70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Eros o wielu twarzach

Nie ma niczego piękniejszego i bardziej poruszającego niż para starszych ludzi, których miłość przetrwała wszystkie trudy, pokusy i pułapki i którzy dzięki niej tak dzielnie wspierają się potem wobec coraz bliższej śmierci.

Przed laty, podróżując po Australii, szukałem kontaktu z resztkami dawnych mieszkańców tego kontynentu, nazwanych przez białych przybyszów – tyleż z pogardą, co ignorancją – „Aborygenami”, czyli „rdzennymi”. Nie wysilili się zbytnio transportowani z Londynu więźniowie i ich strażnicy (odległy kontynent był początkowo kolonią karną), podobną nazwę stosowano w różnych częściach świata na określenie tubylców; nawet starożytni Rzymianie nazwali „Aborigines” swoich przodków, pierwotnych mieszkańców Lacjum, z którymi potem – według legendy – zmieszali się uciekinierzy z pobitej Troi, by dać początek antycznemu supermocarstwu. Australijskim Aborygenom daleko do jednolitości; gdy zaczęto badać i opisywać ich kulturę, naliczono około 200 plemion i prawie tyle języków, nieraz tak odmiennych, że plemiona nie potrafią porozumieć się ze sobą. Nie wszyscy z nich są też czarni, wielu spośród licznego plemienia Pitjandjara to biali blondyni o negroidalnych rysach, sam takich spotykałem.

Trudno wśród dzisiejszych resztek plemion przemieszanych ze sobą i po trosze z białymi odnaleźć pozostałości dawnych zwyczajów i wierzeń. Kiedyś na stepowym płaskowyżu na zachód od nadmorskiego, tropikalnego Townsville spędziłem kilka dni w domu czarnego hodowcy bydła z plemienia Arunda, żonatego z białą, którego adres dali mi wcześniej poznani Pitjandjatrowie. Mój Czarny miał już – tak powiada się zarówno w Australii, jak w Stanach Zjednoczonych – „białą duszę”, ale przez niego poznałem wielu rozproszonych po stepie Arundów, którzy z racji odległości i rzadkiego zaludnienia zachowali jeszcze sporo pierwotnej „czerni” w swym wnętrzu. Byli powściągliwi, choć po poznaniu sympatyczni – podobnie jak farmer o białej duszy – ale szorstko, nieprzyjaźnie zwracali się do swoich kobiet, szarpali je i tłukli w razie różnicy zdań czy choćby złego humoru. Wielki to kontrast z moim gospodarzem, który swą żonę miał za księżniczkę i tak się do niej odnosił. Czyżby zbawienny skutek ucywilizowania czarnucha? Ale jeśli tak, to dlaczego kobiety Arunda akceptują brutalne traktowanie, a nawet wydają się zadowolone?

Okazało się, że to pradawny zwyczaj plemienia, oczywistość akceptowana przez obie płci. Córka jest własnością ojca i on może ją oddać lub sprzedać każdemu, podobnie żona jest własnością męża niby ubiór lub narzędzia. Ale jeśli znajdzie się silniejszy amator tej kobiety, może odebrać ją mężowi i sam używać, gdy pokona go w walce. Ale kobieta też jest wolna: gdy jej się nie podoba w rodzinie męża, może iść i szukać lepszego miejsca, a dotychczasowy właściciel nie ma prawa jej zatrzymać. Nic, tylko teraz napisać umoralniającą historyjkę o tym, jak cywilizacja białego człowieka łagodzi obyczaje krajowców. Ale niekoniecznie tak bywa, tym bardziej że nie wiadomo, czy obyczaj resztek Arundów sięga czasów dzikości czy jest zniekształconą wersją tego, co „dzicy” zobaczyli u białych. Paweł Edmund Strzelecki, polski podróżnik i odkrywca z pierwszej połowy XIX wieku w służbie korony brytyjskiej, opisuje w swoich dziennikach zupełnie inną scenę. Oto zmęczona i głodna grupa białych ze Strzeleckim na czele widzi wygodne miejsce na biwak. Ktoś inny zbliżyłby się do źródła wśród drzew, ale natychmiast rozgorzeje bitwa z obozującymi tam krajowcami. Strzelecki zna ich obyczaje, wychodzi naprzeciw, nie naruszając jednak stosownego dystansu, składa dary, na migi zapewnia o pokojowych zamiarach. Czas płynie, biali czekają, doskwierają puste żołądki. Dopiero po paru godzinach krajowcy przynoszą klika płonących patyków, znak że przybysze zostali dopuszczeni do ognia i wody, a także innych zasobów nie tyle plemienia, ile ograniczonej grupy, dużej rodziny-klanu. Ale ten sam rytuał legł u podstaw krwawego konfliktu pierwszych więźniów osadników i nadzorujących ich żołnierzy z krajowcami. Ci łatwowiernie zaprzyjaźniali się z białymi, a przybysze szybko pojmowali, że dopuszczenie do wody i ognia oznacza również dopuszczenie do kobiet. Po jakimś czasie Brytyjczycy zaczęli sprowadzać swoje trzody, a nawet małżonki. Krajowcy – zgodnie z obyczajem – uważali, że mają do nich prawo. Tego już było białym za wiele: czarnuchy zarzynają nasze owce i napastują nasze damy! Huknęły strzelby, poszły w ruch szpady. Tak zaczęło się trwające aż do połowy XX wieku wyniszczanie Aborygenów. Do dziś ich resztki spotkać można najczęściej pod sklepami monopolowymi, gdzie przepijają zasiłek otrzymany przez któregoś z członków klanu. Klan-rodzina nie zna wszak osobistej własności, wszystko jest wspólne.

To jest dar Ducha Świętego!

Nieco inni są spotykani tam dość często, ciemniejsi i bardziej radośni od Aborygenów mieszkańcy wysp rozrzuconych w cieśninie Torresa dzielącej Australię od Nowej Gwinei. Rdzenni Australijczycy żyli z łowiectwa i zbieractwa, dlatego wykształciła się tam rodzina-klan, dostatecznie liczna, by polować z nagonką. Wyspiarze są rolnikami, mają poczucie własności ziemi, która jest siedliskiem małej rodziny, niekoniecznie patriarchalnej.

Coś zupełnie odmiennego napotkałem na jednej z mniejszych wysp archipelagu Fidżi. Na największej wyspie Viti Levu, niedaleko stolicy Suva, występowała dla turystów grupa młodych ludzi chodzących bez szkody po rozżarzonych kamieniach. Jest to umiejętność imponująca, spotykana w różnych miejscach świata, nawet w górskich wioskach Bułgarii. Widziałem taki spektakl po raz pierwszy i przedstawiał się bardzo efektownie, bo mężczyźni najpierw wprowadzali się w trans, potem chodzili nie po jakichś węgielkach, lecz po głazach przedtem do czerwoności rozpalonych w ognisku. Pozwolili mi dotknąć swoich stóp zaraz po wyjściu z ognia: były osmalone i gorące. Choć jestem sceptykiem, trudno mi było dopatrzyć się w tym oszustwa.

– To nie trening i sztuczki – mówili. – To jest dar. Dar Ducha Świętego!

Byli zielonoświątkowcami od paru pokoleń ochrzczonymi przez amerykańskich misjonarzy. Tak od słowa do słowa obiecałem ich odwiedzić na rodzinnej wysepce. Przyjęli mnie mile. Ponieważ podróżowałem wtedy (ponad 30 lat temu) samotnie dookoła świata, kwaterują mnie pośrodku wsi w obszernej, trochę zaniedbanej chacie zwanej „domem kawalerów”. Rozglądam się wokół, co chwila zagląda tu jakiś chłopak albo grupka, pewnie ciekawi przybysza z dalekich stron. W pewnej chwili pojawia się obejmująca się para, potem następna, wchodzą za przepierzenie, gdzie znajdują się legowiska, i po odgłosach już poznaję, że są bardzo zajęci sobą, a nie nowo przybyłym.

– Co to za bajzel? – zwracam się wreszcie do jednego z moich nowych znajomych, gdy się pojawia.

– To ty też misjonarzem jesteś, czy jak? – pyta skonsternowany.

– Duch Święty chyba nie jest zadowolony z tego, co tu się dzieje.

– No chyba nie… – przyznał. – Ale ty nic nie rozumiesz, podobnie jak misjonarze.

Zaczyna mi tłumaczyć wszystko od początku. Kiedyś panowała tu zamknięta, tradycyjna kultura oparta na animistycznych wierzeniach i władzy wioskowego szamana kontaktującego się z nie zawsze życzliwymi duchami. Ale mimo tej nadprzyrodzonej grozy codzienne życie na wyspie było łatwe, miłe i przesycone erotyką. Gdy nadchodzi dojrzałość, dziecko opuszcza rodzinę; dziewczyny zamieszkują z jakąś owdowiałą ciotką, a chłopcy właśnie w owym „domu kawalerów”. Kiedy powstają pary, jest oczywiste, że na intymny moment kryją się w gąszczu albo korzystają z legowiska z przepierzeniami w owym tolerancyjnym domostwie. Starsi uświadamiają młodszych i wprowadzają ich w arkana seksu. Nie ma tam jednak żadnego podglądania, niezdrowej ciekawości ani orgii: przecież wszystko jest naturalne.

– A dzieci? – spytałem niestosownie, bo mój znajomy jakoś nie pojmował, o co idzie.

– Mieszkają z matką, biegają po wsi… – zmieszał się.

– Ale przecież z takiego seksu młodzieży muszą rodzić się dzieci! – walnąłem wprost.

– Dzieci nie rodzą się ze spółkowania, tylko z nawiedzenia matki przez ducha – odparł tamten z całkowitą pewnością siebie. – Z seksu młodych nie ma dzieci… No, chyba że dziewczyna wda się z białym, ale to jest święto dla całej wsi. Czy chcesz spróbować?

– Nie jestem kawalerem – wybąkałem.

– Jak to? – obruszył się. – Co zrobiłeś ze swoją kobietą? Nie wolno jej tak opuszczać!

W ten sposób zostałem eksmitowany z domu kawalerów i na wszelki wypadek umieszczony w magazynie jadalnych bulw należącym do wioskowego szamana.

– Więc u was dziewczyny w ten sposób przygotowują się do małżeństwa? – któregoś dnia chciałem podsumować swoje obserwacje. – Śpią z chłopakami, gotują im obiad…

– Przenigdy! – wrzasnął mój rozmówca, oburzony. – Erotyka owszem, bez żadnych zobowiązań, w każdej chwili mogą się rozstać i zejść z kimś innym. Ale jedzenie razem byłoby nieprzyzwoite. Dopiero po ślubie!

– Ślubu udziela misjonarz?

– On daleko. Nie lubimy, gdy się tu pokazuje. Przecież prócz Ducha Świętego są też inne duchy dużo bliżej i tylko szaman potrafi się z nimi dogadać.

– To macie kłopot z misjonarzami.

– Żeby tylko ten jeden – zafrasował się. – Na innych wyspach już zlikwidowali domy kawalerów. Jeszcze gorzej, gdy usiłują nam mówić o Bogu Ojcu i jego Synu. A przecież u nas głową rodu jest matka, przez nią się dziedziczy, a w rodzinie o najważniejszych sprawach decyduje nie ojciec tylko wuj. Uważaj! – przerwał nagle. – Ta stara baba!

– Że co?

– To czarownica! Wszyscy się jej boją. Jest groźniejsza od szamana. Tylko kobieta może mieć taką straszną moc.

Wracając do mojego składziku, mijałem dzieci bawiące się nawzajem swoimi genitaliami. Już wiedziałem, że to nic zdrożnego. Podobną społeczność opisał dużo wcześniej Bronisław Malinowski, mieszkając długo wśród dzikich na Wyspach Triobriandzkich, ale tamta jeszcze kwitła, podczas gdy moja była już w stadium rozkładu. Pewnie dzisiaj – po trzydziestu latach – już nawet nie umieją tam chodzić po ogniu.

Uskrzydlony fallus świętego guru

Cudownym krajem jest himalajskie królestwo Bhutanu. Cudownym przez swoje zanurzenie w dawno minionych epokach i wyniosłą powściągliwość wobec gonitwy świata. Niewolnictwo zniesiono tu dopiero w 1956, a faktycznie w 1970 roku. Od tego też roku dozwolona jest telewizja. Domy towarowe nie istnieją. Główne miasto Thimpu jest jedyną stolicą na świecie bez świateł na skrzyżowaniach. Połowa ludności to analfabeci. Na 600 tysięcy mieszkańców kraju jest tu 20 tysięcy mnichów buddyjskich. Wystarczy za to pokazać gdzieś poza centrum stolicy swoją europejską twarz, by wywołać życzliwe zainteresowanie mieszkańców występujących zawsze w obowiązkowych strojach narodowych (mężczyźni – kraciasta spódnica do kolan, kobiety – spódnica do kostek). Ludzie garną się, by dotknąć przybysza z dalekiego świata, są przy tym zupełnie pozbawieni interesownej natarczywości uprzykrzającej życie Europejczykom w sąsiednim Nepalu. Nikt tutaj nie pomyśli o wyciąganiu ręki po pieniądze, choć wszyscy żyją biednie. Entuzjazm budzi elektroniczny aparat fotograficzny; ludzie nie pojmują, jak obraz może zostać natychmiast utrwalony na ekraniku. Zasługa w tym mądrego króla, który postawił sobie za cel ochronę narodowej tożsamości i tradycyjnych obyczajów i zakazał przyjmowania więcej niż kilku tysięcy zagranicznych turystów rocznie. Sąsiedni Nepal promuje turystykę, ma z tego spore dochody, ale już dawno przemienił się w zdewastowane targowisko.

Jest to w dodatku mały kawałek Tybetu z podobną architekturą i językiem, który wcześniej przypadł Anglii i to uchroniło go od chińskiej zaborczości. Religią państwową – podobnie jak w dawnym Tybecie – jest tantryczna odmiana buddyzmu bardziej skłonna niż inne odmiany tej religii do mówienia o Bogu (kosmiczny Budda), ale przy tym pełna duchów i duszków, hinduskich i miejscowych bożków, własnych świętych, którzy wcześniej niż inni osiągnęli oświecenie. Buddyzm tantryczny ma swoje rytuały magiczne, skomplikowaną mistykę, ale przy tym jest praktyczny i otwarty na ludzkie przywary, w tym lenistwo. Nie trzeba tu odklepywać paciorków, nad każdym domem łopoce modlitewna flaga z cytatami z kazań Oświeconego, a ponieważ górski wicher szarpie nią przez całą dobę, więc modlitwy płyną ku niebiosom. Podobnie w każdej świątyni czy nawet skromnym czortenie (wieżyczka świątynna pełniąca rolę naszej kaplicy przydrożnej) jest młynek modlitewny, który należy zakręcić ręką, by cytaty pomodliły się za nas. W niektórych wsiach zbudowano nawet młyny modlitewne poruszane stojącym nad potokiem kołem wodnym i w ten sposób mieszkańcy mogą zająć się czymś przyjemniejszym, a niebiosa bez przerwy otrzymują należną porcje modłów.

Kiedy tak sobie gwarzyłem o życiu z wiejskim dziadkiem (za młodu służył w brytyjskim wojsku i stąd zna angielski) stojącym przed swoją bogato rzeźbioną – jak wszystkie tutejsze domy – siedzibą, nagle zobaczyłem wśród innych ozdób pięknie wymalowaną na ścianie i opatrzoną rozpostartymi skrzydłami ważną część ciała zwaną u nas soczyście kutasem. Dziadek nie w ciemię bity i bywały w świecie, wiedział, co fascynuje cudzoziemców, więc gdy tylko wyciągnąłem kamerę, czmychnął do domu i popatrywał zza okiennicy (domostwa są zdobione, ale ludzie zbyt biedni, by mieć szyby w oknach), jak fotografuję malunek, oczywisty tutaj, ale obsceniczny w świecie. Zwykły Bhutańczyk szeroko by się uśmiechnął i ustawił do zdjęcia.

Bo buddyzm tantryczny docenia seks i kobietę. Tu się nie mówi jak w terawadzie, że buddystka nim dostąpi oświecenia i rozpłynie się w nirwanie, musi najpierw w kolejnym wcieleniu zostać mężczyzną. Do klasztoru wstępują swobodnie obie płcie. W małżeństwie to kobieta zawiaduje majątkiem. Aby zalegalizować związek, para musi mieszkać razem co najmniej pół roku przed ślubem. Rozwody są nie tylko dopuszczalne, ale często praktykowane. I to ma być zacofany kraj? Fruwające fallusy pochodzą zaś od jednego ze świętych mistrzów, który jeszcze z XVII wieku głosił radość i uduchowienie płynące ze spełnionej erotyki i doradzał ich malowanie wszędzie, byle nie na świątyniach.

Za to świątynie hinduistyczne już w sąsiednim Nepalu, nie wspominając nawet o subkontynencie indyjskim, pełne są postaci złączonych w miłosnym uścisku. Można studiować Kamasutrę i wszystkie jej pozycje, przypatrując się rzeźbie drewnianych dźwigarów dachowych nawet małych wiejskich świątynek. Ale z drugiej strony pozamałżeński seks nie jest w Indiach tolerowany, a mówienie o nim jest niestosowne. Spokojniejsza odmiana buddyzmu, jaką jest terawada – popularna w południowo-wschodniej Azji – nie afirmuje erotyki, ale też jej się nie wstydzi. W pięknych khmerskich świątyniach rzeźbionych w miękkiej skale sporo jest słupów ofiarnych ukształtowanych na obraz fallusa, jakiego nie powstydziłby się starorzymski bożek Priapus. A rzeźby jak z Kamasutry można znaleźć nawet w słynnej, przytłaczającej swym ogromem, Angkor Wat.

Nie dziw, że władze Bhutanu pod przewodem króla Wangchucka za nic mają dochód narodowy per capita, uważany w świecie za miernik rozwoju. W to miejsce wprowadzono „wskaźnik szczęścia narodowego per capita” obliczany przy pomocy ankiet i badań prowadzonych pod królewskim nadzorem. Okazuje się, że pod tym względem jest to drugi najszczęśliwszy kraj świata po Norwegii. Pogratulować. Tylko nieprawomyślni obywatele – niestosujący się na przykład do nakazu noszenia stroju narodowego – wyrażają czasem półgębkiem odmienne zdanie.

Krótka rozprawa z gachem

Karigi, czyli dom mężczyzn, stoi pośrodku każdej tradycyjnej osady eskimoskiej. Ale nie dla nieskromnych rozrywek niedorostków go zbudowano, tylko dla poważnych spraw ojców rodzin. Tu jest bowiem centrum wszechświata, tu gromadzą się duchy, tu rozmawia się o ważnych sprawach, zwłaszcza o łowach. Dlatego kobiety nie mają tu wstępu. Stąd szaman przechodzi do świata duchów, wydostając się z karigi nie jak zwykli ludzie drzwiami, lecz przez dymnik; stamtąd unosi się ku niebu, a potem przez jedną z gwiazd, które – jak wiadomo – są otworami w pokrywie niebieskiej, wchodzi do innego świata wypełnionego cieniami ludzi i fok. Także ciała umarłych wstawia się przed pochówkiem pod dymnik, by ułatwić duszy ostateczną wędrówkę. Wprawdzie złośliwi bluźniercy – których u was, białych, też pewnie nie brak – powiadają, że szaman skrywa się między belkowaniem dachu, a potem prawi o swej kolejnej wizycie w zaświatach, o tym, jak załatwił obfitość fok na najbliższy sezon i jak strasznym atakom złych demonów zapobiegł. Ale poważni łowcy i ojcowie rodzin nie dają wiary takiemu gadaniu, płacą szamanowi co się należy, dlatego jest on zawsze najbogatszym człowiekiem w wiosce. W dawnych czasach tylko on miał prawo do osobistej własności, wszystko inne było wspólne. Ale już od dawna tutejsi ludzie nie chodzą w futrach, żyją z wyrobu pamiątek, a nie z polowania na foki i każdy bierze zasiłek od rządu – najczęściej aby go przepić.

Dlatego już nie zabija się dziewczynek po urodzeniu, co czyniono niegdyś, aby było komu polować i by mniej gąb czekało na wyżywienie. Stąd w dawnych czasach kobieta mogła mieć wielu mężów, co nieraz ratowało jej dzieci od śmierci głodowej, gdy duchy odwróciły swe przyjazne oblicze i foki nie przypłynęły z morza o swoim czasie. Ale dzieci nie są związane z matką ani ojcem; z chwilą narodzin w nowe ciało wstępuje duch z zaświatów i on decyduje o więzach rodzinnych. Dlatego dziecko w każdej chwili może odejść z domu i znaleźć sobie nowy, z czego czasem korzystają nastolatki, powołując się na ducha, a nie na swoje krnąbrne narowy. Podobnie mąż może opuścić żonę, a ona męża. Wielożeństwo jest dozwolone, ale nikt go nie praktykuje, bo to wydatki ponad siły i jeszcze policja się czepia. W dawnych czasach jednak najbogatsi szamani miewali imponujące haremy, ale to już nie wróci. Trwa jednak wciąż zwyczaj wymiany żon jako dowód braterstwa między mężczyznami. Chcesz tego dostąpić? Ale musisz oddać mi swoją, choć na jedną noc.

Na tym przerwałem moje zbratanie z kanadyjskimi Eskimosami, ale przypomniałem sobie ich opowieści, gdy moi poznani w Stanach Zjednoczonych przyjaciele o indiańskich korzeniach (już tu nieraz o nich pisałem) wprowadzali mnie w stare zwyczaje plemion. W zarysie są one podobne. W ich małych, patriarchalnych rodzinach seks traktowany jest swobodnie, choć nie należy o tym dużo mówić. Nawet zamężna kobieta może mieć kochanka, jeśli mąż jest stary lub niesprawny. Żadne nowo narodzone dziecko nie jest bękartem, obojętnie, z jakiego łoża pochodzi. Wiedza o rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej nie znalazła jednak zastosowania na południu. Za krótko byłem zresztą w Peru, zbyt fascynowały mnie relikty pradawnych i tajemniczych cywilizacji, by poświęcać czas Indianom, jakoś mało przystępnym, obojętnym – jak mi się wydawało – na próby nawiązania kontaktu. Ujęły mnie jednak relacje małżonków w plemieniu Shipibo, pełne łagodności i wzajemnego szacunku. Jak mnie przestrzegano, są oni bardzo zazdrośni, zwłaszcza mężowie młodych kobiet. Podejrzliwy małżonek nie idzie tam jednak drogą Otella albo innego wylęgłego w europejskim umyśle zazdrośnika. Tutaj takie sprawy reguluje się rozsądnie, lecz radykalnie. Kobieta – nawet jeśli da się zmamić pozamałżeńskim pokusom – tak kocha swojego mężczyznę, że do razu mu wyzna, kto był kochankiem. Wtedy mąż na najbliższym wiejskim zebraniu połączonym z powszechną ucztą musi zadać gachowi cios nożem pod żebra, co kończy się bólem, rozlewem krwi, ale nie śmiercią. W tym momencie sprawa jest załatwiona, przyjazne relacje powracają.

Czy zestarzejemy się razem?

Co z tego wynika? Nic zgoła. Tylko tyle, że świat jest bogaty w odmienności i można w nim znaleźć wszystko. Nawet nie tylko rygor patriarchów, a z drugiej strony raj rozpustników, ale nawet Eden pedofilów. Dowodem jest zmarły przed dwoma laty amerykański noblista w dziedzinie medycyny z 1976 roku, odkrywca prionów Daniel Gajdusek (z pochodzenia Słowak). Właśnie badania nad tymi morderczymi cząsteczkami białka zaprowadziły go na Nową Gwineę, gdzie trafił na plemię, w którym dorastający chłopiec jest oddawany na wychowanie mężczyznom i odbywa z nimi stosunki oralne. Męskość przechodzi jakoby z pokolenia na pokolenie przez spermę. A że akurat miał skłonności pedofilskie i nie krył swoich zabaw z dzikimi, trafił do więzienia mimo napływających protestów. Albo Nowy Jork, gdzie jest wszystko, co dobre i co złe w świecie. Skondensowane w pigułce, której mogłem posmakować. Tylko co z tego?…

Kiedy zakochany chłopak oświadcza się dziewczynie, powinien ją zapytać: „Czy chcesz byśmy zestarzeli się razem?”. Tylko tyle. Bo o to w ostatecznym rachunku chodzi i taki jest ludzki sens monogamicznego związku. Ale jakże to trudne, jak wielkiej łaski trzeba, by w tym wytrwać. Nie każdemu jest ona dana. Nie ma wszak niczego piękniejszego i bardziej poruszającego niż para starszych ludzi, których miłość przetrwała wszystkie trudy, pokusy i pułapki i którzy dzięki niej tak dzielnie wspierają się potem wobec coraz bliższej śmierci. Mnie ta łaska nie była dana… W tym pięknie jest wielki smutek, ale i wielka nadzieja, która nie może być przecięta przez zbliżającą się śmierć. Taka nadzieja może mieć tylko przedłużenie w życiu, które dopiero nadejdzie. Ale aby tak było, musieliby zakochani przełamać nierozwiązywalny dylemat Fausta: zachować młode ciała, posiadając mądrość i doświadczenie starców. A to przecież nie zdarza się na tym padole. Dlatego tak borykają się ze sobą i tak daremnie gonią za fantomami migotliwego życia.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata