70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między wolnością a koniecznością

Bardzo ważną instytucją w himalajskim królestwie Bhutanu jest dzong. Warowna siedziba obu władz – duchowej i świeckiej – góruje od niepamiętnych czasów nad okolicą, zwykle nad najobszerniejszą z kilku sąsiadujących ze sobą górskich dolin, gdzie ludzi przyciągała zdatna do uprawy ziemia.

Aby zobaczyć, jak wygląda, wystarczy spojrzeć na zdjęcie historycznego centrum Lhasy, bo przecież niepodległy Bhutan to cząstka dawnego Wielkiego Tybetu, która – obok innego skrawka, który przypadł Indiom – uniknęła chińskiej okupacji. W nieszczęsnej stolicy potężnego niegdyś państwa widzimy takie same wyniosłe i lekko pochylone mury białej cytadeli, takie same okna z okiennicami, ale bez szyb, tę samą pradawną architekturę zaradnych, twardych i wojowniczych górali. Bhutańskie dzongi – jako prowincjonalne – są mniejsze i uboższe, ale w odróżnieniu od tybetańskich swoją funkcję pełnią do dziś i nic nie wskazuje na to, by miały zostać zdegradowane jedynie do roli szacownych zabytków, chociaż w górskim królestwie dozwolone są już od wielu lat samochody, a jeszcze do tego telewizja, zaś w stolicy Thimpu funkcjonuje jedno skrzyżowanie ze światłami, a państwowy bank honoruje nawet karty kredytowe. Dzong jest sercem każdego powiatu, rezydują tam zarówno buddyjscy mnisi – mający także swą ostoję w licznych tutaj klasztorach – jak świecka władza lokalna. Udając się do powiatowego namiestnika, trzeba naprzód sforsować mnisi wianuszek, który obsiadł drzwi gabinetu, niby pogrążony w medytacji, ale wystarczająco czujny, by szczegółowo odpytać każdego interesanta.

Po Bhutanie cudzoziemiec nie może podróżować bez opieki, a na przejazd z powiatu do powiatu trzeba wcześniej uzyskać zezwolenie. Tak też zwiedzałem ten kraj pod opieką młodego aplikanta z tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Sympatyczny chłopak płynnie mówiący po angielsku przebywając z cudzoziemcami, demonstrował swe obycie w świecie i delikatne lekceważenie miejscowego zacofania. Nic to nowego pod jakimkolwiek słońcem, także polskim. W himalajskim królestwie jednakże presja tradycji usankcjonowana jest prawem, a każdy Bhutańczyk, gdy znajduje się w miejscu publicznym, musi przywdziać swoje gho, czyli strój narodowy, który z daleka przypomina kraciastą spódnicę i podkolanówki Szkota, ale w istocie jest znacznie bardziej skomplikowany w zakładaniu i noszeniu. Nasz opiekun musiał używać gho, ale zwykle nieskromnie je rozchełstywał, a na głowę zakładał amerykańską bejsbolówkę. Tak rozgadani i zauroczeni cudownym krajobrazem wkroczyliśmy do dzongu w widłach rzek biegnących przez dolinę Punakha, nad którą górują ośnieżone siedmiotysięczniki. Tymczasem nagle młody Bhutańczyk zbladł, zrzucił swoją czapeczkę, rozpaczliwie zaczął obciągać gho, ale nie zdążył owinąć się przynależnym doń szalem. W tym właśnie momencie minął nas orszak miejscowego starosty, który z dezaprobatą popatrzał na zdeprawowanego młokosa, po buddyjsku zachował milczenie, ale na pewno napisze raport do stolicy, który niemile zaważy na przyszłej karierze.

KAŻDY RAJ MA WŁASNEGO WĘŻA

Dawno, dawno temu trafiłem w Australii do hippisowskiej komuny. Nie goniłem specjalnie za tą orientacją, ale były to jeszcze czasy głęboko komunistyczne, jedna z pierwszych moich podróży do dalekich krajów, urok nowości kusił nieodparcie. Tym bardziej, że znalazłem się w pięknym zakątku północnego Queenslandu. Podzwrotnikowa, pełna zieleni dolina wciśnięta między skały niedaleko morskiego wybrzeża, gdzie kusi słynna Wielka Rafa z najpiękniejszymi podwodnymi krajobrazami świata. Pomyśleć, że tuż za spiętrzonym urwiskiem zaczyna się pustynia, bezmiar czerwonej, wyschniętej skały i bezlitosnej spiekoty. Zajęte czy może raczej zawłaszczone przez hippisów miejsce na pewno było rajem; nie tylko ze względu na urodę i przyjemny klimat, ale także pełną wolność i brak ograniczeń. Chcesz żyć samotnie jak pustelnik, proszę bardzo. Sprowadziłeś tu harem złożony z osób płci przeciwnej, też dobrze, bylebyś innym nie przeszkadzał. Chcesz chodzić nago – w porządku, w majtkach albo nawet galabiji – też jesteś OK. Ziół do palenia pod dostatkiem, niedrogie piwo Miller i mocniejsze napoje do kupienia w niedalekim sklepiku, słowem: jak u Pana Boga za piecem, albo bardziej współcześnie mówiąc: w ogródku. Tym bardziej, że liberalne ustawodawstwo australijskie pozwala obywatelowi, który ma do tego choć trochę smykałki, spędzić życie na korzystaniu z hojnego zasiłku dla bezrobotnych. Trzeba tylko zarejestrować się w jakimś istniejącym, ale zupełnie niepotrzebnym w tych stronach zawodzie i raz na trzy miesiące spotkać ze stosownym urzędnikiem, który proponuje przeniesienie w inne strony kontynentu, co należy uprzejmie odrzucać, bo nikt nie może zmusić do przenosin wolnego człowieka, który upodobał sobie akurat północny Queensland.

Jedno tylko było tam ograniczenie, ale chyba miłe hippisowskiemu sercu, bo w tym raju podzwrotnikowej przyrody, liberalnego prawa i pełnej wolności należało żyć ekologicznie. A więc samochody pozostawały na parkingu przed progiem doliny, zaś w samej komunie nie było elektryczności. W związku z tym nie było też telewizji, a o komputerach nikt jeszcze nie słyszał. Radia na baterie były dopuszczalne, ale źle widziane, bo na cóż prawdziwemu hippisowi wieści z mieszczańskiego świata? Tak przeżyłem tam kilka upojnych dni, kąpiąc się w sadzawce pod wodospadem wraz z gronem nagich pań o kształtach zróżnicowanych, ale zawsze było na czym głodne oko zawiesić. Albo też wyprawiając się z wiecznymi bezrobotnymi na rafę koralową, a o zmroku bezskutecznie ucząc się rozkoszy mającej jakoby płynąć ze smrodu tlącej się marihuany. Nadszedł w końcu dzień wyruszenia w dalszy ciąg australijskiej podróży wraz z moim od dawna już nieżyjącym przyjacielem, z którym dzieliłem także pobyt w tym raju. Wieczorem w przeddzień pożegnania przypomniało nam się, że coś jeszcze trzeba uzgodnić z szefem komuny, którą to funkcję (oczywiście z wyboru) pełnił australijski prawnik, przedkładający rajskie bytowanie nad przysłowiowy wyścig szczurów w Brisbane czy Sydney i sądową rolę najmimordy. Jako młodszy podreptałem w ciemności w górę zbocza, na którym rozłożone były namioty i domki, pilnie uważając, by nie nadepnąć na jadowitego węża, bo gady rozpoczynały aktywne życie akurat wtedy, gdy kończyli je udający się na spoczynek ludzie. Jakoś szczęśliwie dobrnąłem do okazalszych chat zajmowanych przez hippisowską starszyznę znajdujących się oczywiście w miejscu najwyższym i z najlepszym widokiem. Dochodzę tam i oczom nie wierzę: z rezydencji szefa sączy się niedozwolone tutaj elektryczne światełko i słychać charakterystyczny dźwięk telewizora. Z determinacją zapukałem i to był mój największy grzech popełniony w raju: nie dość, że zamiast załatwienia czegokolwiek zostałem obrugany, to jeszcze rano musieliśmy wyjechać bez pożegnania.

„Każdy raj ma swojego węża” – jak powiada amerykańskie przysłowie. Nie chodzi tu oczywiście o jadowite gady czy pająki, których akurat w Australii jest obfitość. Co innego skażone jest niedającą się uzgodnić sprzecznością: jeśli osobnicze „ja” to tylko ja i nic więcej, wtedy wolność jednostki nie powinna mieć granic. Dopóki innym nie szkodzi, nie należy jej niczego narzucać ani zakazywać: ani zasad, ani zwyczajów, ani ubioru, ani czegokolwiek, patriotyzmu nawet. Prawa tylko takie, które zakazują szkodzenia innym, bo jeśli chcesz sobie zrobić krzywdę – twoja sprawa. Taki ma być zasięg najbardziej liberalnej i najbardziej indywidualistycznej wolności: „granicą jej jest odległość dzieląca twoją pięść od nosa bliźniego” – jak miał powiedzieć oskarżonemu pewien często cytowany amerykański sędzia pokoju. Albo, jak chciał jeden z klasyków liberalizmu, lord John Acton, „wolność jest prawem do czynienia tego, co czynić należy”. Przecież to samo ujął inaczej Karol Marks, pisząc, że „wolność to uświadomiona konieczność”.

Ale tu już granice są przez kogoś innego i kiedy indziej ustalone. Co jest słuszne albo konieczne? I komu o tym wolno za nas decydować? Bo jeśli to osobnicze „ja” jest także choć trochę „my”, to zbiorowość staje się dysponentem istotnej cząstki wolności jednostek. Czasem ta zbiorowość ma zakorzenienie nadprzyrodzone, ale niekoniecznie. My chrześcijanie. My buddyści. My Polacy. My Żydzi. My komuniści. My zwolennicy pewnej partii. My wegetarianie. I tak dalej, i tak dalej… Ale jak bardzo „my” i jak dalece można rezygnować z „ja”? Czasem tak dalece, że budzimy się jako członkowie sekty lub poddani samozwańczego watażki. Czyżby ta sprzeczność była nie do pogodzenia, a napięcie nieusuwalne? Zawsze przecież musimy wybrać jakiś kompromis: na ile jesteśmy indywiduami dążącymi na wolnym rynku do swego własnego zysku, a na ile członkami solidarnego społeczeństwa? Na ile gonimy za mirażem doczesnego szczęścia, a na ile jesteśmy Ludem Bożym? Na ile Europejczykami, a na ile Polakami lub – powiedzmy – krakusami?

Zwykło się twierdzić, że trzeba zbiorowe przedkładać nad indywidualne. Rozdarta sosna doktora Judyma ma wyznaczać prawidłowy wybór: „ja” powinno skromnie ustąpić ważniejszemu i więcej wartemu „my”.

ŚWIAT WCALE NIE UCZY SIĘ CHIŃSKIEGO

Dawne społeczeństwa charakteryzował prymat „my”. W Egipcie faraonów, państwach Majów, Inków czy Azteków, albo w podobnych despotycznych monarchiach nie liczył się na pewno indywidualny los robotnika zapędzonego do wznoszenia piramid ani wieśniaka w polu. We współczesności tak ograniczają „ja” tylko najgorsze totalitaryzmy komunistyczne jak Północna Korea, nie wspominając o obalonym przed laty reżimie Pol Pota. Ale przecież dzieje ludzkości aż się roją od przeróżnych utopii religijnych czy ideologicznych: od dawnych republik teokratycznych, poprzez nieudane próby zakładania socjalistycznych falansterów, aż po dzisiejsze sekty religijne, komuny, „armie Boga” i podobne twory szybko porzucane z upływem czasu i objawianiem się zawiłości ludzkiej natury. Nawet izraelskie kibuce – ten jedyny z powodzeniem zastosowany model kołchozu – już dawno porzuciły swoje zasady, jeśli jeszcze istnieją, to jako przedsiębiorstwa, a nie wspólnoty. Spośrod tej kolekcji zniewolenia przez wszechmocne „my” pamiętamy aż nadto dobrze nazizm i komunizm. Więźniowie łagrów śpiewający z przejęciem „sziraka strana moja radnaja, gdie tak wolno diszit cziełowiek…” są symbolem tego stanu świadomości. Ale przecież nawet dziś są ludzie, którym roi się, że najlepiej wiedzą, jaki powinien być polski patriota, co powinien myśleć i na kogo głosować Polak katolik. I znajdują wyznawców.

W tym momencie jako kontrargument przeciw indywidualizmowi przytaczany jest przykład Chin: kraj wspaniale się rozwija, demokracją i prawami jednostki nikt sobie nie zawraca głowy, a Chińczyk – pomny nauk, a może i tresury wynikającej z dziejów swego wielkiego państwa – nie jest indywidualistą, lecz skromnym i posłusznym trybikiem zbiorowości. Miałem wiele do czynienia z Chińczykami, choć mniej w Chinach kontynentalnych, więcej w chińskiej diasporze wypełniającej całą Azję południowo-wschodnią, dominującą tam w biznesie, wolnych zawodach, a nawet gdzieniegdzie w administracji. Nie jestem jednak w stanie dostrzec w moich chińskich przyjaciołach z dość niedawnych czasów tych cech, które świat dzisiejszy skłonny jest im przypisywać. Przede wszystkim Chińczyk nie utożsamia się z narodem, tym bardziej, że takiego narodu nie ma. Mógłby ewentualnie – jak to oni mówią – z „narodem Han”, ale to poczucie jest słabe, w niczym nieprzypominające polskiego, nieraz gorącego, choć słomianego patriotyzmu. Chińczyk utożsamia się natomiast bardzo silnie – o wiele silniej niż my – ze swoją rodziną i to bardzo szeroko rozumianą, obejmującą wujów, stryjów i kuzynów, raczej z klanem rodzinnym. On jest najważniejszy, przed jego interesem ustąpi nawet wolnorynkowy indywidualista, którym Chińczyk być lubi, bo czuje się świetnie w liberalnej, możliwie niezbiurokratyzowanej gospodarce. Ona wcale nie jest domeną Europejczyków i Amerykanów.

Przyjął się pogląd, że świat uczy się chińskiego, bo choć to trudny język, w nim odbywać się ma komunikacja przyszłości. Zapewne to prawda, ale świat nie powinien uczyć się stereotypów o Chińczykach. Natomiast Chińczyk już dawno nauczył się Zachodu i dobrze się z tym czuje.

MY, NARÓD

Jak się rodzi „my”? Człowiek to przede wszystkim „ja”. Gdy po raz pierwszy u swych początków powiedział: „Ja jestem”, odróżnił się od zwierzęcia, bo uświadomił sobie swój jednostkowy, odrębny byt. Zapewne w tej samej chwili ogarnął go egzystencjalny strach, bo powiedzieć „ja” to znaczy pojąć kruchość własnego istnienia. Strach inny niż obawa przed drapieżnikiem albo powodzią; ten najgłębszy i nieuleczalny lęk, o którym niegdyś Publiusz Stacjusz napisał: „Bogów stworzył najprzód strach”. Właśnie dlatego człowiek pierwotny był o wiele bardziej „my” niż „ja”, bo tylko w zbiorowości znajdował bezpieczeństwo. Przerażone zuchwałością swego istnienia „ja” kryje się w „my” zarówno po to, aby wspólnie budować schronienie przed niepogodą, polować, atakować wroga, jak i zaklinać niepojętą, a przez to groźną rzeczywistość, zaludniając ją bezlikiem bożków i totemów, by oddawać im hołd, szukając przychylności tak wyobrażonych zaświatów. Z tego powstały wspomniane powyżej despocje. Można jednak opisać dzieje stopniowej emancypacji stłamszonego zrazu „ja”, pokazać, jak stopniowo ogłasza ono swoje prawa, najpierw tylko dla niektórych bogatszych i szlachetnie urodzonych, potem – co rewolucyjne – dla wszystkich. Zawsze jednak owo emancypujące się „ja” ograniczone jest jakimś „my”. Raz go mniej, raz więcej. Przybór „my” następuje zawsze w wyniku zbiorowych przeżyć, traumy bądź euforii – wojen, rewolucji, wielkich ruchów społecznych, katastrof, klęsk lub zwycięstw, także sportowych – ale w czasie historycznym ono maleje. Czy więc postęp oznaczać ma stopniowe zwycięstwo świadomej swych praw indywidualności? Ostateczny prymat wyzwolonego „ja” nad metafizycznie zestrachanym „my” oznaczałby nie tylko koniec solidarności, ale i społeczeństwa, bo jedyną siłą scalającą tak wyemancypowane jednostki byłaby tylko gra rynkowa i prawo stojące na straży owej „odległości pięści od nosa”. Nawet skrajni liberałowie nie tak wyobrażają sobie pożądany świat.

Z drugiej strony, człowiek zdominowany przez „my”, a zwłaszcza upaństwowiony – obojętnie przez kogo: króla, teokrację, koszarową albo ideologiczną dyktaturę – nie potrafi podjąć odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za zbiorowość, bo od tego są „oni”. Człowiek upaństwowiony umie najwyżej żądać, bo wie, że mu „się należy”. W takim społeczeństwie nie jest możliwy również dialog, bo do niego trzeba jednocześnie i zróżnicowania poglądów, i tolerancji, ale też – co nie mniej ważne – życzliwości wzajemnej. Na odwrót, dominacja „my” wymaga jednomyślności, jeśli nie we wszystkim, to przynajmniej w kwestii obowiązującego ubioru lub niezadawania kłopotliwych pytań.

Gdzieś pomiędzy „ja” i „my” znajduje się pożądana równowaga. Nie „złoty środek”, bo tego nie da się wymierzyć żadną miarą, ale jakieś optimum wynikające zarówno z realiów, z historii, jak i z duchowości. Dla samotnego „ja” żeglującego po wzburzonym oceanie życia „my” jest kompasem, a jednocześnie – pozostając przy morskiej terminologii – balastem umożliwiającym żeglugę pod wiatr. Niektórzy piszący na ten temat autorzy piszą „Ja” wielką literą. Takie „Ja” zawiera również „my”. Tylko ludzie o takim „Ja” są zdolni do dobrowolnego przyjęcia na siebie i podźwignięcia odpowiedzialności. Dzięki nim istnieje solidarne społeczeństwo nie jako hasło politycznej agitacji, ale jako wartość moralna.

Zwykle nie jest to jedno tylko „my”. Korzenie nasze są rozgałęzione. W kraju naprawdę pięknym, jakim jest Birma, niszczonym jednak przez nieudolną dyktaturę, spotkałem też społeczność żydowską. W czasach brytyjskiej kolonii Rangun był największym centrum handlowym tej części Azji, stąd osiedlali się tam żydowscy kupcy z Europy. Dopiero powojenna dyktatura sprawiła, że stolica Birmy utraciła swą pozycję na rzecz Bangkoku. Dzisiejsi Żydzi birmańscy roztopili się już w otoczeniu, formalnie są buddystami, noszą tutejsze stroje, ale zachowali nazwiska i świadomość pochodzenia. Przez jakiś czas członkiem junty był generał David Abel, ale w końcu odsunięto go na boczny tor, pewnie był za mądry. Poznałem tę rodzinę, są Birmańczykami bolejącymi nad tym, co się dzieje w ich kraju. Ale czują się też Żydami. W czasach, gdy pracowałem w Bangkoku, jeden z Ablów zajmował wciąż wysokie stanowisko w tamtejszym MSZ, witaliśmy się i żegnaliśmy tradycyjnym „shalom”. Wierzę, że odegrają jeszcze ważną rolę w swojej ojczyźnie. Będzie to znak, że sprawy poszły wreszcie lepszym torem.

TEOLOGIA POSŁUSZEŃSTWA?

Silne i srogie państwo podoba się jednak ludziom. Także i u nas. Ucieczka od wolności wciąż jest jedną z największych i najbardziej podstępnych pokus czyhających na człowieka. Obojętnie czy w ubogiej Birmie, czy w bogatej na jej tle Polsce. Obojętnie czy w post-hippisowskiej komunie, czy w jakiejkolwiek wspólnocie religijnej, także w naszym Kościele. Nie lubimy o tym mówić, ale nieraz wolimy ciężką łapę władzy – także duchowej – od niewidzialnej ręki sumienia. Właśnie tak, bo ta metafora wymyślona przez Adama Smitha w odniesieniu do rynku, nawet bardziej pasuje do sumienia. Popularne przysłowie powiada, że milsze Bogu posłuszeństwo niźli nabożeństwo. Ale z drugiej strony, każdy dobry uczynek ma tylko wtedy wartość, gdy podjęty jest w wolności. Dobro wymuszone nie ma jakiegokolwiek moralnego znaczenia, choć ładnie wygląda. Czy potrafimy wyprowadzić z tego wszystkie niezbędne konsekwencje?

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata