi Syjamu, którego przodkowie nieczęsto tu zaglądali.

Jeśli jest tu cokolwiek niezwykłego do oglądania, to tylko kolorowo ubrani górale, którzy w dzisiejszych czasach nauczyli się zarabiać na tradycyjnych strojach i zapomnianych obyczajach, wyszli ze swoich dolin, porozkładali stragany w pobliżu miasteczka, gdzie za pieniądze pozują do zdjęć turystom. Ludzie Padaung demonstrują tam swoje kobiety o szyjach sztucznie wydłużonych przez nakładane od dzieciństwa mosiężne pierścienie i w wieku dojrzałym już tak wiotkich, że – gdyby zabrać to metalowe rusztowanie – kręgi szyjne nie wytrzymałyby ciężaru głowy. Znacznie liczniejsi – choć nie tak efektownie wyglądający – Biali i Czarni Karenowie zazdroszczą im tej łatwo wymienialnej na walutę tradycji, ale nie mając nic lepszego, pracowicie prezentują swe samodziały, handlują trzcinowymi plecionkami, srebrem i przemycanymi z Birmy drogimi kamieniami, dzieląc się zyskami z miejscową policją. Przybysz o jasnej skórze, wchodząc do wioski, nie wie, czy napotka buddystów, animistów, czy potomków dzikusów ochrzczonych kiedyś przez prezbiteriańskich albo episkopalnych misjonarzy. Wszystko jedno: zawsze będzie mile przyjęty jako potencjalny nabywca i hojny zapewne płatnik.

– Kim jest duch, któremu składasz ofiary z ryżu i owoców, i, jak powiadasz, czasem się spotykasz? – ośmieliłem się spytać wioskowego szamana, gdy już trochę się z nim zaprzyjaźniłem z pomocą drobnych prezentów i buteleczki taniej gorzały wyrabianej w tych stronach z melasy pozostałej po produkcji cukru trzcinowego. Tym niemniej, spodziewałem się reprymendy, a może i obrazy, bo jakże tak obcesowo indagować kapłana na temat jego świętości. Szaman jednak uśmiechnął się całą gębą upapraną na czerwono od leniwie przeżuwanego betelu.

– Jak to, kim? – zdziwił się. – To nasz przyjaciel, mieszka w tamtym dużym drzewie, czasem przenosi się na skałę. Nam jest z nim dobrze, bo pomaga ludziom w ich sprawach, jemu też dobrze z nami, bo dbam, aby codziennie dostawał coś do jedzenia, a w święto palimy mu kadzidełka. Bez nas pewnie by sobie nie poradził, biedaczek.

– A co ci mówi na spotkaniach?

– Prawdę powiedziawszy, nic nie gada, ale ludzie potrzebują dowodów jego istnienia, więc coś tam bajam. Mnie też z nimi dobrze, bo dbają o swego szamana, a ja odprawiam im sądy i godzę spory wybuchające przy świniobiciu.

– Więc okłamujesz współplemieńców! – ośmieliłem się.

– Skądże! – oburzył się szaman, którego zawodowy honor został urażony. – Duch przemawia, kiedy naprawdę potrzeba. Ja jestem od tego, żeby ludzie się nie zniechęcili i nie poszli do baptystów albo muzułmanów. Zresztą podobno naszych dziadków chrzcili tu jacyś misjonarze i jesteśmy u nich zapisani, ale ta nauka dziwna jakaś i za trudna dla tutejszych ludzi.

Z obawą więc zbliżyłem się do wioski muzułmanów. To potomkowie plemion z dzisiejszego Bangladeszu, którzy osiedlili się w Birmie, a potem uciekając przed wojną domową, znaleźli schronienie w górach zachodniej Tajlandii.

– Co mówi wam Allach w tak odległym zakątku? – spytałem miejscowego duchownego.

– Jak to, co? – zdziwił się. – Wszystko jest zapisane w Koranie. Co jeść, kiedy świętować i że kobiety mają nosić chusty na głowach. Bijemy mu pokłony przy modlitwie pięć razy dziennie z twarzą zwróconą na zachód, bo tam jest Mekka. Za to opiekuje się nami, chroni przed birmańskimi powstańcami i tajską żandarmerią.

– A jak dajecie sobie radę z nieczystym zwierzęciem, bo widzę te same świnki co u buddyjskich albo chrześcijańskich sąsiadów?

– Na pewno nie obrazi się, jak taką zjemy. A może masz butelczynę melasówki?

Nie dziw więc, że z zaciekawieniem i nadzieją wspięliśmy się wraz z moim szwedzkim przyjacielem na wzgórze ponad stolicą prowincji do pagody Kung Mu opisywanej jako miejsce, gdzie przyjmowani są zagraniczni goście na medytacyjne pobyty. Przecież buddyzm zasłużenie cieszy się renomą religii łagodnej i tolerancyjnej; tu dopiero dowiemy się czegoś budującego o przyjaźni między człowiekiem a bóstwem! Aby zostać przyjętym przez starszego stopniem duchownego odpowiedzialnego z racji znajomości języka za kontakty z cudzoziemcami, trzeba było chwilę poczekać. W pozbawionych drzwi pomieszczeniach przechadzali się mnisi w żółtych szatach, czasem pokornie przemykali miejscowi świeccy.

– Jak można! – grzmiał ktoś podniesionym głosem, a mój przyjaciel jako bywały w tych stronach i znający miejscowy język tłumaczył mi to szeptem. – Ofiary pieniężne i żywnościowe trzeba przynosić do klasztoru każdego dnia rano! Nie lenić się! Inaczej złe duchy dotkną was chorobami, a w następnym stadium reinkarnacji wasze dusze wcielą się w parszywe psy!

Cichaczem zajrzeliśmy do następnego pomieszczenia, gdzie właśnie przełożony gromił grupkę zestrachanych wieśniaków. On także nas dostrzegł, ale widać przekonany, że nie rozumiemy, o co idzie, jeszcze czas jakiś burczał gniewnie, aż wierni w kornych pokłonach wycofali się tyłem na znak najwyższego szacunku.

– Nie przypuszczałem, że straszycie ludzi – powiedział po tajsku Szwed.

Mnich zmienił się na twarzy, jakby nie wiedział, czy ma kontynuować reprymendę, czy przyjąć ton właściwy w rozmowie z cudzoziemcami. Wreszcie wydukał po angielsku:

– Nie wiedziałem, że nas podsłuchujesz…

– Oświecony nakazuje szacunek dla wszystkich istot – wtrąciłem nie w porę.

– A jak mam wymóc na wieśniakach choć trochę dyscypliny? – mnich poczuł się pewniej. – Szkoda, że nie jesteśmy w Nepalu, tam na każdej świątyni wymalowane są oczy Buddy i ludzie przynajmniej wiedzą, że Oświecony nie spuszcza wzroku z ich uczynków. Ale u was chrześcijan jest jeszcze ostrzej – duchowny już całkiem odzyskał równowagę. – Na takie okazje macie przecież piekło!

Pomilcz i czekaj na zrozumienie

– Jeśli chcesz cokolwiek zrozumieć ze przesłania Wielkiego Ducha, to przede wszystkim wyzbądź się pośpiechu – powiedział mi mój inny przyjaciel, Amerykanin o indiańskich korzeniach. – Moich przodków ochrzcili podobno niemieccy misjonarze i stąd jestem formalnie członkiem kościoła luterańskiego. Ale jak nas pastor usiłuje umoralniać w dziesięciominutowym kazaniu, jeszcze do tego okraszonym dowcipami, to najwyżej mogę pośmiać się razem z nim. A jak chce postraszyć listą grzechów, to się odwracam i idę swoją drogą. Jeśli próbuję zrozumieć cokolwiek z Chrystusa, idę odciąć się od świata i uspokoić zmysły w szałasie pary. Chodź, posiedzimy tam, wypocimy z siebie bzdury tego świata, pogrążymy się w myślach, pomilczymy, może wtedy i do nas przyjdzie zrozumienie.

Tak zaczęliśmy – w znanym mi już obrządku – rąbać drewno i grzać w ognisku kamienie, które potem sprawią, że ciasne pomieszczenie przykryte skórami zwierząt zasłuży na swoją inną nazwę: „szałas potu”. Paliliśmy kadzidlane zioła, podawaliśmy sobie z rąk do rąk wysłużoną fajkę. Potem mój przyjaciel czterykroć pryskał wodą ku rozgrzanym głazom na znak czterech pór roku i czterech najważniejszych wiatrów.

– Myśl o Wielkim Duchu, ale nie proś go o cokolwiek. Ani Chrystus, ani Wielki Duch nie przyjmują próśb o zdrowie, albo o korzyść w interesach. Tak uważam, chociaż niektórzy sądzą inaczej – powiedział. – Raczej dziękuj za piękno i tajemnicę życia.

– Powiedziałaś o pięknie, chociaż świat jest pełen cierpienia – odezwałem się później, gdy po szałasie pary i kąpieli w chłodnym jeziorze nadeszła pora rozmów.

– Wiem o tym, chociaż nie pojmuję, czemu Wielki Duch stworzył właśnie taki świat i kazał w nim żyć? Ale on wie. Chrystus także wie. Ale nie dla nas ludzi taka wiedza. W tym okrutnym świecie piękno i dobroć są dostępnym każdemu śladem Boga, obojętnie jak go nazywamy: Manitu, Tirawa, Wakan Tanka czy Jahwe. Dlatego trzeba dziękować za te ślady sensu i lepszego porządku. Sprawiać, by było ich więcej. To wszystko, co mamy do zrobienia w doczesnym życiu.

– A rytuały, jak twoje przygotowania szałasu pary? Modlitwy, legendy… Czy Wielki Duch ich wymaga?

– Skądże, one służą tylko nam, byśmy się uspokoili, weszli w nastrój medytacji. My nie uprawiamy magii; Bogu nie trzeba rytuałów, totemów, posągów, podobnie jak nie trzeba Mu władzy. Trzeba tylko byśmy o Nim myśleli, bo wtedy poskramiamy zło świata, trochę zbliżamy się do boskości, którą poznamy dopiero po śmierci.

Nie przyszedłem ich nawracać

Wyspa Mindanao położona na południu Filipin jest drugą co do wielkości w archipelagu. Rzadko zaludniona, pokryta górską dżunglą, ponad którą wznosi się sięgający prawie trzech tysięcy. metrów wulkan Apo, pierwszy szczyt wyspiarskiego państwa. Ale też Mindanao jest największym skupiskiem islamskim w tym jedynym w Azji dużym kraju katolickim. Od dziesięcioleci tli się tutaj rebelia, podkładane są bomby, giną ludzie. Powołanie autonomicznego regionu muzułmańskiego nie rozwiązało problemu, kilka lat temu nawet jego gubernator uciekł do dżungli i przyłączył się do powstańców. Wprawdzie spacyfikowano ich najbardziej radykalny odłam – znaną z porwań zakładników grupę Abu Saayafa związaną z Al Kaidą – ale nie uspokoiło to wnętrza wyspy. Chociaż samego Saayafa podobno zeżarły rekiny, gdy wyskoczył z łodzi, ratując się przez ścigającą go żandarmerią, to władza mundurowych obejmuje tylko miasta i to za dnia. Tak z duszą na ramieniu dotarłem kiedyś do dżunglowej wioski skupionej wokół misyjnego kościółka.

– Jak idzie nawracanie muzułmanów, przecież są zamknięci i oporni? – spytałem szkockiego misjonarza poleconego mi przez polskich księży, których na Filipinach nie brak.

– Ja ich nie usiłuję nawracać i chrzcić – odparł stary człowiek. – Chrystus powiedział: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody…”, to znaczy te, które uwierzą w Niego. Ale nigdy nie powiedział: Zmuszajcie ich, żeby wyparli się wszystkiego, w co ich ojcowie wierzyli, i przyjęli za swoją świętą księgę dzieje jakiegoś dalekiego, nieznanego im ludu.

– Więc co tu ksiądz robi?

– Żyję ich życiem, choć wielu ma nadzieję, że wkrótce wyjadę. Nic dziwnego; myślą, że chcę ich wyzyskać i oszukać, jak inni przybysze. Potem stopniowo widzą, że niczego od nich nie wymagam; wspieram jedynie tutejszych jak potrafię w ich biednej codzienności. Dopiero po jakimś czasie pojmują, że taki może być Bóg, tylko jeszcze o wiele lepszy. Wtedy niektórzy z nich zaczynają wierzyć w Chrystusa.

– Wyrzekając się islamu?

– Po co rytuały? Religie powinny się wzajemnie użyźniać. Inne tradycje są potrzebne, byśmy lepiej pojęli własną. Misjonarze już dość przyczynili się do ich wyplenienia.

Szybko – jak to w tropikach – zapadała noc. Przez chwilę szalały cykady, potem równie nagle umilkły. Z głębokiego mroku dobiegały odgłosy dżungli, gdzie właśnie nocni drapieżcy ruszyli na żer. Gdzieś daleko za nimi przemykali się brodaci partyzanci ze znamionującymi tu wyznawców Proroka opaskami na głowach. Nie mieliby kłopotu z porwaniem, ale misjonarz nie zwykł ryglować drzwi. Zresztą silniejszy napór napastników łatwo rozwaliłby liche ściany, jak to w tutejszych chałupach.

– Tu się tego nie robi – powiedział widząc moje trwożne spojrzenie. – Tu się żyje na widoku, także nocą.

– A jak przyjdą?

– Śmierć także przyjdzie. Na każdego z nas. Też nie wiesz, kiedy. Ale może akurat przyjdzie tu Bóg? On nie wkracza dzisiaj w grzmotach, ogniu i chwale, jak w Starym Testamencie. On się coraz bardziej umniejsza, nawiedza nas po cichutku. Maleje, aby do nas trafić. Chroniąc się przed złoczyńcami, na pewno Go odtrącisz, a przynajmniej spłoszysz.

Tyle było naszej rozmowy, tyle było krótkiej gościny w dżungli. Nie wiem nawet, czy stary misjonarz jeszcze żyje. Tylu jego współbraci zostało porwanych albo zabitych.

Obraz Boga na podobieństwo człowieka

Simone Weil napisała kiedyś: „Choćby Bóg był złudzeniem jeśli chodzi o istnienie, to pozostaje On jedyną rzeczywistością jeśli chodzi o dobro”.

Cóż pewnego możemy powiedzieć o Bogu? Jakież to mamy prawo twierdzić, że jest taki lub inny, takie a nie inne są Jego atrybuty? Już pierwsi Ojcowie Kościoła powiadali, że najbardziej uzasadniona jest teologia negatywna, czyli że jako tako celnie wolno mówić najwyżej o tym, czym Bóg nie jest i jaki nie jest. Pozostało to do dziś, zwłaszcza w Kościele wschodnim, choć wciąż nas korci, by ogłosić że jest taki a taki. I już! Zwłaszcza, jeśli by to uzasadniało bliskie nam poglądy lub roszczenia.

Za to można badać do woli Jego wyobrażenia tworzone przez różne kultury, zapisywane w różnych językach i w różnych czasach, funkcjonujące w obrębie różnych religii. Ale to są wszystko obrazy malowane przez człowieka, ulepione przezeń postaci, wizerunki wiary i nadziei, nieraz lęku. Jedne są mi bliskie, inne odległe i obce. Nic więcej powiedzieć nie mogę. Tak człowiek tworzy obrazy Boga na swoje własne podobieństwo i one oczywiście świadczą o wiele bardziej o nas niż o Nim.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter