70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie jest fajne

W Polsce wszystko jest większe, gwałtowniejsze, pazerniejsze, śmieszniejsze, dziwaczniejsze. To, co świat ma już w dużej części za sobą, u nas dopiero się dzieje. Wszystko, łącznie z biznesem, przypomina karykaturę.

Wołowiec, niewielka wieś w Beskidzie Niskim, w której rozmawiamy, to dobre miejsce do rozważań o sposobach ucieczki od myślenia korporacyjnego. Państwa dom wydaje się idealny zarówno do pracy, jak i do odpoczynku. Gdzie leży ten właściwy punkt równowagi między byciem zdominowanym przez cywilizację a całkowitą – równie niezdrową – ucieczką od niego?

Andrzej Stasiuk: Nigdy nie wiedzieliśmy, co to jest korporacja, więc w naszym przypadku nie było ucieczki przed samą korporacyjnością – znamy ją tylko z opowieści jakichś nieszczęśliwców, z literatury młodzieżowej, która o tym pisze. Zresztą, nasza izolacja w Wołowcu jest tylko pozorna: podczas ostatnich świąt było gościliśmy około trzydziestu znajomych i zaprzyjaźnionych osób.

Monika Sznajderman: Mam wrażenie, że u nas wszystko przebiegło dość naturalnie. Naturalnie wymyśliliśmy to wydawnictwo i nigdy nie mieliśmy dylematu, czy przekształcać je w korporację – nie przyszło nam to do głowy. Z drugiej strony, wcale nie czuję, abyśmy się izolowali, bo też nigdy nie było to naszym celem.

Kiedy wyjeżdżaliśmy na stałe z dużego miasta, były jeszcze lata 80., a więc ominęły nas narodziny kapitalizmu oraz myślenia korporacyjnego w wydaniu polskim – wyboru dokonaliśmy dużo wcześniej.

Poprosiliśmy Państwa o rozmowę, ponieważ odnosimy wrażenie, że w stworzonym i prowadzonym przez siebie wydawnictwie świadomie powstrzymujecie się czy wręcz zamykacie na różne obszary działalności wydawniczej, które mogłyby przynieść większe pieniądze. Czy kiedykolwiek w historii Czarnego był taki moment, w którym trzeba było wyhamować, zdecydować się: „przestajemy więcej zarabiać”?

M.S.: W ogóle nie myśleliśmy o zarabianiu. Jesteśmy chyba z takiej dziwnej, niedzisiejszej formacji umysłowej. Zawsze wydawało się nam, że jak się już zarobi, to trzeba te pieniądze od razu jakoś wydać, zainwestować.

A.S.: Nawet nie tyle zainwestować, ile przepuścić. W moim środowisku mówiło się o przepuszczaniu…

M.S.: W moim domu w ogóle nie mówiło się o biznesie. Ten pojawił się w naszym życiu zupełnie przypadkowo. Chcieliśmy po prostu wydać książkę Andrzeja… Ale jest to oczywiście też jakiś nasz handicap, że nie ma w nas typowego myślenia biznesowego. Nie ma przecież nic złego w tym, że ktoś robi interesy – byle robił je mądrze i nie krzywdził przy tym ludzi. My jednak w ogóle nie myśleliśmy w kategoriach zarabiania.

A ten wstyd dotyczący zarabiania pieniędzy – to był wstyd pokoleniowy?

M.S.: Tak, myślę, że celem naszego pokolenia nie było zarabianie pieniędzy. Przynajmniej w naszym kręgu. Ja sama skończyłam etnografię i nigdy nie myślałam, że będę prowadziła jakąkolwiek formę biznesu.

A.S.: Natomiast dla środowiska, które mnie ukształtowało, takiego, powiedzmy, gówniarsko-młodzieżowego, alternatywnego, słowo „kariera” było czymś wstydliwym. „Kariera”, „karierowicz” – to były najgorsze epitety! Żyło się po to, żeby żyć. Jeśli zarobiło się pieniądze, trzeba było je natychmiast razem z przyjaciółmi wydać. Dopominanie się o swoje miejsce w hierarchii karier i w hierarchii biznesu jest dla mnie czymś niepojętym i godnym pogardy.

M.S.: A tak się z ciebie śmiał Marcin Świetlicki, kiedy dostał Nagrodę Kościelskich… Że on pieniądze przepuścił, a ty za swoją nagrodę kupiłeś cegły…

A.S.: Ale dzięki temu mam ten dom i mogę żyć w bardzo niekapitalistycznym otoczeniu.

Czy biznes jest dla Państwa taką samą sferą działalności jak na przykład rozrywka czy odpoczynek, w których, jednak, liczy się umiar i powściągliwość? Nadmierny odpoczynek, nadmierna rozrywka są czymś wstydliwym. A może biznes podlega innym, specjalnym prawom?

A.S.: Chciałbym powiedzieć jedno: Polska jest dzikim krajem. Jeszcze. Tu wszystko jest pozbawione umiaru: świętowanie, zarabianie, wydawanie pieniędzy – to wszystko jest nowością w tym wyposzczonym, wynędzniałym i peryferyjnym kraju. Zdarza się trochę małpiarstwa, naśladowania innych „do upadłego”. W Polsce wszystko jest większe, gwałtowniejsze, pazerniejsze, śmieszniejsze, dziwaczniejsze. To, co świat ma już w dużej części za sobą, u nas dopiero się dzieje. Wszystko, łącznie z biznesem, przypomina karykaturę. Nawet przysłowiowa pracowitość Polaków, którzy tyrają po osiemnaście godzin na dobę, a potem odpoczywają tak, że o mało od tego nie umierają. Ale… na tym polega cały wdzięk tego kraju! Kocham go właśnie za tę dzikość.

Oczywiście, nie tylko Polacy są tak aktywni. Ostatnio często podróżujemy na Bałkany. Poznaliśmy już, że na przykład albańska aktywność zostawia w tyle aktywność polską, podobnie jak dynamizm stolicy tego pięknego i dzielnego kraju, Tirany, jest nieporównywalny z dynamizmem Warszawy, która, nawiasem mówiąc, również jest „ostrym” miastem.

M.S.: Kwestia pieniędzy bez przerwy pojawia się w naszej pracy. Mamy w tej chwili kilka osób zatrudnionych na etatach, wielu współpracowników, dziesiątki współpracujących z nami tłumaczy, recenzentów, redaktorów, korektorów… Jest to dla nas na co dzień duże obciążenie finansowe.

Trudno sobie pozwolić na luksus niemyślenia o kosztach, skoro co miesiąc trzeba zapłacić za utrzymanie ludzi, biur i innych rzecz… Nie jesteśmy lekkoduchami, którzy w ogóle nie liczą pieniędzy.

A.S.: Chcąc nie chcąc, jesteśmy uwikłani w ten układ, w wielkie korporacje, które dystrybuują i sprzedają nasze książki. Wolność jest więc bardzo trudna i czasem chce się od niej odpocząć. I, na przykład, na chwilę sprzedać Wydawnictwo Czarne. Tak na dwa miesiące – żeby nie myśleć, czy mamy kasę na wypłaty.

Zawsze mogą Państwo wydać mniej ambitną książkę, którą kupi więcej osób.

M.S.: Raz taką wydaliśmy…

A.S.: To był strzał w dziesiątkę, ale już potem nie chcieliśmy powtórzyć tej przygody. Ta książka, która utrzymywała wydawnictwo przez dwa, trzy lata, pozwoliła nam na spokojne wydawanie literatury bałkańskiej. Ale kiedy widziałem, w jaki sposób wykształcone kobiety zachowywały się, gdy autor przyjeżdżał na spotkanie z czytelnikami, zrozumiałem, że źle postąpiliśmy.

Nie przydałyby się teraz Czarnemu jeszcze trzy takie spokojne lata? Jeszcze jedna taka książka?

M.S.: Nie chcielibyśmy już więcej wydawać książek tego rodzaju. Na szczęście są też inne gatunki, które się dobrze sprzedają. Są to książki z szeroko pojętej literatury faktu, przede wszystkim reportaże.

A.S.: To, że nie jesteśmy korporacyjni, nie oznacza, iż nie jesteśmy sprytni. Niech już będzie ten pop – skoro ja się wzruszyłem, czytając tę książkę, to kobiety też będą wzruszone. Ale to, co ta książka uczyniła z umysłami czytelników, już nie było dobre. Takich rzeczy może jednak nie wolno robić…

W myśleniu o biznesie pojawia się również kwestia odpowiedzialności osób zarządzających firmą w stosunku do jej pracowników. Jest się odpowiedzialnym nie tylko za pomysł związany z własnym biznesem, ale później także za losy zatrudnionych. Pytam o to dlatego, że kwestia ta jest dyżurnym wątkiem w tłumaczeniu zarządów korporacji, kiedy ktoś protestuje przeciwko nowym, korporacyjnym metodom: no dobrze – odpowiadają zarządy – ale to nie jest tylko nasz wymysł, mamy tu wielu pracowników, którym musimy zapewnić, na przykład, wejściówki do siłowni…

M.S.: Nie przesadzajmy: staramy się, by wydawnictwo zarabiało coraz więcej pieniędzy, ale nie za wszelką cenę. A pracownicy niekoniecznie przychodzą do nas w oczekiwaniu na wielkie zarobki, wydaje mi się, że praca w Czarnem jest też po prostu interesująca.… Staramy się działać w sposób zrównoważony, to znaczy tak, żeby wilk był syty i owca cała: wydawać to, do czego jesteśmy przekonani, a równocześnie starać się książki dobrze sprzedawać oraz inwestować w ludzi…

Pojęcie zrównoważonego rozwoju jest u nas jeszcze mało popularne, to jest chyba właśnie kwestia tego specyficznego momentu, w którym się znajdujemy, jeśli chodzi o kapitalizm.

M.S.: My, zupełnie nieświadomie i intuicyjnie, wybraliśmy właśnie taką drogę.

A.S.: Patrząc za okno tu, w Wołowcu, trudno wybrać inną… Jesteśmy gdzieś pośrodku. Nigdy nie powielaliśmy żadnych wzorców. Kiedyś próbowaliśmy wejść we współpracę z facetem, który zajmuje się prowadzeniem działalności korporacyjnej, ale robi to bardzo „humanitarnie”. Powiedział: „dobrze, tylko najpierw musicie wynająć gdzieś biuro”. A ja na to: „Po co mi biuro?”. Wtedy biuro kompletnie nam nie było potrzebne, nasze biuro było gdzieś na stole i tyle.

Osiągnęliście więc Państwo w pewnym sensie coś, do czego zwykle dążą zarządzający korporacjami, to znaczy wasza praca stała się całym waszym życiem.

A.S.: To raczej życie jest naszą pracą. Nie mamy sfery osobistej, praca istnieje bez przerwy – przecież ja w tej chwili pracuję: oglądam zdjęcie z bośniackich Jajec i myślę o książce, o tym, jak odpalić następną książkę bałkańską.

W pracowniczej nowomowie funkcjonują takie popularne terminy, jak na przykład „profesjonalizm”…

A.S.: Skąd to przyszło? Skąd się to wzięło, przecież to tak obco brzmi w języku polskim! Profesjonalizm to nic innego jak po prostu dobra robota, dobrze wykonana praca! „Profesjonalizm”, „korporacyjność” – to wszystko są słowa fetysze, w dodatku najczęściej dosłownie, „żywcem” przetłumaczone. Co na przykład oznacza termin: „samodoskonalenie się”? Trzeba być po prostu przyzwoitym człowiekiem, tak mi się wydaje.

M.S.: W ogóle nie rozumiem potrzeby używania takich słów. Mam wrażenie, że dopracowaliśmy się naprawdę dobrego zespołu. Ale nie wiem, czy należy w tym kontekście koniecznie używać słowa „profesjonalizm”…

A.S.: Zamiast profesjonalizmu tak naprawdę liczy się talent – ci ludzie są utalentowani. Profesjonalizmu można się nauczyć, talentu – nie bardzo.

Czy zgodzilibyście się Państwo ze stwierdzeniem, że współczesna organizacja pracy zmierza do tego, aby każdy był najlepszy we wszystkim? Rozwój w firmie polega na tym, że masz być profesjonalistą w każdej dziedzinie – co też powoduje, że wszyscy, na końcu, stają się do siebie podobni.

A.S.: Co to znaczy w każdej dziedzinie? W wiązaniu butów też?

Mniej więcej: musisz doskonale znać angielski, ale i świetnie wstawiać przecinki.

M.S.: To jakiś kosmos, nic o tym nie wiemy.

A.S.: Są z nami osoby, które świetnie znają angielski, a inne świetnie wstawiają przecinki.

Zmierzam do tego, że widać tu harmonię między robieniem przez Państwa interesów, zarabianiem pieniędzy, a naturalnymi ludzkimi potrzebami. Inna sprawa, że teraz rozmawia się o tym wygodnie: w tej chwili już wiemy, że decyzja o wyborze takiego, a nie innego stylu życia była słuszna. Nie wszyscy jednak mają komfort tego wyboru, zwłaszcza nie mają go młodzi, po studiach, uwikłani już czasami w różne sytuacje rodzinne… Nie jest to wcale takie łatwe.

M.S.: Rzeczywiście, byliśmy w bardzo nietypowej sytuacji i mieliśmy szczęście, mogliśmy sobie pozwolić na to, aby wystartować z niczym, mając tylko jednego autora. Niełatwo byłoby ją powtórzyć. Wtedy na przykład rynek promocji i reklamy nie był w ogóle rozwinięty. Choć i dziś zdarzają się firmy, którym wciąż się to udaje – takie, które od lat istnieją i idą swoją drogą.

A może po przekroczeniu jakiegoś określonego progu wielkości danej firmy bądź też liczby zatrudnionych osób nie da się tego robić w inny – niż korporacyjny – sposób?

M.S.: Bardzo się staramy, żeby tego progu nie przekraczać. Wydaje mi się zresztą, że teraz jesteśmy właśnie na granicy, po której przekroczeniu pewne rzeczy byłyby już niemożliwe. Gdybyśmy zaczęli wydawać więcej książek, całość byłaby już nie do ogarnięcia. To jest maksimum: pięćdziesiąt książek rocznie to i tak jest dużo. Nie chcę przekraczać tej granicy. Wtedy musielibyśmy zrezygnować ze swojej tożsamości, z tego, czym teraz jesteśmy, i przekształcić się w coś innego, większego.

Na Zachodzie zdarzają się większe od nas wydawnictwa, które wydają mniej książek niż my. Tam można sobie na to pozwolić. Książki sprzedają się znacznie lepiej, można ich wydawać po trzydzieści rocznie i mieć dziesięciu pracowników. Wszystko równoważy sprzedaż nakładu. U nas tak nie jest. Poza tym w Polsce mnóstwo negatywnej energii pochłania na przykład organizowanie dystrybucji, na moich oczach mnoży się też ilość papierów, które trzeba co miesiąc wygenerować dla księgowości. Każdy dokument obrasta coraz większą liczbą poddokumentów.

Staramy się wprowadzić na polski użytek termin Slow Business. Termin ukuto w Stanach Zjednoczonych mniej więcej rok temu: chodzi o to, żeby było spokojniej i zdrowiej, jest to coś w rodzaju rehumanizacji biznesu. Mam wrażenie, że Państwo jesteście pionierami tego rodzaju myślenia w Polsce.

M.S.: Nie chcemy zaśmiecać – to jest trochę tak jak z przyrodą – rynku książki w Polsce. Dosyć już tych śmieci krąży w przestrzeni kultury. Kiedyś badałam tę przestrzeń jako antropolog, dziś już po prostu dość mam tej papki, która się zewsząd sączy: z telewizji, z kolorowych gazet, z RMF FM, które leci wszędzie, z reklam. Nie chcemy do tego się przyczyniać.

To wcale nie jest tak, że od czytania „Życia na gorąco” przechodzi się do czytania „Tygodnika Powszechnego”. Podobnie od czytania Grocholi nie przechodzi się do czytania dobrej literatury.

Kiedyś byliśmy wydawnictwem niszowym, teraz ta nisza się poszerzyła i chcemy znaleźć takie książki, które pozwoliłyby nam na taki właśnie, zrównoważony – ale nie szalony – rozwój. Cały czas jednak jest to nisza, nie są to zwykle nakłady powyżej dziesięciu tysięcy egzemplarzy – a więc jednak niewiele jak na czterdziestomilionowe społeczeństwo. To jest kilka tysięcy ludzi, którzy chcą czytać dobre reportaże. Walczymy o dobrą literaturę, cały czas szukamy. Ale zawsze wydawaliśmy to, co chcieliśmy.

A.S.: Również pieniądze wydawaliśmy tak, jak chcieliśmy, a nie tak jak świat nam kazał. Kultura jest hierarchią i nikt mnie nie przekona, że nie ma rzeczy lepszych ani gorszych, jak się teraz lubi mówić… To jest kwestia estetyki, a estetyka jest właśnie hierarchią: coś jest brzydsze, coś innego jest ładniejsze.

Ja w ogóle mam wrażenie, że fajne, w miarę sensowne życie można znaleźć w naszych czasach tylko w pewnych niszach. Trzeba się z tym pogodzić, nie ma w tym nic złego. Świat daje nam taką możliwość, której kiedyś nie było – dlaczego nie?

Co więc stanowi problem? Znalezienie sobie takiej niszy? Cały czas mam na myśli kogoś, kto kończy studia, mieszka w wielkim mieście – być może młodym po prostu brakuje odpowiednich przykładów?

A.S.: Przede wszystkim nie należy kończyć studiów, tylko wyprowadzić się z wielkiego miasta. Myślę, że akurat taką rzecz znajduje się przez przypadek, przez intuicję, nie przez specjalne szukanie. Że to przychodzi – to jest szczęście.

M.S.: Z drugiej strony, dziś w kulturze bardzo wiele się dzieje. Jest absolutna wolność, absolutna możliwość prezentowania się w Internecie, wymyślania różnych rzeczy. Jest to kwestia pomysłowowści, uwolnienia się od ograniczeń – ale i odwagi. Cały czas uważam, że w dużym mieście można żyć poza korporacjami – to jest tylko kwestia pomysłu.

A.S.: Zwłaszcza w dużym mieście jest bardzo wiele możliwości. W takim małym jest już trudniej. Trzeba mieć to „coś”, zorientować się, że jest szansa, i na pewno nie liczyć na to, że na samym początku się uda.

M.S.: To jest skaza wielu młodych ludzi, którzy naczytali się o sukcesach, i, że posłużę się anglicyzmem, który przebojem wszedł do języka, chcą „mieć sukces”. To się stało wyznacznikiem tego, czy życie jest fajne czy nie. Sukces chce się mieć od razu. Dotyczy to również niektórych młodych pisarzy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze książkę i oczekuje, że świat jest mu zobowiązany coś w zamian za tę książkę dać…

A.S.: …I jest przy tym okropny: w oczekiwaniach, w żądaniach, w tym, że chce być na bilbordach po pierwszej książce. Ma poczucie, że coś mu się należy za to, że napisał książkę – czyli właściwie za to, że zrobił sobie przyjemność. To jest dla mnie szok. Młodzi ludzie są dziś bardzo roszczeniowi, życzeniowi… Do działalności elitarnej, jaką jest literatura, przykładają kategorie popkulturowe, natychmiastowego istnienia w tej przestrzeni. A pisarz musi dostawać w dupę. Musi chorować, musi być biedny, musi być młody, przez bardzo długi czas nieznany.

Nasze pokolenie miało jednak większą wolność. Przeciwko tamtej rzeczywistości można się było znacznie łatwiej zbuntować. Widzę presję, jaką współczesna cywilizacja sukcesu wywiera na młodych. Oni nie mają siły się temu przeciwstawić. Świat atakuje cię ze wszystkich stron. Nie masz wyjścia. Jeśli nie masz silnej konstrukcji albo wsparcia, na przykład z domu, jest z tym bardzo ciężko. A i dom często żyje dziś tym, żeby dziecko odniosło sukces. To jest przecież horror! Za to dzieci powinny być zabierane z domu, tak samo jak zabiera się je za stosowanie wobec nich przemocy. To jest coś gorszego od przemocy.

M.S.: Oczywiście, w naszym pokoleniu jest mnóstwo ludzi materialnie przegranych. Było fajnie, dopóki byli młodzi, potem przyszła taka pierwsza starość i nagle się okazało, że przebalowali życie i zostali – materialnie – z niczym.

A.S.: Są też tacy, którzy żyją na skraju ubóstwa, a zajmują się tym, co ich naprawdę kręci. Wydaje mi się, że niektórzy młodzi również robią to, co chcą. Wierzę, że są tacy, którzy nie godzą się na kulturę korporacyjną, ale nie dlatego że ta ich skrzywdziła, tylko dlatego, że z daleka widzą, czym to pachnie. Bo to widać z daleka. Nie wchodzą więc w takie układy i żyją sobie na przykład na squatach, podróżują po świecie.

Tylko kto młodym ludziom ma o tym w odpowiednim czasie powiedzieć?

A.S.: Myślę, że powinna im to podpowiadać sama wewnętrzna potrzeba swobody, wolności oraz fajnego życia. Intuicja, wewnętrzna siła. Albo się to ma, albo nie. Niektórzy muszą pracować w korporacjach i są szczęśliwi, a inni nie. Może młodzi powinni pójść w ślad za przekonaniem, że szkoda czasu na siedzenie w korporacji? A jeżeli ktoś ma potrzebę, żeby często jeździć na Bermudy – a potrzeby też są bardziej lub mniej idiotyczne – to rzeczywiście musi pracować w korporacji. Jeśli zaś komuś wyobraźnia hula na Słowacji, to nie.

M.S.: Niektórzy, żeby się wyzwolić, muszą chodzić na specjalne kursy samorozwoju, na których ktoś im powie: „a może powinieneś zmienić pracę i nie pracować w korporacji?”. Współczesność wygenerowała już cały przemysł, który zajmuje się udzielaniem odpowiedzi na takie pytania i wątpliwości. Wszystko da się załatwić przez korporacje – są nawet takie, które nakłaniają cię do myślenia antykorporacyjnego.

Korporacyjność wkracza w coraz to kolejne sfery życia, trudno przed nią uciec, jeśli nie posiada się jakiegoś punktu zaczepienia. Wydaje się też wbrew charakterowi ludzkiemu. Jest jeszcze jedno takie okropne słowo: „mobilność”. Człowiek powinien być „mobilny”, powinien się przenosić, nie przywiązywać się do ludzi, do miejsc.

M.S.: A to jest może fajne w Ameryce, ale w ogóle „niekompatybilne” – jest i takie słowo – z polską rzeczywistością i kulturą.

A.S.: I z polskim charakterem narodowym, wyrosłym z chłopskiej osiadłości.

M.S.: Z przyzwyczajeniem do miejsca, w którym człowiek się urodził, do swoich korzeni. Co innego w Stanach Zjednoczonych, w których ludzie przenoszą się z miejsca na miejsce wiele razy w ciągu życia i zakładają nowe gniazda, nowe miasta w szczerym polu. A w Polsce… To jest tak samo, jak gdy do PGR-u koło nas po upadku komuny przyjechał doradca rolniczy i zaczął namawiać ludzi, żeby w tych popegeerowskich barakach rozwijać agroturystykę. To jest tak samo nieprzystający pomysł, przeniesiony żywcem z Zachodu, z bogatych społeczeństw, i w ogóle nie pasujący do naszych realiów, do naszej kultury.

A.S.: Jak zwykle, łatwiej jest skorzystać z cudzego wzoru, niż pomyśleć o jakimkolwiek swoim. Choć, paradoksalnie, Stany Zjednoczone są krajem wolności.

Zresztą gdzie w Polsce można się przenieść? Z Krakowa do Wrocławia czy Warszawy? Na spotkaniach z młodymi bardzo często mówię: wyluzujcie, nie dajcie się, życie jest fajne. Nie dajcie sobie wmawiać pewnych rzeczy. Ostatnio w Zagrzebiu powtarzałem: nie dajcie sobie na siłę wmówić, że jesteście europejscy, że ktoś was będzie z tej europejskości rozliczał, przepytywał. Można próbować o tym po prostu mówić. Ameryka jest na tyle wielkim krajem, że tam rzeczywiście można mieć swoją niszę.

Potrzeby, które korporacjonizm ma za zadanie zaspokajać, są tak naprawdę sztucznie przez niego generowane. To jest biedne, polskie, nienasycone społeczeństwo, które przez lata jeździło na furmance, a teraz jest mamione tymi wszystkimi hasłami. Jednak ludzie w to wierzą: że to jest im potrzebne, że to buduje ich status albo – jest jeszcze jedno fajne słowo – buduje prestiż. Oni w to naprawdę wierzą. W te struktury hierarchii na przykład, które tworzą samochody, zegarki albo marynarki – to jest niepojęte!

A czy ten bunt młodych może się przerodzić w coś szerszego?

A.S.: Myślę sobie, że takich ludzi jest niewielu. I dobrze. Zupełnie mnie nie interesuje masowość takiego ruchu. To nie zawsze dobrze się kończyło w świecie, kiedy wyzwolić próbowało się niewielu. Tak naprawdę to nam, tutaj, przeszkadzają korporacje. A może cała reszta jest nimi zachwycona? Jak się czasem czyta jakieś wywiady z dziewczynami, które w supermarketach pracują przy kasach, to widać, że one chciały pójść do tej roboty, to dla nich było coś ważnego. Wyrywały się ze wsi, z kompletnej nędzy – a my sobie tu tak gadamy, żeby one to rzuciły. Dla niektórych jest wartością pójście do Biedronki i siedzenie na kasie. Nic na to nie poradzimy. I właściwie… dlaczego mielibyśmy coś na to poradzić? Może to jest kolejny sztuczny problem pięknoduchów, którzy sobie wyobrażają, że ten świat trzeba nieustannie zmieniać? Ten świat daje możliwości życia poza tym systemem, jak się bardzo postarasz i potrafisz.


MONIKA SZNAJDERMAN, etnolog, ANDRZEJ STASIUK, pisarz. Wspólnie prowadzą Wydawnictwo Czarne.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter