70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ojcostwo bez promieniowania?

Bywam od czasu do czasu – choć ostatnio coraz rzadziej – w domu moich wieloletnich przyjaciół. Rodzina to sympatyczna, ludzie sukcesu, dobre zawody i prestiżowe w nich pozycje, piękny dom, dwa auta, wakacje za granicą. Czegóż chcieć więcej?

No i dzieci oczywiście: parka jak z młodzieżowego żurnala. Starszy syn, inteligentny, wysportowany, przystojny, kończy już studia i zaczyna rozglądać się za miejscem przyszłej pracy lub wyjazdem gdzieś w świat. Ładniutka córeczka w przyszłym roku stanie do matury, a na razie przewodzi hordzie uległych jej koleżanek i wodzi za nos nastoletnich adoratorów. Właśnie wpada do domu z dwiema równolatkami i bez słowa zamykają się w jej pokoju. Po chwili pani domu usiłuje tam wejść – grzecznie pukając przed otwarciem drzwi – ale skoro tylko przekroczy próg, już powstrzymuje ją wrzask: „Mama, nie przeszkadzaj!”. Więc dyskretnie zostawia panienki na osobności i po chwili zza drzwi znów dobiegają chichoty dziewczyńskich pogaduszek. Po jakimś czasie wraca syn i też – rzuciwszy zdawkowe powitanie – zamyka się u siebie. Ale po chwili wysuwa głowę i woła: „Co dziś na obiad? No to przynieś mi tutaj, zmęczony jestem!”. Tym razem ojciec usiłuje nawiązać jakiś dialog, forsując przedtem drzwi, ale odpycha go okrzyk: „Tata, nie truj! Nie widzisz, że przy kompie siedzę?”.

Może właśnie dlatego bywam tam coraz rzadziej i coraz dotkliwiej czuję, jak z kątów wzorowo zadbanego domostwa wieje dojmującym chłodem. Owszem, byłem tu świadkiem ożywionych rozmów rodzinnych, ale prawie wyłącznie na temat kasy. Bo na nią – owszem – jest zapotrzebowanie. I to znaczne.

To plemię jest moim ojcem!

Kiedy przed paroma dziesięcioleciami podróżowałem z plecakiem na grzbiecie po pustynnym wnętrzu Australii, wśród rozrzuconych na tym olbrzymim terytorium grup czarnych, pradawnych mieszkańców kontynentu spotykałem najróżniejsze i nieraz dziwne dla nas modele rodziny. Były małe, podobne do naszych, zwykle jednak raziły w nich brutalne relacje między dominującym ojcem a żoną i dziećmi. Nie chodzi tu o okazywaną na co dzień władzę i przewagę ojca nad resztą familii, ale o brak szacunku i pogardę dla tych, z którymi żyje się pod jednym dachem. Może zresztą moje europejskie nawyki były na tyle odmienne, by powstał szok kulturowy? Zbyt wiele dramatycznych zmian zaszło na tym kontynencie od przybycia pierwszych osadników (zwykle brytyjskich kryminalistów i pilnującej ich straży), by wywodzić dzisiejsze zwyczaje resztek tubylców tylko z ich dawnej cywilizacji. Byli tępieni, wyganiani ze swych plemiennych terytoriów, przymusowo chrystianizowani, rozpijani tanią gorzałą. Może ten model rodziny to pokraczna wersja tego, co przynieśli tutaj biali, może równie zniekształcona pamiątka bezpowrotnie minionych czasów? Ale najciekawsze było zetknięcie z modelem zupełnie innym, który jeszcze tu i ówdzie przetrwał do naszych dni, chociaż w postaci ułomnej. To wielka rodzina-klan, która ukształtowała się tam, gdzie tubylcy (nazwani potem przez Brytyjczyków Aborygenami) żyli z myślistwa uzupełnianego jak się dało zbieractwem. Mała – nawet wielopokoleniowa – rodzina dobrze daje sobie radę w rolnictwie, zwłaszcza gdy trzeba nie tylko orać i siać, ale przykazywać przez pokolenia własność ziemi. Nie jest jednak w stanie zorganizować polowania z nagonką na kangura, strusia emu albo jakiegoś jaszczura. Do tego trzeba kilkunastu albo i dwudziestu paru sprawnych łowców, którzy zbudują pułapkę, wytropią zwierzynę, osaczą ją i ubiją, by wspólnie spożyć łup. Tak powstała rodzina-klan, gdzie nie ma ojca ani matki, gdzie wszyscy połączeni są więzami krwi, wszyscy odpowiadają za wszystkich, wspólnie wychowują potomstwo i opiekują się zniedołężniałymi. Wewnątrz klanu każdy współżyje z kim chce i biologiczne rodzicielstwo nie ma większego znaczenia. Ale dzieci nie są niczyje, bo obowiązuje sformalizowany system stopniowego wprowadzania młodzieży w życie i w role społeczne, które będą spełniać. Zwłaszcza chłopiec, gdy podrośnie i może wyjść spod opieki kobiet, przekazywany jest mężczyznom, którzy odtąd będą zabierać go na polowania, nie tylko przyuczać do roli łowcy i obrońcy klanu, ale wpajać wierzenia, rytuały i tajemnice, które konstytuują życie wspólnoty. Klan połączony jest bowiem duchem opiekuńczym uosobionym w jakimś charakterystycznym drzewie albo w skale. Tego miejsca, imienia ducha, jego symboliki nie wolno zdradzić nikomu spoza rodziny. Ale w terminach również okrytych tajemnicą cały klan powinien zgromadzić się w tym miejscu, aby odprawić rytuały i prosić ducha o dalszą opiekę.

Pradawny obyczaj powoduje ciągłe kolizje z życiem we współczesnym świecie, w który Aborygeni tak czy inaczej zostali wtłoczeni. Trudno z członkiem klanu umówić się na wykonywanie stałej pracy, bo pewnego dnia – którego nie wolno mu ujawnić – zniknie, by oddawać cześć duchom. Jeśli nawet nieliczni z nich pozostali jeszcze koczownikami w swoich rezerwatach, to żyją już nie z polowań, lecz ze sprzedaży pamiątek i ze skąpych zasiłków wypłacanych przez władze. Jeśli jednak ktoś z nich otrzyma od państwa dom do zamieszkania, zaraz sprowadzi się tam cały klan, a drewniane elementy domostwa spali w ognisku, bo plemienny zwyczaj zabrania gotowania pod dachem. Podobnie jeśli jeden otrzyma zasiłek, cały klan solidarnie przepija go pod najbliższym sklepikiem. Tak funkcjonujący przez wieki system współodpowiedzialności, zbiorowego ojcostwa i wychowania przez wprowadzanie do uczestnictwa w życiu wspólnoty przekształcił się w system deprawacji; klan przyucza przecież do takiego życia, jakie dziś prowadzi, a o innym zapomniał. To nie jest nawet tak, że kultura białego człowieka świadomie niszczy tamtą; ona ją po prostu przygniata swoim ciężarem, a dobre chęci nic tu nie pomogą.

Podobny zwyczaj zbiorowego ojcostwa spotkałem w plemieniu Akha żyjącym na przedgórzu Himalajów na północy Tajlandii, w Birmie i Laosie. Kobiety Akha są obiektem fotograficznych polowań europejskich i japońskich turystów prawie tak samo jak niewiasty Padaung, noszące na przedłużanych od dzieciństwa szyjach cale rusztowanie mosiężnych pierścieni. Akha nie muszą się tak męczyć, ale przybrane w swe słynne czepce obwieszone kilogramami misternego srebra są ozdobą każdego albumu czy wystawy fotograficznej. Ludzie tego plemienia żyją w parach, ale domy budują wielorodzinne, z dwoma tylko izbami – męską i żeńską. Z ukończeniem 7 lat chłopiec przechodzi z izby kobiecej do męskiej i odtąd jego zbiorowym ojcem są wszyscy zamieszkali w domu mężczyźni, którzy będą go nauczać własnych umiejętności, obyczajów i wierzeń. Biologiczny ojciec nie ma tu większej władzy i znaczenia niż pozostali. Co to w ogóle jest ojcostwo?, wypada tu spytać Jak się przejawia?

W himalajskim królestwie Bhutanu w jakimś przydrożnym zajeździe, gdzie zatrzymaliśmy się na posiłek, królowała roześmiana gospodyni w średnim wieku dyrygująca sprawnie gromadką mężczyzn. Nic to dziwnego, na tym skrawku Tybetu – jaki ocalał od chińskiej okupacji, zachował samodzielność i starą kulturę przez stowarzyszenie z Indiami – pozycja kobiety jest wysoka, nie ma ona kompleksów i przez nią odbywa się dziedziczenie ziemi. Ale nasz miejscowy przewodnik ożywił się szczególnie:

– Popatrzcie – opowiadał z przejęciem. – Tutaj obowiązuje poliandria. Ta kobieta ma czterech mężów!

Trochę niesporo szło mi dogadywanie się z tubylcami nieznającymi żadnego poza swoim języka, ale – jak to zawsze w Bhutanie – przyjaznymi. W końcu jednak wszystko stało się jasne: to z biedy. Miejscowych bynajmniej nie dziwi, gdy w tym buddyjskim kraju kilku panów, najczęściej braci, weźmie sobie dla oszczędności jedną żonę. Wspólnie ją utrzymają, a ona rządzi wszystkimi, każdego sprawiedliwie obdzielając małżeńskimi łaskami. Jeden gotuje, drugi rąbie drwa, trzeci na plecach dźwiga zaopatrzenie. Dzieci są wspólne, ale cześć ojcowską oddają najstarszemu z mężów, do pozostałych zwracając się tylko: „wujku”.

Jak to jest w pełnym matriarchacie, gdzie nie tylko dziedziczenie odbywa się przez kobietę, ale nawet zainteresowani nie widzą związku między aktem płciowym a poczęciem, o tym pisałem w czerwcowym numerze „Znaku”. Ale tam właśnie – choć biologiczny ojciec jest bez znaczenia – na pierwszy plan wysuwa się brat matki: wuj, głowa rodziny. A więc ojcostwo – tak czy inaczej – to sprawa męska.

Wielki Dziadek – Wakan Tanka

Dominację wuja nad ojcem uznaje także lud Navaho – najliczniejsze plemię Indian północnoamerykańskich zamieszkujące stany Arizona, Nowy Meksyk i Utah. Chociaż dziedziczą oni przez kobiety, to żyją w parach, ale jakoś wuj z tatą nie rozbijają sobie czaszek tomahawkami, tylko zgodnie współpracują nad wprowadzeniem młodych w dorosłe życie. Kiedy mieszkałem w Stanach Zjednoczonych, to kontakty z nimi, zdobywanie wiedzy o ich wierzeniach i duchowości, były nieustannym źródłem inspiracji. Tak bardzo są inne, a jednocześnie tak bardzo dla nas – białych – nieraz zawstydzające. Lepsze porozumienie miałem jednak z resztkami Indian ze wschodu, być może dlatego że są bardziej zamerykanizowani, choć niejeden z nich kultywuje tradycję, traktując ją bardzo poważnie. Kiedyś siedzę sobie z moimi półindiańskimi przyjaciółmi w ich niewielkim, ale dość zadbanym (przecież Nowy Jork i Boston są niedaleko) rezerwacie, aż tu idzie sobie dwóch czule objętych młodzieńców, pozdrawiają nas, coś tam zagadują i ruszają dalej.

– Jakżeż to? – wypaliłem, gdy ochłonąłem. – Tolerujecie pedałów? Wy, czerwonoskórzy wojownicy?

– No i wpuść tu takiego… – załamał nade mną ręce jeden z nich. – Czy my ci wszystko musimy tłumaczyć od początku, ciemny Europejczyku?

I zaczęli mi opowiadać, że te durnoty białego człowieka o tolerancji to oni znają sprzed tysięcy lat. Więcej: homoseksualni są wyjątkowo obradowani przez Wakan Tanka, bo mają dwie natury – męską i kobiecą. Nie wolno ich zmuszać – także lesbijek i istot obupłciowych – do stłumienia którejkolwiek, bo to wielki dar, a nie żadne zboczenie. Tacy ludzie więcej widzą i wiedzą więcej. Są predestynowani do wielkich spraw, na przykład do przepowiadania przyszłości.

– Nasi przodkowie tłumaczyli to białym, kiedy oni przybyli na kontynent, ale nie chcieli słuchać – zakończył mój przyjaciel. – Dlatego tak żałośnie usiłują dzisiaj truć o tolerancji.

Wiedziałem już, że Wakan Tanka to Bóg niepojęty, może bezosobowy, a może po prostu nieskończenie wyższy. Inaczej Wielki Duch. Indianie mówią o nim niechętnie, ale wierzą w niego głęboko, co oczywiście nie przeszkadza moim półczerwonoskórym w członkostwie w którejś z popularnych kongregacji protestanckich. Jeśli już coś powiedzą, to nie jak o Bogu-Ojcu, lecz raczej dziadku; nie złości się na ludzi jak Ojciec starotestamentowy, nie poświęca się jak Chrystus. Wystarczy, że jest. Raczej już mówią o niższych duchach i tajemnicach, a jest ich bardzo wiele. Wakan jest bowiem wszystko, co święte, nie ma początku ani końca, co się nie rodzi i nie umiera. Ale nie jest rzeczą. Duch jest wakan. Mądry człowiek także. Nawet zwykły pokarm jest wakan, bo daje życie.

A jeszcze łatwiej rozważać sprawy zwykłych duszków zwanych „kachina”. To istoty, które sprawują nad nami opiekę i z którymi trzeba sobie ułożyć dobre stosunki, bo mogą też szkodzić. Dlatego najważniejszą sprawą, od której rodzice zaczynają wychowanie dziecka, jest wybór imienia. Musi ono być magiczne i zapewniać przychylność zaświatów. Ojciec czy wuj niewiele tu pomoże, potrzebny szaman. Jeśli dobrze wybierzesz, całe późniejsze wprowadzenie w życie będzie prostsze.

– A co jest najważniejsze? – spytałem.

– Nauczenie dziecka hojności. Nasza największa radość to obdarowywanie innych. Bogaty  zasługuje na pogardę, bo nie potrafi  się dzielić tym, co posiada, i to go czyni biednym w naszych oczach. Ale trzeba nauczyć dziecko bycia hojnym bez łamania jego wolności. Jego własność, zabawki, cokolwiek posiada są święte, dopóki samo nie rozporządzi, komu chce je ofiarować. Wy, biali, tego nie pojmujecie, uczycie dzieci samolubstwa.

– Uchronić młodą duszę od naturalnego lęku przed śmiercią – powiedział drugi. – My, Indianie, nie boimy się śmierci, bo jest przejściem do życia bliżej Wielkiego Ducha. Nie opłakujemy umarłych. Tak wychowywany człowiek na starość będzie nie tylko pogodzony z nieuchronnością, ale polubi własny kres.

– Wszystko inne jest już proste – dodał trzeci. – Na przykład rozwód: żona po prostu wystawia spodnie i łuk męża poza namiot. Albo wielożeństwo, które was tak oburza. Mamy po jednej żonie i to wystarcza. Ale gdy umrze któryś z braci, to wdowę poślubia najzamożniejszy z pozostałych, choć ma już swoją rodzinę. Bo jak ta biedna kobieta ma żyć samotnie?

Zaprzyjaźnij się ze swoim ojcem

Biblijny Abraham nie zawahał się przed złożeniem krwawej ofiary z pierworodnego, nim anioł powstrzymał jego nóż. W starożytnym Rzymie pater familias był panem życia i śmierci swoich dzieci. Potem z wolna zmieniało się to w kierunku rodziny bardziej partnerskiej, aż do dzisiejszych czasów. Kiedyś dziecko żywiło do ojca strach pomieszany z szacunkiem. Dziś oczywiście „starego” się nie lęka, szanuje go też nieszczególnie, ale – choć od dawna mamy podobno rodzinę partnerską – bynajmniej się z nim nie zaprzyjaźniło. Zwłaszcza chłopcy, którzy przecież też wkrótce będą ojcami i mają jedyną w życiu okazję takiego wtajemniczenia. Dlaczego mężczyźni nie chcą przyjaźnić się ze swoim ojcem?

Steve Biddulph, autor książki Męskość, zadawał pytanie o relacje z ojcem mężczyznom w Stanach Zjednoczonych i  wielu krajach Europy. Odpowiedzi były wszędzie takie same. Prawie jedna trzecia pytanych stwierdzała, że w ogóle nie spotyka się ze swoimi ojcami, że nic ich nie łączy. Tyle samo określało te stosunki jako złe. Mężczyźni z ostatniej, podobnej liczebnie grupy powiadali, że ich rozmowy z ojcami nie wykraczają poza drobne i nudne problemy codzienności. Tylko paroprocentowa reszta określiła te relacje mianem przyjaźni. W innej wydanej w Stanach Zjednoczonych książce Być mężczyzną Patrick Fanning i Matthew McKay podają, że żaden z 7239 przepytywanych przez nich mężczyzn nie stwierdził, iż pozostawał w bliskiej relacji z ojcem. Czym ojcowie sobie na to „zasłużyli”?

Wiele i na ogół daremnie pisano o przymiotach dobrego ojca. Podobnie jak o tym, co właśnie mężczyzna może dać dziecku, zwłaszcza synowi, a do czego nie jest raczej zdolna matka. Większą stanowczość i surowość, rekompensowaną jednak opiekuńczością i zrozumieniem. Tak rodzi się altruizm, odporność na trudy i pokusy, rozkwitają uczucia wyższe. Tylko mężczyzna, a więc ojciec, może pomóc dziecku przejść z oazy spokoju i bezpieczeństwa – jaką daje troskliwa obecność matki – do stawiania czoła problemom niesionym przez życie, rozwiązywania ich, do odnoszenia drobnych zrazu zwycięstw nad światem i samym sobą, dźwigania się z nieuchronnych w takich zmaganiach klęsk. On najlepiej potrafi przygotować dziecko na niebezpieczeństwa, doda otuchy, pomoże mu dokonywać samodzielnych wyborów. Tak rodzi się dorosłość.

Ale jest może coś jeszcze ważniejszego. Ojcostwo nie bierze się samo z siebie. Mężczyzna, aby zostać ojcem, potrzebuje kobiety – żony i matki. Ojcostwo płynie przez kobietę i tylko jej mężczyzna to zawdzięcza. Ojciec, okazując szacunek i miłość matce, najlepiej uczy syna szacunku dla każdej kobiety.

Rodzina w cywilizacji euro-amerykańskiej jest jeszcze głębiej chora, niż może się to zrazu wydawać. Czy mamy iść uczyć się od Indian?

Teologia wolności

Tymczasem źródło bije o wiele bliżej nas. Podstawą teologii ojcostwa jest prawda wiary mówiąca, że Bóg jest ojcem Jezusa Chrystusa i wszystkich ludzi, a ojcostwo Boga jest źródłem i prawzorem wszelkiego ojcostwa na ziemi. To podobieństwo wskazuje mężczyźnie sposób realizacji ojcowskiego powołania.

Wizja i model ojcostwa zależą więc jednak od wizji Boga-Ojca, która bywa bardzo różna i zmienia się wraz z przekształceniami ludzkiej kultury. Gniewny, porywczy, miotający groźby i zsyłający kary – przecież jednak kochający swój naród wybrany – starotestamentowy Jahwe jest jak raz wzorem antycznego pater familias, gwałtownego, władczego, ale przecież także wybaczającego najcięższe winy, jak ojciec syna marnotrawnego z biblijnej przypowieści. Dzisiaj jeszcze większe mamy z Nim kłopoty. Jedni widzą w niebiosach staruszka dobrego może w czasach biblijnych, ale kompletnie obcego dzisiejszym, nierozumiejącego ich, zacofanego; można go czcić, ale trudno takiego słuchać i naśladować. Może ten długobrody starzec – przepędzony przez postęp nauki, loty kosmiczne i teorię ewolucji – wycofał się gdzieś w najdalszy zakątek wszechświata albo i zasnął, nie chcąc widzieć okropieństw, które się dzieją na tym padole. Dla innych jest to taki potężniejszy i czasem hojny Święty Mikołaj, do którego trzeba wznosić modły o ziemską pomyślność i dobrą kasę, bo a nuż ześle coś miłego? Ratownik chroniący od ognia i złodzieja, przeprowadzający w chwilach lepszego humoru niewinne dziateczki ponad zawrotną przepaścią. Ale może jest to groźny swoją wszechmocą policjant, który pilnie podgląda, co też czynimy złego, zapisuje grzechy do księgi, aby w stosownej chwili wymierzyć dotkliwą odpłatę? Bądź jeszcze gorzej: despota zapatrzony w swoje boskie plany, głuchy na naszą mękę, stawiający nam wymagania ponad możliwości, obojętny na wołanie cierpiących? Wszystko jedno, jak i w jakim nastroju skłonni jesteśmy wyobrażać sobie Stworzyciela i jak bardzo to wyobrażenie jest zniekształcone; zawsze bywa to obraz ojca funkcjonującego w jednej z tych ziemskich, głęboko chorych rodzin. Myśląc o Bogu wciąż widzimy siebie.

Może dlatego, że tak trudno dostrzec to, co najważniejsze: Chrystusa. Stworzyciel nie tylko posyła Syna, a więc oddaje siebie samego na ofiarę i znak solidarności ze stworzonymi na swój obraz istotami, ale bynajmniej nie żąda od nas, byśmy za nim podążali, nie zsyła natychmiastowej pomsty na tych, którzy Jego wezwanie odrzucą. Oni jeszcze mają czas, jeszcze mogą zrozumieć… Bóg szanuje naszą wolność i sednem ojcostwa jest też poszanowanie wolności dziecka. Nawet wtedy, gdy ofiarowuje mu się samego siebie, a ono dar odrzuca albo lekceważy. Tymczasem człowiek boi się wolności: zarówno jako ojciec, jak i jego dziecko. Znowu powtarza się schemat ucieczki od wolności: jeden ucieka w posłuszeństwo, inny w beztroskie zabawy Piotrusia Pana. Być może najważniejszą z teologii byłaby teologia wolności. Tej, która jest jednocześnie wezwaniem i wyzwaniem.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter