70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pamiętnik dziwnego czasu

Dziewiątego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, w dniu, w którym w Berlinie zawalił się komunizm, amerykański dziennikarz Robert D. Kaplan był w Prisztinie, głównym mieście Kosowa, wówczas jeszcze w granicach socjalistycznej Jugosławii.

W ciągu dnia obserwował zamieszki między Albańczykami i serbską milicją; wieczorem usłyszał w Radiu BBC, że podział na demokratyczny Zachód i komunistyczny Wschód właśnie przestaje obowiązywać. W chwili, gdy w Europie kończyła się zimna wojna, wiedział, że sam znajduje się już na froncie następnej. Zaślubiony uprzednio z Bałkanami (jego żoną jest Greczynka), gdzie mieszkał przez kilka lat, pamiętał o – destrukcyjnej tam jak nigdzie indziej – sile historii; przekonany zaś o tym, że w regionie nie ma ona charakteru linearnego, lecz „przeskakuje z miejsca na miejsce i zatacza koła”, a wydarzenia z przeszłości stają się przedmiotem publicznej dyskusji w najmniej oczekiwanych momentach, postanowił wyruszyć w kolejną podróż po krajach półwyspu.

Owocem tych wizyt stała się książka: Balkan Ghosts. A Journey Through History. Skończona w 1990 roku, a wydana po raz pierwszy trzy lata później, stała się dla czytelnika z Zachodu czymś więcej niż tylko pierwszym przewodnikiem po regionie oczyszczonym z komunizmu. Dzieło Kaplana wywarło wielki wpływ na świadomość dotyczącą Bałkanów. To w dużej mierze za jego pośrednictwem amerykańscy dziennikarze i politycy w ekspresowym tempie przyswajali sobie wiedzę o regionie w czasach, w których wszystko działo się tak szybko. Najbardziej znana anegdota dotycząca Balkan Ghosts głosi, że to pod wpływem jej lektury prezydent Clinton powstrzymał się od decyzji o nalotach na pozycje serbskie w Bośni w 1993 roku. Richard Holbrooke, współtwórca amerykańskiej polityki wobec krajów byłej Jugosławii, przywołuje wspomnienia byłego wydawcy sarajewskiego dziennika „Oslobođenje”, zdaniem którego książka Kaplana wpłynęła na pogląd Clintona, że w Bośni nic nie można uczynić, „dopóki tych ludzi nie zmęczy wzajemne zabijanie się”; twierdzi również, że dwa lata później stała się ona przedmiotem dyskusji w amerykańskim Senacie1.

Niezależnie od dystansu, jaki wobec traktowania książek podróżniczych jako źródła informacji dla polityków okazywał sam autor („nic nie jest tak potężne i niebezpieczne jak książka” – pisał Kaplan w czasie natowskich nalotów na Jugosławię w 1999 roku; „pierwsza książka na jakikolwiek temat przytłacza czytelnika, ale już lektura dziesiątej z kolei pomaga tę pierwszą umieścić we właściwym kontekście”2), oraz pomimo wielokrotnych zapewnień, że popierał amerykańskie zaangażowanie wojskowe w byłej Jugosławii, zawarta w Balkan Ghosts teza o przemożnej, ubezwłasnowolniającej mocy historii, wobec której polityka Zachodu pozostaje bezsilna, do dziś stanowi argument w rękach tych, którzy na Sawie i Dunaju chcieliby widzieć granicę oddzielającą Bałkany od kierujących się w polityce zasadami logiki państw prawdziwej, cywilizowanej Europy.

To dobrze, że wydawnictwo Czarne zdecydowało się na polski przekład tej książki. Szkoda tylko, że dzieło Kaplana stało się u nas powszechnie dostępne dopiero siedemnaście lat po pierwszym wydaniu. Wyposażeni bowiem w wiedzę na temat wydarzeń w byłej Jugosławii, Rumunii czy Bułgarii po 1990 roku, zupełnie inaczej, niż czynilibyśmy to wtedy, odczytujemy słowa autora. Dziś jest to rzeczywiście „dziesiąta” książka o Bałkanach. Spory na temat historycznych uwarunkowań tamtejszej polityki toczyły się na łamach prasy przez całe lata 90. i przeciętny polski czytelnik może czuć się nimi znużony. Nigdy jednak nie jest za późno na poznawanie tego regionu – w przypadku Bałkańskich upiorów. Podróży przez historię przyjęcie perspektywy amerykańskiego dziennikarza, streszczającego w jednym tomie wielowiekową historię kilku państw (i cywilizacji), nie oznacza wcale, że prawdy tu podane mają naiwny charakter. Siłą Kaplana są właśnie krótkie i celne stwierdzenia-syntezy, w rodzaju tego, że każdy naród bałkański domaga się przywrócenia mu takich granic, w jakich istniał, kiedy jego własne imperium osiągnęło szczyt rozwoju terytorialnego, co miało zwykle miejsce w głębokim średniowieczu (s. 117), lub poniższego, jakże trafnego, wyjątku z opisu Rumunii:
Rumunia była odbiciem świata Dostojewskiego: upiorną bizantyjską ikoną, pełną cierpiących i rozgorączkowanych postaci, których umysły spaczył gniew i wiara w obłędne półprawdy i spiski (s. 297).

Wszystkie te stwierdzenia są w równym stopniu banalne, co oddające prawdę.

Historia na gorąco

Książka Bałkańskie upiory. Podróż przez historię ma jeden podstawowy walor: utrwala specyficzny moment w historii regionu, ów dziwny czas pomiędzy, kiedy ekipy telewizyjne zdjęły już kamery ze statywów na ulicach Bukaresztu, ale jeszcze nie zdążyły ich zainstalować w Sarajewie. Wciąż federacyjna, choć coraz mniej socjalistyczna Jugosławia ciągle istniała (Zachód miał zresztą głęboką nadzieję, że będzie istnieć długo), przyszłość Rumunii po egzekucji Nicolae Ceauşescu rysowała się bardzo niepewnie (autor znakomicie opisuje ówczesne rumuńskie „upiory”: strach przed Węgrami, rządzącym Frontem Ocalenia Narodowego, będącym w istocie partią komunistyczną w nowym przebraniu, czy agresywnym nacjonalizmem, dziedzictwem faszystowskiego Legionu św. Michała Archanioła), zaś Bułgaria i Albania były dopiero na początku długiego procesu uzdrawiania swoich struktur państwowych.
Był to również czas, w którym izolowane dotąd za sprawą zimnowojennych podziałów konflikty zyskały nowy, międzynarodowy wymiar. Przykładem służy choćby sprawa Macedonii, której dążenia do niepodległości ożywiły historyczny spór między Macedończykami, Grekami i Bułgarami, a także tzw. kwestia albańska. Oprócz żelaznej kurtyny, która „zapadła do Triestu nad Adriatykiem” były też inne, bałkańskie mury: ten na przykład, który odzielał titowską Jugosławię od poststalinowskiej Europy Wschodniej, czy te, które izolowały Albanię Hodży i Rumunię Ceauşescu od jednego i drugiego. Upadek lokalnych dyktatur obnażył te państwa przed ich sąsiadami, a podróże Roberta D. Kaplana przypadły na czas budowania nowej tożsamości, w dużej mierze opartej na niezabliźnionych ranach z przeszłości. Czy więc autor tego chciał czy nie, w warstwie sprawozdawczej jego książka stała się czymś w rodzaju „pisania na gorąco” Timothy’ego Gartona Asha i bałkańską wersją jego History of the Present. Kaplana od Asha różni jednak cel podróży: podczas gdy brytyjski historyk, przyjaciel Michnika i Havla, nie tylko świadkował, ale i uczestniczył w środkowoeuropejskich rewolucjach 1989 roku, Amerykanin na Bałkany przyjechał już po upadku komunizmu. Jak sam pisze, jego celem nie była obserwacja rewolucji, ale okresu tuż po nich, kiedy ludzie zaczynali dostosowywać się do życia w nowych warunkach. Wbrew jednak tej deklaracji, wizyty Kaplana w Chorwacji, Serbii, Albanii i Macedonii przypadły bardziej na okres „szykowania się do” niż „dostosowywania się po”, zaś opis Bułgarii oparty jest w dużej mierze na wspomnieniach jeszcze z lat 80. Tak naprawdę dziennikarz osiągnął swój cel tylko w przypadku Rumunii, do której przybył kilka miesięcy po egzekucji „Słońca Karpat”.

Opisowi Rumunii – podobnie jak Grecji – poświęcił Kaplan obszerną część Bałkańskich upiorów.To ciekawe, zważywszy na fakt, iż oba te kraje stanowią dla badaczy zajmujących się regionem największe wyzwanie klasyfikacyjne: często podważa się ich przynależność do regionu, w przypadku pierwszej wskazując na silne związki z kulturą romańską i węgierską, w przypadku drugiej – na spuściznę antyku i kulturowo-polityczne powiązania z Zachodem.

Być może zresztą to właśnie Rumunia jest w książce przedstawiona najmniej sprawiedliwie: za podstawę jej opisu służy autorowi podróż odbyta tuż po rewolucji. Rumuńskie fabryki „wydawały się należeć do niższego kręgu piekieł” (s. 187), kontrola celna zawsze była „nieprzyjemna”. Robert D Kaplan nie pozostawia żadnych wątpliwości, które kraje przypadają mu do gustu, a które nie. Opis pobytu w Rumunii rozpoczyna od przedstawienia czytelnikowi hotelowych prostytutek, natomiast wspomnienie pierwszego pobytu w Sofii – od przyjemnej woni zapachów, które kojarzyły mu się z nowojorskim dzieciństwem. Z drugiej strony tym, co w Bałkańskich upiorach pociąga czytelnika, jest możliwość konfrontacji własnych spostrzeżeń i wniosków – czasem zupełnie odwrotnych – z bezkompromisowymi ocenami wystawionymi przez autora odwiedzanym krainom. W równym stopniu co skrzyżowaniem kultur i cywilizacji, Bałkany pozostają przecież światem samym w sobie, w którym wizyty łatwo prowokują do kategoryzacji i wartościowania.

Kaplan dość swobodnie porusza się po różnych okresach historycznych, nie udaje mu się jednak całkiem uniknąć nieścisłości i drobnych przejęzyczeń, jak we fragmencie o „oddziałach ustaszów zrzucających w Bośni prawosławne kobiety i dzieci z klifów do morza” (s. 57; pomijając już to, że Bośnia nie ma właściwie dostępu do morza, a już na pewno nie ma klifów, fakt ten bywa często podważany). Ostrożniej niż autor rozkładałbym też akcenty, pisząc na temat roli religii w kształtowaniu wzajemnych uprzedzeń i stereotypów. Podczas gdy nie ma większych wątpliwości, że skutkiem wielowiekowej tureckiej okupacji Bałkanów jest wrogi (choć nie zawsze demonstrowany) stosunek wielu słowiańskich mieszkańców półwyspu do islamu (jego wyznawcy do dziś pogardliwie określani są mianem „Turków”), to już konsekwentne podkreślanie przez Kaplana wagi podziału katolicko-prawosławnego na Bałkanach wydaje się dyskusyjne. Zbrodnie dokonywane na prawosławnych Serbach w czasie II wojny światowej przez faszystowski reżim Ante Pavelicia nie miały podtekstu religijnego, choć – gwoli sprawiedliwości – trzeba przyznać, że zdarzały się przypadki zmuszania prawosławnych do przechodzenia na katolicyzm. Również konflikt, który rozpętał się na Bałkanach bezpośrednio po napisaniu tej książki, nie miał charakteru religijnego, choć Kościoły i religie były weń zamieszane3.

Jednak to nie kontrowersje dotyczące religii stały się głównym przedmiotem sporu po opublikowaniu w 1993 roku Bałkańskich upiorów. Wielu badaczy zajmujących się regionem ubódł szczególnie ten krótki, dwuzdaniowy akapit:

Nazizmowi, na przykład, można śmiało przypisać bałkańskie korzenie. To przecież w dzielnicy wiedeńskich noclegowni, wylęgarni etnicznych resentymentów, nieopodal granic południowej Słowiańszczyzny, Hitler nauczył się tak zaraźliwie nienawidzić (s. 26).

Skłonił on Marię Todorovą do oskarżenia Kaplana, że „zrzuca na Bałkany cały stos własnych jugosłowiańskich frustracji”, a stygmatyzując region, „eksternalizuje i projektuje wypierane kompleksy”4. Bałkańskie upiory nie przyczyniły się na pewno do likwidacji negatywnych stereotypów dotyczących tego regionu, podobnie jak niektóre fragmenty najzwyczajniej nie wytrzymały konfrontacji z czasem. Przykładem raz jeszcze służy Todorovej komentarz do opisu Bośni: to prawda, „fragment o »grzęznącej w błocie prymitwnej wiosce« w świetle dzisiejszych peanów o wielokulturowym raju pięknego, kosmopolitycznego Sarajewa, zniszczonego w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, brzmi doprawdy ironicznie”5, wydaje się jednak, że bardziej niż o pomniejszanie znaczenia tego miasta autorowi chodziło o podkreślenie wiejskiego charakteru kultury Bośni i Hercegowiny, jeszcze wyraźniej widocznego po zakończeniu wojny w latach 90. Dziś już nawet najzagorzalsi propagatorzy wizji wielokulturowej, otwartej i tolerancyjnej Bośni nie zaprzeczają, że to właśnie słabo zurbanizowane tereny kraju są zapleczem najbardziej agresywnej formy miejscowych nacjonalizmów: tak muzułmańskiego, jak i serbskiego czy chorwackiego.

Wschód w duszy Greka

Najciekawsze – bo być może najmniej oczywiste – fragmenty książki dotyczą Grecji, z którą Robert D. Kaplan, na długo przed jej napisaniem, związał się osobiście. W Bałkańskich upiorach skutecznie rozprawia się z utrwalonym w kulturze popularnej – głównie za sprawą ekranizacji Greka Zorby (1962) i boomu turystycznego lat 70. – przekonaniem, że Grecja jest kolebką kultury i zachodniego systemu wartości i że to w świecie zachodnim właśnie należy szukać korzeni greckiej tożsamości. W rzeczywistości jest ona „kochanką Zachodu, narzeczoną Wschodu”. Sami Grecy zresztą z podwójną tożsamością radzą sobie, jego zdaniem, całkiem nieźle, częściej podkreślając swoją awersję w stosunku do posądzeń o „orientalność” (w domyśle: tureckość) swego kraju niż o jego „bałkańskość”. To Hagia Sophia, a nie Partenon jest najważniejszą grecką świątynią, pisze Kaplan, zaś na dowód, że to właśnie w spuściźnie Bizancjum należy szukać klucza do zrozumienia greckiego charakteru przytacza słowa Nikosa Kazantzakisa:
Współczesny Grek […] gdy zaczyna śpiewać […], rozbija skorupę greckiej logiki – momentalnie z głebi jego duszy wyłania się Wschód, z całą jego mrocznością i tajemniczością (s. 382).

Historycznych źródeł nowoczesnej tożsamości greckiej doszukuje się autor nawet nie w wojnach bałkańskich z 1912 i 1913 roku, lecz w walkach z oddziałami Kemala Atatürka w 1922 roku, w których przegrana oznaczała likwidację greckich miast-kolonii w Azji Mniejszej i amputację handlowych połączeń żeglugowych po Morzu Egejskim. To tam właśnie, zamiast w Macedonii bądź w salach British Museum prezentującego zrabowane marmury Elgina, należy szukać greckiego raju utraconego (który w Bałkańskich upiorach reprezentuje miasto Smyrna – dziś turecki Izmir). Innym dowodem potwierdzającym siłę bałkańskiego pierwiastka w Grecji była dla Kaplana obserwacja realiów miejscowej polityki. Andreasa Papandreu, byłego premiera, autor traktuje jak „najoryginalniejszego z bałkańskich upiorów – człowieka naszych czasów, który poruszał się w najgłębszych mrokach przeszłości: bardziej kontrowersyjnego niż kardynał Stepinac, Goce Dełczew czy król Karol I” (s. 437). Grecja to kraj, który Robert D. Kaplan pokochał, ale z pełną świadomością, że dla tysięcy jego rodaków w Ameryce stanowi ona przede wszystkim „romans w egzotycznych dekoracjach”, potęgowany kiedyś przez pobudzające wyobraźnię kreacje Meliny Mercouri w Nigdy w niedzielę czy Anthony’ego Quinna w Greku Zorbie (niedawno zaś wzmocniony przez światowy sukces opartego na piosenkach ABBY musicalu Mamma mia, którego akcja toczy się w idyllycznej scenerii jednej z greckich wysepek).

Od tamtych bałkańskich podróży Kaplana minęły już dwie dekady. W tym czasie politycznie region zmienił się nie do poznania. Właściwie do każdego rozdziału można by dopisać post scrpitum6: Peć i jej monastyr, od opisu których rozpoczyna się książka, znajdują się już w niepodległym Kosowie; do nierozliczonych w pełni wątków z chorwackiej przeszłości należałoby dodać spuściznę wojen z lat 90.; podczas gdy Rumunia zaskakująco dobrze radzi sobie z modernizacją swojej gospodarki, wobec korupcji i zorganizowanej przestępczości w Bułgarii bezsilna jest nawet Bruksela; ostatnio ujawniło się także nowe oblicze greckiej „bałkańskości” w polityce, kiedy okazało się, że elity polityczne tego kraju ukrywały przed Unią Europejską wysoki deficyt budżetowy i teraz stanęły wobec groźby bankructwa finansów publicznych… Znów nadszedł właściwy czas dla kogoś, kto – podobnie jak uczynił to Robert D. Kaplan z książkami Rebeki West i Johna Reeda – spakuje do walizki Bałkańskie upiory, by skonfrontować je na nowo z nielinearną historią południowo-wschodniej części naszego kontynentu.

 

Robert D. Kaplan, Bałkańskie upiory. Podróż przez historię, tłum. Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.


1 Zob. R. Holbrooke, To End a War, New York 1998.

2 R.D. Kaplan, Reading Too Much into a Book, „The New York Times”, 13 czerwca 1999.

3 Por. rozmowa z Tadeuszem Mazowieckim, w: D. Warszawski, Obrona poczty sarajewskiej, Warszawa 1995, s. 402.

4 M. Todorova, Bałkany wyobrażone, Wołowiec 2008, s. 122.

5 M. Todorova, dz. cyt., s. 257.

6 Pośrednio zresztą uczynił to sam Robert D. Kaplan publikując w 2000 roku Eastward to Tartary: Travels in the Balkans, the Middle East, and the Caucasius – książkę, która jeszcze w tym roku ma się ukazać nakładem Czarnego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata