70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wielka monografia – drobne wątpliwości

Książka Saula Friedländera Czas eksterminacji na tle współczesnej literatury przedmiotu dotyczącej Holocaustu jest przedsięwzięciem wyjątkowym.

Przede wszystkim dlatego, że niezwykle rzadko powstają obecnie ujęcia całościowe, ukazujące wszystkie najważniejsze etapy zagłady europejskich Żydów. W najnowszych badaniach nad Holocaustem odchodzi się od narracji holistycznych na rzecz rozpoznań szczegółowych. Zamiast potężnych studiów kompletujących dostępną nam wiedzę o Szoa powstają dysertacje koncentrujące się na wybranym zagadnieniu. Od lat obserwowany jest odwrót od makrohistorii i zwrot w stronę mikrohistorii. Przykładem są Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa, a w Europie i na świecie Zwykli ludzie Christophera Browninga oraz Gorliwi kaci Hitlera Daniela Goldhagena. Analizując wycinek lokalnej historii lub dzieje kilku zapomnianych oddziałów Batalionów Policji, znawcy problematyki wnioskują o procesach zachodzących w makroskali.

Ambitne monografie naukowe wymagają od swych twórców erudycji i ogromnej wiedzy. Autorzy tacy jak Saul Friedländer z pewnością spełniają ów warunek. Oczytanie w literaturze Holocaustu sprawia, że amerykański historyk może swobodnie poruszać się po tym niezwykle rozległym gruncie, jakim w ciągu ostatnich czterdziestu lat stała się refleksja nad Szoa. Czas eksterminacji przytłacza liczbą faktów, nazwisk, ogromem zgromadzonego materiału źródłowego i wykorzystanych opracowań historycznych (w polskiej edycji bibliografia wraz z przypisami zajmuje blisko 200 stron!). Trudno pojąć, iż można opanować tak olbrzymi obszar wiedzy. Oczywiście dałoby się wskazać kilka dzieł porównywalnych rozmachem intelektualnym z Czasem eksterminacji. Z pewnością należałoby przywołać The Destruction of the European Jews Raula Hilberga. Niczego nie ujmując klasycznej już dziś rozprawie Hilberga, trzeba jednak pamiętać, iż powstawała ona, gdy tekstów o Zagładzie było niepomiernie mniej niż obecnie.

Podtytuł książki Friedländera (Nazistowskie Niemcy i Żydzi) nie oddaje w pełni jej charakteru. Nie tylko dlatego, że Czas eksterminacji opowiada o Zagładzie jako o zjawisku, które dokonywało się na terenie całej Europy, ale głównie z tego względu, że Friedländer w swoich rozważaniach mocno akcentuje zaangażowanie lokalnych władz w proces mordowania Żydów. Teza o współpracy hitlerowców z ludnością krajów okupowanych w zabijaniu żydowskich mężczyzn, kobiet i dzieci nie jest nowa w historiografii. Staje się dla nas coraz bardziej oczywiste, że bez ugodowej postawy państw satelickich, kolaborujących z Niemcami hitlerowskimi, Zagłada w takim wymiarze, w jakim się dokonała, byłaby niemożliwa.

Projekty podobne do monumentalnej rozprawy Friedländera zawsze każą postawić pytanie o tak zwany stopień wyczerpania tematu. Do głosu dochodzi bowiem fundamentalna wątpliwość: Jaki sens ma dziś pisanie monografii Zagłady? Jak w praktyce możliwe jest scalenie dotychczasowej wiedzy o Szoa? Jaki należy przyjąć – nieuchronny – poziom uogólnienia? Na przykładzie rozważań Friedländera poświęconych Polsce i stosunkom polsko-żydowskim widać, że nie jest on mały.

Trudno zgodzić się akapitem, w którym amerykański historyk porównuje ze sobą – traktując jako równorzędne w szerzeniu nowoczesnego krwiożerczego antysemityzmu – „polską endecję, węgierskich strzałokrzyżowców, Gwardię Hlinki na Słowacji, chorwackich ustaszy, Żelazną Gwardię w Rumunii, Akcję Francuską oraz – powstałą na emigracji Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i organizowanych latem 1940 r. nielegalnych nacjonalistycznych bojówek w krajach bałtyckich”. Nie da się tych zjawisk ze sobą zestawić. Charakter reprezentowanego przez nie antysemityzmu był odmienny. Najkrócej mówiąc Narodowa Demokracja, głosząc antyżydowskie poglądy, nigdy otwarcie nie namawiała do zbrodni ani też w niej nie współuczestniczyła, jak na przykład Żelazna Gwardia, ustasze czy Gwardia Hlinki na Słowacji. Może to wyglądać na bicie się w cudze piersi, ale skoro mówimy o dokonanych (dokonujących się) w krajach europejskich (w tym także w Polsce) rozliczeniach z niedawną przeszłością, to chyba warto pamiętać, że taka debata czeka państwa, które mają sporo do wyjaśnienia. Jednym z nich jest Ukraina (ale także Litwa, Łotwa, Estonia). Nie śledzę na bieżąco toczących się tam dyskusji, pamiętam jednak wymowne milczenie, jakim przed kilku laty na konferencji we Lwowie przyjmowano referat podnoszący kwestię zbrodni dokonywanych przez SS Galizien. A przecież to zalewie fragment zaangażowania Ukraińców w mord na Żydach.

Wątpliwości dotyczących Czasu eksterminacji jest więcej. W innym miejscu Friedländer pisze: „Na koniec warto (…) wspomnieć o przejawach najbardziej pierwotnego antysemityzmu, jaki w tym czasie ponownie objawił się wśród szerokich rzesz francuskich katolików. Jego postać była co prawda nieporównanie łagodniejsza aniżeli w Polsce, niemniej jednak istnienie antysemityzmu w wydaniu »ludowym« było we Francji faktem”. Nie negując zasięgu antysemityzmu ludowego w Polsce, wypada podkreślić, iż na ogół nie miał on wymiaru zbrodniczego. Nie dość na tym. Jak się wydaje, to właśnie katolicyzm w wersji ludowej powstrzymywał często swoich wyznawców przed zbrodnią.

Zaskakująco dla czytelnika polskiego brzmi następujący passus z Friedländera: „Wśród dramatycznych przewrotów we wschodniej i południowej Europie zdarzenia w Polsce zmieniły się w ponurą tragedię. 1 sierpnia, po dotarciu sił sowieckich do wschodniego brzegu Wisły w rejonie Warszawy, Armia Krajowa dała sygnał do wybuchu powstania w mieście. Między powstańcami a siłami niemieckimi rozwinęły się zacięte walki uliczne. Sowieci zaś wpierw nie mogli, a potem nie chcieli interweniować. 2 października, gdy stolica została zamieniona w zgliszcza i ruiny, resztki polskich sił poddały się ostatecznie. Wkrótce potem armia sowiecka zajęła Warszawę. Początkowo dywizje Rokossowskiego zostały odrzucone przez kontraatak niemiecki wzdłuż Wisły. Potem Stalin na swój własny sposób rozwiązał problem opozycji narodu wobec narzuconej przez niego władzy komunistycznej – pozwolił Niemcom ją zdziesiątkować”. Zdanie: „Sowieci zaś wpierw nie mogli, a potem nie chcieli interweniować”, każe sądzić, iż Stalin poważnie zastanawiał się nad pomocą powstańcom. Inne zdanie („Wkrótce potem armia sowiecka zajęła Warszawę”) również jest mylące. „Wkrótce potem” oznaczało trzy i pół miesiąca oczekiwania na wyzwolenie od momentu kapitulacji 2 października 1944 roku. Był to okres niezwykle dramatyczny w życiu tak zwanych robinsonów warszawskich, tych, którzy pozostali – ukrywając się – w zgliszczach stolicy. Tragiczne losy ludności żydowskiej od października 1944 roku do stycznia roku 1945 wegetującej w ruinach Warszawy ukazuje książka Gunnara Paulssona Utajone miasto, której Friedländer nie zna.

Zdziwienie wywołuje sąd Friedländera o Calelu Perechodniku. Według amerykańskiego badacza żydowski policjant z otwockiego getta „nie ma sobie wiele do zarzucenia”. Lektura książki Czy ja jestem mordercą? nie upoważnia do podobnych wniosków. Oto cytat z Perechodnika: „Policjanci [żydowscy] zajmują całe bloki domów między czterema ulicami, żeby wiedziano, że tu żyją oni, ich rodziny, że tu nikt nie ma prawa wstępu. Zajmują cudze mieszkania, z których każą ludziom się usunąć, nakazując pozostawić wszystkie nieruchomości na miejscu. Sami gromadzą w tych mieszkaniach olbrzymie bogactwa. Piją, rabują i wypełniają rozkazy niemieckie”. O sobie samym zaś – i o współrodakach – Perechodnik mówi tonem zgryźliwej ironii: „Policjo! Bądźże pewna, że wielkie Niemcy o tobie nie zapomną. Lekarze, jesteście potrzebni Niemcom. Fachowcy, bez was Niemcy nie mogą wygrać wojny. (…) Pijcie wódkę i nie myślcie”.

Zastanawia sposób przywołania przez Friedländera słów Jürgena Stroopa po zdławieniu powstania w getcie warszawskim. Generał SS stwierdził wówczas, iż „w większości polskie społeczeństwo zaaprobowało środki użyte przeciw Żydom”. Pomijając niczym niepopartą ogólnikowość i niesprawiedliwość podobnej rekapitulacji, z metodologicznego punktu widzenia pozostawianie bez komentarza sądów oprawcy, niekonfrontowanie ich z innymi źródłami, jest niedopuszczalne.

Wymieniając powody udzielania pomocy Żydom przez instytucje chrześcijańskie oraz osoby działające z pobudek religijnych, Friedländer przekonuje: „Głównym, aczkolwiek najbardziej wykrętnym elementem udzielania takiej pomocy były prozelityzm i zmiana wiary, szczególnie w przypadku ukrywania dzieci. Czasami zmiana wiary mogła być uważana za istotną dla lepszego kamuflażu, lecz zwykle była celem samym w sobie. (…) To oczywiście stawia w innym świetle historyczną ocenę chrześcijańskiej pomocy, pomimo ryzyka”. Jest to sąd tyleż prawdziwy, co wypaczony zbyt łatwo formułowanymi wnioskami. Tak jak w innym przypadku: „Na rozległych wiejskich terenach wschodniej Polski (lub zachodniej Ukrainy) postępowanie zarówno polskich, jak i ukraińskich chłopów cechowała tradycyjna nienawiść – choć zdarzały się odosobnione przypadki odwagi – i niezaspokojona żądza pieniędzy lub innych dóbr”.

Friedländer wyraźnie zakreśla daty, w obrębie których opisuje Zagładę europejskich Żydów. Pokrywają się one z wybuchem i końcem drugiej wojny światowej na starym kontynencie (wrzesień 1939–maj 1945). Większość historyków przyjmuje podobny zakres czasowy. Jednak sprawa nie jest oczywista. Są badacze, którzy proponują moment dojścia Hitlera do władzy (1933) jako punkt graniczny, od którego trzeba rozpoczynać opowieść o eksterminacji. Chcąc nie chcąc, wikłamy się w nierozstrzygnięty spór, od kiedy należy mówić o początku Holocaustu. Friedländer przynależy do tej grupy naukowców, którzy postrzegają Szoa jako proces rozwijający się, dynamiczny, podlegający modyfikacjom zespół różnorodnych czynników. Stanowisko, które reprezentuje Friedländer, jest dziś bodaj najpowszechniejsze. Zgodnie z nim idea wymordowania całego narodu ewaluowała w czasie. Upiorny pomysł eksterminacji pojawił się relatywnie późno, wraz z rozpoczęciem działań zbrojnych na froncie wschodnim (wcześniej rozpatrywano koncepcję deportacji na Madagaskar czy niezaludnione tereny rosyjskiej Syberii). Pytanie, czy istniał rozkaz Hitlera zapoczątkowujący Endlösung, wydaje się pozbawione znaczenia. Nie da się bowiem w historii Holocaustu wskazać „punktu zerowego”. Można mówić raczej o natężeniu lub osłabieniu zbrodniczych tendencji, ale nie o ich początku. Prawdą jest, iż nasilenie się eksterminacji przypada na rok 1941. Ale przecież już wcześniej różni dowódcy SS, SD i gestapo dokonywali mordów na Żydach. W monografii Friedländera nader ciekawe, choć przecież nie nowe, jest zwrócenie uwagi właśnie na element improwizacji, samodzielnego działania. Zagłada, którą nie bez powodu przedstawia się jako sprawnie działającą machinę, nie mogła być – jak każda nawet najdoskonalej zaplanowana akcja – wolna od nieprzewidzianych sytuacji. Wymagały one decyzji podejmowanych na bieżąco. „Prywatne inicjatywy” stanowiły znaczący fragment kombinatu zbrodni.

Czas eksterminacji jest opracowaniem rzetelnym i erudycyjnym, a jego autora trudno posądzić o stronniczość. Niemniej jednak rozprawa może budzić wątpliwości. Częściowo wynikają one z charakteru publikacji Friedländera. Książka, która otrzymuje najpoważniejszy laur dziennikarski, nobilitującą Nagrodę Pulitzera przyznawaną przez Uniwersytet Columbia, musi się sprzedać i być „książką do czytania”. Jej twórcy nie wolno „dzielić włosa na czworo”, mnożąc nierozstrzygalniki i znaki zapytania, nadmiernie komplikując obraz. Należy też wziąć pod uwagę charakterystyczny styl amerykańskiej historiografii, która chce trafiać do współczesnego czytelnika, budzić emocje, prowokować do dyskusji, a samego przekazu nie zamierza zamykać w zakurzonych szafach uniwersyteckich. Friedländer wybiera drogę pomiędzy naukowym, obiektywnym (relacjonującym) dyskursem, często nudnym i zniechęcającym do lektury, a publicystyką historyczną. Zdarza mu się – wcale nie tak rzadko – wyrażać emocje w tekście posługując się ironią i gorzkim humorem.

Czas eksterminacji pośrednio uświadamia nam brak nowej monografii Holocaustu na ziemiach polskich. Jedyna praca, która może się o to miano ubiegać, nie tylko nie uwzględnia aktualnego stanu badań, ale na dodatek została napisana z pozycji ideologicznych. Chodzi o Hitlerowską politykę zagłady Artura Eisenbacha (podobne ambicje ujęcia całościowego miał Zarys dziejów Żydów w Polsce w latach 1939–1945 Teresy Prekerowej). Rozprawa Friedländera – choć sporo miejsca poświęca Polsce – nie wyręczy rodzimych badaczy. Czas eksterminacji nie odnotowuje licznych prac polskich naukowców wydanych w ostatnich dwudziestu latach. Mówiąc o przejawach współpracy lokalnych społeczności z nazistami, Friedländer pomija U progu Zagłady. Zajścia antyżydowskie i pogromy w okupowanej Europie Tomasza Szaroty, Pogrobowców klęski. Rzecz o policji „granatowej” w Generalnym Gubernatorstwie (1939–1945) Adama Hempla, niewielkich rozmiarów, ale niezwykle ważne książki „Szanowny panie gistapo”. Donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940–1941 Barbary Engelking oraz Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939–1943 Jana Grabowskiego. Tytułów nieobecnych w Czasie eksterminacji dałoby się wymienić znacznie więcej. Wadą polskich publikacji jest to, że nie mają one wersji anglojęzycznej, a przez to ich zasięg w piśmiennictwie o Holocauście jest ograniczony. O to jednakże trudno winić Friedländera.


S. Friedländer, Czas eksterminacji. Nazistowskie Niemcy i Żydzi 1939–1945, tłum. S. Kupisz, K. Masłowski, A. M. Nowak, Warszawa: Prószyński i S-ka 2010.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter