70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szczęście, sukces, zwycięstwo? – Czyli wołanie o sens pozostaje bez odpowiedzi

Podróżując wiele po świecie, zadawałem ludziom, których uznawałem za mądrych, najważniejsze pytanie o sens: co czynić, czym się kierować, do czego dążyć?

Jak żyć, aby w godzinie śmierci mieć poczucie sensowności spędzonych na tym padole lat? U początków naszej europejskiej cywilizacji o to samo pytał sam siebie wielki Sokrates unieśmiertelniony w Dialogach Platona: czy młody, zaczynający życie człowiek ma prostą drogą dążyć ku dobru, mimo że jest tak trudne do osiągnięcia, a droga doń okazuje się usłana cierniami? Czy raczej okazjonalnie zachwycać się abstrakcyjnym dobrem, a na co dzień posuwać się kręto i zakosami, by przechytrzyć innych w wyścigu do bogactwa, władzy i sukcesu? Choć pytanie można uznać za retoryczne, to jednak nauczyciel Platona nie dawał jasnej odpowiedzi. Każda z dróg ma zalety i wady, każdy z możliwych celów i sensów czymś kusi, czymś innym odpycha. Wybór należy do wyruszającego na szlak człowieka, choć błędnie przebytej drogi nie da się już powtórzyć.

Każdy z mędrców, których pytałem, przedstawiał mi zasady swojej religii albo swojej filozofii jako niechybnie prowadzące do powszechnej szczęśliwości, gdyby ludzie zechcieli żyć wedle nich. Trudno się z tym nie zgodzić: nikt nie proponował bezeceństw, każdy – choć inaczej nazywał swe wzorce i źródła – zalecał umiarkowanie, wyrozumiałość, a także życzliwość dla innych ludzi. Nawet muzułmanie, których tak łatwo obciążamy okrucieństwami dżihadu, powiadali, że prawowiernemu nie wolno zabijać, a jeśli nawet przywódcy religijni ogłoszą świętą wojnę, to musi ona podlegać rycerskim regułom, samobójcze zamachy i niewinne ofiary to straszny grzech przeciw Allachowi. Nawet utopie socjalistycznie, które tyle zła przyniosły światu, powiadają, że trzeba powściągać żądzę indywidualnego posiadania, na pierwszym miejscu stawiać interes zbiorowości. Więc dlaczego jest tak źle, skoro powinno być tak dobrze?

Stąd też, gdy w buddyjskim klasztorze na granicy Birmy i Tajlandii przełożony tamtejszych mnichów tłumaczył mi zasadę ahinsa, czyli wyrzeczenia się przemocy, nie wytrzymałem i odparowałem z całą mocą: Wszystko to piękne gadanie, a rzeczywistość mu przeczy. Co z tego, że wy buddyści jesteście mili dla siebie w świątyni albo na ulicy, kiedy historia pokazuje, że kiedy tylko możecie, mordujecie się nawzajem nieraz okrutniej niż chrześcijanie. Buddyjski władca Indii Asioka szedł do tronu po trupach, a braci wyrżnął. Kiedy pod koniec XVIII wieku Birmańczycy oblegli stolicę Syjamu, to nie został kamień na kamieniu, nawet świątynie poszły w ruinę, a mnisi pod nóż. Khmerowie tłukli Syjamczyków, ci odwzajemnili im się krwawo. Jeszcze w XIX wieku król Syjamu dokonał rzezi w zdobytej stolicy Laosu! Już nie wspomnę o Czerwonych Khmerach, wojskowej juncie w Birmie i niedawno zakończonej wojnie domowej w Sri Lance.

– Odpowiem ci po buddyjsku, a więc przypowieścią – odrzekł bynajmniej nie stropiony i wciąż uśmiechnięty mnich. – Kiedy Oświecony chodził po świecie, uczniowie też zwracali się doń z podobnymi pretensjami. Akurat któryś z nich znowu użalał się, że świat nie słucha mądrych rad i w tym momencie się potknął. Wtedy Oświecony stwierdził, że oto właśnie otrzymał dowód słuszności swojej nauki. Potknąłeś się, rzekł do ucznia, bo zobaczyłeś na ziemi owada i nie chciałeś go zgnieść. To znaczy, że to, co głoszę, powoli znajduje drogę do serc i umysłów. Może muszą minąć tysiąclecia, ale prawda powoli dotrze, gdzie powinna.

Więc jak to jest? Co różne ludy, cywilizacje, kultury uważają za cel udanego życia, za sukces, za szczęście? Czy zawsze spod pięknych frazesów wyziera tak czy inaczej opakowana żądza bogactwa i władzy?

 

Daleko od betonowej prerii

Do kogóż mam się odwołać, jak nie do moich czerwonoskórych z Nowej Anglii, których nieraz już tu przywoływałem? A raczej do grupy całkiem współczesnych Amerykanów, hobbystów kultywujących – nawet nie wiadomo, czy prawdziwą, czy wymyśloną – tradycję swego indiańskiego pochodzenia. Co nie przeszkadza im oczywiście w wykonywaniu zwykłych amerykańskich zawodów i w przynależeniu do któregoś z protestanckich kościołów (bo „tak wypada”); wierzenia i obrzędy przodków praktykują dopiero wtedy, gdy zbiorą się na pozostawionym im jeszcze niewielkim terenie wśród wzgórz, który niegdyś był częścią rozległego i ludnego rezerwatu.

– Jak żyć? – spytałem więc. – Co uważacie za sukces? Jakie powinno być udane życie?

– Wszystko chciałbyś wiedzieć od razu, jak każdy biały – zgromił mnie jeden z nich. – Właśnie dlatego wciąż błądzicie zwodzeni popędliwą ciekawością. Poczekaj. Posiedź z nami w szałasie pary, zaciągnij się fajką modlitwy, przygotuj się. Przyjdzie czas, to porozmawiamy.

Dopiero o zmierzchu przy ogniu wróciliśmy do tematu. Ale wcześniej krążyła wśród nas nie tylko fajka, ale i butelki piwa. Wcześniej także długo mi pokazywali, jak rozwijają się jakieś podobno lecznicze i zupełnie mi nieznane zioła w ich ogrodzie.

– Pośpiech i niecierpliwość, to najwięksi wrogowie – powiedział ten sam, który zdławił rozmowę przed paroma godzinami. – Spójrz w ogień, jak szybko gaśnie żar, tak mijają chwile, z nimi życie. Niepotrzebnie śpieszycie się do przyszłości, a ona wcale nie jest ważniejsza od dnia dzisiejszego. Niczego ciekawego w niej nie ma, najwyżej niewiadome zagrożenia. Świat krąży w koło, wszystko, co będzie, już było. Wszystko, co już było, pojawi się znowu. My to wiemy od dawna, ale wy wciąż nie możecie pojąć tej oczywistości, goniąc pośpiesznie za jutrem, które nie wiadomo dlaczego ma być lepsze, a zwykle bywa gorsze, tylko trochę inaczej przybrane. W imię jutra lekceważycie dzień dzisiejszy, nie potraficie się nim cieszyć. Z tego samego powodu pogardzacie nami, bo nie umiemy zapobiegliwie troszczyć się o przyszłość. Nawet poczciwy Mark Twain odmawiał czerwonoskórym darwinowskiego pochodzenia od małpoluda, uważał, że jesteśmy potomkami wędrownych szczurów.

– Pewnie byłeś zniecierpliwiony, że oglądaliśmy tak długo nasze rośliny – powiedział drugi. – Ale my umiemy się nimi radować. W miastach, które nazywamy betonową prerią, niczym się nie cieszycie, za to niszczycie wszystko. Powodzenie jest mierzone własnością i forsą, a nie przyjaźnią z innymi ludźmi. Nie mów, że jest inaczej. Każdy z nas żyje jedną nogą w mieście i wiemy, jak tam jest. Dopiero kiedy gromadzimy się tutaj, oddychamy głęboko.

Owszem, powoli odkrywacie pewne rzeczy, które my znaliśmy od początku. Jakieś feminizmy, jakieś prawa człowieka… A przecież każde plemię indiańskie ma nie tylko wodza, ale też wybieraną przywódczynię, która jest nieraz od niego ważniejsza. Dom i ziemia są własnością nie ojca, ale matki. Wuj jest tak samo ważny jak ojciec, a najbardziej liczy się głos starej babki. Wy to dopiero odkrywacie. Dlatego nasi ludzie coraz częściej wracają z miast do rezerwatów, chociaż nie znajdują tu dobrej pracy, ale żyją szczęśliwiej.

– Co więc  proponujecie ludziom, którzy pytają tak jak ja? – odparłem. – Cały świat nie wróci do rezerwatów, aby tam szukać sensu i radości. Najwyżej stworzy jeszcze jedno getto nieudaczników. Niezbyt udało się wam w życiu, więc na starość wskrzeszacie ułudę wspólnoty. Zresztą i tak wasi młodzi idą za mirażami betonowej prerii.

Sądziłem, że się obrażą, ale pierwszy tylko rzekł spokojnie:

– Więc idź… Idź swoją amerykańską drogą życia, która stała się dzisiaj drogą całego świata ku zatraceniu.

 

Każdy raj ma swojego węża

– Dlaczego pytasz o dobre życie? – zdziwił się mój gospodarz na jednej z wysepek w archipelagu Fidżi. – Po co pytać? Każdy wie, że dobre życie jest tutaj, w naszej wsi!

Właściwie miał rację. Spokój, znane wszystkim i stąd bezpieczne obyczaje. Słońce tropiku. Słodkie bulwy same rosną w polu. Obfitość owoców na drzewach i ryb w morzu. A do tego jeszcze tanie piwo i powszechnie dostępny łagodny narkotyk zwany yangoona. Biali turyści, którzy dają trochę zarobić. Czegóż chcieć więcej?

– Tylko nie mów, że nasi młodzi wybierają miejskie życie w dalekim świecie – uprzedził moje pytanie. – Rozejrzyj się dookoła: pełno młodych we wsi, chcą nadal żyć jak ich ojcowie!

Rzeczywiście, wieś tak jak i inne podobne osady nie robiła wrażenia enklawy starzejących się nieudaczników. Młodzi mężczyźni i uśmiechnięte, obfite w kształtach kobiety, nowe chaty, biegające obok nich nagie dzieciaki. Raj tropikalny jak z obrazków Gauguina. W tej dawnej kolonii brytyjskiej znajomość angielskiego jest powszechna, a ludzie towarzyscy, więc wdanie się w rozmowę z kimkolwiek nie sprawiało trudności. No i cóż się okazało: zdecydowana większość młodych, jest mieszkańcami wioski z konieczności, bo na wyspach – nawet w stolicy Suva czy jeszcze większym Nasinu – nie ma dla nich pracy, nawet dla takich, którzy skończyli jakąś szkołę. Wszystkie etaty i chałtury pozajmowali znienawidzeni w fidżyjskich wioskach Hindusi, na szczęście rodowitym mieszkańcom archipelagu konstytucja gwarantuje własność ziemi, więc wracają do rodzinnych wsi, by uprawiać swoje pataty i banany oraz narzekać na nieposiadających praw do choćby kawałka gruntu Hindusów, z czego mają wynikać wszelkie spiski i bezeceństwa. Każdy raj ma swojego węża, jak powiada amerykańskie przysłowie.

Pytanie o dobre życie zadawałem oczywiście australijskim czarnym krajowcom. Też byli podobnego zdania:

– Dobre życie jest w naszym klanie. Klan zapewnia każdemu bezpieczeństwo, kiedyś solidarnie dzieliliśmy się upolowaną zwierzyną, dziś czymkolwiek, co tylko dostaniemy z opieki społecznej. A może masz dla nas jakąś flaszkę?

Nie innego zdania byli dostojni Amisze zamieszkujący kilka osad w Pensylwanii. Radykalna sekta protestancka wywodząca się od niderlandzkich menonitów, prześladowana za radykalne odrzucenie wszelkiej nowoczesności i innych wszeteczeństw zepsutego świata, znalazła schronienie za oceanem i dzisiaj żyje już raczej nie z archaicznej uprawy roli, ale z pokazywania za pieniądze turystom z Filadelfii, Waszyngtonu i Nowego Jorku swych ubrań zapinanych na haftki (guziki też mają za wymysł diabelski), tradycyjnych wyrobów drewnianych i nie mniej tradycyjnych zaprzęgów, jakich używają zamiast samochodów. Tutejszy Amisz może na jakiś czas – choćby idąc na studia – oddalić się ze wspólnoty, ale nie wolno zerwać mu z nią kontaktu pod groźbą wykluczenia i zakazu powrotu. Jak podkreślają panowie w staroświeckich kapeluszach, panie w czepcach i długich szarych spódnicach, mało kto z młodych godzi się na tak radykalne odcięcie więzów ze macierzą.

– Więc dlaczego, jeśli jesteście tak szczęśliwi w tym archaicznym życiu, wasze osady nie rozrastają się? – pytałem. – Dlaczego świat nie zapragnął dzielić waszego szczęścia i waszych celów?

Na to nie było odpowiedzi, nawet w postaci narzekania na betonową prerię.

Może jednak coś istotnego powiedziano mi w zapadłym zakątku Tajlandii, jakim jest prowincja Surin położona daleko za wschodzie kraju, na nieurodzajnej, suchej równinie Issan graniczącej z Laosem i Kambodżą. Miasteczko i region o tej nazwie to jednak światowa stolica słoni. Tak właśnie: tu jeszcze znajduje schronienie i ludzką życzliwość narodowe zwierzę dawnego Syjamu, niegdyś główna siła transportowa i pociągowa, dzielny drwal wyciągający trąbą pnie tropikalnego drewna z dżungli, rydwan bojowy armii nieistniejących królestw. W każdym domu w tej dość ubogiej okolicy zbudowano przestronny drewniany garaż, ale nie na samochód – na domowego słonia. Jeszcze tylko tutaj z niedzielną wizytą do sąsiada i na modły w świątyni jedzie się na słoniu. Tu też zlokalizowany jest chyba jedyny na świecie Królewski Instytut Słonia, który zajmuje się nie tylko hodowlą tych zwierząt, ale jego historią, a nawet związaną z nim filozofią. Nie na darmo biały słoń przez wiele stuleci widniał na narodowej fladze Syjamu, a do dziś – jeśli tylko zostanie znaleziony taki okaz – staje się automatycznie własnością króla Tajlandii.

– Jesteśmy malejącą wyspą coraz bardziej zalewaną przez fale wzbierającego morza zamerykanizowanej cywilizacji – powiedział mi okrągły i uśmiechnięty jak Budda książę szefujący tej królewskiej placówce. – Ale trzeba z tym się pogodzić, tak jak każdy musi pogodzić się z własną śmiercią. Kiedyś to był symbol i wartość mojego kraju. Dzisiaj pozostaje mi tylko opisać go dla potomnych i odejść w spokoju, w zgodzie ze światem, jaki nastał.

 

Znośna nieszczęśliwość bytu

Co to znaczy udane życie? Dzisiaj, kiedy od bieguna po biegun, od Atlantyku po Pacyfik i na odwrót, dokonała się wielka amerykanizacja świata – dla politycznej poprawności nazywana globalizacją? Gdziekolwiek się nie ruszyć, wszędzie te same gwiazdeczki w kolorowych tygodnikach, podobne seriale w telewizji, jednakowe dżinsy na tyłkach, ta sama muzyka w knajpach, takie same ułudy w sercach i zamęt w głowach. Ameryka podobno upada, ale jej kultura nieodwołalnie opanowała świat; może tak jak w epoce hellenistycznej, kiedy Grecja nie była już w stanie wydać ani nowego Aleksandra, ani Peryklesa, ani Platona, ale wszędzie można było dogadać się w ich języku. Po co więc ja durny wypytuję dziś po angielsku o dobre życie, kiedy prościej zajrzeć do centrali?

Właśnie z amerykańskiego importu pochodzi sukces, który niepostrzeżenie wdarł się na cokół nie dlań przeznaczony. Sukces jako ideał życia, sukces jako dowód wartości człowieka; wszędzie, zawsze i za wszelką cenę! Jest nieślubnym bachorem bogactwa i władzy, starszym bratem rywalizacji, kuzynem nie tylko pogardy, ale i pychy. Tak wygląda złoty cielec naszych czasów. Jak można się dziwić, że nikt nie słucha ani staruchów o głowach zanurzonych w dawno minionych czasach, ani kapłanów, ani innych niedzisiejszych mędrków. Przecież ich nudne gadanie nie nadaje się ani do kolorowych magazynów, ani do telewizji. Oni najwyżej nieporadnie usiłują trochę ociosać i ucywilizować wszechwładny dziś sukces; przeciwstawienie mu czegokolwiek innego jest już ponad ich siły. Przecież człowiekowi nie można odmówić prawa do samorealizacji i do wolności, a co ma być jej widomym miernikiem, jeśli nie odniesiony sukces?

Jednym z najpaskudniejszych kłamstw naszej cywilizacji jest odrzucenie pokory i płynącej z niej zgody na niedoskonałość świata, na zwodniczość postępu i omylność człowieka. Już w szkole tłumaczy się dzieciom, że żyją w najlepszym ze światów, który stworzony został na podobieństwo cyrkowej areny dla ich zwycięstw. Na arenie sukcesu wszyscy są młodzi, piękni i nigdy się nie starzeją, cierpienie zdarza się najwyżej w jakichś zakazanych zakątkach globu, a śmierć nigdy nie będzie nas dotyczyć. Tak pojęty świat domaga się odnoszenia zwycięstw i demonstrowania doznanego szczęścia, ale nie pozwala na godne znoszenie tej umiarkowanej nieszczęśliwości bytu, która jest zwykłym i codziennym losem człowieka na ziemi. W świecie sukcesu ta umiarkowana nieszczęśliwość przerywana tylko krótkimi epizodami radości jawi się jako stan nieznośny, od którego trzeba uciekać. Tylko dokąd?

Ralf Dahrendorf – jeden z najznakomitszych umysłów końca XX wieku – napisał kiedyś: „Demokracja i gospodarka rynkowa pozostawione swemu abstrakcyjnemu biegowi, wytwarzają ostatecznie gigantyczną próżnię moralną, co może nawet prowadzić do odrodzenia się potrzeby integralnych, totalitarnych, fundamentalistycznych wizji życia (…) Społeczeństwa nie mogą żyć odrzucając solidarność”.

 

Wyrzec się samego siebie?

Tylko religie usiłują opowiadać ludziom coś innego. One mówią: umniejszaj się. Zwyczajny, świecki umiar też podobnie doradza: nie za dużo na raz, bo się udławisz. W antycznym wydaniu był bratem samorealizacji, powstrzymywał ją od pchania się na targowisko, ale już dawno został wyparty przez krzykliwe siostry: konkurencję i karierę. Współczesna kultura sukcesu podpowiada człowiekowi coś przeciwnego: ty jesteś najważniejszy, możesz mieć jeszcze więcej. Tu i teraz! Przecież miarą twojej samorealizacji i zapłatą za włożony w nią trud powinien być sukces i wynikający zeń awans. Wygrać w konkurencji, wyprzedzić rywala; no może niekoniecznie go zniszczyć, ale przynajmniej odepchnąć.

Wtedy, przy dogasającym ognisku na spłachetku kamienistego gruntu pozostałego z ogromnego niegdyś i ludnego rezerwatu Mohikanów, podszedł do mnie stary człowiek i powiedział cicho:

– Chrystus mówi to samo, co Wielki Duch, trzeba szukać tego, co wspólne we wszystkich religiach. Inaczej nasze wołanie o sens pozostanie bez odpowiedzi.

Ale nie zawsze podobało się to moim buddyjskim przyjaciołom, z którymi przegadałem tyle godzin i dni w Tajlandii albo w Birmie. Chociaż owszem, większość z nich mile przyjmowała taką deklarację.

– To tylko pozór zbliżenia – powiedział mi na koniec takiej rozmowy jeden z nich. – Wasz Chrystus żył życiem człowieka, jako człowiek umarł, powstał i wstąpił do nieba. Obiecuje więc wam zbawienie w ludzkich ciałach z zachowaniem indywidualnej duszy i osobnego bytu. To kuszące, ale kryje straszną groźbę, bo właśnie indywidualny byt, potrzeba odrębności i samorealizacji, nawet poskromiona przez pokorę i solidarność, jest źródłem cierpienia. Nie ma nic bardziej jadowitego niż wasza przypowieść o talentach. Trzeba wyrzec się także swojego ja, wszystkich indywidualnych darów i zdolności, roztopić w tym co zbiorowe, aby osiągnąć oświecenie.

Inny dodał jeszcze buddyjskim zwyczajem pouczającą przypowieść:

– Niegdyś do Chin dotarł oświecony mnich, który szerzył tam buddyzm. Cesarz także zapragnął posłuchać tych nauk i wezwał go do siebie. Kim jesteś? – spytał mnicha głęboko poruszony tym, co usłyszał. Nikim – odparł tamten i odszedł. Cesarz wysłał sługi, aby go szukano, ale nie byli w stanie znaleźć go nigdzie. Oto istota buddyzmu.

Czy można zajść aż tak daleko?

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter